XXI wiek, a dziecko nie może dostać banana

Królowa napisała 6 paź, 2011 w kategoriach ogólne, prasówka, szczuję

Pisałam, że „projekt PRL” będzie smutny i biedny. Minęły dwa miesiące i oto mamy pierwszy reportaż z „małego, rodzinnego PRL-u”.
Jest i żenująco:

/…/ bez kolejek nasz mały PRL nie będzie prawdziwy. Postanawiamy poudawać, że wcale nie znikły. Aby zrobić pierwsze zakupy, staję na półtorej godziny przed Uniwersamem na Grochowie. Ze stoperem w ręku przesuwam się co dwie minuty o dwa metry – tak ze znajomymi obliczyliśmy tempo przeciętnej kolejki po mięso.

Jest i przerażająco smutno:

Ludzie stołowali się głównie w domu, Iza zaczyna więc gotować. – Nie jest to łatwe – narzeka. – Wcześniej, jak do Marianny przychodziła opiekunka, miałam dzień dla siebie. Dziś trzy czwarte tego czasu spędzam przy garach. /../ Aby przygotować wszystkie te dania, Iza praktycznie nie wychodzi z kuchni. Znów się kłócimy. – Dlaczego w kapitalizmie zmywałeś, a teraz nawet talerza nie odstawisz do zlewu? – pyta. - Nie znam ani jednego faceta, który by się w latach 80. krzątał po kuchni! – odpowiadam.

(Ups, to mało ich znasz i jakichś strasznych smutnych buców.)
Zdrowo i estetycznie też nie jest:

W PRL-u jednak królowały patelnia, smalec i ziemniaki. Po tygodniu Iza ma obsesję, że całkiem przesiąkła tłuszczem, a mnie zaczyna pobolewać wątroba. Po dwóch miesiącach w PRL-u ja mam trzy kilo więcej, a Iza – dwa.
/…/
Iza przestaje więc golić nogi i robi trwałą. Na tzw. trudne dni kupuje paczkę waty. – Straszne – żali się po pierwszym wyjściu na miasto. – Prowadziłam szkolenie i w ogóle nie mogłam się skupić. Cały czas tylko: nie przesiąkło? Nie wylazło nogawką? I co chwila – do ubikacji.

No i clou wszystkiego, jakby było mało. Ubolewałam, że dziecko będzie w tetrowych pieluchach trzymane, sądziłam, że to na tyle małe dziecko, że w zasadzie tylko to zauważy. Ale nie, jest jeszcze gorzej:

Marianna, nasza dwuletnia córka, płacze, bo nie może znaleźć ukochanych, kapitalistycznych zabawek. – Chcę do Warszawy! – krzyczy i ciągnie nas do drzwi. /…/ Tylko Marianna nie tyje, ale wzdycha na widok dzieci zajadających banany. – W Pelelelu nie mamy bananów – zauważa smutno.

Tagi: , , , , ,

Komentarze [45]

Tomash
6 paź, 2011 o 09:52

O rany, wiedziałem że ten projekt będzie żenujący, ale że aż tak to jestem autentycznie zaskoczony.


 
Ausir
6 paź, 2011 o 09:56

Odebrać im to dziecko.


 
Nekkoru
6 paź, 2011 o 10:00

Sądzę zatem, że w ramach wierności realiom pomysłodawcy projektu należy przedstawić smutnych panów z ZOMO. A dziecku, nie wiem, znaleźć normalną, zrównoważoną psychicznie rodzinę.

Chciałam spytać, czy jeśli dziecko zachoruje na coś, na co metody leczenia zostały opracowane po 1989 roku, to czy będą korzystać z dobrodziejstw nowoczesnej medycyny, ale chcę jednak wierzyć, że tak popierdoleni ludzie na tym świecie nie występują.


 
Krolowa
6 paź, 2011 o 10:01

WO twierdził, że prywatne ubezpieczenie medyczne mają i z niego nie zrezygnują


 
Orlinos
6 paź, 2011 o 10:02

No ale w taki sam sposób można wyśmiać Martynę Wojciechowską czy Beara Gryllsa. Po co podróżują, wspinają się, śpią w niewygodnych warunkach? W końcu jest XXI wiek i mogliby zwiedzać świat normalnie, samolotem i limuzyną. A nie żreć robaki.

A część obieżyświatów wyciąga na takie wyprawy również dzieci – pozbawiając je dostępu do Internetu i gier na konsoli. I normalnego żarcia.

Fakt, że ludzie podejmują tego typu projekty świadczy w sumie o tym, że dobrze im się wiedzie – skoro potrzebują takich „ekstremalnych” doznań.

Pamiętam opowieść pewnego młodego Amerykanina, który założył w swoim nowym domu prawdziwy kominek i czerpał wielką frajdę z możliwości rozpalania ognia, spędzania wieczorów z żoną i winem przy jego blasku itp.

Jego ojciec nie potrafił go zrozumieć, bo on sam, po 50 latach czerpania „radości” z konieczności codziennego obsługiwania kominka, na emeryturze odpoczywał wreszcie w nowoczesnym domu z centralnym ogrzewaniem.

Wracajac do dziecka pozbawionego bananów- jeżeli odpowiednio zbajeruje po wszystkim kolegów w szkole/przedszkolu, to może z całego wydarzenia zrobić niezły powód do szpanu. ;-)


 
Krolowa
6 paź, 2011 o 10:03

Orlinos, doczytałeś, że dziecko ma DWA lata?


 
Nekkoru
6 paź, 2011 o 10:06

@orlinos: Wow, jednak ten, no, porównywanie turystyki ekstremalnej albo posiadania kominka w domu do… Argh, argh! Wybacz, byłaby rozsądna polemika, ale mój mózg zdecydował, że w moim najlepszym interesie leży pojawienie się krwiaka albo dwóch.


 
Orlinos
6 paź, 2011 o 11:05

Królowa: tak, właśnie doczytałem, tutaj masz rację i się wycofuję ze „szpanu”. Właśnie miałem pisać korygujący komentarz.

Aha, rodzicem nie jestem, więc z tej perspektywy wymądrzać się nie zamierzam (zanim ktoś mi to wytknie) – ale dzieckiem byłem, więc jako byłe dziecko mogę się wypowiadać. Czasem byłem dzieckiem pozbawionym w dzieciństwie wielu luksusów, o co nigdy nie miałem pretensji.

1. Idea stosowania pieluszek tetrowych średnio mi się podoba, po co niszczyć dziecku skórę w ramach eksperymentu. Skoro rodzice stoją w wirtualnej kolejce, to mogą i poprać sobie czyste pieluszki. Więc tutaj zgadzam się.

2. Spieram się właśnie z koleżanką w pracy o te zabawki i banany. Zauważyła celnie, że dziecku może być źle, gdy widzi, że jego rówieśnicy mają i zabawki i normalne owoce, a ono ma najwyżej jabłuszka.

Z drugiej strony – przecież to jeszcze nie nastolatek, dla którego akceptacja w gronie rówieśników jest absolutnie potrzebna. Ja w dzieciństwie często jęczałem, żeby mi dać różne rzeczy, ale odmowę akceptowałem bez problemu. Rodzice byli całym moim światem i ufałem im. Jeżeli mówili mi, że czegoś mi nie wolno lub nas nie stać lub to niemożliwe itp. – to po prostu przyjmowałem, że tak jest i musi być. Nie wywołało to u mnie żadnej traumy.

Konfrontacja nastąpiła dopiero później. W wieku dojrzewania pewne sprawy wyglądają oczywiście zupełnie inaczej.

3. Królowo: nie śledziłem tego eksperymentu, jak oni długo mają zamiar się tak bawić? Bo moja ocena całości zależy również od tego – czym innym jest głupia „przygoda”, która trwa parę miesięcy – pół roku – i się kończy – czym innym życie w nienaturalnych warunkach przez lata.

4. Nekkoru: o posiadaniu kominka mówiłem w kontekście pytania, które Królowa Nocy postawiła we wcześniejszym wpisie o „eksperymencie PRL”. Po co cofać się do dawnych czasów i dawnych możliwości, skoro mamy luksusy nowoczesności. Kominek to oczywiście wyłącznie drobna niedogodność – „projekt PRL” to kilkadziesiąt takich kominków razem wziętych.

„Turystyka ekstremalna” – czy dla dziecka jest jakaś różnica, że nie może dostać bananów, bo mamusia i tatuś robią „projekt PRL” czy też dlatego, że są w podróży na Alasce? Jest mu zimno, bo rodzice np. wyłączyli kaloryfer, żeby symulować „perelowskie awarie” lub dlatego, że mieszkają pod namiotem u Inuitów?

Już nawet nie chce mi się wspominać Amiszów, przy których sposobie życia ten cały projekt to pryszcz.


 
Krolowa
6 paź, 2011 o 11:09

„czy dla dziecka jest jakaś różnica, że nie może dostać bananów, bo mamusia i tatuś robią „projekt PRL” czy też dlatego, że są w podróży na Alasce”
tak, jest, sam o niej napisałeś (pkt 2)


 
Orlinos
6 paź, 2011 o 11:53

Królowo: pisałem też o różnicy wieku. W moim wczesnym dzieciństwie nie robiłem długo problemów rodzicom, gdy czegoś w domu nie było – nawet, gdy mieli to inni. Akceptowałem to, po prostu. „Najwidoczniej tak musi być”. Małe dziecko ufa, a przynajmniej ja ufałem, bo dopiero się uczyłem rzeczywistości i tego, co jest normalne lub nie.

W wieku dojrzewania sytuacja się oczywiście zmienia. Patrząc po własnych doświadczeniach, nawet, jeżeli rodzice chcą być bardzo niezależni, „niematerialistyczni” i tak dalej, to jednak przynajmniej od czasu do czasu trzeba pozwolić nastolatkowi przystosować się do rówieśników. Kupić mu markowy odtwarzacz mp3, bajeranckie spodnie itd. Albo pozwolić samemu zapracować na dowolne „nastoletnie bzdury”, żeby był w stanie się zsocjalizować.


 
Luca
6 paź, 2011 o 11:56

Bez sensu z tym dzieckiem. Gdyby było mniejsze, to, jak pisałaś, nie zauwazyło by nic prócz pieluch, a to akurat chyba nie taki dramat, bo tetrę się przynajmniej zmieniało zaraz po użyciu. Gdyby było starsze, rozumiałoby co się dzieje i nawet, gdyby nie podzielało entuzjazmu rodziców, to potem by sobie mogło wspominać ten ekperyment z nutką nostalgii czy coś.


 
Luca
6 paź, 2011 o 11:57

A tak, to się tylko męczy.


 
Krolowa
6 paź, 2011 o 11:59

Ano, tak to nic nie rozumie, poza tym, że nie ma zabawek, że jest jakieś inne mieszkanie, inne jedzenie, mama ciągle zmęczona, rodzice się częściej kłócą i inne dzieci jedzą banany i batoniki, a ono nie może.


 
Orlinos
6 paź, 2011 o 12:06

Królowo: „nic nie rozumie, poza tym, że nie ma zabawek, że jest jakieś inne mieszkanie, inne jedzenie…” – faktycznie, o tym nie pomyślałem, dzięki.


 
Jacek Koszla
6 paź, 2011 o 19:10

Dla psychiki dziecka zapewne niewątpliwą wartością dodaną będzie fakt, iż mogła uczestniczyć w tak przełomowym projekcie. To mówiłem ja, urodzony w PRL.


 
Gammon No.82
6 paź, 2011 o 20:01

@Jacek Koszla
Dla psychiki dziecka zapewne niewątpliwą wartością dodaną będzie fakt, iż mogła uczestniczyć w tak przełomowym projekcie.

Ale tak w ogóle to o co ci chodzi?

To mówiłem ja, urodzony w PRL.

Na und?


 
ewa
6 paź, 2011 o 20:18

troche nie mam siły szukać, może ktos napisac jaki jest cel tego pseudo-eksperymentu? cos ma z tego wyniknąć???

tekst o fatalnej kuchni ziemniaki+smalec słaby, nie koejarzę żeby tak wyglądała prlowska kuchnia w moim domu, nie było sushi, ale nie jedliśmy tylko tłuczonych ziemniaków z kotletem i kiszonym ogórkiem.

a co do dzieci, to chyba słaba strona „eksperymentu”, bo jednak w prl-u to jednak większość czegoś nie miała a tu widać dziewczynke boli, że brak ja wyróżnia – właściwie biorąc pod uwage wiek, trudno się dziwić…
żalprl…


 
Jacek Koszla
6 paź, 2011 o 22:45

@Gammon No.82
Chodzi mi o to, że pomysł eksperymentu uważam za chujowy dla 2-letniego dzieciaka. Czy wystarczająco jasno nakreśliłem moje stanowisko?


 
Kolejka ze stoperem « szprotest
6 paź, 2011 o 23:22

[...] tym, jak się w tym wszystkim czuje dwuletnia córeczka państwa dziennikarzy napisała Królowa Nocy; nie mam nic do dodania w tej [...]


 
Gammon No.82
7 paź, 2011 o 04:37

@Jacek Koszla

Tak, no nareszcie jasno.


 
Marta
7 paź, 2011 o 04:50

Niemal takie samo zdanie wyraziłam wczoraj na forum emama, tyle że na podstawie elektronicznej wersji artykułu i zdania o bananach – w e-artykule nie było nic o tym, że dziecko się buntuje i płacze, teraz jeszcze bardziej się utwierdziłam w mojej opinii.

Zostałam zmieszana z błotem, od razu padły głosy „dwuletnie dziecko nie umrze z braku bananów”, „rodzice zawsze dokonują wyboru za dziecko”. Oraz kluczowy argument „Przez parę dziesiątków lat TO był normalny tryb życia i jakoś żyjemy” http://forum.gazeta.pl/forum/w,567,129526511,129529124,Re_fajny_experyment_.html


 
Krolowa
7 paź, 2011 o 06:10

no, elektroniczna jest na razie okrojona, ja te cytaty ręcznie, jak zwierzę, z prasy papierowej. idę czytać komcie, zamiast kawy/energetyka będzie, fajnie, fajnie


 
Krolowa
7 paź, 2011 o 06:14

„Albo rodzice mają fanaberię wyjechać na wakacje na Korfu i dziecko jest pozbawiane 2 tygodni u babci. ” LOL, wut? Dwa miesiące temu byłam właśnie na Korfu, z dziećmi, były zachwycone, u babci by nie miały basenu, w którym w tydzień się nauczyły pływać i open baru, w którym nauczyły się zamawiać napoje w lengłydżu. Mwahahahaha, już się obudziłam.


 
Marta
7 paź, 2011 o 07:00

Bo ogólnie rzecz biorąc, wszystko jest sztuką wyboru. I ja to w pełni rozumiem. Natomiast niektóre wybory są z dupy wytrzaskane. I proszę bardzo, niech państwo sobie bawią się w PRL, niech bawią się w Amiszów, niech bawią się w jaskiniowców czy postapokaliptyczne klimaty, ale niech w to, do uja ciężkiego, dziecka nie mieszają.

A propos „pozbawiania” – moje dzieci zostały pozbawione wyjazdu zagranicznego na Korfu czy w inne tropiki, za to zyskały doświadczenie pt. kolonia letnia nad jeziorem organizowana przez TPD. W warunkach spartańskich, bez specjalnych atrakcji, na zadupiu okrutnym, gdzie są 3 sklepy, las, jezioro, las, las, jezioro, las i to by było na tyle. Tyle, że to był mój wybór z furtką bezpieczeństwa – w każdej chwili na sygnał „jest mi źle, bo… ” byłam gotowa dzieci z tego survivalu zabrać bez zadawania zbędnych pytań.
A survival młodym się bardzo podobał. Nie „jakoś przeżyły”, jak to piszą panie z ematki, zachwalając eksperyment prlowski. Nie – one wróciły zachwycone, mimo, że kolonia nie zapewniała miliona zajęć dodatkowych jak to mają w zwyczaju kolonie ekskluzywne ;). Było inaczej niż w domu, inaczej niż zwykle – oczywiście. Ale mówimy o 7-8-latkach, które ogarniają to, że nie wszędzie jest tak samo, plus, były to 2 tygodnie urlopu, a nie codzienne życie.

A odbieranie znienacka dwulatkowi niemal wszystkiego, do czego jest przyzwyczajony to wg mnie zwyczajny k…a sadyzm. Choć wolę się łudzić, że po prostu idiotyczna bezmyślność pana dziennikarza i jego głupiej jak but pani żony. A głupiej, bo się na to godzi i sądzi, że to taki zajebisty fun.


 
RobertP
7 paź, 2011 o 07:13

Jako osobnik, tak jak inni, zapieprzający chwilami ponad 8 godz. dziennie+plus dojazdy i zerkający w lekcje dzieci najwcześniej koło godz. 18, oceniam pomysł dodatkowego tracenia czasu przed okienkiem na poczcie lub w banku w imię porypanego eksperymentu jako porypany.

Masz godzinkę do przetracenia to idź z dzieckiem do parku kasztany pozbieraj, albo na basen – pływać je naucz.


 
Krolowa
7 paź, 2011 o 07:14

Ale pan w trakcie eksperymentu nie zapieprza 8 godzin dziennie, dostał grant i ma półroczne wakacje sponsorowane przez nas wszystkich, bo z podatków :)))


 
Marta
7 paź, 2011 o 07:20

> oceniam pomysł dodatkowego tracenia czasu przed okienkiem na poczcie lub w banku w imię porypanego eksperymentu jako porypany

Ależ pan to robi w imię Wyższej Idei Kulturowej i Społecznej. Się nie znasz. Wyższa Idea jest wazniejsza, niż jakaś tam dwulatka. Zresztą, w PRLu dzieci i ryby głosu nie miały ;)


 
ananke
7 paź, 2011 o 09:23

Ciekawe, czy w imię PRL nie będą dawać dziecku świeżych warzyw i owoców. Bo o ile pamiętam, to jesienią i zimą takich luksusów typu pomidor, ogórek albo papryka nie było. A może ma na okrągło wpirzać makaron z mlekiem, podstawę przedszkolnych śniadań.


 
Gammon No.82
7 paź, 2011 o 10:09

@ananke
makaron z mlekiem

Makaron obowiązkowo rozgotowany na gludyń, mleko wodniste, za to przynajmniej z lekka przypalone.


 
Gammon No.82
7 paź, 2011 o 10:10

P.s. dla pełnego realizmu w mleku powinny pływać farfocle, nie że kożuch, farfocle nieznanego pochodzenia.


 
kultmaszyny
8 paź, 2011 o 05:37

@ Marta
„A survival młodym się bardzo podobał. Nie „jakoś przeżyły”, jak to piszą panie z ematki, zachwalając eksperyment prlowski. Nie – one wróciły zachwycone, mimo, że kolonia nie zapewniała miliona zajęć dodatkowych jak to mają w zwyczaju kolonie ekskluzywne ;).”

Bo survival to po prostu fajna przygoda. I piszę to jako człowiek, który się wychował w górach / na łódce / ogólnie „w lesie”. Wystarczy zresztą popatrzeć, ile dzieci uważa nocowanie w namiocie w ogródku pod domem za olbrzymią atrakcję. Nie ma natomiast nic z fajnej przygody w jedzeniu niesmacznego i niezdrowego żarcia oraz w braku nowoczesnych zabawek.


 
vauban
8 paź, 2011 o 19:57

Wiecie, ale w końcu taki Zimbardo przerwał eksperyment, kiedy zauważył, że w jego więzieniu źle się dzieje. Może tym eksperymentatorom należałoby o tym dyskretnie przypomnieć?
Poza tym, uważam że całość jest bez sensu. Nie da się dziś żyć jak w PRL-u, nie wystarczy używać gadżetów z epoki i ograniczać dostępu do dóbr historycznie nie występujących w tejże.
Dla skutecznej symulacji należałoby wymazać całą zyskaną przez te 21 lat wiedzę o istnieniu takich rzeczy jak internet, wolna prasa czy wymienialna złotówka, a to wymagałoby albo prania mózgu albo wyjazdu do Korei Północnej (OK, zgoda na Kubę, ale tu bonus klimatyczny).
Co wiedzieliśmy w PRL-u o tym, czego w ogóle może dostarczać życie w normalnej cywilizacji? Niewiele. Wiedza była starannie dawkowana i wydzielana nielicznym, niczym mięso na kartki. Nie było czymś stresującym stanie w kolejce – to był fakt oczywisty, że się stoi i nie doświadczało się uczucia dyskomfortu. Nie odczuwało się przykrości z powodu braku bananów, bo brak bananów był czymś tak samo oczywistym jak to, że świeci słońce. To obecność banana była równoznaczna ze świętem.
Konkludując, hejterzę projekt, bo jego założenia są wadliwe. Niczemu nie służy celowa deprywacja, bo jej skutki są znane i doskonale przewidywalne. Jeśli ktoś chce żreć przez miesiąc hambaksy z MacDonalda (Supersize me), jego brocha. Chce żyć przez rok jak Jezus – też, aczkolwiek świrnięcie jest tu znacznie mocniejsze. Ale jeśli dla poklasku i mamony wtrąca swoją rodzinę w epokę telewizora łupanego, w dodatku najwyraźniej ze złą wiarą w to, że jest możliwa taka symulacja doskonała – to ja przepraszam, ale przyjął nierealistyczne założenia i powinien przestać, zanim zrobi komuś krzywdę.


 
Gammon No.82
9 paź, 2011 o 11:14

@vauban
Co wiedzieliśmy w PRL-u o tym, czego w ogóle może dostarczać życie w normalnej cywilizacji? Niewiele. Wiedza była starannie dawkowana i wydzielana nielicznym, niczym mięso na kartki.

Chyba do 1956, a już na pewno nie w ejtisach.


 
Shigella
9 paź, 2011 o 12:14

To ze akurat mloda nie dostaje batonikow to chyba dobrze, co prawda ja to pustostan jestem i sie nie znam, ale ciachniecie nadmiaru pustych kalorii to chyba dobrze.

Banany w Prylu bywaly, acz raczej w latach 70-stych, ponoc we wczesnym dziecinstwie dostawalam je dosyc regularnie.
Skad im sie urodzil smalec i ziemniaki to nie wiem, u nas w domu bywaly zupy, jak ziemniaki to z miesem i normalnymi sosami, robilo sie pierogi z miesem, ruskie, z owocami, leniwe, buleczki drozdzowe z wkladka (najczesciej bialy ser lub pieczarki), nalesniki.

W dni powszednie zreszta nie zawsze sie gotowalo obiad, pamietam ze gdy wracalam po szkole, musialam sobie gotowac pierogi albo pyzy z mrozonek, bo rodzice jedli w stolowkach a ja sie zaparlam czterema nogami i nie chcialam jesc w szkole.
Fakt, ze mieso sie jadlo rzadziej, bo nie zawsze trafiala sie „chinka na wolowe z koscia i rezerwe”.
Z cala pewnoscia na stolach pojawialo sie tez mniej warzyw, zwlaszcza zima.

Co do pieluch – nie robmy scen, dzieciaki sie wtedy po prostu od razu przewijalo, bo maluch ktory mial mokro urzadzal awanture.
Cos mi sie tak metnie tez kojarzy, ze juz roczniaki – poltoraroczniaki odrabialy wtedy „trening czystosci”; brat wyjezdzajac w wieku lat dwoch do Szwecji na pewno juz korzystal z nocnika i nie byl zadnym ewenementem.
Skad pamietam – otoz jak wrocili po paru tygodniach, matka mi malo glowy nie urwala, ze nie wymylam tegoz i sie zasmiardl. Robila mi o to pieklo przez ponad dwa lata, wiec zapamietalam ;)


 
kultmaszyny
11 paź, 2011 o 23:30

@ Shigella
„Skad im sie urodzil smalec i ziemniaki to nie wiem, u nas w domu bywaly zupy, jak ziemniaki to z miesem i normalnymi sosami, robilo sie pierogi z miesem, ruskie, z owocami, leniwe, buleczki drozdzowe z wkladka (najczesciej bialy ser lub pieczarki), nalesniki.”

Mi się dzieciństwo w PRL-u kojarzy z pyszną sałatką jarzynową, a nie ze smalcem.


 
krystyna.ch
12 paź, 2011 o 12:17

@smalec z kapustą

Oni tam oboje pracują, więc pewnie nie bardzo mają czas na pierogi i nadziewane bułeczki. Ja też w PRLu nigdy nie przejadałam się domowymi pierogami, bo to jednak wpip roboty takie pierogi, no ale były naleśniki, kluski, zapiekanki z makaronu i inne takie. Co do smalcu z ziemniakami, mam dwie hipotezy. Pierwsza: jak ktoś dopiero po przesiadce do PRLu „zaczyna gotować”, to może jeszcze nie doszedł, co można ugotować z biedaskładników, żeby było smacznie. I druga: Terry Gilliam i Michael Palin zapamiętale smarujący się błotem, żeby Święt Graal wypadł bardziej autentycznie, tyle że nie.


 
Krolowa
12 paź, 2011 o 12:32

pracują? jego praca polega na staniu pod uniwersamem ze stoperem -.-


 
krystyna.ch
13 paź, 2011 o 11:08

Stanie ze stoperem tak samo zabiera czas. A poza tym, c’mon, pan redaktor dla maksymalnej źle pojętej autentyczności nawet talerzy nie wstawia do zlewu, a Ty chcesz, żeby gotował?…


 
lavinka
18 paź, 2011 o 15:37

@Vauban: Kuba się nie liczy, tam od dawna wszyscy mają komórki(co z tego,że nielegalnie i tak mają), prędzej ta nieszczęsna Korea. Albo wiezienie dla politycznych w Chinach. BTW państwo i tak źle odtwarzają. W PRLu może nie były powszechne niańki, ale były za to pełnoetatowe babcie, a czasem i prababcie do pomocy, które wnuczętom gotowały podczas gdy rodzice byli w pracy (wiele moich koleżanek i kolegów tak się chowało, ja miałam gorzej ale i lepiej, bo moja babcia pracowała we Włoszech. Były paczki i listy z dularami i szynką w konserwie, ale opieki nie było, bo prababcia nie zawsze miała tyle zdrowia i siły). Oczywiście babcie stały też w kolejkach po szynkę dla wnusia (tu mojej prababci należy się medal). Rodzina 2+1 w PRLu praktycznie nie istniała. Poza nielicznymi, tragicznymi wyjątkami zdaje się głównie rodzin mocno inteligenckich(pan robi doktorat, a pani nie utrzymuje kontaktów z rodziną bo by się wydało, że cały rok chodzą w gumiakach.Wtedy rodzina ze wsi to był straszny wstyd wśród żon inżynierów), ludzie trzymali się bardziej w kupie, była zawsze jakaś babcia, ciotka, stryjenka, wujenka, kuzynka itd. Rodzina jako niezależna komórka ze sporadycznymi kontaktami rodzinnymi (od święta), gdzie cały ciężar obowiązków domowych spoczywa na jednej osobie, to wymysł ostatnich czasów. Panowie jeszcze nie nauczyli się po sobie sprzątać, a babcie są zbyt dumne by robić za służącą w domu córki czy syna (oczywiście generalizuję, ale to dość widoczny trend). Przejściowy okres przemian społecznych. Jeszcze ze dwa pokolenia się przewalą i powinno się unormować, aczkolwiek na wyższy przyrost naturalny w tej sytuacji nie ma co liczyć.


 
Tunia
19 paź, 2011 o 08:43

jezu, lavinka, na Litość i wszystkie świetości.
co Ty z całym szacunkiem pierdolisz?

jaka babcia prababcia ciocia stryjenka? wujenka kuzynka??? jak to nie było rodzin 2+1? jakie nie utrzymywanie kontakto z rodzina bo się wyda?

niekt mi i mojemu bratu obiadów nie gotował, był żłobek (ja chodziłam do niani), było przedszkole, szkoła, klucz na szyi i obiady w stołówce. w kolejce stała mama (pracująca na połtora etatu) i ojciec ( ojapierdole, pracownik naukowy?? z wyżyszm wykształceniem??? i to utrzymujący kontakt z rodzicami co mieszkali na zabitej dechami wsi???? ale siara, masakra, nie wiem jak on mógł i jak moja mama sobie z tym radziła, wstyd i poruta) i my.
Byliśmy (i jestesmy ) niezależną komórką. z kontaktami z inna rodziną.

a co do współczesności – sory ale smutno pierdolisz.
nie znam żadnej rodziny, gdzie ciężar utrzymania spoczywan na jednej osobie, a cieżar obowiązków domowych na drugiej (mówię o oosobach w różnym wieku zewsząd). i chyba ze wstydu bym umarła, gdyby moja matka miała nam pomagac coś wiecej niż wizyty i sporadyczne zostawanie z dzieckiem.

generalnie to opadło mi wszystko. nawet cycki


 
krystyna.ch
21 paź, 2011 o 10:45

@lavinka
„Poza nielicznymi, tragicznymi wyjątkami zdaje się głównie rodzin mocno inteligenckich(pan robi doktorat, a pani nie utrzymuje kontaktów z rodziną bo by się wydało, że cały rok chodzą w gumiakach.”

Hesus Rodriguez, co to ma być za smętny trolling?
Na dobry początek może zrozum, że do „sporadycznych kontaktów od święta” wystarczyło, żeby oboje rodzice byli pierwszym pokoleniem, które wyjechało do miasta na studia, pół Polski dalej. I wtedy nie było babć pełnoetatowych, nie było gotowania dla wnusiów, bo dziadkom, a tym bardziej pradziadkom, którzy zresztą stali już jedną nogą na tamtym świecie, jakoś, kurna, nie chciało się zapierniczać raz w tygodniu kilkaset kilometrów w jedną stronę, żeby postać po szyneczkę.

„Wtedy rodzina ze wsi to był straszny wstyd wśród żon inżynierów”

Jest taka uprzejma prośba, żebyś nie generalizowała swoich doświadczeń rodzinnych na resztę populacji.


 
lavinka
26 paź, 2011 o 12:08

Ale o co Wam chodzi? Ja tylko mówię, że tak było. Nie moja wina, że PRL zmuszał ludzi do migracji. Ludzie mający rodzinę na wsi akurat mieli dużo lepiej, bo co weekend wracali z pełnymi siatami żarcia (które często odsprzedawali sąsiadom, tyle tego było). Ludzie nie posiadający rodziny na wsi mieli naprawdę pod górkę, bo byli skazani na dawanie prezentów ekspedientce, inaczej nic spod lady nie dostali. Dwa plus jeden było tylko w miastach. Takie rodziny się zdarzały, ale jedynaków było naprawdę mało. Nie piszę, że ich nie było wcale, ale mieli dokładnie tak samo strasznie jak teraz w tym eksperymencie, czyli matka była zdana sama na siebie, bo pan siedział w pracy a babcia albo pracowała albo doiła krowy. Próbuję napisać, że to co odtwarzają w eksperymencie to czysta fikcja i cieszę się, że przyznajecie mi rację, bo w tamtych czasach było zupełnie inaczej. Do żłobka chodziły nieliczne dzieci. Chyba, ze piszemy o latach 50 tuż po wojnie. PRL miał różne oblicza, niemniej 2+1 to może końcówka lat 80 czyli właściwie nie PRL ale czasy przemian ustrojowych.To nie czasy powojenne, kiedy to mało w której rodzinie rodziło się mniej niż trójka. Pamiętajmy, ze w latach 70 był wyż demograficzny i to spory, który był właśnie pochodną wyżu powojennego. 2+1 to była wtedy norma? Oj, chyba jednak nie byłoby wyżu wtedy, czysta matematyka :)

Ale z kim ja rozmawiam, z dziećmi które nie pamiętają stanu wojennego :)

p.s. Też chodziłam z kluczem na szyi w podstawówce (który zresztą ciągle gubiłam, bo nosiłam w takiej torebce na szyi która przeszkadzała grać w gumę) i mało która koleżanka nie miała babci szykującej jej obiad (moja pracowała, więc niestety musiałam czekać do wieczora). Babcie sprowadzone ze wsi do dużych mieszkań (3,4pokoje) to też było dość popularne. I były doskonałymi opiekunkami, których się bardzo zazdrościło albo się wpychało w porze obiadowej w gości i dostawało darmo talerz zupy. Mniam!

p.s.2: Jak już koniecznie musicie nazywać mnie trollem, to zapytajcie mamy i taty jak to było jak byliście mali, bo już chyba zapomnieliście :)


 
Shigella
26 paź, 2011 o 13:16

@lavinka Nie musze pytac mamy i taty, bo stan wojenny pamietam.
Co do wstydzenia sie rodzin ze wsi – niektore rodziny z „awansu spolecznego” troche tak niestety mialy, pamietajmy tez, ze wies wtedy a wies dzis ogromnie sie roznily i nie kazdy umial sie przyznac, ze w chalupie nie mial biezacej wody, o toalecie nie wspominajac.
Babcie miewali ludzie osiadli albo z mieszkaniem, ale przypominam, ze wtedy nie robiono tragedii, gdy kobieta szla na wychowawczy.
Wieksze mieszkania zreszta byly rzadkoscia i dobrem luksusowym, bardzo wiele mieszkan to m1 lub m2, w ktorym ledwie sie miescili rodzice z dziecmi.
Wyz demograficzny bral sie nie z ilosci dzieci, ale rodzicow – nas byla trojka i na rodzicow patrzono dziwnie, a czworo-piecioro dzieci w rodzinie zakrawalo na patologie.

@krystyna ch. pierogi itp robilo sie najczesciej w weekend i czesc zjadalo, czesc zamrazalo. W tygodniu – zalezalo, mama kolezanki, ktora pracowala 7-15 codziennie gotowala obiad z trzech dan. Nalesnikow tez smazono wiecej i zazwyczaj sie je potem tylko smarowalo.
Tak jak pisalam – byly tez mrozonki, ktore wystarczylo przygrzac.


 
krystyna.ch
28 paź, 2011 o 11:51

@lavinka
„Nie moja wina, że PRL zmuszał ludzi do migracji.”

O, widzisz, jednak jest postęp – w poprzednim komentarzu temat migracji nie istniał; patologiczne inteligenckie rodziny zrywające kontakty z krewnymi były twoim zdaniem jedynym powodem braku „babć pełnoetatowych”. Tłumaczę więc spokojnie i cierpliwie, że czasem sporadyczność kontaktów wynikała wyłącznie z dzielącej rodzinę odległości – chyba sama nie za dobrze pamiętasz PRL, jeśli twierdzisz, że każda rodzina mogła sobie wtedy swobodnie wyskakiwać do dziadków co tydzień na weekend (o, tak, zwłaszcza z niemowlęciem). A nawet jeśli już przyjeżdżali, to była to tylko wizyta towarzyska; choćby dostali wtedy i ćwiartkę świniaka, to codzienny ciężar prowadzenia domu i opieki nad dziećmi nadal spoczywał tylko na barkach rodziców. Nie było darmowych opiekunek, nie było gotujących babć, nie było prababć wystających w kolejkach.

„Ludzie mający rodzinę na wsi akurat mieli dużo lepiej, bo co weekend wracali z pełnymi siatami żarcia”

Owszem, dostawali czasem trochę mięsa, warzyw czy innego dobra, ale zdecydowanie nie „co weekend”, no chyba że mówimy o sytuacji: Warszawa-Jabłonna. W sytuacji, gdy od rodziny dzieliło ich kilkaset kilometrów (zobacz na mapie, jak daleko jest z małej wsi pod Zduńską Wolą do Gdańska), mało kto miał szansę odwiedzać rodzinę częściej niż raz na miesiąc, zwłaszcza jeśli nie miał nawet małego fiata. Poza tym przypominam, że mowa była o opiece nad dzieckiem, nie o aprowizacji – żadne „siaty żarcia” nie zmieniają faktu, że człowiek mieszkający z dala od rodziny był tu zdany tylko na siebie.

„Babcie sprowadzone ze wsi do dużych mieszkań (3,4pokoje) to też było dość popularne.”

Babcie, które zostawały na gospodarstwie wraz z resztą rodziny, były jeszcze popularniejsze. Czteropokojowe mieszkania zdecydowanie nie były popularne, w PRLu nie znałam nikogo, kto by takie miał.

„Jak już koniecznie musicie nazywać mnie trollem, to zapytajcie mamy i taty jak to było jak byliście mali”

Niech będzie – dla porządku zapytałam Mamy, czy, jak byłam mała, rzeczywiście wstydziła się wujka Janka, wujka Heńka i cioci Marty, do których jeździliśmy na wieś. Popatrzyła na mnie okrągłymi oczami, a potem bardzo dobitnie odpowiedziała, co myśli na twój temat i jak szybko masz się oddalić.


 
Niech jedzą sushi « Fronesis
3 kwi, 2012 o 22:18

[...] na stosunek dziennikarzy do własnego dziecka, które nie wie dlaczego nie dostaje bananów o czym pisała Królowa. Można ugryźć od strony feministycznej co zrobiła [...]


 

Odpowiedz