0

Matki rzucające słoikami są po prostu spontaniczne

Królowa napisała 13 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kiedyś lubiłam Jeżycjadę. Bardzo. Miałam naście lat, czytałam mnóstwo książek, też byłam wychowywana na erudytkę, z Jeżycjady płynęło ciepło, miłość, zrozumienie, etc. Rodzina Borejków i te zaprzyjaźnione wspierały się i kochały, a przemoc była domeną prymitywnych osiłków ludzi spoza rodziny. Miły świat, dający jasne sygnały – bicie czy agresja nie jest ok, w rodzinie problemy się rozwiązuje rozmową, miłością, zrozumieniem.
A teraz? Najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz, „McDusia” jest pełna przemocy i agresji. I jasno postawione granice się kompletnie zatarły, agresywne zachowania prezentują wszyscy. Również ci, uczeni przez antenatów, że uczciwy człowiek brzydzi się przemocą i jej nie stosuje. Zwłaszcza wobec bliskich. Spójrzmy na kilka fragmentów. Scenka pierwsza – Gabriela wchodzi w podziemne przejście i pada ofiarą przemocy:

„I od razu wpadła w grupę półprzytomnych, agresywnych wyrostków; bili się! Została popchnięta na ścianę tak mocno, że aż dźwięcznie łupnęła głową w te marmury, a od uderzenia na dłuższą chwilę straciła dech. Ale to nie znaczy, że ktokolwiek ją zaatakował – po prostu usunęli człowieka z drogi, jak zawadzający przedmiot. Byli wściekli, szczelnie zamknięci w swoim świecie, i tak obcy, jak stworzenia z innej planety.”

 

Bijące się wyrostki – stworzenia z innego świata, innej planety. Zapamiętajmy to.

Scenka druga – Magda, siedemnastolatka z zaprzyjaźnionej rodziny oraz Józef – syn Idy, czyli członek rodu Borejków:
„Co…? – powiedział i już nie zdążył wyrzec nic więcej, bo wtem ona wspięła się na palce i znienacka lepko pocałowała go w same usta.
– Dobranoc! – rzuciła tonem zwycięskim. – I dziękuję!
Bezczelna!!!…
Miał ochotę odskoczyć, ale to by też kiepsko wyglądało. Jakby się jej bał.
A wcale się nie bał, tylko jej nie lubił.
Niewiele myśląc, capnął ją mocno za cienki kark i przyciągnął blisko, tak blisko, że
poczuł, jak pachnie jej skóra. Jakimiś kremami czy wazeliną, czy innym tłuszczem.
– Wstydu nie masz? – rzekł jej prosto w twarz, przez zaciśnięte zęby, i potrząsnął nią jak
szczurem. – Więcej nie próbuj, bo cię walnę!”
Czy jednak dziwi taka reakcja Józefa, skoro jego własna matka, zła na syna, zachowuje się tak:

„- Co?! – Ida nie zdzierżyła. W porywie ognistej furii złapała pierwszy lepszy przedmiot (słoik z musztardą sarepską) i cisnęła nim w nędznego osobnika, którego – o święta naiwności! – uważała dotychczas za kochanego, dobrego, godnego szacunku chłopca bez skazy. Słoik świsnął w powietrzu koło głowy Józefa i roztrzaskał się na ścianie tuż obok.”
Później jeszcze wciąga dziecko pod prysznic i oblewa lodowatą woda, w wyniku czego nastolatek oczywiście się ciężko przeziębia, zaś potem, poproszony przez matkę o rodzinną przysługę myśli:
Może kiedy indziej by zwlekał i przeciągał sprawę, ale w okresie napięć, spowodowanych aferą „Choco”, wolał się wykazać wzorową subordynacją. Mama była spontaniczna. Bardziej spontaniczna, niż sądził.
Oto agresywne wyrostki to obce stworzenia z innej planety. Matka ciskająca w furii bardzo niebezpiecznymi przedmiotami – spontaniczna. Tymczasem w innym wątku okazuje się, że dorosła córka Gabrieli tuż przed ślubem ma takie wątpliwości i lęki, że znienacka wybucha i czyni wyrzuty ojcu, który przed laty porzucił jej matkę. Ten nagły wybuch powoduje u ojca udar – potem próbuje on, po dojściu do siebie, porozmawiać ze swoją byłą żoną o przeszłości i okazuje się, że jednak nie, że Gabriela: „Pamiętała doskonale, jak to bolało. Ale nie miała zamiaru mu o tym opowiadać. Po pierwsze, duma jej nie pozwalała. Po drugie – cóż, gdyby wiedział! – pewnie jeszcze gorzej by się poczuł niż teraz. Pożałowała go. Niech nie wie.”
Duma i żal – i wszystkie problemy, ból i lęki się tłumi w sobie, nie rozmawia o nich, udaje, że herbata i poezja rozwiążą wszelkie złę sytuacje. A jednak potem dochodzi do wybuchów gniewu, rzucania słoikami w dzieci – co w dodatku nazywane jest nie przemocą, a spontanicznością. Czemu więc bijące się osiłki nie są po prostu „spontanicznymi chłopcami”? Jaka różnica? Najwyraźniej nie w wykształceniu i wychowaniu, skoro inteligentka z Jeżyc zachowuje się nie lepiej niż byle człowiek z ulicy. Jakie ciepło i miłość i zrozumienie, skoro przez ćwierć wieku matka nie jest w stanie porozmawiać z córką o nieudanym małżeństwie z jej ojcem? Strach przed porzuceniem to bardzo silny lęk, a to, że wybranek Laury tak mocno ją kocha i patrzy jej czule w oczy wcale nie oznacza, że lęk automatycznie zniknie, to są rzeczy do przepracowania albo w długich i poważnych rozmowach rodzinnych albo na terapii.
Coraz więcej gniewu, agresji i zamiatania problemów pod kołderkę z poezji i cytatów z łaciny. Coraz gorzej, coraz koślawiej, coraz chaotyczniej i niekonsekwentniej. Szkoda.

Tagi: , , , , ,

 
0

„50 twarzy Greya” to 50 odcieni gówna, czyli dlaczego mam ochotę nakopać Erice Leonard

Królowa napisała 1 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Ustalmy coś od początku: to jest zła książka. Zła na wielu poziomach i mam nadzieję odkryć przed Wami co najmniej kilka z tych poziomów. Zaczęłam ją czytać z czystej ciekawości – „czemu to jest aż tak popularne?”, myślałam też, że może jest to, jak wynikało z recenzji, próba przybliżenia świata bdsm „zwyczajnym ludziom” i byłam ciekawa w jaki sposób to jest zrobione. Już mniej więcej w połowie poznałam odpowiedzi na oba zagadnienia. Po pierwsze: to harlequin z dekoracjami nawiązującymi do bdsm, czyli do „niegrzecznego, zakazanego seksu, do nieprzyzwoitych odczuć”. Harlequiny, jak wiadomo, dobrze się sprzedają. Po drugie – no nie, to zupełnie nie jest książka o bdsm.
Ok, fabuła w kilku zdaniach: młoda laska z prowincji (tak głębokiej, że banalny wzorek na latte wywołuje jej szok – tak, wciąż mamy 2011, a laska ma 22 lata) poznaje bogacza z wielkiego miasta, który dysponuje śmigłowcem, prywatnym odrzutowcem, kilkoma samochodami, mieszkaniami i tak dalej – jest wystarczająco bogaty, żeby spełniać jej wszelkie potrzeby, a przy tym jest młody (zaledwie o 6 lat starszy od niej) i diabelnie przystojny (oczywiście według wyobrażeń autorki i jej głównej bohaterki). Oczywiście ona zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia („Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny, przyjemny dreszcz”), on oczywiście zakochuje się w niej (to akurat jest pozornie ukrywane, ale inteligentny czytelnik się od razu tego domyśli), oczywiście on oszałamia ją drogimi prezentami (pierwsze wydanie jej ulubionej książki, piekielnie drogie, lot śmigłowcem, najnowszy MacBook czy samochód w prezencie), ona oczywiście ulega, choć przy sugestii, że on jej będzie kupować ubrania zaczyna się czuć jak dziwka (jakoś wcześniejsze prezenty, w postaci chociażby tego maczka nie wywołują tej myśli, nasza bohaterka kurczowo uczepia się myśli, że może udawać, że to pożyczony sprzęt, ha, ha). On zgrywa niedostępnego, mówi jej, że „nie bawi się w dziewczyny” i że jedyną formą bycia z nim może być podpisanie umowy. Umowa dotyczy układu – pozornie bdsm, to znaczy bohater twierdzi, że będzie Panem, a bohaterka Uległą (aka Niewolnicą), jednak, jak się okazuje, panna Anastasia nie podpisuje umowy w tej książce. Bynajmniej nie dlatego, że wie, że nie na podpisywaniu umów polega układ Pan-Uległa, ale po prostu taki jest ciąg wydarzeń. Okazuje się, że bohaterka w wieku 22 lat: jest dziewicą, nigdy w życiu się nie masturbowała (tu można podejrzewać rodzinę, ale nie, od razu dowiadujemy się, że jej matka ma już piątego męża, a żaden z nich bynajmniej nie był żadnym religijnym fanatykiem, matka w dodatku wydaje się dość wyzwolona, rozmawia bardzo swobodnie z córką na temat jej chłopaka i kompletnie nie widać uzasadnienia, dlaczego Ana nigdy nawet nie dotykała się „Tam”, jak sama to określa). Już coś zgrzyta, czyż nie? Już widać, że mamy do czynienia z fikcją literacką, która nawet nie sili się na prawdopodobieństwo. W związku z tym odkryciem pan Grey delikatnie ją rozdziewicza (jak sam twierdzi, to jego pierwszy waniliowy seks, to znów daje do myślenia), ona oczywiście jest zachwycona, przeżywa superorgazm podczas pierwszego razu (pisałam już, że to harlequin?), zakochuje się jeszcze bardziej i mimo lekkiego szoku wywołanego guglaniem zainteresowań seksualnych pana Greya zgadza się totalnie na układ opisany w niepodpisanej przez nią umowie. I gdybyż jeszcze faktycznie ten układ spisany w umowie zaczął funkcjonować. Ale nie, umowa zakłada, że nasza bohaterka staje się totalną niewolnicą pana Greya, że on jest jej Masterem – kontrolującym każdą dziedzinę jej życia (w tym jedzenie, co jest jednym z dziwaczniejszych motywów tej książki, bowiem Ana jest zdecydowanie osobą zapominającą regularnie o posiłkach, toteż przy każdym spotkaniu z jej „Panem” on pyta się co jadła i próbuje ją zmusić do jedzenia – jak to stwierdziłam – to jest książka o feederze, bo non stop Grey próbuje karmić Ane). Umowa (niepodpisana) swoją drogą, a życie swoją, pan Grey teoretycznie wymaga całkowitego posłuszeństwa, a potem się dziwi, że nie jest to respektowane. Pewna istotna scena rozgrywa się podczas oficjalnej kolacji z udziałem jego, jego rodziców, jego brata, dziewczyny jego brata i Anastasii – nasza teoretycznie mająca być Uległą bohaterka zdecydowanie daje mu znać podczas kolacji, że nie życzy sobie jego ręki na swoim udzie pod stołem – cóż czyni nasz wannabe Master? Potulnie zdejmuje rękę, a potem, w scenie face to face próbuje przypomnieć swojej „Uległej”, że to on ma tu władzę i że takie zachowanie jak jej podczas kolacji nie jest akceptowane. Jego starania jednak spełzają na niczym, ponieważ Ana wywiera na niego tak wielki wpływ, że decyduje się tylko na „ukaranie” jej przy pomocy stosunku, który jak sam twierdzi ma służyć „tylko jego przyjemności”, co w praktyce przekłada się tylko na to, że kocha się z nią do momentu, kiedy sam ma orgazm, a nie pozwala jej dojść (oczywiście panna rozdziewiczona przez niego ma za każdym razem orgazm pochwowy, prawda). Oto straszliwa kara Mastera dla Uległej (yes, that’s ironic). Dalej mamy „zabawy bdsm”, czyli dwie scenki w „Czerwonym Pokoju Bólu” (ała), który to jest zwyczajnym pokojem (nawet nie ma słowa o wytłumieniu dźwięków, no niby mamy do czynienia z bogaczem, który może mieć w nosie co służba sobie pomyśli o dochodzących z domowych pomieszczeń dźwięków, ale jednak to pewien zgrzyt), tylko wypełnionym pejczami, szpicrutami, łożem z kajdankami, etc. Jednakże w tym „porno bdsm” tak naprawdę są ze trzy sceny ocierające się o seks bdsm, jedna to bicie głównej bohaterki szpicrutą, druga wymierzanie klapsów, trzecia dotyczy tak naprawdę waniliowego seksu, tyle że ocierającego się o deprywację sensoryczną, bowiem Ana ma zasłonięte oczy i muzykę z iPoda w uszach – poza tym jednak nie doznaje niczego, czego by nie mogła doznać w „zwykłym” seksie. Stymulacja, orgazm, penetracja, yawn, boring.
Czy zaskoczę Was stwierdzeniem, że to w sumie jest cała książka? Mam nadzieję, że nie. Jeśli bowiem Was zaskoczyłam, to znaczy że spodziewaliście się czegoś więcej. A tego nie ma. Na samym końcu nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że jednak nie odpowiada jej układ zaproponowany przez Pana G. i zrywa z nim kontakty, co oczywiście powoduje szlochy w poduszkę – z czego wynika prosty wniosek, że w następnych częściach znów się z nim spotka, a na samym końcu trylogii zapewne on zorientuje się, że tak ją kocha, że będzie w stanie z nią być bez tych wszystkich ozdobników pod hasłem „bdsm” i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca.
Okej, zatem co jeszcze jest złego w tym harlequinie? Pan G. co chwilę jest zaskoczony, że jego nowa podopieczna „nie jest uległa poza łóżkiem”, a to, co mówi, sugeruje, że jego wcześniejsze partnerki były kompletnie uległe w każdej sferze życia. Mamy tu modelowo przedstawiony jeden z mitów na temat bdsmowych związków – to znaczy ten, że jeśli dwie osoby odgrywają rolę Pana i Niewolnicy w relacji łóżkowej, to automatycznie przekłada się ona na ich relacje w każdej dziedzinie życia, co, między innymi, uniemożliwia ich społeczne funkcjonowanie w roli, na przykład męża/żony czy też matki/ojca. No a to, jest, proszę państwa, wierutna bzdura. Ludzie, którzy mają takie, a nie inne upodobania seksualne nie są jakimiś totalnymi odmieńcami, wyrzutkami społecznymi, dewiantami niezdolnymi do stworzenia żadnej innej relacji poza tą, określaną w sferze seksualnej. To są normalni ludzie, jakich się mija codziennie na ulicy. Robią zakupy w Lidlu, wchodzą w związki małżeńskie, mają dzieci, posyłają je do przedszkola, szkoły, wychowują tak samo, jak wszyscy inni ludzie. Bycie Masterem czy Niewolnicą nie musi determinować zachowywania tej roli 24/7. Wręcz bardziej popularne jest to, że tak się nie dzieje. To, że ktoś lubi sprawianie czy otrzymywanie bólu w sytuacjach seksualnych nie oznacza bynajmniej, że nie potrafi funkcjonować w sytuacjach codziennych. Bądźmy szczerzy: w większości sytuacji po prostu ludzi na to nie stać. Trzeba pracować, zmywać naczynia, gotować, chodzić do urzędów, wychowywać dzieci, etc. Nie współgra z tym „bycie Uległą całą dobę”. No nie, po prostu nie. Potrzeby ludzi zafascynowanych bdsm w większości przypadków odnoszą się tylko do sfery seksualnej – czyli bynajmniej nie są fantazjami Christiana Greya o pełnoetatowej niewolnicy, którą mógłby posiadać tylko dlatego, że ma kupę kasy. Ludzie lubiący taki rodzaj seksu nie są dewiantami, którzy nie mogą osiągnąć spełnienia seksualnego w innej relacji – to są ludzie, którzy uwielbiają wchodzić w określoną rolę w sytuacji, która na to pozwala („łóżko”, że tak napiszę skrótowo, wiadomo że nie chodzi o ten mebel). Która na to pozwala. To nie wyklucza ich aktywności w dziedzinach życia zupełnie niezwiązanych z „łóżkiem”, jak choćby wspólne prowadzenie gospodarstwa domowego czy wychowywanie dziecka (dzieci). A niestety książka Leonard sugeruje coś właśnie przeciwnego. Fanem bdsm jest człowiek, który może się kompletnie nie przejmować kwestiami typu budżet domowy czy wywiadówki szkolne. Fabuła sugeruje, że olbrzymia niezależność finansowa i emocjonalna jest jedynym warunkiem spełniania swoich zachcianek seksualnych, stawiając seks bdsm na półce „dla aroganckich bogaczy”. A to tak nie jest.
Kolejna sprawa to język. Przeczytałam tę książkę w polskim tłumaczeniu Moniki Wiśniewskiej i przez chwilę miałam wrażenie, że jej tłumaczenie to jest jakiś zaawansowany trolling, na jaki nabrało się wydawnictwo, ale niestety przeczytanie kilku zdań w oryginale rozwiało moje złudzenia. Autorka naprawdę opisuje sceny erotyczne w stylu: „Czuję, jak na moje policzki wracają rumieńce. Z barwy niewątpliwie przypominam manifest komunistyczny.”, „Gdy zdejmuje bokserki, jego erekcja wyskakuje na wolność. Rany Julek… „, „O święty Barnabo, jestem zupełnie naga.”, „O święty Barnabo, zamówił ostrygi na lodzie.”, „O kuźwa. Święty Barnabo… Jezu. A potem jest już we mnie… ach! Skóra przy skórze… najpierw porusza się powoli… testując mnie… o rety.” etc, etc.
Pozwolę się tu posłużyć zestawieniem dokonanym przez jakąś wspaniałą istotę z Goodreads, która podsumowała tę książkę tak


(jej recenzja poza tym, że jest jeszcze zwięźlejsza niż moja notka może wywołać paroksyzmy śmiechu, serdecznie polecam)
No więc właśnie. Podstawcie sobie jeszcze zamiast „Holy cow” frazę „O święty Barnabo!” i już macie wyjaśnienie dlaczego, między innymi, udało mi się przebrnąć przez tę książkę – no nie da się roześmiać czytając „O święty Barnabo, jest cały mój i mogę się nim bawić. Cieszę się jak dziecko.” To jest po prostu kosmos – proza pani Leonard jest fascynująco zła, jest tak zła, że nie da się traktować serio jej wypocin. Co, być może, jest pewnym ratunkiem dla osób zainteresowanych seksem w sferze bdsm – nie potraktują tej książki serio. I taką mam wielką nadzieję.
A jeszcze większą mam nadzieję, że czytelniczki tej książki nie potraktują serio tego fragmentu, pozwolę sobie to przytoczyć w oryginale:
„I just don’t know what his game is? What he’s thinking? You’ve slept in his bed all night, and he’s not touched you, Ana. You do the math. My subconscious has reared her ugly, snide head.”
„Powiedział, że lubi, jak jego kobiety czują. A więc pewnie nie żyje w celibacie. Ale nie próbował do mnie startować, tak jak Paul czy José. Nie rozumiem. Pragnie mnie? Nie pocałował mnie w zeszłym tygodniu. Jestem dla niego odpychająca? A jednak przywiózł mnie tutaj. Po prostu nie wiem, w co on pogrywa. Co sobie myśli? „Spędziłaś w jego łóżku całą noc, a on cię nawet nie dotknął, Ana. Dodaj dwa do dwóch”. Moja podświadomość pokazuje swoją brzydką, drwiącą twarz. Ignoruję ją.”
Na litość boską! Bohaterka książki właśnie przyznaje się do zdziwienia tym, że facet, którego tak naprawdę w ogóle nie zna, nie zgwałcił jej w czasie, gdy była nieprzytomna i uznaje to za potwierdzenie swojej nieatrakcyjności. Uznaje to za dziwne, bo wydaje się jej, że jeśliby była tak atrakcyjna, jak o sobie próbuje myśleć, to przelecenie jej w czasie, gdy była nieświadoma byłoby tylko potwierdzeniem jej atrakcyjności. SRSLY? Serio Autorka uważa, ze przerżnięcie w stanie nieświadomości (dla ułatwienia dodam: tak, to właśnie zawiera się w definicji gwałtu) byłoby tylko potwierdzeniem atrakcyjności bohaterki? Srsly?
Nie umiem tego skomentować w sensowny sposób. No po prostu nie umiem. Sugestia, że wyznacznikiem atrakcyjności laski miałoby być to, czy zostanie ona przeleciana w stanie nieświadomości spowodowanej nadużyciem alkoholu jest dla mnie tak straszna, że nie umiem nic sensownego o tym napisać. Mam tylko wielką, wielką nadzieję, że dla żadnej laski nie stanie się to obowiązującym kanonem. Srsly, dziewczyny: jeżeli zamierzacie upić się do nieprzytomności: róbcie to w towarzystwie osób, które w żaden sposób nie wykorzystają was w czasie gdy jesteście nieprzytomne. Bo jeśli to zrobią, to jest to GWAŁT.
I mam wielką nadzieję, że proza Eriki Leonard nie wzbudzi w Was podejrzenia, że jeśli po pijanemu przeleci Was jakiś bogaty dupek, to uznacie, że to jest coś, co miało prawo się zdarzyć. Bo nie miało. Serio. Nie miało prawa się zdarzyć i ten idiotyczny bohater literacki popełniłby przestępstwo jakby to zrobił, ok? Macie tę świadomość? No to bardzo się cieszę.
Tak więc z grubsza jest to podsumowanie ZŁA, jakie drzemie w książce Eriki Leonard: po pierwsze: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po drugie: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po trzecie: totalnie złe przedstawienie seksu z nieprzytomną dziewczyną. To tak nie działa, serio.
Nie czytajcie tej książki, nie kupujcie jej nikomu, nie mówcie o niej. Już lepiej sięgnąć po „Zmierzch”, jeśli lubicie książki z młodymi i naiwnymi bohaterkami.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Wyjazd integracyjny, czyli jak krzyczeć z zażenowania

Królowa napisała 4 cze, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Tak jakoś się stało, że ja i dwójka znajomych obejrzeliśmy film „Wyjazd integracyjny”. Nie pytajcie dlaczego wpadliśmy na tak szalony pomysł, trudno, stało się.
Podstawowy problem z tą komedią mieliśmy taki, że nie wiedzieliśmy w ogóle co ma być w nim śmieszne. Jak stwierdziłam wtedy – mogli zrobić śmiech z offu, żeby przynajmniej było wiadomo co jest dowcipem. Bo tak nie było jasne, czy pękać ze śmiechu należało gdy na ekranie był:
seksizm (podstawową rolą wszystkich kobiet w filmie było pokazywanie cycków, jedna jeszcze ukazana jako upierdliwa dziewczyna, która każe swojemu facetowi dzwonić do siebie 3 razy na godzinę, świetny pretekst, żeby w końcu bohater mógł ją zwyzywać i rzucić przez telefon)
mobbing i molestowanie seksualne (szef mówiący podwładnej: „ściągaj stanik”, klepanie kobiety w tyłek, również przez wyższego stopniem pracownika)
rasizm (jedyny czarnoskóry aktor nie mówił żadnej kwestii, za to w kilku scenach chodził za innymi bohaterami zawsze przystrojony w naszyjnik z bananów – takie nawiązanie do „czarnej małpy”, tego dowcipu rodem ze stadionów piłkarskich, o, na przykład)

Drugi problem z tym filmem to kompletnie nielogiczna, nieprawdopodobna fabuła. Otóż osią intrygi jest fakt, że po zakwaterowaniu całej tej ekipy z firmy w hotelu wychodzi na jaw, że do jednego pokoju zostały przypisane trzy osoby, które wcale nie miały i nie chciały ze sobą w nim być – omyłkowo wszyscy dostali klucze. Już to, że dostali te klucze było mało prawdopodobne, o ile wiem, klucze dawane gościom w hotelach nie występują w takiej ilości, a nawet jeśli, to jest jakoś odnotowane, że już ktoś jeden wziął, no ale to jeszcze da się jakoś obronić. Natomiast to, że po tym jak się okazało, że całą trójka stoi w jednym apartamencie zaskoczona obecnością innych osób i wyraźnie z tego niezadowolona, i nie idzie do recepcji rozwiązać ten problem – to już jest idiotyczne. A. zapytał: no ale czemu oni nie poszli wyjaśniać tego do recepcji?”, na co M. odpowiedział: bo nie byłoby fabuły.
I to, niestety, była prawda. Tylko że można zrobić komedię pomyłek bez opierania fabuły o tak idiotyczne postępowanie bohaterów, no można.
I nawet jak na film o wielkim pijaństwie to tego pijaństwa jakby mało, podobno wszyscy latają nawaleni, ale nawet tego nie widać. Widać cycki. I czarnoskórego z bananami na szyi. I absurdalnie stary telefon jednego z bohaterów.

Trzeci problem to dźwięk i aktorstwo. To zasadniczo problem wielu polskich filmów, ale mnie wciąż lekko zaskakuje. Dźwięk jest taki, że człowiek żałuje chwilami że nie ma napisów, bo nie można zrozumieć co mówią czy śpiewają aktorzy ludzie wypowiadający swoje kwestie. No właśnie – powiedzieć aktorzy to za dużo, jedyną aktorką tam jest Katarzyna Figura i to jest jedyny jasny punkt „Wyjazdu integracyjnego”. Ma małą, kiepską rolę, polegającą głównie na bieganiu w stroju dominy i krzyczeniu na samców, ale nawet w tym widać, że jest dobrą aktorką, że gra, a nie tylko mamrocze napisane kwestie jak reszta ekipy.

I chciałam się jeszcze popastwić nad tym gniotem, ale mi się odechciało. Tylko rzygać się chce, że takie coś normalnie, legalnie można w kinie puszczać.Fu.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Jebany cweloholocaust z Chopinem

Królowa napisała 23 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Rano przeczytałam o aferze komiksowej. Otóż za pieniądze ambasady w Berlinie oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych powstał komiks, który miał promować Fryderyka Chopina w niemieckich szkołach, ale zamiast do uczniów, trafił do magazynu, ponieważ okazało się, że jest kontrowersyjny i pełne wulgaryzmów. W ministerstwie zapadła decyzja, że cały nakład (który kosztował, bagatela, 30 tysięcy euro) ma zostać zniszczony. Oczywiście w takich sytuacjach wszyscy chcą komiks przeczytać, dość szybko ludzie zaczęli sobie przesyłać PDF z polską wersją językową komiksu mailem. Przeczytałam i ja. No i cóż, oczywiście media przekłamały sprawę. Nie cały komiks jest pełen wulgaryzmów, a jeden z ośmiu w antologii. W dodatku to nie sam Chopin przeklina, a albo dziennikarze albo muzyk rockowy, który gra koncert z okazji roku chopinowskiego. W innych komiksach z cyklu przekleństw nie ma, ba, w jednym nie ma w ogóle słowa o Fryderyku, bo traktuje on o chłopcu, który lubi kupować stare płyty winylowe z muzyką Breakoutu, Czerwonych gitar czy Niemena. Jeden jest o Chopinie i Mickiewiczu (co nie jest powiedziane wprost, ale rysy twarzy są charakterystyczne), którzy wynajdują maszynę niszczącą świat. Jeden o Chopinie, który jest ślepym nędzarzem, gra na ulicach, wdaje się w głupi zakład w wyniku którego traci palec. Ten narysowany przez Endo to taka bardziej impresja obrazkowa na temat muzyki, nie jakaś historyjka. Z kolei Sascha Hommer i Jan-Frederik Bandel stworzyli ciężką (choć przynajmniej czytelnie rysowaną) opowieść pod tytułem „Skowyt na cześć Chopina”. Opowiada o wtajemniczonych, którzy spotykali się tam, gdzie granice burżuazyjnego indywidualizmu zostały przerwane i gdzie narodziła się nowa kolektywna myśl – pierwszy posttonalny manifest międzynarodówki posttonalnej ogłoszony na międzynarodowym sympozjum międzynarodówki postotnalnej.
I w sumie to jest najciekawszy z tych komiksów, choć przeczytany na szybko wydaje się intelektualnym bełkotem rewolucyjnym, ale przynajmniej czymś się wyróżnia. No i się go dobrze czyta, komiks Patryka Mogilnickiego może i jest ciekawy (opowiada o jakichś perypetiach związanych z wycinaniem serca z ciała Fryderyka Chopina), ale napisy są tak zrobione, że nie chce się ich czytać – raz w poprzek, raz wzdłuż, raz na skos i mała czcionka na czarnym tle.
Ogólnie – dużo hałasu o zbiór lepszych i gorszych komiksów (w większości gorszych moim zdaniem), w tym jeden faktycznie dość żenujący – przekleństwa, rzyganie, pijaństwo, jakieś burdy… I Chopina w tym mało.

Tagi: , , ,

 
0

Love and Other Drugs

Królowa napisała 18 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Taki sympatyczny, trochę naiwny, ale słodki film o miłości. Jake Gyllenhaal gra młodego, wyszczekanego niedoszłego studenta medycyny, który został przedstawicielem handlowym Pfizera. Wciska lekarzom Zoloft zamiast Prozacu (choć to niełatwe, bo to czasy, kiedy jeszcze Prozac trzymał się świetnie), jeździ po kraju, odnosi sukcesy czy to w życiu zawodowym, czy w zaliczaniu kolejnych lasek. Ale oto, tadam, poznaje niezwykłą dziewczynę – artystkę (choć tak naprawdę trudno powiedzieć z czego dziewczyna żyje), która ma śliczny uśmiech i Parkinsona. Najpierw jest tylko seks, potem seks i związek, potem w związku pojawiają się problemy, wiadomo. W tym czasie Pfizer wymyśla Viagrę i kariera głównego bohatera się rozwija. I właśnie tu pierwsze rozczarowanie – jak obejrzałam trailer filmu, myślałam, że trochę więcej opowie on o tych czasach rewolucji farmaceutyczno-seksualnej, o tym, jak Viagra zmieniła Amerykę, blablabla. A tu jednak kilka migawek z dzienników telewizyjnych, jedna scena z radosnymi kobietami, opowiadającymi jak się cieszą, ze ich facetom staje i właściwie tyle, wątek romansu zdecydowanie nie pozwala innym się rozwinąć. I tak naprawdę mam wrażenie, że ten Jamie mógłby być kimkolwiek, bo to jest po prostu film o zakochanych ludziach, a nie o przedstawicielach handlowych i ich życiu. Drugie rozczarowanie dotyczy choroby głównej bohaterki, ale tu nic nie napiszę, bo za wiele fabuły bym zdradziła, a mimo wszystko film jest z kategorii „można obejrzeć”, więc nie chcę zniechęcać spoilerowaniem :)
A warto choćby ze względu na Anne Hathaway. Jest przede wszystkim niesamowicie śliczna w tym filmie, a jej bohaterka ma charakter, to nie jest pusta niunia, to zdecydowana, bezczelna, silna, niezależna dziewczyna, miło popatrzeć.

Tagi: , , ,

 
0

Wino, kino i kobieta

Królowa napisała 11 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Byłam w kinie w bardzo miłym towarzystwie, na dobrym filmie, mam pyszne marynowane grzybki i niedobre wino, które sobie abnegacko popijam z gwinta. Wino nazywa się „Julia” i zaprawdę, powiadam Wam: nie kupujcie go.

A w kinie byłyśmy na filmie „Wyśnione miłości”,  też nieco abnegackim melodramacie, o miłości, nieszczęśliwej rzecz jasna, z bohaterami, którzy ciągle palą papierosy, cytują sobie wiersze, chodzą do teatru na manichejskie sztuki i w ogóle takie trochę tchnienie egzystencjonalizmu, Audrey Hepburn i James Dean, miłość, cierpienie, sztuka, moda, geje, imprezy, szaleństwa młodości. Nic wybitnego, ale bardzo życiowe, („Gdyby za każdym razem, gdy odświeżam stronę, ktoś umierał, ziemia byłaby już wyludniona”, mówi laska czekająca na maila od obiektu swojej miłości – otaktak. znamy.)

Także polecam. Jak ktoś lubi melodramaty. Z naciskiem na dramaty, chociaż to raczej małe dramaty, w tym przypadku.

Tagi: , , ,

 
0

Blog Day 2010

Królowa napisała 31 sie, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Dzisiaj Piąty Międzynarodowy Blog Day. Co to i jak to, możecie przeczytać pod linkiem, a ja się skupię na liście blogów. W zeszłym roku wzięłam udział w akcji jeszcze na innym blogu, tym, który ewoluował w „blog dzieciowy”, a w tym roku już na tym „dorosłym”. No to jedziemy. Spontanicznie, bez namysłu, pięć pierwszych blogów, które mi przychodzą na myśl, gdy myślę o ciekawych blogach z tych z czytnika.

1. Dywagacje okołokonsumpcyjne Smoły
Recenzje knajp, knajpek i knajpeczek, szczególnie rzetelne betatesty steków, a ostatnio i własne zmagania z gotowaniem pewnego sympatycznego młodego człowieka. Pisane fantastycznym językiem, pełne ciepła i specyficznego humoru, typowe „dobrze się czyta”.
2. Zdrowie od podszewki
Zgrabnie pisane opowieści lekarza, czyli ta druga strona biurka. Czasami śmiesznie, częściej jednak dość przerażająco, zważywszy na to, że autor opisuje polskie realia.
3. Z widelcem przez kuchnię obu Ameryk
Czyli podróże kulinarne Ireny i Andrzeja. Zacny blog kulinarny, z którego wpisy często są moją inspiracją czy wręcz gotowym pomysłem na obiad. Ładnie, smacznie, kolorowo, zwyczajne placuszki jabłkowe i oryginalne przepisy z dalekich krajów, zwięzłe komentarze, bez zadęcia.
4. Brzydka Dziewczynka
Opowiadania erotyczne pisane świetną, literacką polszczyzną, czasem wulgarniejsze, czasem subtelne, zawsze z klasą.
5.  Play Me
Zupka. Z fotkami. Dinozaury, dinozaury, dinozaury, jeszcze trochę dinozaurów, jeden mysz, kredki, gumiaki, kosmici z Ben 1o… Zabawki. Małych i dużych dzieci.

Tagi: , , ,

 
0

Chciałbym rozeznać się w sobie, póki nie będzie za późno*

Królowa napisała 24 maj, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Biorę nowe lekarstwo z gatunku tych, co działają po dłuższym czasie, a na początku uderzają całym arsenałem skutków ubocznych, mniej lub bardziej uciążliwych. Zaczęło się od koszmarnych bóli głowy, więc równolegle z lekiem łykam Ketonal, cudowne biało-niebieskie kapsułki, które pozwalają normalnie funkcjonować. Potem doszły jeszcze różne cuda z poziomem libido, notabene zupełnie odwrotne, niż zapowiadane, mój pan doktor orzekł, że doszło u mnie do „reakcji paradoksalnej”, tak więc paradoksalnie siedzę i się męczę. No i last but not least, mdłości. Na tyle silne, żeby nie można było o nich ani na chwilę zapomnieć, na tyle słabe, żeby nie móc ulżyć sobie wymiotami. I tak różne te efekty na zmianę, razem, osobno, do tego jeszcze kilka innych, wesoło jest.
Pocieszam się nieco filmami, albo chodzę do kina albo coś oglądam na komputerze. Zaliczyłam ostatnio:
„Iron Man 2″ – bardzo  zacne kino akcji, dobra muzyka, zdjęcia, no i śliczna laska (Scarlett Johansson). Co do Roberta Downeya Jr to już nawet nic nie mówię, zakochałam się na zabój jak nastolatka.
„Nocna randka” – prosta, bezpretensjonalna komedia opowiadająca o jednej nocy z życia wieloletniego małżeństwa, które wychodzi na spokojną, nudną kolację, a robi się z tego zwariowana przygoda. Lekkie, pozwalające na dwie godziny beztroskiej zabawy.
„Disco robaczki” – film dla dzieci, recenzja tu. Bardzo zły film.
„Sherlock Holmes” – to z tych obejrzanych w domu, bo w kinach pewnie już nie grają nawet. To samo co Iron Man, zacne kino akcji, nie mam pojęcia, ile ten film ma wspólnego z książką, ale nie ma to znaczenia, mógłby być o jakimkolwiek detektywie.
„Ghost World” – a to film na motywach komiksu Daniela Clowesa, bardzo dobry, bardzo smutny i świetnie zagrany. Chciałam go obejrzeć ze względu na Scarlett Johansson, w której też się odrobinkę zadurzyłam po Iron Manie, ale w „Ghost World” to Thora Birch jest gwiazdą, Scarlett gra postać, która niby jest ważna, ale jest kompletnie nijaka, mdła i nieciekawa, przez co bardziej widać odmienność głównej bohaterki. To film o tym, jak trudno jest być dziwakiem, freakiem, niezrozumianym przez świat, którego się samemu nie rozumie. Warto, zostaje na długo.

W kolejce „Człowiek z rentgenem w oczach” (DKF w Muranowie – Najgorsze filmy świata) i nowy film dla dzieci, który zapowiada się o wiele lepiej niż te nieszczęsne robaczki, czyli „Czarodziejka Lili: smok i magiczna księga”.

Tymczasem idę spać, jutro nowa rundka łykania – tego leku, ketonalu, żeby głowa nie bolała, asparginu, na skutki stresu, cerutinu na uzupełnianie braków witaminy C i na nieprzeziębianie się, wapna na paskudną obecnie wodę w kranach, i tak dalej… Czuję się chwilami jak Adaś Miauczyński. Do tego pracuję też chwilowo z domu, bo przedszkole Młodej było uprzejme się zamknąć w związku z zagrożeniem powodzą.

*Jean-Paul Sartre „Mdłości”

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Za dużo polityki, za mało muzyki, czyli recenzja "Beats of freedom"

Królowa napisała 21 mar, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wybrałam się ostatnio z rodzicami do kina na „Rewers”. Zacny film, genialne zdjęcia, tylko nieco uroku odebrało mu to, że kino, w którym byliśmy średnio radziło sobie z dźwiękiem dolby surround, czy jak mu tam i znienacka z któregoś głośnika z boku rozlegał się głos aktora, znacznie głośniejszy, przeszkadzało to skupić się na filmie. Zatem przy następnym wyjściu do kina wybrałam Kinotekę, gdzie zawsze dźwięk jest świetny. A jak kino z dobrym dźwiękiem, to może film o muzyce, czyli „Beats of freedom” – dokument o polskiej scenie muzycznej od czasów powojennych do końca 80′. Właściwie to początek sugerował, że od lat powojennych, bo pierwsze zdania były o latach 50′, ale jednak zaraz był błyskawiczny przeskok do 1967 roku. Pomysł fajny, warto zobaczyć, tylko jak na film dla Polaków to za bardzo był w nim nakreślony aspekt historyczny, za dużo obrazków z manifestacji, pałowania, pochodów pierwszomajowych, strajków i tak dalej. My to wiemy, znamy, nie potrzebujemy aż tyle. Jak na film dla zagranicy – owszem, potrzebne było aż tyle. Ja chciałam więcej muzyki, bo o pustych półkach w sklepach wiem, nawet z własnych wspomnień.

Zastanawiające też, że zupełnie nie było odniesień do muzyki z USA, jak narrator opisywał, co się działo w muzyce na świecie za żelazną kurtyną i jak to wpływało na muzykę w Polsce, skupiał się tylko na Europie, a właściwie na Wielkiej Brytanii. Ani słowa o Woodstocku, nie wiem dlaczego.
Za to co było siłą tego filmu to raz, cytowane fragmenty z raportów UB o festiwalu w Jarocinie, o subkulturach, o aresztowaniu Skiby rozdającego ulotki, dwa anegdotki i opowieści o sposobach na obchodzenie cenzury w tekstach piosenek, o radzeniu sobie z brakiem pieniędzy, o tej walce z komunizmem. Opowieść Hołdysa o tym, jak to wszedł do sklepu mięsnego, podszedł do lady „tylko zobaczyć co jest”, a ludność z gigantycznej kolejki uznała, że oto pan gwiazdor nie chce stać i się wpycha i go za to zrugała niewybrednymi słowami. I opowieść Marka Niedźwieckiego, jak to zabroniono mu nagle puszczać Maanam w Trójce, a on zrobił tak, że niby nie puszczał, ale puszczał, w czym władze się nie zorientowały, a ludzie tak. I konstruktora wzmacniaczy, jak z garnka robiono wzmacniacz. Bardzo, bardzo na plus.

A po kinie poszliśmy z kolegą ulicami Warszawy, w lekko siąpiącym wiosennym deszczyku, robiąc po drodze mnóstwo zdjęć szablonów na murach, gołębi na drzewie, fragmentów architektury PKiN i placu Konstytucji… Niczym dwoje japońskich turystów, żonglowaliśmy 3 różnego rodzaju aparatami fotograficznymi i tylko pokazywaliśmy sobie nawzajem ciekawe kadry. Miły spacer, miły dzień, rozpoczęty od dwóch godzin nauki parkowania i potem śniadanka na mieście (tarta z warzywami i boczkiem w Green Coffee – bdb, polecam).

Tagi: , , , ,

 
0

with my art, i just want to survive

Królowa napisała 6 paź, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Obejrzałam wczoraj wieczorem „Obcego”. Mimo wszystkich komputerowych efektów specjalnych dostępnych teraz, mimo mnóstwa filmów, które powstały potem – nie ma dla filmu, który by go przebił. Wciąż czuję dreszczyk emocji, wciąż robi na mnie wrażenie statek obcych, wyglądający jak gigantyczna gotycka świątynia, wciąż wstrzymuję oddech, gdy Kane sięga do uśpionego jaja z Obcym.
Widziałam ten film ze 4 razy, a dopiero wczoraj zainteresowałam się, „kto to wymyślił” i poznałam twórczość Hansa Rudolfa Gigera. Trochę wstyd, wiem.

Zamiast zbędnych słów, jeden krótki film.

Tagi: , , ,