0

dobre kino i ZEN

Królowa napisała 26 wrz, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Niedawno przypadkiem poszłam do kina na świetny film. Nagłe, bardzo spontaniczne wyjście, szybki wybór spomiędzy dwóch filmów. Komedia romantyczna – bleee, przewidywalna. Oraz „Kocham Cię od tak dawna” . Też mi tytuł sugerował romansidło, ale rzuciłam okiem na ulotkę:

Główną bohaterką filmu „Kocham cię od tak dawna” jest Juliette, która spędziła w więzieniu 15 lat. Po wielu latach życia w zamknięciu, niespecjalnie wyobraża sobie powrót do rzeczywistości. Jest samotna i przestraszona, a jednocześnie dumna i chłodna. Namiętnie pali papierosy. Skrywa w sobie tajemnicę, której nie zaakceptowali nawet najbliżsi.

No i to nie wyglądało na film, który jest przewidywalny. I nie był. Świetnie zagrany, doskonale stopniowane wyjawianie kolejnych tajemnic, odkrywanie kart. To dramat, więc ktoś rozpacza, ale obok toczy się życie, trzeba się zająć dzieckiem, zrobić obiad, znaleźć pracę… Jak w życiu, raz dobrze, raz źle, słońce się przeplata z deszczem. Bardzo rzadko płaczę w kinie, tym razem pod koniec uroniłam parę łez, ale było to oczyszczające, film jest niby smutny, o trudnych sprawach, niby to dramat, ale nie wyszłam z kina przygnębiona, wręcz przeciwnie. Bo właśnie  – stało się coś złego, ale za chwilę słońce za oknem, za chwilę się zdarzy coś dobrego, życie płynie. Wiktor miał bardzo podobne wrażenia z tego filmu.

A ja przestałam ostatnio się przejmować sprawami, na które nie mam wpływu i denerwować w sytuacjach, gdy nic mi to nie da. Przykład pierwszy: Wybierałam się na imprezę, potrzebowałam kupić spódnicę, łaziłam dwie godziny po Złotych Tarasach coraz bardziej zdegustowana, że nigdzie nie ma takiej, jakiej potrzebuję, wreszcie w fafnastym sklepie upolowałam, ucieszyłam się szalenie, wszystkie inne zakupy, których dokonałam wcześniej, zaczęły mnie dużo bardziej cieszyć, mało nie zaczęłam śpiewać głośno z radości. Następnego dnia zrobiłam manicure, makijaż, ubrałam się, spódniczkę spakowałam w torebeczkę, a na siebie założyłam spodnie, nie chcąc jednakże w sobotni wieczór jechać przez miasto w szpilkach, kabaretkach i kiecce ledwo mi zakrywającej tyłek, wsiadłam do taksówki, pojechałam. I chociaż pierwotny plan przewidywał przebranie się w łazience u gospodyni imprezy, to zachciałam zmienić spodnie na tę spódnicę jadąc windą. Sięgnęłam po torebeczkę i odkryłam nagle… Domyślacie się pewnie co? ZOSTAWIŁAM JĄ W DOMU. Kilka sekund myślenia: jest już późno, jak wrócę teraz do domu, to już nie będę mocno spóźniona, tylko przyjadę bliżej końca imprezy, L. mi na pewno coś pożyczy, przyjechałam się dobrze bawić, trudno. Nawet nie zaklęłam w tej windzie, oceniłam sytuację i się z nią pogodziłam. Spokojnie weszłam, złapałam gospodynię, wciągnęłam do tej łazienki, w dwóch słowach nakreśliłam problem, ona natychmiast poszła czegoś szukać, produkt zastępczy nie był aż tak efektowny, ale wyglądałam dobrze. I bawiłam się świetnie.

Przykład drugi. Parę dni później zawiozłam rano zdrowe dziecko do przedszkola, po godzinie pracy dostałam telefon, że to dziecko ma 39 stopni gorączki i bardzo słabo się czuje. No i oczywiście proszą o jak najszybsze zabranie córki. A osoba władna mnie zwolnić do domu poszła właśnie na ważne zebranie, trwające około 45 minut. I znów nie histeryzowałam, nie panikowałam, spokojnie wykonałam kilka telefonów, umówiłam lekarza, dokończyłam pracę, poszłam na śniadanie, wróciłam, poprosiłam o zwolnienie, pojechałam do domu, kupując po drodze lek przeciwgorączkowy, naszykowałam córce łóżko, odebrałam ją od opiekunki. Wszystko spokojnie. Choroba okazała się wirusem, z gwałtownym i nieco dramatycznym początkiem, ale ostatecznie nie takim okropnym.

Sytuacje różne, ale łączy je jedno: jeszcze parę tygodni temu bym klęła, złościła się, stresowała, umierała ze zdenerwowania, histeryzowała, dramatyzowała, pogrążała się w czarnych myślach. A teraz? Spokój, opanowanie, racjonalne działanie. Zen.
Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale szalenie mi się podoba. Dorastam, czy coś. Dobrze jest.

Tagi: , , ,

 
0

Blog Day 2009

Królowa napisała 31 sie, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Blog Day 2009

„BlogDay został stworzony w wierze, że blogerzy powinni mieć jeden taki dzień kiedy będą mogli poznać innych blogerów z innych krajów i innych kręgów zainteresowań. Tego dnia blogerzy polecają swoim czytelnikom inne blogi. 
W założeniu każdy bloger ma polecić swoim gościom 5 nowych bblogów. Tym sposobem każdy bloger będzie mógł, wędrując po linkach, odkryć nowe, nieznane dotych czas blogi.”

Onet.pl instruuje, że we wpisie na Blog Day 2009 należy też napisac, czemu się samemu zaczęło blogować, ale tu odpowiedź jest przecież banalnie prosta – jestem grafomanką, jak większość blogerów ;-)
Straciłam niedawno swojego ossobistego laptopa, a wraz z nim czytnik rss, dlatego muszę wyławiać linki z pamięci i przestrzeni googla, ech… No to po kolei:

1. Żomiks
Komiks, którego 80% odcinków zdecydowanie mnie „rusza”. Krótkie, wręcz lakoniczne teksty, 3 obrazki, a na ogół niosą bardzo głęboką treść i uniwersalne prawdy. Przy tym śmieszne, choć często to gorzki bardo śmiech. Niemniej – wielka przyjemność i wykrzykiwanie przy co drugim obrazku: „o, to o mnie!”

2. Roody102
Nie tylko dlatego, że kolega. Nie tylko dlatego, że Warszawiak, który też kocha to miasto. Bo ma świetne poczucie humoru oraz lekkie pióro, raz pisze o sprawach poważnych, innym razem krótka, humorystyczna notka, recenzje filmów, gier, dla każdego coś ciekawego. I nawet jak poważnie, to bez żadnego zadęcia.

3. Lapsus Lazuli
A tego to się nie da opisać, blog do pośmiania się. Li i jedynie, pomyłki, literówki i lapsusy językowe i genialne komentarze do nich.

4. The Sartorialist
Jak na ogół nie lubię tych wszystkich „szafiarskich blogów”, tak ten mnie od pierwszego spojrzenia czymś ujął. Nie wiem nawet czym – czy to zdjęcia, które oprócz ubrań na ludziach mają w sobie „coś”, czy to, że nie ma tam tylko młodych, wylansowanych ludzi w designerskich  ciuszkach, ale też osoby starsze., smutne, brzydkie… Naturalność. A jednocześnie zdjęcia mają w sobie pozytywną energię. Fajny.  Dopiero dwa dni temu przypadkiem kliknęłam w link prowadzący do niego i na pewno, jak już odzyskam czytnik rss, to dodam go sobie.

5. Białe nad czerwonym
Również nowość,  również nie miałam w czytniku, ale bardzo użyteczny blog o winie. Nazwa, cena, zdjęcie, bardzo obrazowy opis aromatu, smaku, mocy. Z pewnością będzie inspiracją do zakupów.

*suplement do pkt 4
dopiero po napisaniu tego wstukałam nazwę bloga w google, chcącc się o nim dowiedzieć czegoś więcej i wyczytałam że to „najbardziej prestiżowy blog o modzie ulicznej”. Hm. Gdybym przeczytała taki opis, to może bym nawet nie kliknęła w link, myśląc sobie „no tak, jakieś snobistyczne ą ę” A proszę. Tak, jestem profanką świata mody i dobrze mi z tym ;-)

Tagi: , ,

 
0

A co ciebie obchodzi, co myślą inni, czyli recenzje dwóch ksiażek

Królowa napisała 4 lip, 2009 w kategoriach Bez kategorii

1.
Richard P. Feynman
„A co ciebie odchodzi, co myślą inni?” czyli Dalsze przygody ciekawego człowieka
Stąd podtytuł tego bloga oczywiście. Potrzebowałam książki do pociągu,  weszłam do Empiku, kupiłam, bo znane nazwisko („Feynmana Wykłady z Fizyki” od paru lat są na liście do przeczytania). Wciągające niesamowicie. Przeczytałam praktycznie całą w 3 godziny. Lekkie, szalenie  ciekawe, inteligentne, zabawne. Mniam. Wbrew notce wydawcy na okładce, najlepszy fragment to wcale  nie ten o Warszawie, jest wiele innych smakowitszych opowieści.
A skoro mówimy o smaku, to:

2. Sylwia Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet”
Kieszonkowy zaiste. Kupiony z tych samych powodów co Feynmann, przed inną podróżą. Co wspólnego ze smakiem? Niesmak. Pojawia się niestety bardzo często w czasie czytania. Detaliczny opis poronienia, samookaleczeń, szorowania kibla. Nie wiem, może ja jestem staroświecka, ale opisy „pęcherza z zarodkiem”, który jak „pierścionek z przezroczystym oczkiem” wypada spomiędzy nóg bohaterki nie wydają mi się literaturą wysokich lotów. Nie spodziewałam się zresztą takowej, ale ta książka dla mnie jest tylko feministycznym bełkotem. Matki Polki, Gospodynie Domowe, Bazarówy – Królowe Ogniska Domowego.
„A Polska Matka, wiadomo, nie umiera ot  tak sobie, tlyko wstępuje do nieba. Normalnie bez biletu, na cwaniaka, siada na odkurzacz okrakiem i pędzi na samą górę. Tam przybija piątkę z Maryją i leci zmywać naczynia po ostatniej wieczerzy. A jeszcze grdera pod nosem /…/”
Ten fragment przeczytałam w księgarni, rozśmieszył mnie i postanowiłam kupić. Zabawne… jako ten jeden cytat. Niestety większość „atlasu” składa się z takich pełnych goryczy i frustracji wynurzeń.
A ja może dziwna jestem, ale uważam że każdy jest kowalem własnego losu i skoro ktoś  tkwi w danej robi, to widać się w niej spełnia. I literatura zaangażowana pokazująca jak biedne są kobiety w tym patriarchalnym świecie do mnie nie przemawia. Gdybyż jeszcze forma była przystępna. Ale te opisy płodu… Sorry, nie da się. Brzydliwa nie jestem, mogę czytać o wypruwaniu flaków na policja.pl i jeść śniadanie, ale od literatury oczekuję czegoś więcej.

Tagi: ,