0

„Przecież ty nie cierpisz rowerów”

Królowa napisała 8 lip, 2014 w kategoriach Bez kategorii

Zaczęło się niewinnie od wspólnego biegania razem. Niczym para w stylu rodzinki Stockowskich, ona, on, park, endomondo. Nic szokującego, bieganie było i przedtem, solo, toż to żaden tam sport, ot, bieganie. Później jednak przydarzyła się hulajnoga. Ot, dzieck znajomy miał, zabrał, zostawił w samochodzie, godzina czekania, może spróbować. Ojej, jak tu utrzymać równowa…o, daje się. O jak fajnie. O, z górki, boję się, piiiiiisk, jej, adrenalina, chcę więcej. No i bum, zachorowałam. Wizyta w Decathlonie, bo poszukiwania roweru dla dziecka, dobrze, niech oni się rowerami, gdzie hulajnogi. Zdjęłam z półki pierwszą lepszą – i ziuuuuu. W tę, w tamtą, po alejkach. Potem research, zaczepianie ludzi z hulajnogami na ulicy, wreszcie gorące uczucie do Oxelo Town 7 XL.  Jeszcze niekupiona, ale na półce z marzeniami. Gdzieś w między czasie spacery, granie w tenisa stołowego, wreszcie jednak dzień kupowania roweru dla syna. I oto okazuje się, że sprzęt dla Młodego jest również na mnie pasujący. Podobno.

Gdzie tam ja na rower, po moim trupie. Dwadzieścia lat nie jeździłam i nie będę tego zmieniać. Prowadziliśmy rower od samochodu do domu. Tak tylko. Sprawdzić czy dobrze jedzie. Dla dobra dziecka oczywiście. Mhm. Ziuuuuu, po ścieżce sto metrów. Och, jak fajnie.
I tak, dziecko się uczy jeździć na swoim rowerze, a gdy śpi albo jest na zajęciach lata w mieście, matka podwyższa siodełko na swoją wysokość i fru. Albo portale pohackować, albo myknąć do Powsina. Po dwudziestu latach niejeżdżenia wystarczyło 5 dni, żeby dojść do formy, w której 23 kilometry to żadne wyzwanie i mogłabym dłużej, tylko czasu zabrakło. I już wiem, że w końcu ja też będę chciała swój rower. A nawet dwa, jeden jakiś porządny góral na wycieczki, a drugi jakiś miejski, śliczny, czerwony, z tymi osłonkami na koło z tyłu, żeby można w sukieneczce bezpiecznie jechać. I z koszyczkiem na pudelka zakupy z przodu.

I tak o. Bieganie, rower, stepper. Cudowne poczucie zmęczonych mięśni – na tyle mocno, żeby czuć, na tyle słabo, żeby nie zniechęcało. Jedynym zmartwieniem jest to, że w czasie/po jeździe na rowerze mam takie napady głodu, że jem i jem. #Aduparośnie – od kiedy więcej się ruszam, to i zwiększyła mi się oponka na brzuchu i objętość ud. Halp?

krolowanarowerze

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Brzydkie słowa, brzydki świat

Królowa napisała 4 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Wiele jest rzeczy, które nas denerwują w tak zwanym „dzisiejszym świecie”. Narzekamy, ustnie, pisemnie, jednak niewiele zmieniamy. A są rzeczy, które dość łatwo zmienić. Przeczytałam ostatnio opowieść polskiego pisarza, który wzburzony pewną sytuacją na jego osiedlowym podwórku zwrócił się do obcego dziecka wulgarnymi słowami. Na słowa zareagował ojciec rzeczonego dziecka, konflikt eskalował do tego stopnia, że w sprawę była zamieszana policja. Ostatecznie sprawa skończyła się pokojowo, ale zastanowiło mnie to, że w toczonej publicznie dyskusji na temat tego zdarzenia mało kto zwracał uwagę na sam początek – czyli na niekulturalne zwrócenie uwagi dziecku. Dzieci mają do siebie to, że się uczą świata. To, jakimi dorosłymi zostają, to, jakimi wartościami się kierują w dorosłym życiu, to jakiego języka używają, zależy od nas – dorosłych. Kształtowanie się człowieka zaczyna się w domu rodzinnym. Potem dochodzą oczywiście rówieśnicy – jednak oni też początkowe wzorce czerpią od rodziców. Otoczenie – media, kultura, sztuka – to już wszystko tworzone przez dorosłych, to oni mają wpływ na to, jaki z tych źródeł płynie przekaz.

A ten przekaz wydaje mi się być coraz bardziej wulgarny i spłycony. Dziecko obserwuje świat dorosłych i widzi, że użycie „kurwy”, „chuja” czy „pierdolenia” jest na porządku dziennym. Takich słów używa rodzic, takich słów używają ludzie z różnych środowisk, takie słowa są coraz silniej obecne w życiu codziennym. Również w internecie, który przecież staje się bardzo bliskim coraz to młodszym dzieciom medium. Nieistotne jest już to, że są filtry wulgaryzmów czy możliwość blokowania stron – to po pierwsze nie zawsze skuteczne mechanizmy, po drugie jednak nie żyjemy w internecie, a na ulicy nie można dziecku włączyć filtra na określone słowa.

Jeszcze kilkanaście lat temu, może kilkadziesiąt funkcjonowało przekonanie o tym, że to „niziny społeczne” używają wulgaryzmów często i bez ograniczeń. Teraz zaczepiający mnie na ulicy bezdomni pytają mnie uprzejmie „Księżniczko, czy poczęstuje pani papierosem?”, a to u ludzi uważanych za elity kraju słyszę kurwy i chuje. Idę po ulicy – mijają mnie dobrze ubrani ludzie wykrzykujący do telefonów potoki wulgaryzmów. Zaglądam do prasy, a tam historia dyrektorki teatru, która papieża nazywa chujem oraz Katarzyna W., która „wychujała” organy ścigania. Blog technologiczny – „bądź kurwa ostry jak brzytwa”. Portale społecznościowe – „zimo wypierdalaj”. I tak dalej i tak dalej, artyści, dziennikarze, ludzie kultury, biznesmeni, politycy – „Taka, kurwa, konwencja”, dowiaduję się z tygodnika uważającego się za opiniotwórczy.

Gdy byłam dzieckiem poznałam oczywiście w pewnym momencie wulgarne słowa. Poznałam je i dowiadywałam się, że owszem, takie słowa istnieją, ale człowiek kulturalny, wykształcony, szanujący innych i chciany być szanowany nie powinien ich używać. A jeśli już, to w wyjątkowych sytuacjach i jeśli miał świadków – powinien przeprosić. Dziś sama jestem rodzicem i takie same wartości próbuję przekazywać moim dzieciom. Ale czuję się coraz bardziej bezradna, bo choć wciąż to ja jestem dla moich dzieci największym autorytetem, to jednak dostają one coraz więcej bodźców ze świata zewnętrznego, gdzie bynajmniej te zasady nie są stosowane. Dorośli coraz śmielej dają sobie przyzwolenie na to by rzucać kurwami w każdych okolicznościach, bo przecież „wszyscy tak robią”.

Otóż sprzeciwiam się. Nie chcę, by moje dzieci dorastały w takim świecie. Nie chcę, by te wulgarne, brzydkie słowa otaczały je na każdym kroku. Sama oczywiście nie jestem bez winy, sama zaczęłam wpadać w trend zastępowania wielu słów kurwami. Toteż pracuję nad sobą. To nie jest łatwe, nigdy nie było i nie będzie, ale gryzę się w język. Zastępuję kurwę kurczęciem albo innym słowem lub milczę w ogóle. Gwiazdkuję kawałek słowa albo w ogóle go nie używam. Staram się kulturalnie przekonywać do używania kulturalnych słów. Nie przeklinam w rozmowie z Tobą – ty też nie mów do mnie przekleństwami. To takie proste, podstawowa zasada „traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany”.

Wracając do sprawy pisarza, który zwyzywał dziecko – gdy już opisał on zakończenie historii, kiedy to finałem było wspólne budowanie w zgodzie i sympatii, spytałam na koniec dyskusji, czy nie uważa w takim razie, że na przyszłość lepiej wyjaśnianie konfliktów zaczynać od spokojnej rozmowy bez wyzwisk. Odpowiedział, że nie wydaje mu się. I zrobiło mi się smutno. Bo jeśli pisarz – w świecie moich wartości wciąż jeszcze człowiek, który w pewien sposób wyznacza szlaki, kształtuje postawy – nie sprzeciwia się wulgaryzacji języka, to jak ma powstawać więcej wartościowej literatury? Skoro wszyscy przeklinają, skoro tyle słów można zastąpić kurwami i chujami, to po co się wysilać, po co używać innych słów. I ludzie zapominają o innych słowach. Im więcej przeklinają, tym rzadziej podejmują umysłowy wysiłek dobierania słów do sytuacji. Tym uboższy więc staje się język i tym większe społeczne przyzwolenie na to, by nawet językoznawcy beztrosko i radośnie rzucali mięsem pod pozorem żartu czy konwencji. Nie można wszystkiego obracać w żart czy konwencję.

Świat jest taki, jakim go tworzymy, próbujmy tworzyć lepszy świat, zamiast pogrążać się w bezproduktywnym narzekaniu. Ograniczajmy wulgaryzmy. W mowie, w piśmie. Chociaż jednego dnia na początek. Chociaż w obecności dzieci. Potem z jednego dnia może się zrobić tydzień. Miesiąc. Potem to się staje nasze życie.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Dyrektorzy i dyrektorki melanżu

Królowa napisała 2 mar, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kilka lat temu się śmialiśmy z YouTube party. A teraz nie widzimy nic dziwnego i zdrożnego w tym, że jest domówka i jest cały czas jakiś laptop, tablet, telefon i ktoś puszcza tubki. Ważne tylko żeby była to osoba, która umie dobre tubki. Jak na przykład

Tagi: , , , , , ,

 
0

Polcon 2012 – The Beginning

Królowa napisała 29 sie, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Fantastykę, rzecz jasna, czytałam od dawna. Jednak informacje o zlotach miłośników tejże dotarły do mnie z dużym opóźnieniem. Owszem, to tu, to tam, czytałam coś o konwentach, jednak dopiero przed tegorocznym Pyrkonem zaczęłam się zastanawiać: „a jakby tak też wziąć w tym udział?” Pierwszą okazją był Pyrkon, jednak zanim się ogarnęłam z myślą, że rzeczywiście chcę, wszystko było już zorganizowane, a ja się obudziłam z tak zwaną „ręką w nocniku”. Toteż zostało mi tylko oglądanie wspomnień z. I w ramach tych wspomnień obejrzałam w internecie taki oto filmik z Pyrkonu. Bardzo mi się spodobał, rozpropagowałam go w internecie na ile mogłam i powzięłam mocne postanowienie, że na następny kontent już pojadę. A że mój syn jest co najmniej takim samym nerdem jak ja, a może i już większym, to uznałam, że będzie dla niego frajdą, jak zabiorę go ze sobą. Wykupiłam zatem wczesną akredytację na Polcon 2012, załatwiłam sobie u znajomego we Wrocławiu nocleg i czekałam na te parę dni sierpnia. Trochę się pozmieniało w międzyczasie, jeśli chodzi o moje noclegi, tudzież miejsce pozostawienia mojego młodszego dziecka, ale bez żadnego problemu udało mi się ogarnąć wszelkie kwestie organizacyjne i oto w czwartek rano wylądowałam z synem Tomaszem we Wrocławiu. Odstałam z Ausirem i z dzieckiem 1,5 godziny w kolejce akredytacyjnej dla tych, co wykupili akredytację wcześniej (kolejka tych, co wykupowali akredytację na miejscu była dłuższa, ale poruszała się szybciej, humf), dostałam torbę z materiałami polconowymi, po czym ruszyłam na pierwsze prelekcje i spotkania.
Bardzo chciałam wejść na wykład Mai Lidii Kossakowskiej „Duchy i demony dawnej Japonii”, ale okazało się, że jest on zaplanowany w takiej sali, że gdy dotarłam tam 3 minuty po jego rozpoczęciu nie da się do tej sali wcisnąć szpilki, więc odpuściłam i tylko pozwiedzałam sobie teren konwentu, przy okazji podrzucając syna do sali z blokiem „Fantastyka dla dzieci”, gdzie wysepiłam czerwoną kredkę i przy jej pomocy zakreśliłam sobie dalsze punkty programu, które wydały mi się interesujące. Potem niechcący zostałam wciągnięta w zabawy z Klanzą,
zabawy z Klanzą które okazały się bardzo fajne, tym bardziej, że wobec nikłej obecności dzieci organizatorki starały się wciągnąć do zabawy losowych ludzi z fandomu przechodzących korytarzem, co nieco im się udało.
klanza 2
Potem jednak uznałam, że to był dość męczący dzień i pojechałam wraz z synem spać już o godzinie 20.00 przez co ominęło mnie obserwowanie czegoś tam tudzież Andrzeja Sapkowskiego, nieudolnie chowającego za plecami butelkę Tyskiego (fuj!).

W piątek jednak wstałam o 9 rano, by już o 9.20 wyruszyć na teren konwentu na spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. Nie udało mi się dotrzeć punktualnie, gdyż tramwaj, rzekomo jadący na plac Grunwaldzki okazał się mieć zmienioną trasę i wywiózł mnie w zupełnie inne regiony Wrocławia, z których powrót nie był wcale taki prosty, toteż dobrnęłam pod drzwi sali o 10.15, gdy pozostawało już tylko tkwienie w ścisku i wytężanie słuchu, by złapać choć kilka słów z tego, co mówił Sapek. To jednak, co dosłyszałam, było dla mnie satysfakcjonujące, a ustawienie się później w kolejce po autografy zaowocowało otrzymaniem przeze mnie podpisu Autora na „Krwi elfów”, przy następującym dialogu:
Ja (czarującym głosem): Czy mogę prosić: „dla Królowej Nocy?”
Sapek (entuzjastycznie): Ależ oczywiście! klient nasz pan!
autograf AS
No i tak dostałam autograf, odeszłam, wypaliłam triumfalnego papierosa, po czym wróciłam i zrobiłam parę zdjęć Mistrzowi. A następnie pomknęłam na następne spotkania.
I już w piątek wieczorem pomyślałam sobie, że decyzja o pojechaniu na Polcon była jedną z lepszych decyzji, jakie podjęłam w ciągu tego roku. Dlaczego? Po pierwsze z dość oczywistego i nudnego powodu: dobrze czujemy się wśród „swoich”, nie jestem tu wyjątkiem. Było niezmiernie miło znaleźć się w grupie ludzi tak samo zafascynowanych SW, ST, Wiedźminem, horrorami, wampirami czy inszymi takimi „dziwactwami”. Było wspaniale podsłuchać na przerwie na papierosa dialog jakiejś laski z koleżankami, w którym żaliła się ona, że prawie nikt nie rozumie sensu jej kresek namalowanych długopisem na przedramieniu, a oznaczających ilość jej spotkań z Silence (btw. świetny patent, totalnie na następnym konwencie zamierzam go wykorzystać i też sobie namalować na ręku ślady po spotkaniach z Silence). To tak  drobna rzecz, a jak cieszy, gdy jest się „wtajemniczonym” i szybki rzut oka na kogoś, pozwala stwierdzić, że ta osoba też jest. Niesamowicie mnie też ucieszyła mikrocelebrycka sława, to znaczy najpierw status Szpro o tym, że w tramwaju spotkała przypadkiem mój fandom, rozprawiający z ożywieniem o tym, że jestem i że będzie mnie można spotkać na żywo (co się zresztą udało, pozdro Parasit!), potem spotkanie w drodze na konwent, gdy jakiś chłopiec do mnie zamachał  w stylu „cześć Królowa!”, a ja radośnie odmachałam, choć nie miałam bladego pojęcia kto tak mnie pozdrawia (do dziś nie mam, odezwij się please, człowieku spotkany w sobotę pod wieczór, gdy ja szłam na konwent, a ty z niego wracałeś i pomachaliśmy sobie tuż przed światłami na placu Grunwaldzkim), aż do niedzielnego spotkania z dziewczęciem, które zostało mi przedstawione i na wstępie powiedziało radośnie: „czytuję twojego bloga!”, co było przemiłe.

Oprócz tego konwent był dla mnie niesamowitym psychicznym odpoczynkiem, kilkoma dniami urlopu od normalnego życia. Fizycznie był bardzo wyczerpujący (jak to powiedziała Alq: „Bo jak się na konwencie nie jest 90% czasu pijanym/skacowanym/ledwo żywym to się w ogóle NIE LICZY.” i wszystkie te warunki wypełniłam całkowicie, to znaczy „pierwszego dnia byłam ledwo żywa, drugiego też, potem pijana, potem skacowana, ostatniego dnia znów ledwo żywa”.
A zdecydowanie bardziej cenię odpoczynek psychiczny.

Polcon zbudził też we mnie wiele stłumionych pragnień, marzeń, które porzuciłam już niemalże całkiem; przytłoczona codziennym życiem, stresem, zarabianiem na chlebek i masełko, depresją, lenistwem i tym podobnymi, toteż zyskałam nieoczekiwanie bardzo dużo powodów, żeby… żyć. I kontynuować marzenia, które okazały się wcale nie tak trudne do spełnienia (a przynajmniej takie mam wrażenie po konwencie).

Także, podsumowując, było to niesamowicie budujące doświadczenie, z którego wywiozłam materiał na co najmniej kilka notek, którymi będę was teraz zamęczać przez najbliższe kilka dni, czy tygodni. Pewną przeszkodą w pisaniu bloga jest teraz dla mnie to, że w następstwie zakupów dokonanych na Allegro przed Polconem, zakupów i pożyczek dokonanych w czasie Polconu, mój stosik książek „do czytania” liczy obecnie 11 książek (jeszcze wczoraj to było 12) i mimo tego, że mam urlop, niełatwo mi znaleźć czas na cokolwiek innego, poza czytaniem.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Zdrowa pupa z PRL-u

Królowa napisała 27 lip, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Mam w przeglądarce otwarte obok siebie dwie karty. Jedna nazywa się Reportaż z PRL, a druga Kampania „Zdrowa Pupa”. Pozornie to dwie różne rzeczy. Pozory mylą. W projekcie PRL „redaktor S. na pół roku spróbuje się cofnąć do PRL, razem z żoną i maleńką córeczką. Znaleźli sobie mieszkanie na Ursynowie, w którym nikt niczego nie udoskonalił od ćwierć wieku, i spróbują żyć jak dobrze sytuowani inteligenci w PRL.” Kampania pupowa próbuje pokazać świat ekorodziców którzy „z wypiekami na twarzy wybierają materiałowe pieluszki” (Pierwszym krokiem jest współtworzenie kalendarza na 2012 rok, którego twarzą będą wielorazowo zapieluszkowane pupy dzieci – cóż za innowacja, pupa twarzą kalendarza).

Oto więc redaktor S. z żoną będą wybierać materiałowe pieluszki, by przy ich pomocy „odbyć wyprawę nie w przestrzeni, a w czasie”. Jak twierdzi Wojtek Orliński w komentarzach do notki redaktora MRW, bohaterowie naszej podróży sentymentalnej mają odpał na bycie „eko rodzicami”, więc zapewne też zrobią to z radosnymi wypiekami podniecenia na inteligenckich twarzach.

(I want to live like common people,
I want to do whatever common people do)

Only not. Regres nie jest normalny. Życie w skansenie nie jest życiem normalnych ludzi. Nie jest normalny powrót do warunków, w których w zasadzie nie było tamponów ani sensownych podpasek (hm, jakoś nikt się nie zająknął o entuzjazmie żony redaktora S. może jednak jest fanką wielorazowych podpasek czy też wielorazowych tamponów i dorzuci je do gara z pieluchami). Nie jest normalne ślęczenie nad praniem tetry i przecieraniem zupek, kiedy można kupić Pampersy i Gerbery. Also: nie da się mieć takiej telewizji, gazet czy kolejek jak w latach 80. Ten skansen będzie biednie urządzony, tym bardziej że nasi bohaterowie jednak wybrali prywatne ubezpieczenie zdrowotne oraz wożenie dziecka w foteliku.

(But still you’ll never get it right,
cos when you’re laid in bed at night,
watching roaches climb the wall,
if you call your Dad he could stop it all)

Ale co tam, odstawi się internet, pomieszka na Ursynowie, potem napisze książkę i będzie się czuło spełnionym. Chuj z tym, że w kwestii wiarygodności ta „podróż w czasie” będzie porównywalna z kupieniem na ebayu repliki wehikułu czasu z filmu The Time Machine, siedzeniu w nim i robieniu brum, brum.  Dodatkowym profitem będzie możliwość uczynienia pupy tego nieszczęsnego dziecka twarzą kalendarza ekorodziców.

(Sing along with the common people,
sing along and it might just get you through,
laugh along with the common people,
laugh along even though they’re laughing at you,
and the stupid things that you do.
Because you think that poor is cool.)

Skansen w filmie „Good Bye Lenin” był zabawny. Skansen w projekcie PRL będzie smutną i biedną karykaturą. Niby każdemu jego porno, ale trochę mi szkoda pupy tego dziecka, wciskanej w tetrowe pieluchy, bo jego tacie się zachciało pobawić. Naprawdę nie było innych pomysłów na ubarwienie sobie życia?

Tagi: , , , , ,

 
0

To nie jest miasto dla nocnych ludzi

Królowa napisała 18 mar, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jakiś czas temu wybrałam się ze znajomym do kina. Film był o dość wczesnej godzinie, o 20.30, więc jak się skończył przez 23.00, chcieliśmy iść gdzieś pogadać. W galerii handlowej już oczywiście wszystko pozamykane, wychodzimy więc i trafiamy na knajpę obok. Wchodzimy, chcemy usiąść – „ale o tej porze to zapraszamy na dół, proszę państwa”. No dobrze, idziemy na dół, chcemy usiąść – pojawia się jakieś stworzenie o nieokreślonej płci i wieku i mówi, że na tych miejscach usiąść nie możemy, bo tu jak się zamawia coś do jedzenia, no a o tej porze to i tak nie można. Siadamy gdzie indziej, podchodzimy do baru. – O tej porze, to mogą już państwo złożyć ostatnie zamówienie. Zamawiamy po piwie, siadamy, rozmawiamy, po około 20 minutach przychodzi jakaś pani i mówi:
– Zepsuła nam się muzyka, więc dzisiaj kończymy trochę wcześniej.
– Ale mogę dopić to piwo? – pytam zjadliwie nieco już poirytowana.
– Tak, tak, oczywiście, ja tylko chciałam powiedzieć…
– To świetnie, dziękuję.
Dopijamy oboje to piwo, ale jeszcze się nie nagadaliśmy, ledwo dochodzi północ, a my jeszcze nie na tym etapie znajomości, kiedy się jedzie pić dalej u kogoś w domu, zapada decyzja o udaniu się na Chmielną. Idziemy, natrafiamy na miejsce gdzie obok siebie dwie otwarte knajpy. Podchodzimy do jednej, przed drzwiami kelnerka lub barmanka i w ramach powitania mówi: o tej porze, to już tylko na takiego szybkiego, naprawdę szybkiego drinka. No to dziękujemy pani uprzejmie, podchodzimy do drzwi drugiej, tam również stoi barman – na papierosie – i mówi: proszę, proszę, ja wiem, że człowiek się musi napić. Fajnie, wchodzimy, barman dopala i udaje się za nami, po czym okazuje się, że nie jest tak różowo, bo informuje nas od razu, że jednak o tej porze, to już możemy złożyć tylko jedno zamówienie. Jezu. Zamawiamy zatem od razu po dwa drinki, siedzimy, pijemy, oprócz nas jeszcze jakieś dwie pary również pogrążone w rozmowie. Mija czas, obsługa coraz bardziej nerwowo zerka na klientów, na zegarki, na klientów, na zegarki… Upraszam barmana o jeszcze jedno tequila sunrise, posługując się mniej argumentem, że przecież na drzwiach jest napisane, że do ostatniego klienta, a bardziej trzepotaniem rzęsami, dopijamy tego trzeciego drinka i wtedy już obsługa grzecznie, ale bardzo stanowczo nas wszystkich wyrzuca. No i tak, koniec zabawy.

Jedziemy do domów, a ja w nocnym autobusie rozważam: dlaczego w tym mieście, „do ostatniego klienta” znaczy: „do momentu, aż obsługa chce iść do domu?” Dlaczego klient jest dla knajpy, a nie odwrotnie? Dlaczego jak ktoś w późnych godzinach nocnych chce coś zjeść, to w zasadzie ma wybór między Makdonaldem z okienka, a zamówieniem Pizzy Nocą do domu? A jak chce się spokojnie napić w takichże godzinach, to zostaje mu nabycie flaszki na stacji benzynowej (co też, czytałam, może zostać niedługo uniemożliwione, albowiem senat chce wprowadzić zakaz sprzedaży alkoholu tamże) i wypicie jej w mieszkaniu? Kurde, no. Jak tu mieszkać, jak tu żyć.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Powstanie 2011

Królowa napisała 20 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii


Idea bdb. Mierzi mnie hipokryzja ludzi, którzy w Kościół nie wierzą, w Boga często też nie, ale dziarsko obchodzą Boże Narodzenie, biorą ślub kościelny, chrzczą dzieci, spowiadają się, etc, etc. Nie wierzysz w Boga? Świetnie, nikt ci nie każe, ale po co w takim razie świętujesz fakt, że ileś tysięcy lat temu narodził się Syn Boży? Bo tradycja? Bo dobra wyżerka? Bo prezenty dostaniesz? Czemu przyrzekasz miłość przed Bogiem, w którego nie wierzysz albo przyrzekasz żyć według zasad, których i tak nie będziesz przestrzegać? Bo biała sukienka z welonem? W USC też można. Bo organy? Bo rodzina chce? Przed znajomymi śmiało przyznajesz na Facebooku „jestem ateistą”, a nie umiesz tego powiedzieć mamusi?
To jeszcze nie jest tak szkodliwe, jak lekarz, który jest katolikiem i w związku z tym nie przepisuje pigułek antykoncepcyjnych i zaleca metody NPR, niezależnie od wyznania i przekonań pacjentki. Albo jak zakaz organizowania w szkołach zabaw, bo piątek. I wszechobecne ryby na obiad w szkołach i przedszkolach – nikt nawet nie zapyta ile dzieci rzeczywiście ten post obchodzi – jeszcze by się okazało, że taka mniejszość, że większym sensem byłoby zrobić rybę tylko dla tej dwójki, a reszcie pozwolić jeść mięso :>
Oczywiście nie sądzę, żeby strona na Facebooku, filmik na YouTube i pewna ilość obrazków w sieci rzeczywiście spowoduje rewolucję. Ale idea słuszna. W bonusie obrazek.

Tagi: , , , , ,

 
0

Jak nie polubiłam Starbucksa

Królowa napisała 13 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otworzyli mi niedaleko domu kawiarnię tej sieci. No to jak już tak blisko… a my akurat poszliśmy na spacer na Pola, gdzie był wiatr i śnieg i trochę zmarzliśmy… a córka akurat wyraziła potrzebę skorzystania z toalety, a my chcieliśmy na zakupy jeszcze… to poszliśmy się tam nieco ogrzać i odpocząć. Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy. Zostaliśmy poczęstowani jakimiś mini ciasteczkami – jedno dziecko zjadło, drugie nie, ja powąchałam i mnie odrzuciło, więc nie brałam. Usiedliśmy. Zawołali, że nasze kawy/gorące czekolady. Siedzimy, pijemy, rozmawiamy. Ciepło, przyjemnie, dzieci się rozgrzewają. Po czym idziemy z Majką szukać toalety. Lokal jest mały, więc obchodzimy go i nic. Nigdzie ani skrawka drzwi oznaczonych jak taki przybytek. No to pytam obsługi, okazuje się, że pierwsze drzwi za barem. Pierwsze drzwi za barem są oznaczone charakterystycznym napisem „wyjście ewakuacyjne”. Hm. No ale za nimi istotnie jest korytarz, z wielką ilością innych drzwi, w tym jedne opisane czarnym markerem jako WC. No dobrze. Toaleta jest jedna, koedukacyjna i dla niepełnosprawnych jednocześnie, co oznacza że sedes jest dość wysoki, z nietypową deską, a umywalka również jest wysoko, nawet wyżej niż w „normalnej” toalecie. Załatwiamy potrzebę Majki, po czym ona, dobrze wychowana dziewczynka, chce umyć ręce, więc muszę ją podnieść i przytrzymać przy umywalce, żeby mogła to zrobić – stojąc nawet nie sięga głową ponad brzeg. Trzymanie szczupłej, ale normalnie ważącej trzylatki jest taką trochę torturą dla kręgosłupa, no ale niech umyje te ręce, jak już ma dobre nawyki, to niech kultywuje.
Wracamy, siadamy jeszcze na chwilę, bo Lis – znajomy, który był z nami – jeszcze dopija kawę, mija pół minuty i zaczynamy się wszyscy zbierać. I tu następuje moment kulminacyjny – jakieś dziewczę ze szmatą, widząc stolik, przy którym wszyscy wstają, podchodzi, staje pół metra ode mnie i tak stoi. Ze szmatą. I tak sobie czeka aż wyjdziemy i będzie mogła zabrać kubki i sprzątnąć. A mnie natychmiast trafia szlag, bo nienawidzę takiego wyczekującego stania nade mną. Ani nie było tam tłoku takiego, żeby tłum wielbicieli kawy od Starbucksa stał i dyszał oczekiwaniem na wolny stolik. Ani nie byłam w niekrępującym barze mlecznym, gdzie takie zachowanie obsługi byłoby wciąż drażniące, ale zrozumiałe. Ale nie, ja byłam w kawiarni – w dodatku „markowej”, z historią, mitem, ą ę, fancy kawiarni i oczekuję od obsługi zachowania pewnego poziomu. Zapytałam zimno, czy pani musi tak stać mi nad głową, dziewczę się odsunęło o metr, ja skończyłam ubierać córkę i zgrzytając zębami wyszłam zdegustowana.
Przy okazji po drodze zobaczyliśmy „kącik dla dzieci” – tak sprytnie zakamuflowany w głębokiej wnęce w ścianie, że bardzo małe szanse, że ktoś zauważy, w dodatku zastawiony stołem – żeby przejść trzeba się przepychać między krzesłami a stolikiem, czyli przeszkadzać siedzącym tam ludziom. Plus potem bawiące się dzieci drą się komuś nad uchem – nawet jak to rodzice dzieci, to i tak nie o to chodzi w tych kącikach, żeby potomstwo przeszkadzało pić kawę, tylko żeby właśnie odeszły kawałek i dały posiedzieć spokojnie (ale dobrze przy tym móc je widzieć, a jak już mówiłam, lokalizacja kącika pozwala „mieć oko” na dzieci tylko jeśli się siedzi przy tym jednym stoliku obok). W dodatku uważam, że jeśli już taka ą ę kawiarnia mówi „a”, że jest otwarta na dzieci, to mogłaby być w tym konsekwentna i choćby dostawić w tej łazience podest z Ikei, kosztujący 10 złotych, żeby dzieci mogły na nim stanąć i wygodnie umyć ręce. Czy udostępnić krzesełka dla dzieci, dla mojej trzylatki stolik był z wysokości fotela trochę za wysoki.
No i cóż, może się czepiam. Może źle postrzegam Starbucksa, może to, że coś jest amerykańskie, nie znaczy, że przeniesione na grunt polski, zachowa swój charakter. Może tutaj mem baby ze ścierą burczący w barze mlecznym, że ma zwolnić stolik, bo inni czekają, jest tak żywy i tak zapisany w mentalności ludzkiej, że dotyka nawet młodego dziewczęcia z kawiarni otwartej w 2011 roku. Może ja mam zbyt wysokie wymagania. Może.
A może nie.
W każdym razie Starbucks mnie nie zachęcił, nie przekonał, nie zrobił wrażenia. A tak na marginesie kawa mi zupełnie nie smakowała, a gorąca czekolada dzieci była jakaś bardziej wodnista i mniej czekoladowa niż kakao, które robię dzieciom wieczorem, no ale tu już de gustibus non disputandum est, może Amerykanie tak lubią.

Tagi: , , , , ,