0

„Przecież ty nie cierpisz rowerów”

Królowa napisała 8 lip, 2014 w kategoriach Bez kategorii

Zaczęło się niewinnie od wspólnego biegania razem. Niczym para w stylu rodzinki Stockowskich, ona, on, park, endomondo. Nic szokującego, bieganie było i przedtem, solo, toż to żaden tam sport, ot, bieganie. Później jednak przydarzyła się hulajnoga. Ot, dzieck znajomy miał, zabrał, zostawił w samochodzie, godzina czekania, może spróbować. Ojej, jak tu utrzymać równowa…o, daje się. O jak fajnie. O, z górki, boję się, piiiiiisk, jej, adrenalina, chcę więcej. No i bum, zachorowałam. Wizyta w Decathlonie, bo poszukiwania roweru dla dziecka, dobrze, niech oni się rowerami, gdzie hulajnogi. Zdjęłam z półki pierwszą lepszą – i ziuuuuu. W tę, w tamtą, po alejkach. Potem research, zaczepianie ludzi z hulajnogami na ulicy, wreszcie gorące uczucie do Oxelo Town 7 XL.  Jeszcze niekupiona, ale na półce z marzeniami. Gdzieś w między czasie spacery, granie w tenisa stołowego, wreszcie jednak dzień kupowania roweru dla syna. I oto okazuje się, że sprzęt dla Młodego jest również na mnie pasujący. Podobno.

Gdzie tam ja na rower, po moim trupie. Dwadzieścia lat nie jeździłam i nie będę tego zmieniać. Prowadziliśmy rower od samochodu do domu. Tak tylko. Sprawdzić czy dobrze jedzie. Dla dobra dziecka oczywiście. Mhm. Ziuuuuu, po ścieżce sto metrów. Och, jak fajnie.
I tak, dziecko się uczy jeździć na swoim rowerze, a gdy śpi albo jest na zajęciach lata w mieście, matka podwyższa siodełko na swoją wysokość i fru. Albo portale pohackować, albo myknąć do Powsina. Po dwudziestu latach niejeżdżenia wystarczyło 5 dni, żeby dojść do formy, w której 23 kilometry to żadne wyzwanie i mogłabym dłużej, tylko czasu zabrakło. I już wiem, że w końcu ja też będę chciała swój rower. A nawet dwa, jeden jakiś porządny góral na wycieczki, a drugi jakiś miejski, śliczny, czerwony, z tymi osłonkami na koło z tyłu, żeby można w sukieneczce bezpiecznie jechać. I z koszyczkiem na pudelka zakupy z przodu.

I tak o. Bieganie, rower, stepper. Cudowne poczucie zmęczonych mięśni – na tyle mocno, żeby czuć, na tyle słabo, żeby nie zniechęcało. Jedynym zmartwieniem jest to, że w czasie/po jeździe na rowerze mam takie napady głodu, że jem i jem. #Aduparośnie – od kiedy więcej się ruszam, to i zwiększyła mi się oponka na brzuchu i objętość ud. Halp?

krolowanarowerze

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Brzydkie słowa, brzydki świat

Królowa napisała 4 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Wiele jest rzeczy, które nas denerwują w tak zwanym „dzisiejszym świecie”. Narzekamy, ustnie, pisemnie, jednak niewiele zmieniamy. A są rzeczy, które dość łatwo zmienić. Przeczytałam ostatnio opowieść polskiego pisarza, który wzburzony pewną sytuacją na jego osiedlowym podwórku zwrócił się do obcego dziecka wulgarnymi słowami. Na słowa zareagował ojciec rzeczonego dziecka, konflikt eskalował do tego stopnia, że w sprawę była zamieszana policja. Ostatecznie sprawa skończyła się pokojowo, ale zastanowiło mnie to, że w toczonej publicznie dyskusji na temat tego zdarzenia mało kto zwracał uwagę na sam początek – czyli na niekulturalne zwrócenie uwagi dziecku. Dzieci mają do siebie to, że się uczą świata. To, jakimi dorosłymi zostają, to, jakimi wartościami się kierują w dorosłym życiu, to jakiego języka używają, zależy od nas – dorosłych. Kształtowanie się człowieka zaczyna się w domu rodzinnym. Potem dochodzą oczywiście rówieśnicy – jednak oni też początkowe wzorce czerpią od rodziców. Otoczenie – media, kultura, sztuka – to już wszystko tworzone przez dorosłych, to oni mają wpływ na to, jaki z tych źródeł płynie przekaz.

A ten przekaz wydaje mi się być coraz bardziej wulgarny i spłycony. Dziecko obserwuje świat dorosłych i widzi, że użycie „kurwy”, „chuja” czy „pierdolenia” jest na porządku dziennym. Takich słów używa rodzic, takich słów używają ludzie z różnych środowisk, takie słowa są coraz silniej obecne w życiu codziennym. Również w internecie, który przecież staje się bardzo bliskim coraz to młodszym dzieciom medium. Nieistotne jest już to, że są filtry wulgaryzmów czy możliwość blokowania stron – to po pierwsze nie zawsze skuteczne mechanizmy, po drugie jednak nie żyjemy w internecie, a na ulicy nie można dziecku włączyć filtra na określone słowa.

Jeszcze kilkanaście lat temu, może kilkadziesiąt funkcjonowało przekonanie o tym, że to „niziny społeczne” używają wulgaryzmów często i bez ograniczeń. Teraz zaczepiający mnie na ulicy bezdomni pytają mnie uprzejmie „Księżniczko, czy poczęstuje pani papierosem?”, a to u ludzi uważanych za elity kraju słyszę kurwy i chuje. Idę po ulicy – mijają mnie dobrze ubrani ludzie wykrzykujący do telefonów potoki wulgaryzmów. Zaglądam do prasy, a tam historia dyrektorki teatru, która papieża nazywa chujem oraz Katarzyna W., która „wychujała” organy ścigania. Blog technologiczny – „bądź kurwa ostry jak brzytwa”. Portale społecznościowe – „zimo wypierdalaj”. I tak dalej i tak dalej, artyści, dziennikarze, ludzie kultury, biznesmeni, politycy – „Taka, kurwa, konwencja”, dowiaduję się z tygodnika uważającego się za opiniotwórczy.

Gdy byłam dzieckiem poznałam oczywiście w pewnym momencie wulgarne słowa. Poznałam je i dowiadywałam się, że owszem, takie słowa istnieją, ale człowiek kulturalny, wykształcony, szanujący innych i chciany być szanowany nie powinien ich używać. A jeśli już, to w wyjątkowych sytuacjach i jeśli miał świadków – powinien przeprosić. Dziś sama jestem rodzicem i takie same wartości próbuję przekazywać moim dzieciom. Ale czuję się coraz bardziej bezradna, bo choć wciąż to ja jestem dla moich dzieci największym autorytetem, to jednak dostają one coraz więcej bodźców ze świata zewnętrznego, gdzie bynajmniej te zasady nie są stosowane. Dorośli coraz śmielej dają sobie przyzwolenie na to by rzucać kurwami w każdych okolicznościach, bo przecież „wszyscy tak robią”.

Otóż sprzeciwiam się. Nie chcę, by moje dzieci dorastały w takim świecie. Nie chcę, by te wulgarne, brzydkie słowa otaczały je na każdym kroku. Sama oczywiście nie jestem bez winy, sama zaczęłam wpadać w trend zastępowania wielu słów kurwami. Toteż pracuję nad sobą. To nie jest łatwe, nigdy nie było i nie będzie, ale gryzę się w język. Zastępuję kurwę kurczęciem albo innym słowem lub milczę w ogóle. Gwiazdkuję kawałek słowa albo w ogóle go nie używam. Staram się kulturalnie przekonywać do używania kulturalnych słów. Nie przeklinam w rozmowie z Tobą – ty też nie mów do mnie przekleństwami. To takie proste, podstawowa zasada „traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany”.

Wracając do sprawy pisarza, który zwyzywał dziecko – gdy już opisał on zakończenie historii, kiedy to finałem było wspólne budowanie w zgodzie i sympatii, spytałam na koniec dyskusji, czy nie uważa w takim razie, że na przyszłość lepiej wyjaśnianie konfliktów zaczynać od spokojnej rozmowy bez wyzwisk. Odpowiedział, że nie wydaje mu się. I zrobiło mi się smutno. Bo jeśli pisarz – w świecie moich wartości wciąż jeszcze człowiek, który w pewien sposób wyznacza szlaki, kształtuje postawy – nie sprzeciwia się wulgaryzacji języka, to jak ma powstawać więcej wartościowej literatury? Skoro wszyscy przeklinają, skoro tyle słów można zastąpić kurwami i chujami, to po co się wysilać, po co używać innych słów. I ludzie zapominają o innych słowach. Im więcej przeklinają, tym rzadziej podejmują umysłowy wysiłek dobierania słów do sytuacji. Tym uboższy więc staje się język i tym większe społeczne przyzwolenie na to, by nawet językoznawcy beztrosko i radośnie rzucali mięsem pod pozorem żartu czy konwencji. Nie można wszystkiego obracać w żart czy konwencję.

Świat jest taki, jakim go tworzymy, próbujmy tworzyć lepszy świat, zamiast pogrążać się w bezproduktywnym narzekaniu. Ograniczajmy wulgaryzmy. W mowie, w piśmie. Chociaż jednego dnia na początek. Chociaż w obecności dzieci. Potem z jednego dnia może się zrobić tydzień. Miesiąc. Potem to się staje nasze życie.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Sztuka odpuszczania

Królowa napisała 20 gru, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Uwielbiam się uczyć. Chcę, MUSZĘ wiedzieć. Zawsze więcej, dalej wzwyż i dalej w głąb. Ostatnio jednak uczę się odpuszczać i ustawiać priorytety. Ciągle muszę się mentalnie walić po głowie i przypominać sobie, że nie starczy mi życia na poznanie, doświadczenie, stworzenie WSZYSTKIEGO. A to są na ogół drobiazgi życia codziennego, jak choćby teraz. Zaczęłam pisać tę notkę, po dwóch zdaniach poszłam coś sprawdzić w Google’u, jakiś drobiazg, ale potrzebny do tej notki… po kwadransie czytania tekstów o poznaniu noetycznym w filozofii Platona ocknęłam się nagle: „zaraz, miałam teraz pisać, a nie czytać”. To nie prokrastynacja, bo ja chciałam pisać, miałam cel – ale umysł mi zbłądził na manowce. I tak permanentnie, odczuwam żal na myśl o tych ilościach dobrych książek, których nie przeczytam, muzyki, której nie posłucham, filmów, których nie obejrzę, miast, których nie zwiedzę. Ale skoro mam tego świadomość, to coraz częściej robię selekcję, rezygnuję, celowo nie chcę wiedzieć. Stosuję „blondynka mode”. Zepsuł mi się ruter – potrzebuję nowego, nie znam się i nie wiem jaki nabyć, dla mnie to pudełeczko, dzięki któremu mam internet w mieszkaniu, chcę żeby pasował do mojego modemu, chcę wifi w łazience – wybierz mi, kup, zainstaluj, skonfiguruj. Nie chcę wiedzieć jak i czemu działa, chcę tylko mieć połączenie ze światem.
Muszę z niektórymi rzeczami tak robić, muszę się takiego podejścia uczyć, bo inaczej rozpraszam się ciągle na łapanie małych kawałeczków wiedzy, a potem chcę tej wiedzy jeszcze więcej, a że nie jestem polimatyczką, to nie mogę się znać na wszystkim.

A z drugiej strony jednak czasem się tłukę po głowie myślą: „przecież to takie proste, czemu ja tego nie robiłam sama?!”. Tak jak dzisiaj, gdy wgłębiłam się w temat wtyczek do WordPressa i zamiast jak zwykle jęczeć Mojemu Osobistemu Adminowi: „zrób mi na tym blogu takie coś z takim czymś”, po prostu przeczytałam i poklikałam trochę. Okazało się, że bez problemów ogarniam temat, nie idealnie jeszcze, ale wystarczająco. Choć początki były trudne.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

My Precious, my Precious

Królowa napisała 20 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

To będzie tekst o tym, jak ważne jest słuchanie siebie i spełnianie swoich marzeń. SWOICH. Nie cudzych. Bo ludzie mają tendencje do mówienia Ci o czym marzysz. Ludzie wiedzą lepiej, co dla Ciebie dobre. Wiedzą lepiej, czego ty chcesz. Mówisz, że chcesz iPada, że o nim marzysz, że go pragniesz. Ludzie mówią: A po co ci? Tyle kasy na tablet? Do książek to lepszy Kindle! No weź, toż to słabe jest. Kindle, Kindle, totalnie kup Kindle, ja mam i jestem zachwycona! Nie kupuj iPada, nie warto. Kup, iPady są świetne. Ależ wszystko byle nie iPad. Nie kupuj, szkoda pieniędzy. Nie kupuj, to nie jest tyle warte.
Marzyłam. Kupiłam. Gdy go odbierałam od przemiłego Tomka, który mi go sprzedał, miałam na twarzy taki uśmiech i byłam tak podekscytowana, że patrzyli się na mnie absolutnie wszyscy w tym Coffee Heaven na drugim piętrze w Złotych Tarasach. Co oczywiście zauważyłam dopiero jak wychodziliśmy, bo przedtem patrzyłam tylko na MÓJ SKARB. Gdy wyszłam z kawiarni zatupałam nóżkami i wydałam z siebie tak głośny pisk radości, że znów na mnie popatrzyło ze 20 osób. Gdy go w domu rozpakowałam i podłączyłam do Macbooka, patrzyłam z zachwytem jak się wszystko ślicznie synchronizuje – łatwo, szybko, bezproblemowo. A gdy po synchronizacji i ustawieniu najważniejszych rzeczy, typu hasło i tryb nocny miałam już tablet gotowy do korzystania – długą chwilę się nim nie bawiłam, tylko wzięłam w ramiona i przytuliłam do siebie. Absolutnie magiczny był też moment, gdy jeszcze w trakcie zawierania transakcji wpisałam swoje AppleID i w ustawieniach wyświetliło mi się”Anna’s iPad”. On już wtedy był mój, nie mogłabym z niego zrezygnować (tak, tak, wiem, to samo by się zdarzyło na każdym innym iPadzie z dziewiczym systemem, ale co z tego).
W dodatku ten konkretny iPad został kupiony w Nowym Jorku na Fitfh Avenue, w tym właśnie słynnym salonie Apple i też mnie to rozczula, bo myślę sobie, że skoro mój tablet był w NY to i mi się kiedyś wreszcie uda tam pojechać. Zabiorę moje maleństwo do ojczyzny.
Kilka dni, a ja jestem coraz bardziej zachwycona. Pisanie jest zaskakująco łatwe, autokorekta się szybko uczy jakich słów używam i uzupełnia jak trzeba, wszystko chodzi płynnie, szybko, nie ma tego irytującego oczekiwania aż się aplikacja otworzy czy też zamknie, o wiele wygodniejsze stało się robienie wszelkich notatek i list to do, a ja bardzo tego potrzebuję. Wyświetlacz jest fantastyczny, ta ostrość, kolory, oglądanie zdjęć jest wielką estetyczną przyjemnością. O aplikacjach to nawet nie będę się rozpisywać, kto używa jabłek wie, jakie są możliwości. No i książki, książki, kiedyś wzdrygałam się na myśl o ebookach i sądziłam że to coś zupełnie nie dla mnie, nie mogłam się skupić przy książce w postaci PDF na laptopie, bo ciągle mi zgrzytało coś w głowie, że książka to książka, a komputer to co innego i nie do czytania książek służy. A potem najpierw podpatrywałam jak znajoma czyta książkę na iPadzie – siedziałam koło niej i czytałam dokładnie to samo, ale z papieru – czytałyśmy tak samo szybko, może nawet ja szybciej, ale jej było o wiele łatwiej podzielić się jakimś wyjątkowo bulwersującym fragmentem z internetem, a w dodatku jak zgasło znienacka światło w pociągu, którym jechałyśmy, to ja byłam jedyną osobą, dla której to był problem. I to było pierwsze takie zdarzenie, które mnie mocno popchnęło w stronę czytania wersji elektronicznych. Drugim było robienie małych porządków w biblioteczce. Niby nie skomplikowane – powyjmować książki, których nie czytam i już nie przeczytam i je naszykować do oddania/sprzedania, inne poukładać w odpowiedniej kolejności i dorzucić te, które przywiozłam z wyprawy na Polcon. Ale zajęło mi to cały dzień, pod koniec którego bolały mnie mięśnie od noszenia tych niby to małych, acz znaczących cieżarków, nos miałam zapchany, oczy piekły mnie od kurzu, w dodatku nowe książki zajęły miejsce wyrzucanych całkowicie i właściwie stan nie uległ zmianie. Zirytowałam się, tyle roboty, tyle miejsca zajmuje – postanowiłam: przerzucam się na czytnik. No i teraz już mam w docku swojego iPada aplikację iBooks – wchodzę, otwieram, każda książka oczywiście otwiera mi się na tym miejscu, gdzie skończyłam czytać, koniec z zakładkami albo traceniem czasu na wertowanie kartek, jeżeli czytam w obcym języku i jakiegoś słowa nie rozumiem zaznaczam je dotknięciem palca i błyskawicznie sprawdzam w internetowym słowniku co znaczy, jeśli jakiś fragment chcę komuś pokazać robię screena i wysylam go w 3 sekundy mailem i tak dalej. W sklepie mogę pobrać próbki książek i po przeczytaniu fragmentu skasować je albo kupić pełne wersje. Kartki przewracają się jak w „tradycyjnej książce”, pewnie nawet mogłabym sobie dodać szelest (a może nawet już mam, ale ostatnio wyciszam coraz więcej urządzeń, więc iPad też bez dźwięku jest używany).
No i nie gubię już książek – często zdarzało mi się, że czytam, nagle muszę przerwać, idę gdzieś z książką w ręku, po drodze ją porzucam gdzieś, potem nie pamiętam gdzie – z biblioteczką na tablecie tego problemu nie ma, owszem, mogę gdzieś posiać całego iPada, ale wtedy mogę go zlokalizować z komputera, komputera nie gubię, bo jest stacjonarny.
Także słuchajcie swoich pragnień i podążąjcie za nimi, że tak polecę Coelho-style. Bo warto przeżywać taki haj endorfinowy, na jakim ja byłam i jestem po tym, jak spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Czas porządków

Królowa napisała 16 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Od początku września robię porządki. W komputerze – wyrzucam nieudane zdjęcia, seriale, których nie oglądam, przenoszę wszystko, czego nie potrzebuję mieć pod ręką na co dzień na dysk zewnętrzny. W mieszkaniu – pozbywam się papierów, zepsutych lub nieużywanych przez nikogo już zabawek. Przeglądam regały z książkami, nie idzie mi to łatwo, ale systematycznie wyjmuję te rzeczy, których nie czytam i nie będę czytać. O dziwo, nawet znajdują się chętni na strasznie dziwne starocie, jakie wygrzebuję z drugiego rzędu.
Dojrzałam do wyrzucenia archiwum „Polityki”, dwóch grubych segregatorów z kilkudziesięcioma numerami. Taki sam los spotkał nieliczne egzemplarze papierowej Wyborczej (#upadekprasypapierowej). Ubrania, których nie noszę kolejny rok i tylko zajmują miejsce w szafie. Zepsuta myszka zachomikowana w szafie, nie wiadomo po co. Stare jaśki, które wepchnęłam do skrzyni pod łóżkiem i nie rzucały się w oczy ani jeść nie wołały. Mam zdecydowanie za dużo przedmiotów.
Jedyne ograniczenie to piwnica. To od dawna mnie przerasta. Łudzę się, że stare butelki po Grolschu z emaliowym (czy jakimś tam, ale nie plastikowym) korkiem będą kiedyś dużo warte i nagle okaże się, że mam w piwnicy fortunę.
I porządki w życiu. Zrobiłam noworoczne postanowienia. Dwa. Pozbywam się znajomości, które mi szkodzą lub które nie mają znaczenia. 40 profili na Facebooku poleciało w pół godziny. Wiecie, jak to jest. Idzie się na imprezę, poznaje kogoś, gada z nim przez godzinę, następnego dnia dodaje się go na fejsie i… koniec. Potem się już nie spotykacie nigdzie, tak naprawdę jesteście sobie obcy, okazjonalnie dajecie sobie lajka lub komenta. Albo poznajesz kogoś, spotykasz się z nim okazjonalnie przez parę miesięcy, potem się okazuje, że to kłamliwa wredna świnia i za twoimi plecami knuje przeciwko tobie. Albo masz na fejsie kogoś, kogo faktycznie znasz, ale jego poglądy są takie, że z każdym jego postem się coraz bardziej wstydzisz, że masz takie znajomości. I tak dalej.
Kasuję też stare blogi, nieużywane profile – doprawdy, nie muszę być wszędzie w internecie.
Mniej oglądam, więcej czytam. Mniej portali, więcej książek. Piszę mniej, ale treściwiej, zapisuję coraz więcej pomysłów, zarysów, szkiców. Szykuję się do zimy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Kombinat pracuje, oddycha, buduje

Królowa napisała 30 maj, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otóż nagle mi zmienili miejsce pracy. Mój dział i ten, który dzielił z nami newsroom, przeniesiono w błyskawicznym tempie do innego budynku. Dzisiaj pierwszy dzień w nowym biurze i niestety, jestem rozczarowana. Są plusy, pewnie: dużo większa przestrzeń i lepsza klima (no, to akurat subiektywne jest, ja sobie sprytnie zajęłam biureczko przy oknie i nawiewie klimatyzacji jednocześnie, więc mam chłodek, ale w innej części pokoju jest podobno duszno, toteż od razu znów zaczęło się majstrowanie przy ustawieniach oraz odwieczne dyskusje „otwieramy okna czy nie”). Ale jak na razie to są moim zdaniem jedyne plusy. Krzesła są dla mnie niewygodne. Budynek brzydki i pozbawiony pomieszczeń tyle praktycznych, co socjalizujących – atrium, kawiarni, stołówki, palarni. Niby jest bardzo blisko mojego domu w porównaniu z poprzednim, ale dojazd mam kiepski, większość ludzi pewnie też, a sytuację komplikuje fakt, że parking firmowy jest malutki, a ten przed budynkiem jest płatny. Żadnego sklepu blisko, nie ma bankomatu w banku na dole, nic. Wejście jest łatwiejsze, ale potem od razu są smutne, ciemne korytarze i za nimi tylko pokoje. A w pokoju biureczka otoczone z trzech stron półprzezroczystymi ściankami pleksi – niby coś widać, niby można pogadać, ale bariera, głównie psychiczna, jest. W starej lokalizacji mieliśmy zestawione ze sobą biurka i na nich komputery, keine grentzen. W nowej takie akwaria. Masz krzesło, biurko, komputer, pracuj i tyle. Nawet w poczucie estetyki mnie boli, poprzedni budynek był pięknie zaprojektowany, jasny, przestronny, przytulny. Staram się być dobrej myśli (w końcu stołówkę mają zrobić, a w nowej kuchni jest lodówka i mikrofala, czego mi brakowało w starej), ale… Smuteczek jest. Nawet fakt, że jest blisko domu, jest, jak się okazało, nie taki fajny, bo 20-25 minut dojazdu z poprzedniego biura wykorzystywałam na drzemkę, poczytanie książki czy choćby posiedzenie i posłuchanie muzyki – taki czas na reset, na przestawienie się z trybu pracy „ludzik korporacyjny”, na tryb „rodzic” – czas na odpoczynek między dwoma etatami. A teraz wsiadam w autobus i po siedmiu minutach odbieram dziecko ze szkoły, nie mam tego czasu na psychiczny odpoczynek. Ehhhh…

*edit: pan, który przynosi zestawy sushi zdecydowanie dopisuje się do listy plusów. pyszne, świeże, w bardzo atrakcyjnych cenach, a pan przemiły i dorzuca sos sojowy w dowolnych ilościach.

Tagi: ,

 
0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Dukan, Dukan i po Dukanie

Królowa napisała 18 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Obiecałam tutaj kilku osobom zdać relację z moich zmagań z pierwszą w życiu dietą, więc to czynię. Otóż w tym momencie, po dwóch tygodniach nie jestem już na Dukanie, z kilku powodów. Pierwszy: nie działa na mnie. Na mnie, podkreślam, każdy z nas jest inny i nie zawsze to co dobre dla większości działa na wszystkich tak samo. Rozmawiałam z wieloma osobami i odkryłam, że bynajmniej nie jestem osamotniona, jedna osoba nie tylko nie chudła na tej diecie, ale wręcz przytyła. Sześć dni ścisłej diety i ani waga, ani ubrania nie pokazały najmniejszej zmiany. Rozczarowana i zła siódmego dnia złamałam zasady i poszłam na obiad do chińczyka pod domem (w sumie tylko ryż był ewidentnym wykroczeniem, bo mięsko i warzywa mogłam, z racji wejścia w drugi etap, no ale jednak). Potem znów grzecznie trzymałam się diety i wciąż nic, jedyny moment, kiedy nieco schudłam, to było po dniu, w którym miałam silną migrenę, co łączy się u mnie z kompletną niemożnością jedzenia oraz wymiotami, więc jak tak sobie cały dzień rzygałam i nie jadłam, to zaiste, schudłam. Ale to nie tak ma działać… Także jakby ktoś też był na diecie Dukana i nie chudł – niech nie czuje się odmieńcem – zdarza się, że nie działa.
Drugi, równie ważny powód, to moje samopoczucie, a raczej stan organizmu. Bardzo szybko stałam się ospała, apatyczna, wiecznie zmęczona i śpiąca. I nie mam tego w głowie, tzn nie jest tak, że mi się ogólnie nie chce, apatia nie wynika z umysłu, ale z tego, że moje ciało mnie nie słucha. Nie chcę tyle spać, nie chcę być taka niemrawa, a potrafię zapaść w drzemkę tuż po wypiciu mocnej kawy, więc coś jest zdecydowanie nie tak. Rzuciłam Dukana bez żalu i zaczynam się leczyć z tego stanu a la Śpiąca Królewna.
Niemniej nie żałuję tej próby, bo tak jak początkowo sobie po cichu zakładałam, pewne nawyki raczej uda mi się zachować – przestawiłam się na colę light i nie boli mnie już tak brak normalnej, kawa ze słodzikiem smakuje dokładnie tak samo, przejście na chudsze mleko też było bezbolesne. Tu mam trochę wątpliwości czy dla dzieci nie kupować jednak tego 3,2% zamiast  2%, kupowanie dwóch rodzajów byłoby trochę trudne, bo po pierwsze ja sama nie zużyję tak szybko całego litra, po drugie kupuję mleko hurtowo, zgrzewkami, nie mam miejsca żeby mieć w domu 24 litry mleka zamiast 12. Także to jeszcze kwestia do przemyślenia, natomiast zastąpienie cukru w kawie czy herbacie słodzikiem nie koliduje mi w niczym. Nawet ograniczenie żółtego sera, rzeczy, która początkowo mi najbardziej doskwierała, nie jest już takie bolesne, skończyłam z dietą, więc tenże ser jeść zaczęłam, ale jakoś mniej niż zwykle. Myślę, że pewnie spróbuję jeszcze innej diety, ale to na pewno nie w najbliższym czasie, najpierw chcę doprowadzić organizm do pionu i odzyskać werwę.

Tak czy siak dziękuję za wszelkie słowa wsparcia, dobre rady i przepisy, które pomagały mi w tym przedsięwzięciu, jesteście kochani :)
I trzymam kciuki za tych, co na Dukanie i chudną.

Tagi: , , ,

 
0

Królowa na diecie

Królowa napisała 3 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Tak. Na diecie. Ja.Osoby, które zakrzykną: „Ty, odchudzać?! Z czego?” niech się zastanowią kiedy ostatni raz mnie widziały, bo jak to było na przykład rok temu, to zapewniam, że to czas, kiedy się wiele może zmienić. Mało ruchu, dużo coli, muffinków, tłuściutkiego kurczaczka, etc, etc, zaowocowały tym, że przestałam się mieścić w większość spodni. Zamiast kupować nowe, postanowiłam się odchudzić. Wybór padł na dietę Dukana, z kilku powodów. Po pierwsze, to dieta, która pozwala jeść o każdej porze doby i w dowolnych ilościach. Nie umiem ograniczać sobie jedzenia i chodzić głodna, a jadam o wszystkich porach doby, zresztą wszelką aktywność prowadzę często o różnych porach. Nie istnieje u mnie żadna prawidłowość w tej dziedzinie, mogę jeść śniadanie o 9 rano, a mogę o 15, nie ma opcji żebym jadała coś takiego jak „regularne posiłki”. Po drugie cola – choć nie zwykła, a light lub zero – nie jest zabroniona, a wręcz zalecana, jeśli się mało pija innych płynów. Jestem lekko uzależniona od coli, może dzięki tej diecie uda mi się na stałe przestawić na light. Po trzecie – porzucenie chleba na rzecz mięsa i nabiału nie jest dla mnie trudne i tak jadam mało pieczywa. Inaczej się ma sprawa z ziemniakami, czy makaronem, ale ostatecznie nie ma diety bez jakichś wyrzeczeń, ta ma dla mnie więcej zalet niż wad. Dodatkowo czytanie tego bloga mnie zachęciło, skoro mimo paru wykroczeń można odnieść sukces, to czemu nie spróbować (choć nie daję sobie z góry dyspensy na łamanie przykazań, zobaczymy).

Po pierwszym dniu, kiedy grzecznie zjadłam tylko produkty dozwolone w pierwszej fazie diety (okazało się, że serek wiejski w wersji light jest tak samo dobry jak ten „normalny”, a ryba w postaci wędzonej makreli też daje radę) mam dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, „zapijanie” głodu rzeczywiście działa, dwa razy dzisiaj miałam ochotę coś zjeść, zamiast tego się napiłam i ochota na buszowanie w lodówce przechodziła. Po drugie, zobaczyłam, że niestety, najczęściej jem nie z głodu, tylko zajadam… sama nie wiem co. Stres? Samotność? Niepokój? To jest bardzo niedobre i nad tym muszę popracować, zastanowić się czym zastąpić objadanie się. Chwilowo trochę popalam – niezbyt dobrze, wiem, ale jednoczesne niepalenie (już nie mówię o „rzucaniu palenia”, po prostu mam okresy kiedy palę i te kiedy nie palę) i restrykcje w jedzeniu to za dużo. Skoro nie mogę sobie do wieczornego seansu serialowego podjadać cheddara, to chociaż sprawię sobie przyjemność papierosem (tak, są ludzie, którzy lubią palić, darujcie sobie wyrazy obrzydzenia).

Także na razie idzie nieźle, jedynie irytuje mnie nieco mój kot, który oczywiście gdy ja jem mięso lub rybę szaleje, gdy wyrzucę go z pomieszczenia, w którym jem i zamknę drzwi staje pod nimi i wyje, drapie, albo miota się wkurzony po pozostałej części mieszkania, robiąc bałagan.

Tagi: , , , , , ,