0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Schyłek zimy

Królowa napisała 1 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Sny o wykrwawianiu się na śmierć. Ludziofobia. Grafomania. Choroby duszy i ciała, lekarstwa łykane jak cukierki, te na bycie zdrowym i te na niebycie chorym. Metal i elektro, zmieszane, nie wstrząśnięte. Planów (nie)dalekosiężnych robienie, kalendarzy zapełnianie. Wino i papierosy. Pieczenie, gotowanie, przetwarzanie. Im większy niesmak w głowie, tym smaczniejsze jedzenie własnoręcznie produkowane. Uspokajacz taki, najsensowniejsza na razie kreacja. Marzenia o emigracji, kiedyś. Wewnętrzna emigracja na Wolkan. Emocje są złe, logika może więcej.

Wpis sponsorowany przez światowy dzień solidarności z chorymi na grafomanię

Tagi: , ,

 
0

Daemons of the Night

Królowa napisała 31 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Na last.fm, serwisie społecznościowym dla fanów muzyki, należę do grupy „People who listen to music while they’re sleeping, especially at times when they…„. I owszem, słucham często muzyki leżąc w łóżku, w tym częściowo śpiąc. Bo bezsenność, to coś, co mi się przydarza, a jak już mam leżeć w łóżku przewracając się z boku na bok, to mogę to robić ze słuchawkami w uszach, przyjemniej, nie? A słuchanie muzyki w łóżku, po ciemku, w nocy to coś zupełnie innego niż w innych okolicznościach. Bo na ulicy odpalam iPoda żeby zagłuszyć muzyką żebraków, te bezczelne staruszki, które cię zachodzą niespodziewanie z żałośnie fałszywym tekstem, że chcą na bilet tramwajowy, żeby dojechać do Centrum. Żeby zagłuszyć wyjące dzieci. Gadających do siebie wariatów. Paplające nastolatki i paniusie po 40-stce. Napuszonych biznesmenów w tanich garniturkach. I tak dalej. (Tak, dobrze się wam wydaje, nie lubię ludzi). W pracy słuchawki na uszach pozwalają mi się trochę odciąć od papki z telewizora, skupić na własnym rytmie pracy. W pracy z domu to samo, nierzadka jest sytuacja, kiedy mam włączony telewizor z opcją „mute” i tylko zerkam na żółte paski, a w uszach mam zupełnie co innego niż głos prezenterki. A jak muzyka w domu, ale nie w czasie pracy, to wiadomo, do tego, żeby się milej ziemniory obierało. Albo żeby potańczyć z dziećmi. Albo w ogóle tylko dla dzieci (vide kultowe w rodzinie: „mamaaaa, puść rajsztajn”, dwuletniego Tomka). W każdym razie do muzyki, która gdzieś leci w tle życia rodzinnego się nie przykłada uwagi.

Natomiast jak się leży samemu w łóżku. I jest ciemno i wygodnie, więc się nie czuje żadnych bodźców, jedynie skupia uwagę na tym, co wlatuje do uszu. Wtedy – O, wtedy to co innego. Wtedy się okazuje, że płyta przesłuchana już wiele razy, polubiona, owszem, ale tak po prostu polubiona, podana w takich okolicznościach smakuje zupełnie inaczej. Inaczej działa. Wywołuje emocje, których się nie spodziewam. A że ja lubię emocje, karmię się nimi, żyć bez nich nie mogę. Nawet jak to strach.

I jako bonus. Nie każdemu podpasuje, wiem. I nikt tego nie odbierze tak samo jak ja. W tym w sumie cały urok muzyki, n’est-ce pas?

Tagi: , , , ,

 
0

Dlaczego jesteś taka smutna?

Królowa napisała 27 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Znacie to pytanie? Ja znam. Aż za dobrze. To, albo: „Dlaczego jesteś zła?”. Prześladuje mnie odkąd pamiętam – od wczesnych lat podstawówki.
Są ludzie, którzy mają uśmiech niemal na stałe wlepiony w twarz. Wieczni wesołkowie. I są ci inni, z normalną twarzą, która niekoniecznie oznacza stan smutku czy złości. Wręcz nie oznacza na ogół. Serio. Można się nie uśmiechać, a nie być smutnym. Mieć nastrój… neutralny. Zwyczajny.

Nie umiem się uśmiechnąć na komendę „uśmiechnij się”. Słabo mi wychodzi udawanie uczuć i emocji. Jestem rozbawiona, to się śmieję, nie mam się z czego śmiać, to się nie śmieję. Taka już jestem. Poważna? Może. Ja wiem, wiem, to nie wynika ze złej woli, ludzie zadają takie pytanie, bo zakładają, że jak ktoś jest smutny, to należy go pocieszyć. Ale jeszcze raz: że nie mam na twarzy radosnego uśmiechu od ucha do ucha, nie znaczy że jestem smutna. Mogę być, oczywiście, może o tym powiem, może nie, jeśli nie mówię, to przyjmij że jest ok i nie naciskaj.
Uwielbiam spędzać czas z ludźmi, z którymi się czuję dobrze nawet, jeśli nie rozmawiamy zbyt dużo.  Mogę być smutna, wesoła, poważna lub w nastroju a la rozchichotana nastolatka – nieistotne, nie muszę się tłumaczyć, jeśli nie chcę rozmawiać, mogę siedzieć na kanapie i pić wino, zechcę, to będę mówić. Tak samo ja nie wyciągam z nikogo słów, jeśli on chce ze mną tylko posiedzieć i pomilczeć. Czasem chce się pobyć z innym człowiekiem choćby w ten sposób.

A jeśli komuś przeszkadza, że idę, na przykład, na piwo i w odróżnieniu od 20 śmiejących się, gadających jedna przez drugą osób, ja siedzę i tylko obserwuję sytuację – hm, to ma problem, jeśli to impreza na którą sam zaprosił, może mnie więcej nie zapraszać, jeśli otwarta – nic nie pozostaje. Pogodzić się z sytuacją.
Naprawdę, dajcie mi być sobą, mieć swoją rzekomo „smutną” twarz, milczeć, kiedy nie mam ochoty mówić, śmiać się wtedy, kiedy mnie coś śmieszy, a nie z grzeczności, nie musieć udawać radości.

Tagi: , , , ,

 
0

Dukan, Dukan i po Dukanie

Królowa napisała 18 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Obiecałam tutaj kilku osobom zdać relację z moich zmagań z pierwszą w życiu dietą, więc to czynię. Otóż w tym momencie, po dwóch tygodniach nie jestem już na Dukanie, z kilku powodów. Pierwszy: nie działa na mnie. Na mnie, podkreślam, każdy z nas jest inny i nie zawsze to co dobre dla większości działa na wszystkich tak samo. Rozmawiałam z wieloma osobami i odkryłam, że bynajmniej nie jestem osamotniona, jedna osoba nie tylko nie chudła na tej diecie, ale wręcz przytyła. Sześć dni ścisłej diety i ani waga, ani ubrania nie pokazały najmniejszej zmiany. Rozczarowana i zła siódmego dnia złamałam zasady i poszłam na obiad do chińczyka pod domem (w sumie tylko ryż był ewidentnym wykroczeniem, bo mięsko i warzywa mogłam, z racji wejścia w drugi etap, no ale jednak). Potem znów grzecznie trzymałam się diety i wciąż nic, jedyny moment, kiedy nieco schudłam, to było po dniu, w którym miałam silną migrenę, co łączy się u mnie z kompletną niemożnością jedzenia oraz wymiotami, więc jak tak sobie cały dzień rzygałam i nie jadłam, to zaiste, schudłam. Ale to nie tak ma działać… Także jakby ktoś też był na diecie Dukana i nie chudł – niech nie czuje się odmieńcem – zdarza się, że nie działa.
Drugi, równie ważny powód, to moje samopoczucie, a raczej stan organizmu. Bardzo szybko stałam się ospała, apatyczna, wiecznie zmęczona i śpiąca. I nie mam tego w głowie, tzn nie jest tak, że mi się ogólnie nie chce, apatia nie wynika z umysłu, ale z tego, że moje ciało mnie nie słucha. Nie chcę tyle spać, nie chcę być taka niemrawa, a potrafię zapaść w drzemkę tuż po wypiciu mocnej kawy, więc coś jest zdecydowanie nie tak. Rzuciłam Dukana bez żalu i zaczynam się leczyć z tego stanu a la Śpiąca Królewna.
Niemniej nie żałuję tej próby, bo tak jak początkowo sobie po cichu zakładałam, pewne nawyki raczej uda mi się zachować – przestawiłam się na colę light i nie boli mnie już tak brak normalnej, kawa ze słodzikiem smakuje dokładnie tak samo, przejście na chudsze mleko też było bezbolesne. Tu mam trochę wątpliwości czy dla dzieci nie kupować jednak tego 3,2% zamiast  2%, kupowanie dwóch rodzajów byłoby trochę trudne, bo po pierwsze ja sama nie zużyję tak szybko całego litra, po drugie kupuję mleko hurtowo, zgrzewkami, nie mam miejsca żeby mieć w domu 24 litry mleka zamiast 12. Także to jeszcze kwestia do przemyślenia, natomiast zastąpienie cukru w kawie czy herbacie słodzikiem nie koliduje mi w niczym. Nawet ograniczenie żółtego sera, rzeczy, która początkowo mi najbardziej doskwierała, nie jest już takie bolesne, skończyłam z dietą, więc tenże ser jeść zaczęłam, ale jakoś mniej niż zwykle. Myślę, że pewnie spróbuję jeszcze innej diety, ale to na pewno nie w najbliższym czasie, najpierw chcę doprowadzić organizm do pionu i odzyskać werwę.

Tak czy siak dziękuję za wszelkie słowa wsparcia, dobre rady i przepisy, które pomagały mi w tym przedsięwzięciu, jesteście kochani :)
I trzymam kciuki za tych, co na Dukanie i chudną.

Tagi: , , ,

 
0

Królowa na diecie

Królowa napisała 3 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Tak. Na diecie. Ja.Osoby, które zakrzykną: „Ty, odchudzać?! Z czego?” niech się zastanowią kiedy ostatni raz mnie widziały, bo jak to było na przykład rok temu, to zapewniam, że to czas, kiedy się wiele może zmienić. Mało ruchu, dużo coli, muffinków, tłuściutkiego kurczaczka, etc, etc, zaowocowały tym, że przestałam się mieścić w większość spodni. Zamiast kupować nowe, postanowiłam się odchudzić. Wybór padł na dietę Dukana, z kilku powodów. Po pierwsze, to dieta, która pozwala jeść o każdej porze doby i w dowolnych ilościach. Nie umiem ograniczać sobie jedzenia i chodzić głodna, a jadam o wszystkich porach doby, zresztą wszelką aktywność prowadzę często o różnych porach. Nie istnieje u mnie żadna prawidłowość w tej dziedzinie, mogę jeść śniadanie o 9 rano, a mogę o 15, nie ma opcji żebym jadała coś takiego jak „regularne posiłki”. Po drugie cola – choć nie zwykła, a light lub zero – nie jest zabroniona, a wręcz zalecana, jeśli się mało pija innych płynów. Jestem lekko uzależniona od coli, może dzięki tej diecie uda mi się na stałe przestawić na light. Po trzecie – porzucenie chleba na rzecz mięsa i nabiału nie jest dla mnie trudne i tak jadam mało pieczywa. Inaczej się ma sprawa z ziemniakami, czy makaronem, ale ostatecznie nie ma diety bez jakichś wyrzeczeń, ta ma dla mnie więcej zalet niż wad. Dodatkowo czytanie tego bloga mnie zachęciło, skoro mimo paru wykroczeń można odnieść sukces, to czemu nie spróbować (choć nie daję sobie z góry dyspensy na łamanie przykazań, zobaczymy).

Po pierwszym dniu, kiedy grzecznie zjadłam tylko produkty dozwolone w pierwszej fazie diety (okazało się, że serek wiejski w wersji light jest tak samo dobry jak ten „normalny”, a ryba w postaci wędzonej makreli też daje radę) mam dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, „zapijanie” głodu rzeczywiście działa, dwa razy dzisiaj miałam ochotę coś zjeść, zamiast tego się napiłam i ochota na buszowanie w lodówce przechodziła. Po drugie, zobaczyłam, że niestety, najczęściej jem nie z głodu, tylko zajadam… sama nie wiem co. Stres? Samotność? Niepokój? To jest bardzo niedobre i nad tym muszę popracować, zastanowić się czym zastąpić objadanie się. Chwilowo trochę popalam – niezbyt dobrze, wiem, ale jednoczesne niepalenie (już nie mówię o „rzucaniu palenia”, po prostu mam okresy kiedy palę i te kiedy nie palę) i restrykcje w jedzeniu to za dużo. Skoro nie mogę sobie do wieczornego seansu serialowego podjadać cheddara, to chociaż sprawię sobie przyjemność papierosem (tak, są ludzie, którzy lubią palić, darujcie sobie wyrazy obrzydzenia).

Także na razie idzie nieźle, jedynie irytuje mnie nieco mój kot, który oczywiście gdy ja jem mięso lub rybę szaleje, gdy wyrzucę go z pomieszczenia, w którym jem i zamknę drzwi staje pod nimi i wyje, drapie, albo miota się wkurzony po pozostałej części mieszkania, robiąc bałagan.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Inner madness

Królowa napisała 30 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czasem przychodzi jak obezwładniająca, dusząca fala. I musisz to zrobić teraz, zaraz, natychmiast. Wyciągasz notes, zeszyt, luźne kartki, komórkę, laptopa. W domu, w metrze, w autobusie, w kawiarni. Zamieniasz myśli na słowa, zapisujesz je. I ulga. I oddech. I jest dobrze, wyrzuciłeś to z siebie, stworzyłeś zlepek słów – wiersz, post, kawałek prozy, nieważne jak to nazwą, jest twoje, jest ważne, było warto. Pisanie jest odpędzaniem demonów, które w Tobie siedzą.

***

Wracam z Zachęty, jest ciemno, zimno, wietrznie. Rysuję palcem serduszko na samochodzie, ciesząc się czerwienią lakieru, który zaczyna być widoczny spod śniegu. Przebiegam po białej kołderce leżącej na chodniku, wręcz wstyd mi, że psuję taką dziewiczą przestrzeń. Patrzę na płatki w moich włosach, na te spadające pod latarnią, w tle oświetlone okno starej kamienicy. Małe obrazki, zdjęcia, których nigdy nie zrobię, emocje, której ulecą. Mam swoją siłę, mam słowa, które mogę zapisać. Cieszy mnie kartka świąteczna w skrzynce – tej na listy, nie mailowej. Kładę się w domu, zwijam w kłębek na kanapie, słucham Nicka Cave’a, drzemię z kotem przytulonym do pleców. Mrucząca kulka ciepła.

***

Czekam na koniec roku, wbrew rozsądkowi i logice wierzę, że ten następny będzie lepszy. To głupie, bo tak naprawdę nic się magicznego nie dzieje, daty i tak się zmieniają codziennie, to tylko cyfry. Ale będzie lepiej, przecież musi.

Tagi: , , , , ,

 
0

Głupie riposty są głupie

Królowa napisała 27 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

– Jestem singielką.
– Ale masz dwójkę fajnych dzieci.

Czy ktoś mi wyjaśni znaczenie tego dialogu? Bo ja, szczerze mówiąc, nie rozumiem. Czy fakt, że potomek/potomstwo, a partner życiowy to dwie różne rzeczy, zupełnie inny rodzaj związków międzyludzkich jest tak trudny do zrozumienia? Jaka ma być koleracja między dziećmi a facetem/kobietą? Dzieci to erzac partnera? Srsly?
IMHO równie dobrze można by powiedzieć: „ale masz fajnego iPada”, równie absurdalne porównanie. Dzieci się wychowuje. Partnera nie. Dzieci się wyprowadzą z domu (a przynajmniej powinny) w stosownym wieku, partner (teoretycznie) ma być na stałe. Z dziećmi (małymi) się nie ustala planów życiowych, nie konsultuje zakupów, przeprowadzek, zmian pracy i innych ważnych zmian w życiu rodziny. Z dziećmi się nie uprawia seksu. I tak dalej, i tak dalej.
Jak więc można na czyjeś stwierdzenie o braku PARTNERA, odpowiadać że przecież ma DZIECI? Co ma piernik do wiatraka?

Tagi: , , , , ,

 
0

Christmaspanic? NOT

Królowa napisała 23 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Za chwilę Boże Narodzenie, ludzie robią zakupy, gotują, pieką, kupują, sprzątają, szykują. Wierzący i niewierzący obchodzą te Święta, klną, złoszczą się, pocą, męczą, narzekają. Co roku obserwuję sporo relacji sprowadzających się do: „o Boże, taki/a jestem zmęczony/a, a tu jeszcze to, to i to do zrobienia” oraz drugiej, jeszcze gorszej: „znowu Święta i znowu będę się musiał(a) spotkać z ludźmi, których nie lubię”. I co roku, za każdym razem gdy to czytam, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu o tym, jak dobrze zrobiłam, że już parę lat temu zrezygnowałam z tego „napinania się” i robienia WSZYSTKIEGO – bo Święta. Obchodzę Boże Narodzenie. Nie określam się jako katoliczka, ale wierzę w Boga, więc dla mnie to rzeczywiście dzień, w którym świętuje się urodziny Boga. Nie wiem po co obchodzą to święto niewierzący, argument: „bo tradycja” jakoś do mnie nie trafia. Nie wytykam nikomu, jego sprawa, ale nie rozumiem.

A nasze Boże Narodzenie to mały zestaw niezbędnych elementów, plus milion opcjonalnych – w miarę czasu,możliwości, chęci. Musi być:
Choinka. Żywa. Zielone, pachnące drzewko. (ekofanatycy ja bardzo proszę won z ewentualnymi komentarzami na ten temat, sztuczna choinka to nie choinka. Choinka ma PACHNIEĆ. I się osypywać)
Piernik/pierniczki. Zapach imbiru, goździków, cynamonu, anyżku, pieprzu i całej reszty przypraw. Ten i zapach choinki – to tworzy Atmosferę Świąt i przywołuje tego Ducha.
Prezenty. No wiadomo ;)
I z jedzenia: barszczyk, kompot z suszu oraz kluski z makiem. Ciasta – makowiec, może keks.
Siano pod obrusem
Opłatek
Kolędy – czy to zaśpiewana razem (co z tego, że ja fałszuję, a córka nie zna wszystkich słów i tylko syn znacząco podnosi poziom?)  czy z radia, czy z mp3.

To jest podstawa. Reszta – pierogi, kapusta z grzybami,  ryby, sałatka, czy cokolwiek innego – jeśli jest, fajnie, jeśli nie – też ok. Tak samo z idealnym porządkiem, miło, jak jest, ale też nie kosztem wielkiego zmęczenia. Święta mają być fajne. Pełne miłości, ciepła i tego CZEGOŚ, co tak łatwo utracić. Dla wierzących to przyjście na świat Jezusa Chrystusa, dla niewierzących… nie wiem, ale też coś jest, pamiętam czas, jak nie wierzyłam w Boga, a w obchodach Bożego Narodzenia uczestniczyłam (siłą rzeczy – byłam dzieckiem) i też była w tym magia.
Może dla kogoś to, co uznaję za konieczne, a co olewam jest niedopomyślenia. Ale:

Mój dom. Moje zasady. Moja tradycja.

Tagi: , , , , ,

 
0

Zimowo

Królowa napisała 2 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Nie przepadałam nigdy jakoś szczególnie za bluesem. Ale ten kawałek mnie ujął. To, herbata karmelowa, czekolada, dużo poduszek i wielka kołdra, w którą można się zawinąć. Śnieg za oknem i w telewizji. A tu ciepło, spokojnie i przytulnie. Tak można spędzać zimę.

Panna Anna maluje paznokcie na czerwono, żeby rozgrzewać się kolorem, piecze, gotuje, pracuje i czeka na wiosnę otulona swoimi zapachami, smakami i ciepłem domowym.

Tagi: , ,