Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczony: „Witaj” – powiedział mi aspergeryk

Królowa napisała 18 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Nie lubię szkoły

Królowa napisała 1 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Nie cierpię siedzieć i pilnować dziecka, jak odrabia lekcje. Nie mam cierpliwości śledzić tego ołówka, którym smaruje koślawe literki tworząc zdanie „Mały lasek, a w nim lisek”. Nie mam siły czytać z nim zdań z czytanki o Uli, której tata ma ule. Szczególnie nie mam na to siły, jak jestem chora, otumaniona gorączką, bolą mnie plecy i marzę tylko o tym, żeby się położyć z kotem pod kocem i żeby nikt ode mnie nic nie chciał. Jak jestem zdrowa mam na to trochę więcej siły i cierpliwości, ale i tak po 15 minutach rzygam tym mentalnie, a w przypadku takiego pierwszoroczniaka potrzeba na to tych dwóch cech dużo. Jak sobie uświadamiam, że to dopiero początek, że czeka mnie jeszcze kilkanaście lat takiej rozrywki, mam ochotę się zastrzelić. Doszłam właśnie do momentu, w którym samotne macierzyństwo mnie zaczęło przerastać – nie mam wszystkich cech dobrego rodzica, nie umiem i nie lubię uczyć się z dzieckiem według trybu szkolnego. Po każdej sesji odrabiania lekcji, która kończy się awanturą i rykiem dziecka czuję się kompletnie nieprzygotowana do roli rodzica.
Wiem, wyzdrowieję i będzie trochę lepiej, dziecko będzie starsze i może nie trzeba będzie go tak ciągle pilnować, żeby siedział i pisał, a nie wycinał czachę z okładki zeszytu/temperował doskonale zatemperowane kredki/pił mleko/bawił się monetami, które dostał od kolegi „na przeprosiny”/cokolwiek innego wymyśli, żeby nie pisać. Wiem. Może tak będzie. W tej chwili są to dla mnie puste zdania, z których nie płynie żadne pocieszenie.

Tagi:

 
0

Game over

Królowa napisała 20 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Znów dałam się nabrać, znów wydawało mi się, że kogoś znam, a znów ktoś okazał się dupkiem. W zasadzie jestem przyzwyczajona, ale to za każdym razem przykre i żałosne. Najbardziej żałosne jest, jak ktoś oszukuje nie tylko innych, ale i samego siebie, n’est-ce pas? Przykre, gdy się ufało, lubiło i szanowało, a teraz to wszystko uleciało. Bo nie da się szanować tchórzy i kłamców.
Pieprzyć to. Nie żebym podzielała wszystkie poglądy z tego monologu, ale dobry jest. A ja wracam oglądać „Weeds”, Nancy Botwin jest naprawdę pokrzepiająca ze swoją niesamowitą siłą i umiejętnością poradzenia sobie w każdej sytuacji, z każdym gównem, które przyniesie życie.

Tagi: , ,

 
0

Wychowywanie dorosłych?

Królowa napisała 26 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wdałam się w dyskusję, w której usłyszałam takie oto zdanie: „w każdym związku się partnerzy wzajemnie wychowują”. Przedtem, w innej rozmowie, z klawiatury tej samej osoby padło stwierdzenie: „chłopów to naprawdę trzeba jakoś przetresować.” Zaoponowałam przeciwko takiemu stawianiu sprawy i usłyszałam, że jestem „młoda i naiwna”. Hm, really? Może się czepiam sformułowania, łapię za słówka. Może jestem spaczona po związku, w którym to mnie facet chciał „wychować”, ba, użył takiego właśnie sformułowania mówiąc do moich rodziców: „ja ją sobie wychowam”. I wychowywał, gnoił mnie za niesmakujący mu obiad, choć za smakujący nie chwalił. Mam po tym uraz, tyle słyszałam słów krytyki, że niedobre, niesmaczne, za mało, zbyt niskokaloryczne, nieodpowiednie, że teraz, gdy znów jestem w związku i spieprzę obiad, od razu się czuję z tym źle, od razu jestem na siebie zła, spodziewam się krytyki, mam poczucie porażki. Ta krytyka nie pada, albo pada w delikatnej, żartobliwej formie, nie innej niż krytyka czegoś innego, o którą się nie obrażam, tylko śmieję razem z partnerem, więc widzę, że problem w moim podejściu i muszę sobie sama z tym poradzić. A mi trudno, Minęło już tyle czasu, a to gotowanie dla kogoś mnie stresuje, jak mieszkałam sama z dziećmi, to nie miałam takiego problemu, w ogóle o tym nie myślałam, sądziłam, że trauma minęła. A nie minęła, stoję przy tej kuchence i się denerwuję, że coś nie wyjdzie, że muszę się sprawdzić, że nie mogę sobie pozwolić na porażkę… oczywiście to tylko zwiększa prawdopodobieństwo tej porażki, ale nie umiem ot tak wyłączyć tego,  co mi wpojono. Jak mnie „wychowano”.
Wychowuje się dziecko. I to głównie małe, większe już ma wpojone wzorce zachowań i z każdą chwilą coraz mniej da się zrobić, coraz mniejszy się ma na nie wpływ. Dorosły jest, jaki jest, oczywiście, że w związku trzeba „się dogadać”. Wypracować kompromisy, podział obowiązków, umieć rozwiązywać konflikty. Ale to jest rozmowa, to są dyskusje, a nie „przetresowanie”. Ludzie się zasadniczo nie zmieniają, jak ktoś przed ślubem gwiżdże sobie na wszystkie obowiązki domowe, to po ślubie nie zmieni się magicznie. Można (trzeba!) rozmawiać, ale nie da się dorosłego człowieka wychować. A jeśli się celowo próbuje to zrobić, to może się to skończyć tak, jak u mnie. Uciekłam, a i tak jestem poraniona, muszę walczyć z tym, co mi wpajano – że jestem beznadziejna, jeżeli ugotuję coś, co się nie spodoba Panu i Władcy. Z niskim poczuciem wartości zaszczepionym przez „ty tylko siedzisz w domu z dzieckiem i nic nie robisz, mogłabyś się postarać, bo ja ciężko pracuję”. Teraz nie jestem w ciąży, sama ciężko pracuję, wiem, że nie tylko ja muszę gotować i robić resztę tego całego „domowego etatu”, a jednak jak mi nie wyjdą skrzydełka, to czuję się paskudnie.
Nie „wychowujmy się”, nie „tresujmy” czy to „chłopa” czy „baby”. To nie jest dobre.
A może się czepiam, może takie mówienie nie jest niczym szkodliwym i „jest wychowywanie i jest wychowywanie”? Co sądzicie?

Tagi: , , , , , ,

 
0

Przyszła wiosna baronowo

Królowa napisała 2 kwi, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wzloty. Upadki. Przyszła wiosna i rozłożyła mnie na łopatki. Kicham, mam katar, nie jem przez 4 dni, to znów rzucam się na jedzenie jak oszalała. Czuję się jakbym miała gorączkę, choć termometr twardo pokazuje normalną ciepłotę ciała. Chodzę regularnie pić i spotykać się z ciekawymi ludźmi, daje to pewne poczucie rytmu, poza tymi dniami rytm jest nierówny, zaburzony, chaotyczny. Od entuzjazmu i zapału po apatię, lęk, zagubienie. Ludzi się patrzą, ludzie dzwonią, ludzie mówią, proszą, dziękują, chcą wejść w interakcję, każda interakcja jest problematyczna, nigdy nie wiadomo, co się stanie. Giną mi rzeczy, zapodział się gdzieś pilot (i tak mało telewizji oglądam), zaginęła pewna ilość kolczyków, giną mmsy wysyłane na Blipa (ode mnie wychodzą, tam nie przychodzą, giną w nieokreślonej przestrzeni cyfrowej), znikają gumki i wsuwki do włosów, gubię rachubę czasu, gubię się w tym co czuję. Powoli zapominam, uczę się żyć bez, z, pomiędzy. Robię zdjęcia, piszę, dokumentuję, zbieram. Pracuję. Bywam niewidzialna wtedy (pozdro, Kali), oh, well. Bywa. Prowadzę rozmowy na Skype, które mają być flirtem, a rozwijają się w bardzo pouczające rozmowy o tematyce zupełnie mi obcej, więc się mnóstwa rzeczy uczę. Dobre to jest. Dobre i rozwijające.

Staram się. Jak najlepiej z mojego punktu widzenia. Chrzanić punkt widzenia innych, zawsze będzie ktoś, komu się nie spodoba. Robię sobie dobrze, bo siebie najbardziej kocham. O siebie najbardziej muszę dbać. Kochanie innych jest też dbaniem o siebie i kochaniem siebie.

I nigdy nie polubię pisania raportów

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Kłody pod nogi

Królowa napisała 11 lut, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czasem zdarza się taki dzień, albo i cały tydzień, że ciągle coś źle. Zaczęło się w poniedziałek. Niby miałam dzień wolny, ale w związku z tym zaplanowałam sporo rzeczy, których nie miałabym szans zrobić, gdybym pracowała. Wyrobić Kartę Miejską ze zdjęciem. Iść na pocztę. Do szewca. I tak dalej.
Zaczęło się od tego, że zabrakło wody. Potem zrobiłam zdjęcia, pojechałam z nimi do punktu MZK w metrze Centrum, gdzie się okazało, że awaria systemu i kartę można wyrobić tylko na Senatorskiej. Pojechałam tamże, wyrobiłam. Potem miałam do załatwienia pewną sprawę z eksem w salonie Orange. Przyszliśmy tam o 13.00, przed nami było w kolejce 14 osób, nasz numerem został wywołany o 15.20. Aż nie chce się komentować. Wróciłam do domu, złapałam dwa wielkie pudła, poszłam na pocztę je wysłać. Po 5 minutach okazało się że awaria systemu i nikt nic nie załatwi…
Następnego dnia dostałam telefon z przychodni, że wizyta córki u lekarza specjalisty i tak odległa w czasie z powodu urlopu lekarza musi zostać przełożona o jeszcze 2 tygodnie, bo pan sobie przedłużył urlop.
Wieczorem rozłożyłam sofę, żeby się z ulgą położyć i się zepsuła. Reklamację trzeba złożyć osobiście, a salon meblowy, gdzie była zamawiana jest na końcu świata.
Córka się pochorowała. Zrobiła mi się dziura w rękawiczce. Sama mam katar i pokasłuję. Kołorkerka wyjechała i mam dużo więcej roboty. Życie towarzyskie mi niemal zamarło, bo opiekunka do dzieci w Pradze. Google Buzz zaciąga mi jakieś stare wpisy ze stron, które mu dodam, a nie te aktualne.
Do końca tygodnia jeszcze 3 dni. Nie spodziewam się już, że któryś przejdzie mi ulgowo, bez co najmniej jednego złego zdarzenia.

Tagi: , ,

 
0

Głupie ciućmy z IMAX

Królowa napisała 7 sty, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Poszliśmy z Lubym do kina. Na Avatar. Oboje pracujemy, mamy mnóstwo zajęć, a film 3-godzinny, więc znalezienie czasu nie było takie łatwe, tym bardziej, że jeszcze musiała móc moja opiekunka do dzieci. Ale udało się, kupiłam bilety w poniedziałek, dzisiaj prosto z pracy pojechaliśmy do Sadyba Best Mall do kina. Kupiliśmy nachosy i picie, założyliśmy okularki, napstrykaliśmy sobie lansiarskich fot w nich, w końcu doczekaliśmy się filmu. Pierwszy raz byłam na filmie 3D, więc na samym początku rozgłośnie wrzasnęłam wystraszona, jak tuż przed nosem przeleciał mi reflektor oświetlający logo wytwórni 20th Century Fox. A potem wcisnęłam się w fotel z wrażenia. A potem próbowałam łapać krople wody, ludzi, liście, przedmioty, które były TUŻ PRZEDE MNĄ PRZECIEŻ. Luby kilka razy ze śmiechem mi szeptał: „tego tu naprawdę nie ma!”, potem nawet przestał, bo ja ciągle ulegałam złudzeniu. Rewelacja, od razu pokochałam to 3D.

No i tak siedzimy, oglądamy, miło, fajnie, akcja się rozkręca, zaczyna się robić naprawdę interesująco… I nagle około 3 sekund dźwięku zaczyna się powtarzać. W kółko. W pierwszej chwili nawet myśleliśmy że to tak właśnie jest, że to jakieś okrzyki bojowe tych całych Na’vi, bo układało się to w coś w rodzaju jednostajnej pieśni, a wszystkie postaci akurat tylko szły do wioski. Ale doszli, zaczęli rozmawiać, pojawiły się napisy i stało się oczywiste że coś jest nie tak, że ten dźwięk się po prostu zaciął, zapętlił i to jest bardzo niedobrze.
No i się zaczął dramat. Ludzie się oglądają do tyłu na kabinę operatora, wołają, klaszczą, gwiżdżą – nic. Po kilku minutach wyleciał jeden mężczyzna z widzów i pobiegł do obsługi na zewnątrz sali. Chwilę go nie było, wrócił, za nim pojawił się jakiś pracownik. I nic. Film dalej leci, już około 8 minut, obraz jest, dźwięk zapętlony w coraz bardziej irytującej kakofonii, pracownik cośtam dzwoni na górę, ale tam operator albo śpi, albo ogłuchł, albo obmacuje babę, albo w ogóle poszedł w pizdu…
Ostatecznie po 12 minutach udało im się wyłączyć, ktoś w końcu wyszedł i powiedział nam że się zepsuł komputer, dalszej projekcji nie będzie i ma 3 propozycje. Pierwsza: przejdziemy do drugiej, mniejszej sali, gdzie od 15 minut leci ten sam film, ale jest tam widownia. Propozycja dość absurdalna moim zdaniem, bo 45 minut powtórki, a  co gorsza beznadziejne miejsca, pierwsze rzędy albo i schody. No i to średnio w porządku wobec tamtych widzów, jednak to film, w którym dużo się dzieje, który się ogląda pilnie, a tu nagle zwala się tłum ludzi, zasłania, bije się o najlepsze z kiepskich miejsc i ogólnie straszne zamieszanie. Jednak sporo osób poszło na to, reszta wybrała drugą opcję, czyli w zamian bilety ważne przez pół roku na dowolnie wybrany film we wszystkich kinach sieci IMAX, albo trzecią, czyli zwyczajny zwrot biletów.
Wzięliśmy te bilety ważne pół roku i z zawiedzionymi minami wyszliśmy z kina. Jeszcze słuchaliśmy rozmów ludzi koło nas wychodzących i ktoś smętnie mówił, że no tak, wprawdzie za bilet na film oddali, ale pieniędzy za bilety kolejowe z Grodziska mu nikt nie zwróci, podobnie jak za colę i popcorn. Jedzenie i picie nieobowiązkowe niby, ale za dojazd z daleka – głupio. No i czas, i wydane pieniądze na dojechanie drugi raz… Ehh.
Jednak co było naprawdę skandaliczne, to ten czas reakcji pracowników kina IMAX w Warszawie. No bo ja rozumiem, że coś się może popsuć. Ale reakcja powinna być natychmiastowa, a nie dobre kilkanaście minut, podczas których film leci z popsutym dźwiękiem. To było bardzo nieładnie i na drugi seans zdecydowanie pójdziemy do innego kina, nie tylko tam jest wersja 3D.

Tagi: , , , , ,