0

Kolory planszy gry

Królowa napisała 1 gru, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Ja się zachwycam nową grą, zaś Michał długo się na Ingress dąsał, dąsał, wreszcie wysilił się na wyjaśnienie powodów swojej niechęci. Nie mam czasu na rozbijanie całej jego notki na kawałki i odnoszenie się do całości, ale chcę już teraz zbić argument „Nikt nie będzie już wiedział, jaki kolor ma niebo nad portem, bo wszyscy będą je oglądać przefiltrowane przez ekran telefonu.” No to bach.

Oczywiście to tylko zdjęcie i to nie najlepszej jakości. Ale przecież sam dobrze wiesz, Michale, że to tylko przypominajka WSPOMNIENIA. Że tylko ja wiem, jak niesamowity był ten księżyc dzień po pełni oglądany spod gałęzi drzewa. Jak ten księżyc się komponował ze starą willą na Langiewicza. Jak klimatycznie było tam w środku nocy po deszczu. Jak pachniało – nieopisywalnym zapachem Ochoty po deszczu. I tak stałam, zerkałam chwilami na ułamek sekundy na ekran telefonu i jednym dotknięciem wyświetlacza stawiałam kolejny rezonator, po czym znów podnosiłam wzrok do góry i chłonęłam, napawałam się byciem tam.
Mogłabym Ci też opowiedzieć jak innej nocy stałam z Virinnem idealnie na północ od Pałacu Kultury, jak robiliśmy portale zachwycając się widokiem iglicy pałacu ukrytej wysoko we mgle, a idealnie dobrze widocznym dołem Pałacu przed nami. I symetrią. I jak mi opowiadał o tym, jak czasami widuje PKiN z tej samej długości geograficznej, ale parę kilometrów dalej, a ja mu o tym, jak Pałac potrafi wyglądać z moich okien. Ale to ci i tak nie da tego, co my odczuwaliśmy, a przecież już wiesz dobrze, jak bardzo missnąłeś pointa. Jak ktoś nie lubi patrzeć na niego, to będzie się gapił na fejsa idąc, jak lubi – żadna aplikacja mu nie zasłoni księżyca.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Igress, czyli jak wyciągnąć nerda z piwnicy

Królowa napisała 1 gru, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Uwielbiam się czymś jarać, uwielbiam mieć tak zwaną zajawkę. Najnowsza to Igress, gra od Google’a, w której chodzi, najprościej mówiąc, o „dotlenienie nerdów”. Gra jest bowiem outdoorowa i polega na bieganiu po mieście i hackowaniu portali wroga tudzież tworzeniu swoich. Oczywiście do tego jest cała historia, która można przeczytać przed komputerem, historia bardzo tajemnicza, zagmatwana i dawkowana po kawałeczku. Żeby jednak grać, trzeba wyjść z domu i ja już po pierwszym dniu zabawy widzę, że wieczorna rundka po portalach znakomicie zastąpi mi bieganie, które porzuciłam ostatnio, gdyż przy temperaturach poniżej 5 stopni zupełnie nie mogłam się zebrać żeby założyć dresik i adidasy. Spacer jednak jest równie dobry, a mniejsze ryzyko uszkodzenia sobie kolan. Spacerować dla samego chodzenia nigdy nie lubiłam, za to spacer połączony ze zbieraniem energii i hackowaniem czy też uzbrajaniem portali to nie nudny obowiązek, a ekscytująca misja.
Chciałam napisać konkretniej o samej grze, ale jako że całkiem nieźle zrobił to mój nowy znajomy z gry, odeślę do jego bloga :)
Ja natomiast dodam tylko, że wsiąkłam niesamowicie, grać można niemal w każdej chwili, gdziekolwiek idę zawsze jest na mojej trasie jakiś portal (hackować je można z odległości ok 40 metrów, więc nawet nie trzeba przystawać, można w biegu). Ingress po 3 dniach grania dał mi:
– bardzo dużo dobrych emocji
– kilka nowych znajomości
– apetyt, którego mi bardzo brakowało ostatnio
– dużo fizycznego zmęczenia, które świetnie zdejmuje stres
– dużo zen
– specjalną rękawiczkę do obsługiwania telefonu, którą sobie sama zrobiłam odcinając czubki dwóch palców i je obszywając (tak, szyłam! ja! brzydząca się braniem do ręki igły)
– prawdopodobnie już teraz lepszą kondycję, nie bardzo mam jak zmierzyć ile kilometrów przemierzam w czasie wędrówek po mieście, ale wiem, że DUŻO.
– przełamanie wewnętrznej blokady w głowie – zaczęłam pisać po angielsku, do tej pory myślałam że zupełnie nie umiem
W dodatku póki gra jest w opcji beta trudno się do niej dostać, a to oznacza, że grają się ludzie, którzy naprawdę chcą, też się jarają, toteż i współgraczy i wrogów póki co mam bardzo inteligentnych, a to wielka przyjemność, walczyć przeciwko inteligentnemu przeciwnikowi.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Jak nie polubiłam Starbucksa

Królowa napisała 13 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otworzyli mi niedaleko domu kawiarnię tej sieci. No to jak już tak blisko… a my akurat poszliśmy na spacer na Pola, gdzie był wiatr i śnieg i trochę zmarzliśmy… a córka akurat wyraziła potrzebę skorzystania z toalety, a my chcieliśmy na zakupy jeszcze… to poszliśmy się tam nieco ogrzać i odpocząć. Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy. Zostaliśmy poczęstowani jakimiś mini ciasteczkami – jedno dziecko zjadło, drugie nie, ja powąchałam i mnie odrzuciło, więc nie brałam. Usiedliśmy. Zawołali, że nasze kawy/gorące czekolady. Siedzimy, pijemy, rozmawiamy. Ciepło, przyjemnie, dzieci się rozgrzewają. Po czym idziemy z Majką szukać toalety. Lokal jest mały, więc obchodzimy go i nic. Nigdzie ani skrawka drzwi oznaczonych jak taki przybytek. No to pytam obsługi, okazuje się, że pierwsze drzwi za barem. Pierwsze drzwi za barem są oznaczone charakterystycznym napisem „wyjście ewakuacyjne”. Hm. No ale za nimi istotnie jest korytarz, z wielką ilością innych drzwi, w tym jedne opisane czarnym markerem jako WC. No dobrze. Toaleta jest jedna, koedukacyjna i dla niepełnosprawnych jednocześnie, co oznacza że sedes jest dość wysoki, z nietypową deską, a umywalka również jest wysoko, nawet wyżej niż w „normalnej” toalecie. Załatwiamy potrzebę Majki, po czym ona, dobrze wychowana dziewczynka, chce umyć ręce, więc muszę ją podnieść i przytrzymać przy umywalce, żeby mogła to zrobić – stojąc nawet nie sięga głową ponad brzeg. Trzymanie szczupłej, ale normalnie ważącej trzylatki jest taką trochę torturą dla kręgosłupa, no ale niech umyje te ręce, jak już ma dobre nawyki, to niech kultywuje.
Wracamy, siadamy jeszcze na chwilę, bo Lis – znajomy, który był z nami – jeszcze dopija kawę, mija pół minuty i zaczynamy się wszyscy zbierać. I tu następuje moment kulminacyjny – jakieś dziewczę ze szmatą, widząc stolik, przy którym wszyscy wstają, podchodzi, staje pół metra ode mnie i tak stoi. Ze szmatą. I tak sobie czeka aż wyjdziemy i będzie mogła zabrać kubki i sprzątnąć. A mnie natychmiast trafia szlag, bo nienawidzę takiego wyczekującego stania nade mną. Ani nie było tam tłoku takiego, żeby tłum wielbicieli kawy od Starbucksa stał i dyszał oczekiwaniem na wolny stolik. Ani nie byłam w niekrępującym barze mlecznym, gdzie takie zachowanie obsługi byłoby wciąż drażniące, ale zrozumiałe. Ale nie, ja byłam w kawiarni – w dodatku „markowej”, z historią, mitem, ą ę, fancy kawiarni i oczekuję od obsługi zachowania pewnego poziomu. Zapytałam zimno, czy pani musi tak stać mi nad głową, dziewczę się odsunęło o metr, ja skończyłam ubierać córkę i zgrzytając zębami wyszłam zdegustowana.
Przy okazji po drodze zobaczyliśmy „kącik dla dzieci” – tak sprytnie zakamuflowany w głębokiej wnęce w ścianie, że bardzo małe szanse, że ktoś zauważy, w dodatku zastawiony stołem – żeby przejść trzeba się przepychać między krzesłami a stolikiem, czyli przeszkadzać siedzącym tam ludziom. Plus potem bawiące się dzieci drą się komuś nad uchem – nawet jak to rodzice dzieci, to i tak nie o to chodzi w tych kącikach, żeby potomstwo przeszkadzało pić kawę, tylko żeby właśnie odeszły kawałek i dały posiedzieć spokojnie (ale dobrze przy tym móc je widzieć, a jak już mówiłam, lokalizacja kącika pozwala „mieć oko” na dzieci tylko jeśli się siedzi przy tym jednym stoliku obok). W dodatku uważam, że jeśli już taka ą ę kawiarnia mówi „a”, że jest otwarta na dzieci, to mogłaby być w tym konsekwentna i choćby dostawić w tej łazience podest z Ikei, kosztujący 10 złotych, żeby dzieci mogły na nim stanąć i wygodnie umyć ręce. Czy udostępnić krzesełka dla dzieci, dla mojej trzylatki stolik był z wysokości fotela trochę za wysoki.
No i cóż, może się czepiam. Może źle postrzegam Starbucksa, może to, że coś jest amerykańskie, nie znaczy, że przeniesione na grunt polski, zachowa swój charakter. Może tutaj mem baby ze ścierą burczący w barze mlecznym, że ma zwolnić stolik, bo inni czekają, jest tak żywy i tak zapisany w mentalności ludzkiej, że dotyka nawet młodego dziewczęcia z kawiarni otwartej w 2011 roku. Może ja mam zbyt wysokie wymagania. Może.
A może nie.
W każdym razie Starbucks mnie nie zachęcił, nie przekonał, nie zrobił wrażenia. A tak na marginesie kawa mi zupełnie nie smakowała, a gorąca czekolada dzieci była jakaś bardziej wodnista i mniej czekoladowa niż kakao, które robię dzieciom wieczorem, no ale tu już de gustibus non disputandum est, może Amerykanie tak lubią.

Tagi: , , , , ,