0

Tramwaj Filo – party hard

Królowa napisała 15 maj, 2011 w kategoriach Bez kategorii

To była epicka sobota. Najpierw odsypialiśmy. Później powędrowaliśmy na podwójne urodziny znajomych dzieci. Kinderbale są raczej dość straszną rzeczą, ale tu byli sami fajni (w większości) dorośli i dużo dobrego wina, więc było całkiem przyjemnie. Nawet składanie upiornego zestawu stajni Playmobile było zabawne. A potem ruszyliśmy do Centrum i całkiem przypadkiem, po prostu chcąc pojechać tramwajem, natknęliśmy się na pierwszy kurs Tramwaju Filozoficznego. Dzieciaki były zachwycone tramwajem z balonikami, serpentynami światłami i muzyką, spotkani znajomi byli radośnie zdziwieni tym, że udało nam się tak przypadkiem trafić na TEN tramwaj, dostałam koszulkę, po czym wysiedliśmy i poszliśmy zdobywać 30 piętro Pałacu Kultury w ramach Nocy Muzeów. To akurat nie wypaliło, bo okazało się, że ponieważ nie odebrałam wcześniej swojej wejściówki, musiałabym teraz galopować po nie dokładnie na drugą stronę PKiN, a potem wracać do wind, czyli byśmy musieli zrobić rundę wokół Pałacu, a trochę już na to było mało czasu i sił. Więc odpuściliśmy, pojechaliśmy do domu, złapaliśmy piżamy dzieci, ja zmieniłam częściowo ubranie, nakarmiłam kota i znów pognaliśmy do metra, a potem do domu Izu. Tam bardzo padnięte dzieci położyłam spać pod pieczą taty Izu, a my dwie poszłyśmy łapać tramwaj :]
Udało się nam to zrobić pod Centralnym i zaczęła się zabawa. Pomysł imprezy w tramwaju jest cudowny. Jedzie sobie tramwaj wyglądający jak normalny, ale nie ma numeru linii tylko W jak Wycieczkowy, w środku kolumny, kolorowe światła, dekoracje i mnóstwo wesołych, tańczących ludzi. Reakcje ludności na przystankach – bezcenne, zdumienie, radość, zdjęcia, śmiechy. Super. Fantastycznie się skacze w jadącym tramwaju do Guano Apes :)
Parę razy wylatywaliśmy na przystanku i tam parę sekund tańczenia i skakania, a potem lekko paniczny powrót – kilka osób tu i ówdzie zostało, ale potem czasami udawało się dogonić tramwaj Filo. Pan motorniczy był cudowny, dał nam jeden przejazd gratis a potem zawiózł do klubu na afterparty. Tam już nie było tak fajnie, raz, że kazali płacić za wejście jak ktoś nie miał znaczka imprezy (a tych zabrakło dość szybko), dwa, że jakoś mało miejsca o siedzenia było, ostatecznie ja spędziłam większość czasu stojąc na dworze przed klubem, paląc i gadając z ludźmi, którzy wybrali ten sam sposób spędzania tam czasu i okazało się to dobrym pomysłem na imprezę na Pradze. Potem powrót do domu taksówką i… no cóż, odsypianie :]
Bolą mnie wszystkie mięśnie od tańczenia przez półtorej godziny, wyluzowałam się niesamowicie, odstresowałam, wybawiłam . Studenci filozofii ( i okolic) to bardzo mili ludzie, niby nie znałam wszystkich uczestników imprezy (po prawdzie to większości nie znałam), ale i tak czułam się wśród „swoich”, bezpieczna, lubiana i tak dalej. Królowa jest zachwycona, wielkie dzięki dla organizatorów i wszystkich, z którymi odbyliśmy tą szaloną przejażdżkę. No i czekam na zdjęcia.
Do następnego roku!

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Bunkier! Prawdziwy bunkier!

Królowa napisała 15 kwi, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Dwa tygodnie temu, w sobotę, o 7 rano obudził mnie hałas za oknem. Hałas dość znaczny, bo jak stwierdziłam naocznie, jego źródłem był jakiś wielki młot czy tam świder, którym rozwalano nawierzchnię ulicy pod moim blokiem. Tak oto zaczął się remont nawierzchni i torowiska na ulicy Nowowiejskiej. Uciążliwa impreza, nie powiem. Dzień i noc hałasy. Ale odkrycie, którego przy okazji dokonano, w moim odczuciu wynagrodziło niedogodności. Otóż przeczytałam najpierw w internecie, że pod Placem Zbawiciela znaleziono poniemiecki bunkier z czasów II wojny światowej. Jak twierdzą specjaliści – jest to Ringstand 58c, czyli tzw. Tobruk. Militariami nigdy się specjalnie nie interesowałam. Ale prawdziwy bunkier z 1945 roku, wykopany 50 metrów od mojego domu? Czad. Poleciałam oczywiście zobaczyć na własne oczy, często tamtędy chodzę również po prostu gdzieś idąc, i powiem wam, że bunkier jest lokalną sensacją. Ludzie stają, oglądają, robią zdjęcia, rozmawiają między sobą o nim. Staruszki zagadują robotników pracujących tam. Przyjeżdża TVN Warszawa i kręci migawki. Super impreza :)

Tagi: , , ,

 
0

To nie jest miasto dla nocnych ludzi

Królowa napisała 18 mar, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jakiś czas temu wybrałam się ze znajomym do kina. Film był o dość wczesnej godzinie, o 20.30, więc jak się skończył przez 23.00, chcieliśmy iść gdzieś pogadać. W galerii handlowej już oczywiście wszystko pozamykane, wychodzimy więc i trafiamy na knajpę obok. Wchodzimy, chcemy usiąść – „ale o tej porze to zapraszamy na dół, proszę państwa”. No dobrze, idziemy na dół, chcemy usiąść – pojawia się jakieś stworzenie o nieokreślonej płci i wieku i mówi, że na tych miejscach usiąść nie możemy, bo tu jak się zamawia coś do jedzenia, no a o tej porze to i tak nie można. Siadamy gdzie indziej, podchodzimy do baru. – O tej porze, to mogą już państwo złożyć ostatnie zamówienie. Zamawiamy po piwie, siadamy, rozmawiamy, po około 20 minutach przychodzi jakaś pani i mówi:
– Zepsuła nam się muzyka, więc dzisiaj kończymy trochę wcześniej.
– Ale mogę dopić to piwo? – pytam zjadliwie nieco już poirytowana.
– Tak, tak, oczywiście, ja tylko chciałam powiedzieć…
– To świetnie, dziękuję.
Dopijamy oboje to piwo, ale jeszcze się nie nagadaliśmy, ledwo dochodzi północ, a my jeszcze nie na tym etapie znajomości, kiedy się jedzie pić dalej u kogoś w domu, zapada decyzja o udaniu się na Chmielną. Idziemy, natrafiamy na miejsce gdzie obok siebie dwie otwarte knajpy. Podchodzimy do jednej, przed drzwiami kelnerka lub barmanka i w ramach powitania mówi: o tej porze, to już tylko na takiego szybkiego, naprawdę szybkiego drinka. No to dziękujemy pani uprzejmie, podchodzimy do drzwi drugiej, tam również stoi barman – na papierosie – i mówi: proszę, proszę, ja wiem, że człowiek się musi napić. Fajnie, wchodzimy, barman dopala i udaje się za nami, po czym okazuje się, że nie jest tak różowo, bo informuje nas od razu, że jednak o tej porze, to już możemy złożyć tylko jedno zamówienie. Jezu. Zamawiamy zatem od razu po dwa drinki, siedzimy, pijemy, oprócz nas jeszcze jakieś dwie pary również pogrążone w rozmowie. Mija czas, obsługa coraz bardziej nerwowo zerka na klientów, na zegarki, na klientów, na zegarki… Upraszam barmana o jeszcze jedno tequila sunrise, posługując się mniej argumentem, że przecież na drzwiach jest napisane, że do ostatniego klienta, a bardziej trzepotaniem rzęsami, dopijamy tego trzeciego drinka i wtedy już obsługa grzecznie, ale bardzo stanowczo nas wszystkich wyrzuca. No i tak, koniec zabawy.

Jedziemy do domów, a ja w nocnym autobusie rozważam: dlaczego w tym mieście, „do ostatniego klienta” znaczy: „do momentu, aż obsługa chce iść do domu?” Dlaczego klient jest dla knajpy, a nie odwrotnie? Dlaczego jak ktoś w późnych godzinach nocnych chce coś zjeść, to w zasadzie ma wybór między Makdonaldem z okienka, a zamówieniem Pizzy Nocą do domu? A jak chce się spokojnie napić w takichże godzinach, to zostaje mu nabycie flaszki na stacji benzynowej (co też, czytałam, może zostać niedługo uniemożliwione, albowiem senat chce wprowadzić zakaz sprzedaży alkoholu tamże) i wypicie jej w mieszkaniu? Kurde, no. Jak tu mieszkać, jak tu żyć.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Jak nie polubiłam Starbucksa

Królowa napisała 13 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otworzyli mi niedaleko domu kawiarnię tej sieci. No to jak już tak blisko… a my akurat poszliśmy na spacer na Pola, gdzie był wiatr i śnieg i trochę zmarzliśmy… a córka akurat wyraziła potrzebę skorzystania z toalety, a my chcieliśmy na zakupy jeszcze… to poszliśmy się tam nieco ogrzać i odpocząć. Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy. Zostaliśmy poczęstowani jakimiś mini ciasteczkami – jedno dziecko zjadło, drugie nie, ja powąchałam i mnie odrzuciło, więc nie brałam. Usiedliśmy. Zawołali, że nasze kawy/gorące czekolady. Siedzimy, pijemy, rozmawiamy. Ciepło, przyjemnie, dzieci się rozgrzewają. Po czym idziemy z Majką szukać toalety. Lokal jest mały, więc obchodzimy go i nic. Nigdzie ani skrawka drzwi oznaczonych jak taki przybytek. No to pytam obsługi, okazuje się, że pierwsze drzwi za barem. Pierwsze drzwi za barem są oznaczone charakterystycznym napisem „wyjście ewakuacyjne”. Hm. No ale za nimi istotnie jest korytarz, z wielką ilością innych drzwi, w tym jedne opisane czarnym markerem jako WC. No dobrze. Toaleta jest jedna, koedukacyjna i dla niepełnosprawnych jednocześnie, co oznacza że sedes jest dość wysoki, z nietypową deską, a umywalka również jest wysoko, nawet wyżej niż w „normalnej” toalecie. Załatwiamy potrzebę Majki, po czym ona, dobrze wychowana dziewczynka, chce umyć ręce, więc muszę ją podnieść i przytrzymać przy umywalce, żeby mogła to zrobić – stojąc nawet nie sięga głową ponad brzeg. Trzymanie szczupłej, ale normalnie ważącej trzylatki jest taką trochę torturą dla kręgosłupa, no ale niech umyje te ręce, jak już ma dobre nawyki, to niech kultywuje.
Wracamy, siadamy jeszcze na chwilę, bo Lis – znajomy, który był z nami – jeszcze dopija kawę, mija pół minuty i zaczynamy się wszyscy zbierać. I tu następuje moment kulminacyjny – jakieś dziewczę ze szmatą, widząc stolik, przy którym wszyscy wstają, podchodzi, staje pół metra ode mnie i tak stoi. Ze szmatą. I tak sobie czeka aż wyjdziemy i będzie mogła zabrać kubki i sprzątnąć. A mnie natychmiast trafia szlag, bo nienawidzę takiego wyczekującego stania nade mną. Ani nie było tam tłoku takiego, żeby tłum wielbicieli kawy od Starbucksa stał i dyszał oczekiwaniem na wolny stolik. Ani nie byłam w niekrępującym barze mlecznym, gdzie takie zachowanie obsługi byłoby wciąż drażniące, ale zrozumiałe. Ale nie, ja byłam w kawiarni – w dodatku „markowej”, z historią, mitem, ą ę, fancy kawiarni i oczekuję od obsługi zachowania pewnego poziomu. Zapytałam zimno, czy pani musi tak stać mi nad głową, dziewczę się odsunęło o metr, ja skończyłam ubierać córkę i zgrzytając zębami wyszłam zdegustowana.
Przy okazji po drodze zobaczyliśmy „kącik dla dzieci” – tak sprytnie zakamuflowany w głębokiej wnęce w ścianie, że bardzo małe szanse, że ktoś zauważy, w dodatku zastawiony stołem – żeby przejść trzeba się przepychać między krzesłami a stolikiem, czyli przeszkadzać siedzącym tam ludziom. Plus potem bawiące się dzieci drą się komuś nad uchem – nawet jak to rodzice dzieci, to i tak nie o to chodzi w tych kącikach, żeby potomstwo przeszkadzało pić kawę, tylko żeby właśnie odeszły kawałek i dały posiedzieć spokojnie (ale dobrze przy tym móc je widzieć, a jak już mówiłam, lokalizacja kącika pozwala „mieć oko” na dzieci tylko jeśli się siedzi przy tym jednym stoliku obok). W dodatku uważam, że jeśli już taka ą ę kawiarnia mówi „a”, że jest otwarta na dzieci, to mogłaby być w tym konsekwentna i choćby dostawić w tej łazience podest z Ikei, kosztujący 10 złotych, żeby dzieci mogły na nim stanąć i wygodnie umyć ręce. Czy udostępnić krzesełka dla dzieci, dla mojej trzylatki stolik był z wysokości fotela trochę za wysoki.
No i cóż, może się czepiam. Może źle postrzegam Starbucksa, może to, że coś jest amerykańskie, nie znaczy, że przeniesione na grunt polski, zachowa swój charakter. Może tutaj mem baby ze ścierą burczący w barze mlecznym, że ma zwolnić stolik, bo inni czekają, jest tak żywy i tak zapisany w mentalności ludzkiej, że dotyka nawet młodego dziewczęcia z kawiarni otwartej w 2011 roku. Może ja mam zbyt wysokie wymagania. Może.
A może nie.
W każdym razie Starbucks mnie nie zachęcił, nie przekonał, nie zrobił wrażenia. A tak na marginesie kawa mi zupełnie nie smakowała, a gorąca czekolada dzieci była jakaś bardziej wodnista i mniej czekoladowa niż kakao, które robię dzieciom wieczorem, no ale tu już de gustibus non disputandum est, może Amerykanie tak lubią.

Tagi: , , , , ,

 
0

Inner madness

Królowa napisała 30 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czasem przychodzi jak obezwładniająca, dusząca fala. I musisz to zrobić teraz, zaraz, natychmiast. Wyciągasz notes, zeszyt, luźne kartki, komórkę, laptopa. W domu, w metrze, w autobusie, w kawiarni. Zamieniasz myśli na słowa, zapisujesz je. I ulga. I oddech. I jest dobrze, wyrzuciłeś to z siebie, stworzyłeś zlepek słów – wiersz, post, kawałek prozy, nieważne jak to nazwą, jest twoje, jest ważne, było warto. Pisanie jest odpędzaniem demonów, które w Tobie siedzą.

***

Wracam z Zachęty, jest ciemno, zimno, wietrznie. Rysuję palcem serduszko na samochodzie, ciesząc się czerwienią lakieru, który zaczyna być widoczny spod śniegu. Przebiegam po białej kołderce leżącej na chodniku, wręcz wstyd mi, że psuję taką dziewiczą przestrzeń. Patrzę na płatki w moich włosach, na te spadające pod latarnią, w tle oświetlone okno starej kamienicy. Małe obrazki, zdjęcia, których nigdy nie zrobię, emocje, której ulecą. Mam swoją siłę, mam słowa, które mogę zapisać. Cieszy mnie kartka świąteczna w skrzynce – tej na listy, nie mailowej. Kładę się w domu, zwijam w kłębek na kanapie, słucham Nicka Cave’a, drzemię z kotem przytulonym do pleców. Mrucząca kulka ciepła.

***

Czekam na koniec roku, wbrew rozsądkowi i logice wierzę, że ten następny będzie lepszy. To głupie, bo tak naprawdę nic się magicznego nie dzieje, daty i tak się zmieniają codziennie, to tylko cyfry. Ale będzie lepiej, przecież musi.

Tagi: , , , , ,

 
0

Lato w pigułce

Królowa napisała 23 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Przechodzę często koło „Planu B/Powiększenia” na Placu Zbawiciela. Im bardziej mokro, zimno i wietrznie, tym częściej mijanie tego klubu jest dla mnie okazją do krótkiego wspomnienia. Takie obrazki – jest ciepło, bardzo, jest noc, ja i Max stoimy tam w tłumie różnych wesołych, wyluzowanych ludzi, popijamy piwo z plastikowego kubka, gadamy z jakimś człowiekiem pytając, gdzie dzisiaj można potańczyć. On się zastanawia, my jeszcze w międzyczasie wyciągamy komórki, oczywiście każde z nas ma wypasionego smartfona, więc wchodzimy w internet i sprawdzamy klubowy rozkład jazdy. W końcu poszliśmy bodajże do Obiektu Znalezionego, ale to w sumie było mało istotne. Istotne było, że był taki cudowny letni wieczór, nikt się nigdzie nie spieszył, tramwaje toczyły się przez zmęczone upałem miasto, ja szłam i radośnie stukałam obcasami, Max opowiadał coś o buddyzmie, ciągle zmieniały nam się plany i pomysły, ale nikt z tego powodu się nie denerwował. Cała Warszawa była nasza. Pamiętam jak spotkaliśmy jakiegoś dziennikarza z Rosji, który przyjechał do Polski zrobić wywiad z głównym kandydatem na nowego prezydenta, po tym, jak obecny zginął. Zagadnął nas, gdzie tu można się napić, a jak go doprowadziliśmy w podziemia Zachęty, to zamówił przy barze „najmocniejszego drinka, jakiego macie”.
Było ciepło, był chillout i beztroska. Jakby udało się stworzyć pigułkę, ze wszystkimi tymi elementami, ilość ludzi zapadających na depresje jesienno-zimowe znacznie by się zmniejszyła. Ale może mi się właśnie udało? Stworzyć ją we własnej głowie? Zlepić ze wspomnień, myśli, marzeń?

Jakby to nie wystarczyło, to będę piec. Muffinki, pierniczki, chlebki dyniowe. Dużo, dużo dobrych rzeczy. Wracanie do domu, w którym pachnie ciastem, to zupełnie inna jakość życia.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Ostatnie promienie lata i poszukiwanie skarbów

Królowa napisała 5 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Zaczęliśmy dzień od zrobienia w mieszkaniu zaciemnienia.. Nie, nie tak. Dzieci zaczęły od budowania z Lego, a ja od przeczytania internetu. Potem zrobiliśmy pyszne śniadanko, zaciemnienie w pokoju i odpaliliśmy Piotrusia Pana, czyli film „Hook”. Ale ładne słońce przebijało się przez zasłony i w pół godzinie oglądania stwierdziłam, że warto iść na jakiś spacer, acz że samej mi się nie chce. Zapytałam Harrego na czacie, zapytałam inną znajomą smsowo, rzuciłam hasło na blipie i zebrała się ekipa: Luca, Harry, Elpanda i my. Spotkaliśmy się przy fontannie na placu na Rozdrożu, a potem ruszyliśmy do parku Ujazdowskiego. Było ciepło, kolorowo i wesoło, obawiam się, że to ostatni taki letni weekend. Dzieci szalały na placu zabaw, my zrobiliśmy cygańskie obozowisko na trawniku, gdzie niczym grupa cyrkowców żonglowaliśmy piłeczkami, kręciliśmy pojkami, robiliśmy zdjęcia sobie i dinozaurom dzieci, jedliśmy słone paluszki popijając wodą z bidonu ze świnką Peppą. Dekadenci XXI wieku.

No a w międzyczasie zrobiliśmy w różnym składzie i konfiguracji trzy skrzynki geocache, w tym ja dwie, zabawa mi się bardzo spodobała, tym bardziej Tomkowi i Mai (głównie pewnie ze względu na zabawki w keszach :P) i już wiem, że złapałam bakcyla, przeszukałam wieczorem pół mieszkania w poszukiwaniu malutkich zabaweczek, pudełeczek na skrzynki oraz krótkich ołówków :D
Po spacerze Harry wrócił z nami do domu, usmażyliśmy górę naleśników – pierwszy raz udało mi się zrobić tyle ciasta, żeby wszyscy (2 osoby dorosłe i dwójka dzieci z dobrym apetytem!) się najedli i jeszcze kilka sztuk zostało. Potem dzieci spać, my dwa odcinki Ghost in the Shell…
Bardzo ciepły, wesoły i miły czas. Tak powinien wyglądać dobry weekendowy dzień.

Tagi: , , , ,

 
0

Lato! Słońce! Warzywa! Owoce!

Królowa napisała 17 cze, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Rzecz w tym, że można założyć bieliznę , sukienkę, sandałki i wyjść z domu. I że czereśnie. Truskawki.
Uwielbiam lato. Jestem tak ciepłoluba, że nie istnieje dla mnie pojęcie „za ciepło”. 36 stopni? Proszę bardzo! Więcej? Jasne, tylko jestem na stałe przyssana do płynów, najlepiej ice tea z lodem. Mogę wyjść z domu w przeciągu 20 sekund, bo tyle mi zajmie ubranie się i założenie sandałów. Jest mnóstwo owoców i warzyw, w tym takie, które tylko wtedy. Całodzienne jedzenie można załatwić samymi sałatkami. Dzisiaj tak zrobiłam… prawie cały dzień na samych sałatkach. Chciałam sobie wczoraj wieczorem zrobić taką sałatkę, jak przynosi do korpo Pan Kanapka, ale z różnych powodów wyszło mi zupełnie inaczej, a bardzo dobrze. Tamta zawiera ser żółty, kukurydzę, ananasa i majonez. Ja wrzuciłam do pojemniczka:
– kurczaka curry pozostałego po obiedzie (którego wcześniej pokroiłam w kostkę ok 1×1 cm, posypałam solą, pieprzem, curry, zostawiłam na pół godziny w przyprawach, usmażyłam)
– ser żółty starty na grubej tarce
– ananasa (też małe kawałeczki, lepsze jest z małymi)
– no i chciałam dorzucić kukurydzę, ale okazało się, że nie mam, to bez namysłu dodałam resztkę żółtej fasolki szparagowej pozostałej po obiedzie (tylko pokrojonej na kawałki max 2 m długości)
– i majonez. niedużo, bardzo niedużo.
Zmieszałam, przykryłam, zamknęłam na noc w lodówce, rano złapałam wybiegając z domu do pracy. Podjadałam ją przez godzinę i obyłam się bez obiadu w pracy :-) Sycące i smaczne.

A po pracy zamiast obiadu kolejna sałatka – tym razem proste caprese. Też powód do kochania lata, pomidory z mozarellą mogę jeść wtedy codziennie i często tak jest… przez miesiąc to stała część jadłospisu. Mam w domu doniczki z bazylią, urywam parę listków, odurzam się zapachem, posypuję pomidory świeżo zmielonym pieprzem i gruboziarnistą solą morską, mniam. I tylko muszę robić więcej, niż chcę, albo kryć się przed córką, bo też uwielbia mozarellę.

I fasolka szparagowa… Wczoraj była gorąca, dzisiaj rano w sałatce, dzisiaj chciałam jej nie kupować, poszłam do warzywniaka kupić tylko puszkę kukurydzy, podchodzę i mówię: dzień dobry, poproszę pół kilo żółtej fasolki… (orientuję się, co mówię)… yyyy, to znaczy nie, nie, fasolki… a zresztą… no tak, tak, niech pani nasypie. I ugotowane pół kilo fasolki wyłożyłam na wielki talerz, polałam bułką tartą z masełkiem i wrąbaliśmy razem z dziećmi. Zajęło nam to równe 8 minut., a i to dlatego, że na początku była gorąca i trzeba było powoli jeść. I to niesprawiedliwe, że gotuje się 3 albo i 4 razy dłużej :D

Tanieje bób, już bym ugotowała dzisiaj, gdyby nie złe ludzie, co mi z warzywniaka wykupiły. Kupiłam za to cukinię na pocieszenie.
I tak chodzę po słonecznych ulicach, ciesząc się latem, wystawiam pyszczek do słońca, objadam się sezonowymi warzywami, mam w domu na stałe otwarte okna… więc wpada mi przez nie hałas z ulicy, ale to nic, po stokroć to wolę, niż kulenie się z zimna przy kaloryferze. A teraz jeszcze wieczorami Desperadosik, meczyk, mundial trwa i jest coraz dziwniej i zdziwniej chwilami (Meksyk?? Z Francją? Żabojady już do domu???). Łapię te miłe chwile, zbieram wspomnienia, zamykam w słoiczkach. Półeczka podpisana „nostalgia” jest długa i pojemna. Będzie na potem.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Warszawa i ja

Królowa napisała 12 cze, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Lubię to miasto. Lubię iść peronem metra i  widzieć z jednej strony odjeżdżający pociąg, z którego wysiadłam, a z drugiej ten, który jedzie tam, skąd przyjechałam. Lubię hałas, jaki tworzą odjeżdżając.
Wracam późnym wieczorem ze spotkania przy piwie ze znajomymi, jest ciepło, jest dobrze, jest bezpiecznie. To jest moje miasto, moje tereny, znam skróty, wiem skąd jeżdżą nocne, do której jeździ metro i tramwaje, wiem ile czasu zajmie mi droga do domu. Idę sama, w lekkiej sukience i czuję się bezpiecznie. Bo jestem u siebie. Bo tu się urodziłam, tu się wychowałam, tu mieszkam i pracuję – jestem stąd. Jestem autochtonem. („Tubylec” brzmi jakoś dziwnie, nie jestem kimś, kto bywa, jestem kimś, kto jest).
Metro ze świstem odjeżdża, ja wjeżdżam schodami ruchomymi na powierzchnię, wychodzę, zaciągam się nocnym powietrzem, patrzę na Pałac Kultury, na którym jaśnieje już tylko zegar i światełko dla samolotów, bo inne światła są zgaszone. Co jest dla mnie tylko wyznacznikiem tego, jak późno jest. Znajome neony i znajome godziny ich gaszenia. Znajome ulice i bramy. Cykl zapalania się i gaśnięcia pomarańczowego światła w banku na dole bloku, wzdłuż którego muszę przejść, żeby dotrzeć do swojej bramy. I szum maszyny polewającej rozpalone upałem ulice mojego miasta. Miasto, masa, maszyna.
Mam to miasto we krwi, ono ma w sobie moją krew. Dobranoc, Warszawo.

Tagi: , , , ,

 
0

Dwa diametralnie różne wieczory

Królowa napisała 16 maj, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Dostałam od kolegi wejściówkę dla dwóch osób do klubu „Maska” na „Ladies night”. Darmowe drinki, pokaz tańca, takie tam. Jasne, idę. Zgarnęłam Lucę, poszłyśmy i wynudziłyśmy się okropnie. Towarzystwo w klubie sztywne, wylansowane panienki, drętwi faceci, muzyka beznadziejna, darmowych drinków nie uświadczyłyśmy, po półtorej godzinie wyszłyśmy z lekkim niesmakiem. Jedyne, co było tam fajne, to pokaz Diora sprzed lat, który leciał na telewizorze z Fashion TV. I powrót, kiedy to przed metrem Centrum Luca kupiła mi bukiecik konwalii, zaśpiewał słowik, przez chwilę zrobiło się magicznie.

Za to następna noc, to Noc Muzeów. Niby nie planowałam wzięcia udziału, ale jak zobaczyłam, że Re:Praga, na którą się wybieram, to część tego, to zapisałam sobie kilka innych adresów. Zapuściłam sobie zapętlony kawałek Davida Guetty i ruszyłam w miasto. Najpierw koncert L.U.C.a w Centrum Edukacyjnym IPN przy Marszałkowskiej – bardzo zacne. Potem pojechałam do Muzeum Etnograficznego, gdzie najpierw opisałam swój sen i dorzuciłam do interaktywnej wystawy „Sennik: dekoder snów”, a potem dość nieufnie weszłam na „Ludowe obrzędy doroczne” – nazwa brzmiała nudno, ale wystawa okazała się świetna, wielkie słomiane niedźwiedzie zapustne, kolorowe Marzanny, maski diabłów…

Stamtąd chciałam iść do Zachęty, ale dowiedziałam się, że jest długa kolejka, więc wskoczyłam w autobus, dojechałam do ronda De Gaulle’a, tam napadłam na Empik Cafe, z kawą wsiadłam do tramwaju, którym jechali znajomi, pojechaliśmy na Pragę, do fabryki wódek „Koneser” na imprezę Re:Praga.  A tam był wielki plac, a na nim mnóstwo kontenerów, w każdym co innego – mini kino, podwodny świat, drinki, muzyka, kolorowe kwiaty, wiatraczki, stał też samolot, był labirynt, na ścianie kamienicy filmy z rzutnika, kolorowe lampki choinkowe, „polowy ośrodek pomocy wszelakiej”, z wielkim pluszowym królikiem przytulającym wszystkich, leżaki na środku placu. Ogólnie jedna wielka impreza z bardzo pozytywnym klimatem. Spotkaliśmy innych znajomych, mieliśmy iść na domówkę do jednej dziewczyny, ale ostatecznie grupa okazała się tak niezorganizowana i powolna, że na przystanku się odłączyliśmy i wskoczyliśmy w ostatni muzealny tramwaj na lewą stronę Warszawy. Tramwaj był wspaniały, na początku przywitał nas konduktor, dał bilety, ruszyliśmy, to z głośników popłynęły stare warszawskie piosenki, przerywane komunikatami konduktora, żebyśmy się ścieśnili, bo sporo ludzi będzie wsiadać, albo żeby dziewczyny uważały na obcasy, bo w drewnianej podłodze tramwaju są szpary :)

Był straszny tłok, było bardzo wesoło, beztrosko i nastrojowo. Wysiadłam na Bankowym i metrem wróciłam do domu. Z zaplanowanych 6 rzeczy zwiedziłam połowę, spodziewałam się tego, więc nie żałuję. Świetna zabawa, za rok poproszę to samo.
Tu więcej zdjęć i tu jeszcze relacja TVN Warszawa, z moim zdjęciem ;)

Tagi: , , , , , ,