0

Czas porządków

Królowa napisała 16 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Od początku września robię porządki. W komputerze – wyrzucam nieudane zdjęcia, seriale, których nie oglądam, przenoszę wszystko, czego nie potrzebuję mieć pod ręką na co dzień na dysk zewnętrzny. W mieszkaniu – pozbywam się papierów, zepsutych lub nieużywanych przez nikogo już zabawek. Przeglądam regały z książkami, nie idzie mi to łatwo, ale systematycznie wyjmuję te rzeczy, których nie czytam i nie będę czytać. O dziwo, nawet znajdują się chętni na strasznie dziwne starocie, jakie wygrzebuję z drugiego rzędu.
Dojrzałam do wyrzucenia archiwum „Polityki”, dwóch grubych segregatorów z kilkudziesięcioma numerami. Taki sam los spotkał nieliczne egzemplarze papierowej Wyborczej (#upadekprasypapierowej). Ubrania, których nie noszę kolejny rok i tylko zajmują miejsce w szafie. Zepsuta myszka zachomikowana w szafie, nie wiadomo po co. Stare jaśki, które wepchnęłam do skrzyni pod łóżkiem i nie rzucały się w oczy ani jeść nie wołały. Mam zdecydowanie za dużo przedmiotów.
Jedyne ograniczenie to piwnica. To od dawna mnie przerasta. Łudzę się, że stare butelki po Grolschu z emaliowym (czy jakimś tam, ale nie plastikowym) korkiem będą kiedyś dużo warte i nagle okaże się, że mam w piwnicy fortunę.
I porządki w życiu. Zrobiłam noworoczne postanowienia. Dwa. Pozbywam się znajomości, które mi szkodzą lub które nie mają znaczenia. 40 profili na Facebooku poleciało w pół godziny. Wiecie, jak to jest. Idzie się na imprezę, poznaje kogoś, gada z nim przez godzinę, następnego dnia dodaje się go na fejsie i… koniec. Potem się już nie spotykacie nigdzie, tak naprawdę jesteście sobie obcy, okazjonalnie dajecie sobie lajka lub komenta. Albo poznajesz kogoś, spotykasz się z nim okazjonalnie przez parę miesięcy, potem się okazuje, że to kłamliwa wredna świnia i za twoimi plecami knuje przeciwko tobie. Albo masz na fejsie kogoś, kogo faktycznie znasz, ale jego poglądy są takie, że z każdym jego postem się coraz bardziej wstydzisz, że masz takie znajomości. I tak dalej.
Kasuję też stare blogi, nieużywane profile – doprawdy, nie muszę być wszędzie w internecie.
Mniej oglądam, więcej czytam. Mniej portali, więcej książek. Piszę mniej, ale treściwiej, zapisuję coraz więcej pomysłów, zarysów, szkiców. Szykuję się do zimy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

To nie jest miasto dla nocnych ludzi

Królowa napisała 18 mar, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jakiś czas temu wybrałam się ze znajomym do kina. Film był o dość wczesnej godzinie, o 20.30, więc jak się skończył przez 23.00, chcieliśmy iść gdzieś pogadać. W galerii handlowej już oczywiście wszystko pozamykane, wychodzimy więc i trafiamy na knajpę obok. Wchodzimy, chcemy usiąść – „ale o tej porze to zapraszamy na dół, proszę państwa”. No dobrze, idziemy na dół, chcemy usiąść – pojawia się jakieś stworzenie o nieokreślonej płci i wieku i mówi, że na tych miejscach usiąść nie możemy, bo tu jak się zamawia coś do jedzenia, no a o tej porze to i tak nie można. Siadamy gdzie indziej, podchodzimy do baru. – O tej porze, to mogą już państwo złożyć ostatnie zamówienie. Zamawiamy po piwie, siadamy, rozmawiamy, po około 20 minutach przychodzi jakaś pani i mówi:
– Zepsuła nam się muzyka, więc dzisiaj kończymy trochę wcześniej.
– Ale mogę dopić to piwo? – pytam zjadliwie nieco już poirytowana.
– Tak, tak, oczywiście, ja tylko chciałam powiedzieć…
– To świetnie, dziękuję.
Dopijamy oboje to piwo, ale jeszcze się nie nagadaliśmy, ledwo dochodzi północ, a my jeszcze nie na tym etapie znajomości, kiedy się jedzie pić dalej u kogoś w domu, zapada decyzja o udaniu się na Chmielną. Idziemy, natrafiamy na miejsce gdzie obok siebie dwie otwarte knajpy. Podchodzimy do jednej, przed drzwiami kelnerka lub barmanka i w ramach powitania mówi: o tej porze, to już tylko na takiego szybkiego, naprawdę szybkiego drinka. No to dziękujemy pani uprzejmie, podchodzimy do drzwi drugiej, tam również stoi barman – na papierosie – i mówi: proszę, proszę, ja wiem, że człowiek się musi napić. Fajnie, wchodzimy, barman dopala i udaje się za nami, po czym okazuje się, że nie jest tak różowo, bo informuje nas od razu, że jednak o tej porze, to już możemy złożyć tylko jedno zamówienie. Jezu. Zamawiamy zatem od razu po dwa drinki, siedzimy, pijemy, oprócz nas jeszcze jakieś dwie pary również pogrążone w rozmowie. Mija czas, obsługa coraz bardziej nerwowo zerka na klientów, na zegarki, na klientów, na zegarki… Upraszam barmana o jeszcze jedno tequila sunrise, posługując się mniej argumentem, że przecież na drzwiach jest napisane, że do ostatniego klienta, a bardziej trzepotaniem rzęsami, dopijamy tego trzeciego drinka i wtedy już obsługa grzecznie, ale bardzo stanowczo nas wszystkich wyrzuca. No i tak, koniec zabawy.

Jedziemy do domów, a ja w nocnym autobusie rozważam: dlaczego w tym mieście, „do ostatniego klienta” znaczy: „do momentu, aż obsługa chce iść do domu?” Dlaczego klient jest dla knajpy, a nie odwrotnie? Dlaczego jak ktoś w późnych godzinach nocnych chce coś zjeść, to w zasadzie ma wybór między Makdonaldem z okienka, a zamówieniem Pizzy Nocą do domu? A jak chce się spokojnie napić w takichże godzinach, to zostaje mu nabycie flaszki na stacji benzynowej (co też, czytałam, może zostać niedługo uniemożliwione, albowiem senat chce wprowadzić zakaz sprzedaży alkoholu tamże) i wypicie jej w mieszkaniu? Kurde, no. Jak tu mieszkać, jak tu żyć.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Zdolna jestem niesłychanie

Królowa napisała 24 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Wybrałam się z Zubilem do kina. Jak zwykle zrobiłam rezerwację i jak zwykle nie zdążyłam jej odebrać. Nic to, film mało oblegany, na pewno bilet kupimy, idziemy pod kino, a tam taaaaaaaka kolejka do kas. Ugh. Ale moje czujne oko dostrzega stojący „automat biletowy”, a moja chęć do eksperymentowania pcha mnie w jego stronę, rzucam do Zubila „stój, a ja pójdę i obczaję to coś”. Najpierw spróbowałam odebrać w nim moją rezerwację, ale że było po czasie, to system mi powiedział, że nie ma. No to próbuję kupić bilet. Wybieram film, zaznaczam, że dwa bilety, wszystko idzie dobrze, wołam Zubila, razem wybieramy sobie miejsca, wkładam kartę, płacę, w okienku na dole wypada karteczka z odpowiednimi napisami na dwóch złączonych ze sobą świstkach. Cieszę się bardzo, oboje z Zubilem robimy złośliwe „muhahahaha” pod adresem tych stojących w taaaaaakiej kolejce, po czym idziemy spędzić jakoś 20 minut, które mamy do początku seansu. Schodzimy piętro niżej, idziemy macać iPada w iSpocie, ogrywam Zubila we Fruit Ninja w wersji dla dwóch graczy, zarażam go miłością do tej gry, zadowoleni idziemy do kina. Kupujemy colę, przechodzimy do kontroli biletów. Wyciągam to, co wyjęłam z automatu, podaję panu. Pan oddziera połowę, daje mi okulary, bo film jest 3D, po czym mówi, widząc Zubila:
– A Państwo są razem?
– Tak – odpowiada Zubil.
– To drugi bilet poproszę.
– No drugi pan oderwał i tam gdzieś sobie położył – wtrącam.
– Nie, proszę pani, to był odcinek z jednego biletu.
– A… aalle jak to, ja przecież w tym automacie zaznaczałam że dwa i zapłaciłam za dwa….
– Bo ten drugi bilet wypada później – uświadamia mnie pobłażliwie pan.
– Nie wzięłaś drugiego biletu? – pyta śmiejąc się Zubil.
– Och! – jestem zupełnie zbita z pantałyku.

Pan jednak jest wyrozumiały i nas przepuszcza, zaznaczywszy sobie tylko który to był ten kupiony, a nieodebrany bilet. A mi cała duma pod tytułem: „pierwszy raz użyłam automatu do kupowania biletów w Cinema City i wszystko się udało” ulatuje z sykiem jak powietrze z dmuchanego materaca. Za to potem się wykazałam postawą prospołeczną. Otóż siedzimy na miejscach, przemijają wszystkie reklamy i zwiastuny, zaczyna się właściwy film… a światła zapalone. Zawsze słabiej widać to, co na ekranie przy zapalonych światłach, a przy tym 3D to już w ogóle tragedia. Po minucie zrywam się, wypadam za drzwi, po czym wołam na jednym wydechu do 3-osobowej grupki obsługi:
– Przepraszam, czy można by w tej sali zgasić światło, bo film się już zaczął oraz gdzie jest toaleta?

Wróciłam z toalety to światło już było zgaszone i do końca seansu nie było żadnych niemiłych niespodzianek :]

Tagi: , , , ,

 
0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Lato w pigułce

Królowa napisała 23 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Przechodzę często koło „Planu B/Powiększenia” na Placu Zbawiciela. Im bardziej mokro, zimno i wietrznie, tym częściej mijanie tego klubu jest dla mnie okazją do krótkiego wspomnienia. Takie obrazki – jest ciepło, bardzo, jest noc, ja i Max stoimy tam w tłumie różnych wesołych, wyluzowanych ludzi, popijamy piwo z plastikowego kubka, gadamy z jakimś człowiekiem pytając, gdzie dzisiaj można potańczyć. On się zastanawia, my jeszcze w międzyczasie wyciągamy komórki, oczywiście każde z nas ma wypasionego smartfona, więc wchodzimy w internet i sprawdzamy klubowy rozkład jazdy. W końcu poszliśmy bodajże do Obiektu Znalezionego, ale to w sumie było mało istotne. Istotne było, że był taki cudowny letni wieczór, nikt się nigdzie nie spieszył, tramwaje toczyły się przez zmęczone upałem miasto, ja szłam i radośnie stukałam obcasami, Max opowiadał coś o buddyzmie, ciągle zmieniały nam się plany i pomysły, ale nikt z tego powodu się nie denerwował. Cała Warszawa była nasza. Pamiętam jak spotkaliśmy jakiegoś dziennikarza z Rosji, który przyjechał do Polski zrobić wywiad z głównym kandydatem na nowego prezydenta, po tym, jak obecny zginął. Zagadnął nas, gdzie tu można się napić, a jak go doprowadziliśmy w podziemia Zachęty, to zamówił przy barze „najmocniejszego drinka, jakiego macie”.
Było ciepło, był chillout i beztroska. Jakby udało się stworzyć pigułkę, ze wszystkimi tymi elementami, ilość ludzi zapadających na depresje jesienno-zimowe znacznie by się zmniejszyła. Ale może mi się właśnie udało? Stworzyć ją we własnej głowie? Zlepić ze wspomnień, myśli, marzeń?

Jakby to nie wystarczyło, to będę piec. Muffinki, pierniczki, chlebki dyniowe. Dużo, dużo dobrych rzeczy. Wracanie do domu, w którym pachnie ciastem, to zupełnie inna jakość życia.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Wino, kino i kobieta

Królowa napisała 11 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Byłam w kinie w bardzo miłym towarzystwie, na dobrym filmie, mam pyszne marynowane grzybki i niedobre wino, które sobie abnegacko popijam z gwinta. Wino nazywa się „Julia” i zaprawdę, powiadam Wam: nie kupujcie go.

A w kinie byłyśmy na filmie „Wyśnione miłości”,  też nieco abnegackim melodramacie, o miłości, nieszczęśliwej rzecz jasna, z bohaterami, którzy ciągle palą papierosy, cytują sobie wiersze, chodzą do teatru na manichejskie sztuki i w ogóle takie trochę tchnienie egzystencjonalizmu, Audrey Hepburn i James Dean, miłość, cierpienie, sztuka, moda, geje, imprezy, szaleństwa młodości. Nic wybitnego, ale bardzo życiowe, („Gdyby za każdym razem, gdy odświeżam stronę, ktoś umierał, ziemia byłaby już wyludniona”, mówi laska czekająca na maila od obiektu swojej miłości – otaktak. znamy.)

Także polecam. Jak ktoś lubi melodramaty. Z naciskiem na dramaty, chociaż to raczej małe dramaty, w tym przypadku.

Tagi: , , ,

 
0

Tak a propos

Królowa napisała 11 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Ja: I wiesz, idziemy dzisiaj z K. na fajka i on patrzy na moje przedramię i mówi:
– O, ktoś cię tu ugryzł
H: Jaki znawca
Ja: No, to samo mówię, jak ty się znasz.
A potem rozmawialiśmy o parze 60-latków, z których on umarł podczas uprawiania sadomasochistycznego seksu
H: *facepalm*

Tagi: , , ,

 
0

Znajomi 2.0?

Królowa napisała 30 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Zrobiłam sobie ostatnio „porządki” w znajomych na Facebooku, to znaczy postanowiłam stworzyć sobie listy. Kliknęłam „stwórz listę”, nazwałam ją „virtual only” i z przeszło 200 osób zaczęłam wybierać  te osoby, których nigdy, ale to nigdy nie spotkałam w realu. Które znam tylko przez sieć. I okazało się, że jest to bardzo trudne. Fel? No przecież znam Fel. A… no tak, czytam jej bloga, rozmawiam z nią na blipie, kiedyś na skajpie, oglądam jej zdjęcia, ale nigdy się nie spotkałyśmy twarzą w twarz. Więc też do listy. I tak co najmniej 10 osób w pierwszej chwili chciałam pominąć, bo przecież normalni znajomi, a potem sobie przypominałam, że jednak znajomość tylko przez internet prowadzona. Co więcej, okazało się, że blisko 1/4 moich znajomych z Facebooka to właśnie Ci „virtual only”, a ja na tym serwisie nie dodaję od razu do znajomych byle kogo, z kim ledwo dwa słowa zamieniłam.
A potem się zdziwiłam jeszcze bardziej, bo robiłam listę takich najbliższych znajomych, właściwie przyjaciół i się okazało, że jedna z tych osób jest też w grupie tych „wirtualnych”. I jak się poważnie namyśliłam, to wyszło mi że nie mogę, no nie mogę tej osoby nie dodać, bo co z tego, że nigdy nie stanęliśmy przed sobą, jak po prostu jest moim przyjacielem.
Więc w sumie… czy jeszcze mogę dzielić znajomości na te „prawdziwe”, tzn z reala i te „wirtualne”? Wychodzi na to, że nie, że Sieć dała już takie możliwości, że sposoby kontaktu przestały mieć znaczenie. I to jest dla mnie świadectwem niesamowitej potęgi internetu.

Tagi: , ,