0

House of Cards – serial o udawaniu

Królowa napisała 13 mar, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Jakoś nie mam czasu ostatnio na seriale, ale dałam się w końcu namówić na House of Cards i niestety jestem rozczarowana po pierwszym odcinku. Plakat sugerował opowieść o człowieku posiadającym Władzę, tymczasem od razu widać, że główny bohater to przegrany, który w tych wstawkach gdzie mówi „do widza” próbuje sugerować, że wcale tak nie jest. Przykro mi Francis, ale kompletnie mnie nie przekonujesz, od razu prezentujesz się jako bardzo słaby człowieczek, który próbuje rozpaczliwie dryfować w łodzi bez wioseł. Zoe Barnes jest urocza i pocieszna, ze dwa lata temu pewnie bym ją pokochała całym sercem, teraz patrzę na nią z pobłażaniem – takie to młode i naiwne. Claire niewątpliwie wydaje się silniejsza od swojego męża, ale też szyderczo prychnęłam śmiechem przy scenie, w której próbuje przekonać – nie wiem kogo: siebie, męża, widzów? – że push-up i bluzka z dekoltem nie są skutecznymi narzędziami dla młodej ładnej laski, która próbuje się wybić. Wszystkie te postacie trochę nijakie, przewidywalne, jedyna, która mnie nieco zaciekawiła to Peter Russo – ładnie napisane i zagrane, taki konsekwentnie zimny skurwysyn, który kłamie zawsze i wszędzie. On akurat na razie wydaje się mieć najwięcej władzy, mimo tej groteskowej i smutnej sceny, w której Francis próbuje go przekonać, że jej nie ma. Jego nie przekonał, mnie też nie, pooglądam dalej i może zmienię zdanie, na razie trochę mnie ten serial znudził, a trochę zasmucił. Nic nowego w sumie, Spacey wydaje się permanentnie być/grać nieprzystających do twardego świata rozbitków-marzycieli. Ale przynajmniej parę obrazków ładnych można znaleźć w Sieci.

zoe barnes

Tagi: , , , , , ,

 
0

Nerdy i gonady

Królowa napisała 19 sty, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kya popełniła kiedyś bardzo dobrą notkę o tym, jak zarywać nerdów/nerdki. Poradnik był świetny, sporo samotnych nerdów znalazło sobie kogoś, ale czas mijał, mijał i jak zawsze utworzyły się kolejne problemy sercowe. Poczułam potrzebę rozszerzenia poradnika – o to, co robić, gdy już się kogoś ma, ale gonady wciąż pracują i zdarzają się niesnaski towarzyskie. Z nerdami podstawowy kłopot jest taki, że dużo czują, ale mało mówią. No i tak są z kimś, ale na scenę wkracza Rutyna i Nuda oraz Inne Nerdy.
Fajnie się kumplować czy przyjaźnić z innymi osobnikami, zwłaszcza tymi, którzy myślą i działają podobnie, problem jest, gdy do tego dochodzi Pożądanie.
Życie jest zbyt stresujące, żeby sobie dokładać problemów, więc w tak delikatnych sprawach jak związki, zdrady i seksy warto się dogadać. Czy jesteśmy ze sobą, mieszkamy/pomieszkujemy, bywamy, mamy wspólne zwierzęta/dzieci i przy tym sypiamy tylko ze sobą, czy sypianie jest odrębną sprawą. I czym jest sypianie, zdrada, seks dla tej drugiej osoby. Czy seks to tylko kontakt fizyczny i wszystko przez internet to nie zdrada, czy może jednak ktoś poczuje się urażony, jeśli się dowie, że nerd spędził wieczór czatując z kimś i fapiąc wspólnie przez monitorami. Oczywiście nie mówię tu o fapaniu do zdjęć Scarlett Johansson, bo kto tego nie robi, to nie jest żadna zdrada, ale już jeśli to koleżanka/kolega, to może osobie partnera/partnerki będzie smutno.

Nerdzie, Nerdko!
Jesteś w związku, chcesz w nim być i chcesz, żeby było fajnie i bezstresowo – pogadaj. Ustal.
– jestesmy ze sobą, sypiamy tylko ze sobą, a seks to dla mnie:
a) kontakt fizyczny
b) każda sytuacja, kiedy mam orgazm
c) inne, opisać
– jesteśmy ze sobą, ale seks to tylko zabawne wygibasy, nie przeszkadzają mi, tylko powiedz mi wcześniej gdzie i z kim, żeby mi potem nikt nie donosił „a wiesz, że twoj(a) to sypia z tym i tamtą”

Jesteś w związku, chcesz żeby ci było fajnie i bezstresowo, ale nie jesteś pewien, czy to aby ten związek? Zastanów się, czego ci brakuje, co przeszkadza i pogadaj tak samo. Czym się druga osoba poczuje urażona, a co możesz spokojnie z innymi ludźmi robić, żeby było przyjemnie i wesoło. Albo co zrobić, żeby w obrębie tego jednego związku było znowu weselej. Brzmi to strasznie, ale przykro mi, komunikacja i szczerość to ważne rzeczy, oszczędzają dramatów. Można przecież napisać, często tak łatwiej niż przeprowadzać poważne rozmowy paszczą. Można nawet sobie usiąść przy stoliczku z dwoma laptopami, pisać do siebie i zerkać znad monitorów.

Byle pogadać, byle się skupić na tym, żeby w pierwszej kolejności samemu być szczęśliwym, a w następnej żeby nie unieszczęśliwiać najbliższej osoby/osób. I wtedy wiadomo czy można sobie pozwolić na to, żeby iść za głosem gonad czy jednak popracować nad tym, żeby nie krzywdzić. Ja już nawet teraz nie mówię o uczuciach, nie miłość, a zwykłe pożądanie.
No i kolejna ważna rzecz, o której trzeba pamiętać:

 

(wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń – niezamierzone)

Tagi: , , , ,

 
0

„50 twarzy Greya” to 50 odcieni gówna, czyli dlaczego mam ochotę nakopać Erice Leonard

Królowa napisała 1 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Ustalmy coś od początku: to jest zła książka. Zła na wielu poziomach i mam nadzieję odkryć przed Wami co najmniej kilka z tych poziomów. Zaczęłam ją czytać z czystej ciekawości – „czemu to jest aż tak popularne?”, myślałam też, że może jest to, jak wynikało z recenzji, próba przybliżenia świata bdsm „zwyczajnym ludziom” i byłam ciekawa w jaki sposób to jest zrobione. Już mniej więcej w połowie poznałam odpowiedzi na oba zagadnienia. Po pierwsze: to harlequin z dekoracjami nawiązującymi do bdsm, czyli do „niegrzecznego, zakazanego seksu, do nieprzyzwoitych odczuć”. Harlequiny, jak wiadomo, dobrze się sprzedają. Po drugie – no nie, to zupełnie nie jest książka o bdsm.
Ok, fabuła w kilku zdaniach: młoda laska z prowincji (tak głębokiej, że banalny wzorek na latte wywołuje jej szok – tak, wciąż mamy 2011, a laska ma 22 lata) poznaje bogacza z wielkiego miasta, który dysponuje śmigłowcem, prywatnym odrzutowcem, kilkoma samochodami, mieszkaniami i tak dalej – jest wystarczająco bogaty, żeby spełniać jej wszelkie potrzeby, a przy tym jest młody (zaledwie o 6 lat starszy od niej) i diabelnie przystojny (oczywiście według wyobrażeń autorki i jej głównej bohaterki). Oczywiście ona zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia („Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny, przyjemny dreszcz”), on oczywiście zakochuje się w niej (to akurat jest pozornie ukrywane, ale inteligentny czytelnik się od razu tego domyśli), oczywiście on oszałamia ją drogimi prezentami (pierwsze wydanie jej ulubionej książki, piekielnie drogie, lot śmigłowcem, najnowszy MacBook czy samochód w prezencie), ona oczywiście ulega, choć przy sugestii, że on jej będzie kupować ubrania zaczyna się czuć jak dziwka (jakoś wcześniejsze prezenty, w postaci chociażby tego maczka nie wywołują tej myśli, nasza bohaterka kurczowo uczepia się myśli, że może udawać, że to pożyczony sprzęt, ha, ha). On zgrywa niedostępnego, mówi jej, że „nie bawi się w dziewczyny” i że jedyną formą bycia z nim może być podpisanie umowy. Umowa dotyczy układu – pozornie bdsm, to znaczy bohater twierdzi, że będzie Panem, a bohaterka Uległą (aka Niewolnicą), jednak, jak się okazuje, panna Anastasia nie podpisuje umowy w tej książce. Bynajmniej nie dlatego, że wie, że nie na podpisywaniu umów polega układ Pan-Uległa, ale po prostu taki jest ciąg wydarzeń. Okazuje się, że bohaterka w wieku 22 lat: jest dziewicą, nigdy w życiu się nie masturbowała (tu można podejrzewać rodzinę, ale nie, od razu dowiadujemy się, że jej matka ma już piątego męża, a żaden z nich bynajmniej nie był żadnym religijnym fanatykiem, matka w dodatku wydaje się dość wyzwolona, rozmawia bardzo swobodnie z córką na temat jej chłopaka i kompletnie nie widać uzasadnienia, dlaczego Ana nigdy nawet nie dotykała się „Tam”, jak sama to określa). Już coś zgrzyta, czyż nie? Już widać, że mamy do czynienia z fikcją literacką, która nawet nie sili się na prawdopodobieństwo. W związku z tym odkryciem pan Grey delikatnie ją rozdziewicza (jak sam twierdzi, to jego pierwszy waniliowy seks, to znów daje do myślenia), ona oczywiście jest zachwycona, przeżywa superorgazm podczas pierwszego razu (pisałam już, że to harlequin?), zakochuje się jeszcze bardziej i mimo lekkiego szoku wywołanego guglaniem zainteresowań seksualnych pana Greya zgadza się totalnie na układ opisany w niepodpisanej przez nią umowie. I gdybyż jeszcze faktycznie ten układ spisany w umowie zaczął funkcjonować. Ale nie, umowa zakłada, że nasza bohaterka staje się totalną niewolnicą pana Greya, że on jest jej Masterem – kontrolującym każdą dziedzinę jej życia (w tym jedzenie, co jest jednym z dziwaczniejszych motywów tej książki, bowiem Ana jest zdecydowanie osobą zapominającą regularnie o posiłkach, toteż przy każdym spotkaniu z jej „Panem” on pyta się co jadła i próbuje ją zmusić do jedzenia – jak to stwierdziłam – to jest książka o feederze, bo non stop Grey próbuje karmić Ane). Umowa (niepodpisana) swoją drogą, a życie swoją, pan Grey teoretycznie wymaga całkowitego posłuszeństwa, a potem się dziwi, że nie jest to respektowane. Pewna istotna scena rozgrywa się podczas oficjalnej kolacji z udziałem jego, jego rodziców, jego brata, dziewczyny jego brata i Anastasii – nasza teoretycznie mająca być Uległą bohaterka zdecydowanie daje mu znać podczas kolacji, że nie życzy sobie jego ręki na swoim udzie pod stołem – cóż czyni nasz wannabe Master? Potulnie zdejmuje rękę, a potem, w scenie face to face próbuje przypomnieć swojej „Uległej”, że to on ma tu władzę i że takie zachowanie jak jej podczas kolacji nie jest akceptowane. Jego starania jednak spełzają na niczym, ponieważ Ana wywiera na niego tak wielki wpływ, że decyduje się tylko na „ukaranie” jej przy pomocy stosunku, który jak sam twierdzi ma służyć „tylko jego przyjemności”, co w praktyce przekłada się tylko na to, że kocha się z nią do momentu, kiedy sam ma orgazm, a nie pozwala jej dojść (oczywiście panna rozdziewiczona przez niego ma za każdym razem orgazm pochwowy, prawda). Oto straszliwa kara Mastera dla Uległej (yes, that’s ironic). Dalej mamy „zabawy bdsm”, czyli dwie scenki w „Czerwonym Pokoju Bólu” (ała), który to jest zwyczajnym pokojem (nawet nie ma słowa o wytłumieniu dźwięków, no niby mamy do czynienia z bogaczem, który może mieć w nosie co służba sobie pomyśli o dochodzących z domowych pomieszczeń dźwięków, ale jednak to pewien zgrzyt), tylko wypełnionym pejczami, szpicrutami, łożem z kajdankami, etc. Jednakże w tym „porno bdsm” tak naprawdę są ze trzy sceny ocierające się o seks bdsm, jedna to bicie głównej bohaterki szpicrutą, druga wymierzanie klapsów, trzecia dotyczy tak naprawdę waniliowego seksu, tyle że ocierającego się o deprywację sensoryczną, bowiem Ana ma zasłonięte oczy i muzykę z iPoda w uszach – poza tym jednak nie doznaje niczego, czego by nie mogła doznać w „zwykłym” seksie. Stymulacja, orgazm, penetracja, yawn, boring.
Czy zaskoczę Was stwierdzeniem, że to w sumie jest cała książka? Mam nadzieję, że nie. Jeśli bowiem Was zaskoczyłam, to znaczy że spodziewaliście się czegoś więcej. A tego nie ma. Na samym końcu nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że jednak nie odpowiada jej układ zaproponowany przez Pana G. i zrywa z nim kontakty, co oczywiście powoduje szlochy w poduszkę – z czego wynika prosty wniosek, że w następnych częściach znów się z nim spotka, a na samym końcu trylogii zapewne on zorientuje się, że tak ją kocha, że będzie w stanie z nią być bez tych wszystkich ozdobników pod hasłem „bdsm” i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca.
Okej, zatem co jeszcze jest złego w tym harlequinie? Pan G. co chwilę jest zaskoczony, że jego nowa podopieczna „nie jest uległa poza łóżkiem”, a to, co mówi, sugeruje, że jego wcześniejsze partnerki były kompletnie uległe w każdej sferze życia. Mamy tu modelowo przedstawiony jeden z mitów na temat bdsmowych związków – to znaczy ten, że jeśli dwie osoby odgrywają rolę Pana i Niewolnicy w relacji łóżkowej, to automatycznie przekłada się ona na ich relacje w każdej dziedzinie życia, co, między innymi, uniemożliwia ich społeczne funkcjonowanie w roli, na przykład męża/żony czy też matki/ojca. No a to, jest, proszę państwa, wierutna bzdura. Ludzie, którzy mają takie, a nie inne upodobania seksualne nie są jakimiś totalnymi odmieńcami, wyrzutkami społecznymi, dewiantami niezdolnymi do stworzenia żadnej innej relacji poza tą, określaną w sferze seksualnej. To są normalni ludzie, jakich się mija codziennie na ulicy. Robią zakupy w Lidlu, wchodzą w związki małżeńskie, mają dzieci, posyłają je do przedszkola, szkoły, wychowują tak samo, jak wszyscy inni ludzie. Bycie Masterem czy Niewolnicą nie musi determinować zachowywania tej roli 24/7. Wręcz bardziej popularne jest to, że tak się nie dzieje. To, że ktoś lubi sprawianie czy otrzymywanie bólu w sytuacjach seksualnych nie oznacza bynajmniej, że nie potrafi funkcjonować w sytuacjach codziennych. Bądźmy szczerzy: w większości sytuacji po prostu ludzi na to nie stać. Trzeba pracować, zmywać naczynia, gotować, chodzić do urzędów, wychowywać dzieci, etc. Nie współgra z tym „bycie Uległą całą dobę”. No nie, po prostu nie. Potrzeby ludzi zafascynowanych bdsm w większości przypadków odnoszą się tylko do sfery seksualnej – czyli bynajmniej nie są fantazjami Christiana Greya o pełnoetatowej niewolnicy, którą mógłby posiadać tylko dlatego, że ma kupę kasy. Ludzie lubiący taki rodzaj seksu nie są dewiantami, którzy nie mogą osiągnąć spełnienia seksualnego w innej relacji – to są ludzie, którzy uwielbiają wchodzić w określoną rolę w sytuacji, która na to pozwala („łóżko”, że tak napiszę skrótowo, wiadomo że nie chodzi o ten mebel). Która na to pozwala. To nie wyklucza ich aktywności w dziedzinach życia zupełnie niezwiązanych z „łóżkiem”, jak choćby wspólne prowadzenie gospodarstwa domowego czy wychowywanie dziecka (dzieci). A niestety książka Leonard sugeruje coś właśnie przeciwnego. Fanem bdsm jest człowiek, który może się kompletnie nie przejmować kwestiami typu budżet domowy czy wywiadówki szkolne. Fabuła sugeruje, że olbrzymia niezależność finansowa i emocjonalna jest jedynym warunkiem spełniania swoich zachcianek seksualnych, stawiając seks bdsm na półce „dla aroganckich bogaczy”. A to tak nie jest.
Kolejna sprawa to język. Przeczytałam tę książkę w polskim tłumaczeniu Moniki Wiśniewskiej i przez chwilę miałam wrażenie, że jej tłumaczenie to jest jakiś zaawansowany trolling, na jaki nabrało się wydawnictwo, ale niestety przeczytanie kilku zdań w oryginale rozwiało moje złudzenia. Autorka naprawdę opisuje sceny erotyczne w stylu: „Czuję, jak na moje policzki wracają rumieńce. Z barwy niewątpliwie przypominam manifest komunistyczny.”, „Gdy zdejmuje bokserki, jego erekcja wyskakuje na wolność. Rany Julek… „, „O święty Barnabo, jestem zupełnie naga.”, „O święty Barnabo, zamówił ostrygi na lodzie.”, „O kuźwa. Święty Barnabo… Jezu. A potem jest już we mnie… ach! Skóra przy skórze… najpierw porusza się powoli… testując mnie… o rety.” etc, etc.
Pozwolę się tu posłużyć zestawieniem dokonanym przez jakąś wspaniałą istotę z Goodreads, która podsumowała tę książkę tak


(jej recenzja poza tym, że jest jeszcze zwięźlejsza niż moja notka może wywołać paroksyzmy śmiechu, serdecznie polecam)
No więc właśnie. Podstawcie sobie jeszcze zamiast „Holy cow” frazę „O święty Barnabo!” i już macie wyjaśnienie dlaczego, między innymi, udało mi się przebrnąć przez tę książkę – no nie da się roześmiać czytając „O święty Barnabo, jest cały mój i mogę się nim bawić. Cieszę się jak dziecko.” To jest po prostu kosmos – proza pani Leonard jest fascynująco zła, jest tak zła, że nie da się traktować serio jej wypocin. Co, być może, jest pewnym ratunkiem dla osób zainteresowanych seksem w sferze bdsm – nie potraktują tej książki serio. I taką mam wielką nadzieję.
A jeszcze większą mam nadzieję, że czytelniczki tej książki nie potraktują serio tego fragmentu, pozwolę sobie to przytoczyć w oryginale:
„I just don’t know what his game is? What he’s thinking? You’ve slept in his bed all night, and he’s not touched you, Ana. You do the math. My subconscious has reared her ugly, snide head.”
„Powiedział, że lubi, jak jego kobiety czują. A więc pewnie nie żyje w celibacie. Ale nie próbował do mnie startować, tak jak Paul czy José. Nie rozumiem. Pragnie mnie? Nie pocałował mnie w zeszłym tygodniu. Jestem dla niego odpychająca? A jednak przywiózł mnie tutaj. Po prostu nie wiem, w co on pogrywa. Co sobie myśli? „Spędziłaś w jego łóżku całą noc, a on cię nawet nie dotknął, Ana. Dodaj dwa do dwóch”. Moja podświadomość pokazuje swoją brzydką, drwiącą twarz. Ignoruję ją.”
Na litość boską! Bohaterka książki właśnie przyznaje się do zdziwienia tym, że facet, którego tak naprawdę w ogóle nie zna, nie zgwałcił jej w czasie, gdy była nieprzytomna i uznaje to za potwierdzenie swojej nieatrakcyjności. Uznaje to za dziwne, bo wydaje się jej, że jeśliby była tak atrakcyjna, jak o sobie próbuje myśleć, to przelecenie jej w czasie, gdy była nieświadoma byłoby tylko potwierdzeniem jej atrakcyjności. SRSLY? Serio Autorka uważa, ze przerżnięcie w stanie nieświadomości (dla ułatwienia dodam: tak, to właśnie zawiera się w definicji gwałtu) byłoby tylko potwierdzeniem atrakcyjności bohaterki? Srsly?
Nie umiem tego skomentować w sensowny sposób. No po prostu nie umiem. Sugestia, że wyznacznikiem atrakcyjności laski miałoby być to, czy zostanie ona przeleciana w stanie nieświadomości spowodowanej nadużyciem alkoholu jest dla mnie tak straszna, że nie umiem nic sensownego o tym napisać. Mam tylko wielką, wielką nadzieję, że dla żadnej laski nie stanie się to obowiązującym kanonem. Srsly, dziewczyny: jeżeli zamierzacie upić się do nieprzytomności: róbcie to w towarzystwie osób, które w żaden sposób nie wykorzystają was w czasie gdy jesteście nieprzytomne. Bo jeśli to zrobią, to jest to GWAŁT.
I mam wielką nadzieję, że proza Eriki Leonard nie wzbudzi w Was podejrzenia, że jeśli po pijanemu przeleci Was jakiś bogaty dupek, to uznacie, że to jest coś, co miało prawo się zdarzyć. Bo nie miało. Serio. Nie miało prawa się zdarzyć i ten idiotyczny bohater literacki popełniłby przestępstwo jakby to zrobił, ok? Macie tę świadomość? No to bardzo się cieszę.
Tak więc z grubsza jest to podsumowanie ZŁA, jakie drzemie w książce Eriki Leonard: po pierwsze: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po drugie: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po trzecie: totalnie złe przedstawienie seksu z nieprzytomną dziewczyną. To tak nie działa, serio.
Nie czytajcie tej książki, nie kupujcie jej nikomu, nie mówcie o niej. Już lepiej sięgnąć po „Zmierzch”, jeśli lubicie książki z młodymi i naiwnymi bohaterkami.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Love and Other Drugs

Królowa napisała 18 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Taki sympatyczny, trochę naiwny, ale słodki film o miłości. Jake Gyllenhaal gra młodego, wyszczekanego niedoszłego studenta medycyny, który został przedstawicielem handlowym Pfizera. Wciska lekarzom Zoloft zamiast Prozacu (choć to niełatwe, bo to czasy, kiedy jeszcze Prozac trzymał się świetnie), jeździ po kraju, odnosi sukcesy czy to w życiu zawodowym, czy w zaliczaniu kolejnych lasek. Ale oto, tadam, poznaje niezwykłą dziewczynę – artystkę (choć tak naprawdę trudno powiedzieć z czego dziewczyna żyje), która ma śliczny uśmiech i Parkinsona. Najpierw jest tylko seks, potem seks i związek, potem w związku pojawiają się problemy, wiadomo. W tym czasie Pfizer wymyśla Viagrę i kariera głównego bohatera się rozwija. I właśnie tu pierwsze rozczarowanie – jak obejrzałam trailer filmu, myślałam, że trochę więcej opowie on o tych czasach rewolucji farmaceutyczno-seksualnej, o tym, jak Viagra zmieniła Amerykę, blablabla. A tu jednak kilka migawek z dzienników telewizyjnych, jedna scena z radosnymi kobietami, opowiadającymi jak się cieszą, ze ich facetom staje i właściwie tyle, wątek romansu zdecydowanie nie pozwala innym się rozwinąć. I tak naprawdę mam wrażenie, że ten Jamie mógłby być kimkolwiek, bo to jest po prostu film o zakochanych ludziach, a nie o przedstawicielach handlowych i ich życiu. Drugie rozczarowanie dotyczy choroby głównej bohaterki, ale tu nic nie napiszę, bo za wiele fabuły bym zdradziła, a mimo wszystko film jest z kategorii „można obejrzeć”, więc nie chcę zniechęcać spoilerowaniem :)
A warto choćby ze względu na Anne Hathaway. Jest przede wszystkim niesamowicie śliczna w tym filmie, a jej bohaterka ma charakter, to nie jest pusta niunia, to zdecydowana, bezczelna, silna, niezależna dziewczyna, miło popatrzeć.

Tagi: , , ,

 
0

W co się bawić mając manicure?

Królowa napisała 9 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czas jakiś temu przeczytałam  rozmowę dotyczącą seksualizacji dzieci. Pani psycholog/seksuolog/prawnik tłumaczyła tam, jak bardzo złe jest pozwalanie córkom na naśladowanie życia matki we wszystkich aspektach, gdyż przez to można skrzywdzić dziecko, pokazując mu, że uroda jest zbyt ważna. Pada tam między innymi takie zdanie:

Można się kilka razy pobawić w robienie manicure. Tłumacząc przy okazji, że w pomalowanych paznokciach nie można wykonywać wielu czynności, bo lakier zejdzie. Odpada na przykład zabawa w piasku. Warto pokazać dziecku, że manicure niesie ze sobą pewne ograniczenia. I koniecznie potraktować go jako zabawę, a nie część standardowych zabiegów pielęgnacyjnych.

No i się zdziwiłam. Bo nigdy nie traktowałam pomalowanych paznokci jako przeszkodę w czymkolwiek – owszem, tuż po nałożeniu lakieru nie można zbyt intensywnie używać rąk, bo można łatwo zniszczyć to, co zostało właśnie zrobione, no ale doprawdy, mówimy o maksymalnie godzinie. Potem już można żyć normalnie, chyba że się ma liczną służbę. Ale ja nie mam więc trzeba pozmywać, zrobić pranie, wymienić żwirek w kociej kuwecie – no to trzeba, samo się nie zrobi. I czemu mają mi w tym przeszkadzać ładne paznokcie? Lakier odpryśnie? To zmyję albo pomaluję drugi raz, proste. I tak, zdarzyło mi się pomalować parę razy paznokcie córce – bardzo chciała tak samo jak mama. Miałyśmy obie stopy z czerwonymi paznokciami, oglądałyśmy je sobie śmiejąc się wesoło. Czy mówiłam córce, że nie może czegoś robić, bo jej lakier zejdzie? Czy sama sobie to mówię? Skądże! To nie lakier rządzi moimi paznokciami, to ja nimi rządzę. Mamy takie ograniczenia, jakie sobie sami narzucamy, jeśli ktoś nie może się bawić w piasku z dzieckiem bo mu lakier zejdzie, to cóż, przykre, że władzę nad nim ma odrobina kolorowego płynu.

W rozmowie padło też, że nie można sugerować dziewczynkom, że skoro są ładne, to będzie im łatwiej w życiu. Że to, że liczy się pierwsze wrażenie to szkodliwy stereotyp, z którym trzeba walczyć. Że stwierdzenie: „Wykorzystaj swoją urodę”, /…/ to nic innego jak: „Manipuluj swą urodą, uwodź mężczyzn, by ich zdobyć i dzięki temu zyskać pozycję, stanowisko i wszelkie dobra”. A przecież, mówi pani seksuolog, „nadmiar adoratorów wcale nie jest taki przyjemny i na pewno nie jest gwarancją szczęścia.”
Hm. Trochę przerysowane, a trochę zalatuje hipokryzją z drugiej strony. Bo jest prawdą, że do ładnej osoby częściej ludzie lgną  – choć tu pytanie co to znaczy „ładnej”, w rozmowie tego nie ma, a przecież bycie ładnym, to nie musi być wygląd … (no właśnie, jaki? jest jakiś wzorzec z Sevres?). Wiele jest czynników determinujących czy się o kimś powie, że jest ładny czy nie. Jest też prawdą, że ktoś może zupełnie nie przyciągać wyglądem, a głosem, talentem, ciepłem, inteligencją, itd, itp, wiadomo. Nadmiar adoratorów nie jest gwarancją szczęścia, może nie być przyjemny, ale zdecydowanie nie zauważyłam żeby ich brak był przyjemny i interesujący. Pozycję, stanowisko i dobra powinno się zdobywać własną ciężką pracą, ale powiedzmy szczerze – fakt, że ktoś ma ładną fryzurę, dobrze się ubiera (ładnie i stosownie do okoliczności), uśmiecha miło – nie przeszkadza. Nie chodzi o to, żeby robić karierę przez łóżko, ale też nie mówmy, że uroda nie ma znaczenia. Bo moim zdaniem to nie stereotyp, a czysta, brutalna prawda.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Tak a propos

Królowa napisała 11 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Ja: I wiesz, idziemy dzisiaj z K. na fajka i on patrzy na moje przedramię i mówi:
– O, ktoś cię tu ugryzł
H: Jaki znawca
Ja: No, to samo mówię, jak ty się znasz.
A potem rozmawialiśmy o parze 60-latków, z których on umarł podczas uprawiania sadomasochistycznego seksu
H: *facepalm*

Tagi: , , ,

 
0

Co lubię

Królowa napisała 24 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Taka zabawa blogowa – łańcuszek. Każdy pisze swoje i wpisuje komu przekazuje pałeczkę.
Nie przepadam, sensu mają mało te wyliczanki, ale mnie Luca wywołała do tablicy, to nie chcę przerywać zabawy ;)
Oto kolejne ogniwo blogerskiego łańcuszka  – wyliczanki pt. „Co lubię”. Zasady: szczerze, spontanicznie, 10 rzeczy.

1. Lubię swoje dzieci
(boooring, wiem. ale naprawdę je lubię, oprócz tego, że kocham najmocniej na świecie)
2. Lubię się uczyć
(ogólnie – nowych rzeczy, ostatnio kręci mnie programowanie i rzucam się a to na Objective-C, a to na Ruby)
3. Lubię seks
(i nie wstydzę się przyznać do tego publicznie, tak)
4. Lubię odkurzać, zmywać i gotować
(dwa pierwsze zawsze, to ostatnie to nowość, zawsze mówiłam że nie cierpię tej czynnośći, a ku swojemu zaskoczeniu ostatnio mi się to zmieniło, co pewnie widać po częstym używaniu przeze mnie kategori wpisów „historie kuchenne”)
5. Lubię czytać
(to nie do końca prawda… ja to kocham, ale niech będzie)
6. Lubię tworzyć
(pisać… stwarzać jakieś kawałki świata, ostatnio zaangażowałam się mocno w rozkręcenie projektu Blipoteki – blipowej biblioteki, dłubię w biżuterii, tworzę sobie aranżacje na korkowej tablicy, organizuję sobie przestrzeń życiową drobnymi aranżacjami mieszkania, hoduję zioła, co jest też formą tworzenia, z małego pędu wyrasta półmetrowa bazylia…)
7. Lubię internet
(no to trochę jak przy czytaniu, bardziej kocham)
8. Lubię pracować
(tak, tak, serio. nie, nie jestem uzależniona. chyba nie. nie. no może odrobinkę)
9.  Lubię się kłócić
(dyskutować, flejmować, wymyślać argumenty, wygrywać, przegrywać, obalać czyjeś założenia albo przyznawać rację, lubię to, że każdy ma inne spojrzenie na świat i móc z nim o tym porozmawiać)
10. Lubię ŻYĆ
(tak po prostu. móc robić wszystko to, co lubię i wzmacniać się, robiąc to, czego nie lubię. dowiadywać się co lubię, a czego nie. zmieniać. rozwijać się. starzeć. doświadczać. czuć. kochać. myśleć.)

No. To by było na tyle. A ja rzucam pałeczkę Szatanielicy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Tuż po…

Królowa napisała 1 sty, 2010 w kategoriach Bez kategorii

…myślę sobie że to będzie dobry rok. Bo oto się spotkaliśmy, kochaliśmy, przywiozłeś szampana i drobne zakupy, dzieci się nie obudziły od tych głośnych fajerwerków, oboje mamy dobrą pracę, jesteśmy raczej zdrowi, kochamy się, wspieramy, jesteśmy silni, odpowiedzialni, piękni. Ok, może to ja jestem piękna, a Ty jesteś ten silny, nieistotne, dobrze nam ze sobą.

Fajerwerki, muzyka z YouTube, irc, gg, blip, rozmowy radosne i nieco smutniejsze, zazdrość, chwalenie się, przyjaźń, miłość, alkohol, papierosy, dyskusje w statusach na Facebooku, przerażenie psa, sen dzieci, karetki, miasto oddycha, my oddychamy, nawet jak chwilami nam zapiera dech z rozkoszy, nawet jak wstrzymujemy oddech, żeby dzieci nie obudzić.

Zaczerpnij powietrza. O, widzisz? Możemy wszystko. I wszystko nam się uda. „”Chcę” „Ja też chcę”. I to jest
– żeby za rok też Sylwester razem
– tak. chcę. będzie tak
– ja też chcę. będzie tak

Zaklinamy rzeczywistość, choć nie znamy przyszłości. Ale… to od nas wszystko zależy, czyż nie?

* literówki, infantylizm, idealizm i takie inne niech mi będzie wybaczone – dużo szampana i endorfin ;-)

Tagi: , , , , , ,

 
0

borderline

Królowa napisała 20 wrz, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Lubię emocje. Jestem jak wampir, dają mi siłę, energię. Lubię hormony. Adrenalinę, testosteron, endorfiny. Jestem uzależniona od intensywnego przeżywania.

***

Masz przyjechać do mnie o 8 rano, nie przyjeżdżasz, piszesz na ircu dwie godziny wcześniej, że chcesz dać mi się wyspać po imprezie. Odpisuję, że i tak się obudziłam, dzwonię, nie odbierasz, wściekam się. O 9 się odzywasz, kłócimy się, lata pierze, przepraszasz. Przychodzisz trzy godziny później, pijesz kawę, dajesz mi słuchawki, ja tobie ostrza do golarki – kupujemy sobie nawzajem przy okazji potrzebne rzeczy. Opowiadam ci o imprezie, pokazuję nowe szpilki, które ci się podobają i gdy je zakładam słyszę twój pomruk uznania i spojrzenie pełne podziwu, że jestem aż tak wysoka w nich i sięgam ci dużo wyżej niż do ramienia. Przytulamy się, zabierasz mi papierosa na drogę, jedziesz. Ja zostaję z dziećmi, bawimy się, jemy, porządkujemy, potem śpimy trochę przy zapętlonym kawałku Recoil.

Tak, bywa różnie, kłócimy się, godzimy, czasem jest super, a czasem mam ochotę cię zamordować, ty mnie tak samo, ten związek to przejażdżka rollecoasterem, szybko, intensywnie, wariacko, góra, dół, huśtawka, nagłe zwroty akcji. Zjem cię, pożrę, wchłonę.
A potem zamieszkamy w Bieszczadach, w drewnianej chatce i będziemy jeść jagody i kochać się codziennie.

I want to know if you read me
I want to swing with my eyes shut and see what I hit
I want to know just how much you hate me so I can predict what you’ll do
I want you to know the wounds are self-inflicted
I want a controlling interest
I want to be somewhere beautiful when I die
I want to be your secret hater
I want to stop destroying you but I can’t
And I want and I want and I want
And I will always be hungry
And I want and I want and I want…

me

Tagi: , , , ,

 
0

tik tak

Królowa napisała 13 sie, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Dramatycznie mało czasu, każda chwila życia wykorzystana do granic możliwości. Do Warszawy na parę godzin przyjeżdża B., umawiamy się, że pójdziemy na kawę,  co kończy się tym, że siedzimy w holu pod roślinkami i gadamy o tańcu i seksie. Odnoszę mały sukces w pracy, dostaję nagrodę, jest fajnie, ale następnego dnia jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nic. Decyduję się znienacka iść na koncert Madonny, na wyjazd, całą resztę mam obrzydliwie zaplanowaną. Wstukuję do kalendarza, do komórki spotkania, pracę, kursy, urlopy znajomych, blipiwa, randki, zakupy. Potem siedzę zmęczona i nie mam siły podejść do piszczącego telefonu, żeby zameldować mu wykonanie zadania.
Byle do weekendu.

Tagi: , , , , ,