0

Praca

Królowa napisała 12 gru, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Tak to obecnie wygląda:

540

via Żomiks

Tagi: , ,

 
0

surrealistyczna grypa

Królowa napisała 14 lis, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Pewnej niedzieli wieczorem zaczęłam kaszleć. Dość intensywnie od razu, ale jeszcze mnie to nie przestraszyło. Ba, pomyślałam że to może od papierosów. Ale w poniedziałek rano wstaję, szykuję się do pracy i nagle odkrywam, że: boli mnie głowa, plecy, kaszlę tak, że za każdym atakiem czuję ból, jakby mi rozrywało oskrzela, jestem jakaś oszołomiona, dostaję gorączki… Telefon do pracy, że nie przyjdę, telefon do lekarza, telefon do opiekunki do dzieci… I łóżko. Zanim przyszła opiekunka, w ciągu paru godzin zaczęłam się czuć tak fatalnie, że ledwo doszłam do taksówki, wiozącej mnie do przychodni. U lekarza wdzięcznie się osunęłam na krzesło, w przerwach pomiędzy atakami kaszlu wyrzęziłam jakie mam objawy, po czym został mi zrobiony test paskowy i okazało się, że mam grypę. Wirusa typu A, mówiąc dokładniej. I dostałam receptę na Tamiflu oraz skierowanie do szpitala zakaźnego, jakbym Tamiflu nie dostała w aptekach. Na szczęście moja nieoceniona opiekunka do dzieci kupiła mi ten lek w aptece pod domem.

I to było trochę surrealistyczne. No bo w pracy się dopiero co zajmowałam tą grypą. Pisałam o niej, czytałam o niej, robiłam reaserch, gdzie można dostać to Tamiflu, liczyłam liczbę zachorowań…
Mam taką pracę, że separuję ją od swojego życia. Niby to jest rzeczywistość wokół mnie, ale wiecie – media kłamią, i tak dalej, to jest trochę inny świat, to jest obok. Wychodzę do domu i zostawiam to wszystko za sobą. To mnie nie dotyczy. I nagle te dwie rzeczywistości się zazębiły, nagle nie podpisywałam zdjęcia z kapsułkami Tamiflu, tylko sama stałam z opakowaniem Tamiflu w ręku. So weird.
Nie wiem, czy mam TĄ grypę, czy „ludzką” – nie chcieli mi zrobić dokładnego testu, ponieważ powiedzieli że tak czy siak, leczenie byłoby takie samo.  Mi to odpowiadało, ale wszyscy znajomi pytający mnie namolnie czy mam A/H1N1 – wrr. Więc dla nich jeszcze raz – NIE WIEM, ale wiem, że ta grypa, którą mam jest bardzo męcząca i wyczerpująca organizm, ok?
Dzieciaki oczywiście też zachorowały mimo noszenia przeze mnie maseczki. W środę wezwałam lekarza do domu, który jednakże jedyne co zrobił, to wypisał dla dzieci skierowanie do szpitala, żeby tam zostały zbadane. No i wylądowaliśmy wszyscy w szpitalu zakaźnym. Lekarze na izbie przyjęć mieli maski jak z filmów o skażeniu biologicznym. Maja została zbadana łącznie z testem paskowym na obecność wirusa i dostałą receptę na Tamiflu, Tomek został tylko normalnie zbadany, testem nie, bo „nie jest w grupie ryzyka”. Innymi słowy szkoda testu na niego. Po czym pacjenci zostali odesłani do domu…

Piątek był pierwszym dniem, kiedy mogłam powiedzieć, że czuję się lepiej (aczkolwiek nie: dobrze. jedynie lepiej). Wciąż kaszlę, wciąż jestem osłabiona, ale już wstaję z łóżka, kąpię się, robię pranie, ugotowałam gar bigosu. Daję radę. Maja też już nieźle, jedynie Tomek gorączkuje mocno, strasznie kaszle, dużo śpi – dużo mocniej go złapało niż Maję. (Ale to ona dostała lek, a nie on, bo on ma już ponad 5 lat i mu nie przysługuje. Wrr.)

W międzyczasie dzwonił do mnie Sanepid, wypytując o moją chorobę, luby przywoził wielkie ilości jedzenia, soku pomarańczowego i chusteczek do nosa, dużo osób pytało regularnie jak się czuję, Alquana przysłała z Krakowa torbę muffinków – wszystkim Wam serdecznie za to dziękuję.

Teraz już pomału mogę powiedzieć, że jestem rekonwalescentką, jeszcze 2, 3 dni i będę zdrowa, ale ostrzegam was – od poniedziałku do czwartku umierałam. Miałam gorączkę, płuca mi rozrywał kaszel, zużywałam wielkie ilości chusteczek do nosa na katar, kręciło mi się w głowie, a ból głowy i pleców ustępował tylko po Nurofenie Forte. Także niezależnie od histerii nakręcanej przez media – uważajcie na siebie, chłopcy i dziewczęta. Po prostu uważajcie, bo ta grypa jest paskudna. Niezależnie która.

Tagi: , ,

 
0

Młodzież do 25 roku życia. NOT

Królowa napisała 6 lis, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Skończyłam 25 lat, skończyła się moja młodość. Trzeba by się zacząć zachowywać godnie i statecznie i wyrzucić błyszczyk z Hello Kitty ;)

Od zawsze mam tendencję do robienia jakiegoś przeglądu, podsumowania roku, lub całego życia w urodziny właśnie. Dzisiaj pomyślałam o czasach, kiedy byłam nastolatką i miotałam się strasznie w poszukiwaniu swojej drogi. Przeszłam przez etap ostrego ateizmu – to nawet wcześniej niż w czasach nastoletnich, wiarę w Boga utraciłam jeszcze przed Pierwszą Komunią. Tak, tak, przed tym wydarzeniem, jak sobie uświadomiłam, czego ode mnie oczekują, stwierdziłam, że ja nie widziałam, nie mam dowodów, to nie wierzę. Rodziców na szczęście mam sensownych, więc mnie nie zmuszali, trochę namawiali, miałam spotkania z katechetką, która też namawiała (ale też na szczęście była sensowna), więc nikt mnie nie zmuszał i w końcu nie przystąpiłam. A z kolei jak miałam 17 lat, pojechałam na wakacje na pięć tygodni do Moskwy i tam w pewnym momencie tak mi zabrakło polskiego języka, że poszłam na mszę do katedry polskiej, tylko po to, żeby posłuchać ojczystej mowy. I kazanie wygłoszone tam do mnie przemówiło, postanowiłam, że chcę spróbować. Spróbować zrozumieć, co ludzie w „tym” widzą, jak to działa. Zaczęłam regularnie chodzić na msze, potem pojechałam na Sylwester na Taize do Paryża. Co prawda noc sylwestrową spędziłam  zamiast na imprezie religijnej, z tańcami i śpiewami pobożnymi szalejąc na Champs Elise, gdzie tradycją jest po północy całowanie się w usta z obcymi ludźmi dookoła. Tak, wiem, ale usprawiedliwia mnie że: a) byłam MŁODA, b) i tak było to mniej obciachowe niż inna grupka Polaków, idąca środkiem tej ulicy i rycząca „Polskaaaa, biało-czerwoooooni!”

Przechodziłam etap ostrego zainteresowania skrajną prawicą, nieco później skrajną lewicą. Popełniłam nawet publikacje zarówno w periodyku pierwszej z tych grup, jak i drugiej. Żeby było śmieszniej, czas od składania numeru do wydania tego skrajnie prawicowego pisma był taki, że jak już numer tego kwartalnika, który jednak z powodu problemów finansowych ukazywał się w podwójnych numerach co pół roku, to ja już byłam po tej drugiej stronie i tego samego dnia, co wyszedł drukiem numer pierwszego pisma z moim tekstem, ja się dowiedziałam, że naczelny drugiego pisma przyjął mój wiersz do publikacji.  Moja przyjaciółka z liceum tylko wytrzeszczyła oczy, jak najpierw przybiegłam jej pochwalić się opublikowanym tekstem w skrajnie prawicowym piśmie, a dwie godziny później przybiegłam z radosną wieścią, że naczelny lewackiego pisma przyjął coś mojego do publikacji.

No i oczywiście do tego zakochiwanie się w amantach filmowych (kochałam się w Davidzie Duchovnym aka Foxie Mulderze z „X files”), w facetach z realnego życia, w chłopaku z liceum będącego dwie klasy wyżej, w synu Bronisława Wildsteina, w jednym wykładowcy z Wydziału Filozofii UW, w jednym gospodarzu schroniska górskiego w Bieszczadach…
I konflikty w szkole, przez czytanie pod ławką, przez bycie inteligentniejszą niż nauczyciele, przez dociekliwość, przez niewielbienie Miłosza. I flirciki z subkulturami, punkami, hipisami, pacyfistami. Fascynacja egzystencjalistami – nosiłam obowiązkowe czarne swetry, czytałam Sartre’a, Kafkę, Orwella, wszelkie inne bardzo optymistyczne książki, poezję Wojaczka i Bursy i Świetlickiego, paliłam Gauloisy, w zastępstwie Gitanesów.
I konflikty z rodzicami, awantury o czytanie, zamiast odrabianie lekcji, o chodzenie późno spać (już wtedy mój zegar biologiczny twierdził, że noc to najlepsza dla mnie pora i że należy wstawać późno w dzień), o to, że chcę mieć przekłute uszy, o palenie papierosów…

Tak, tak, wczesna młodość to jeden z najbardziej przerąbanych okresów w życiu. Hormony szaleją, człowiek się miota, szuka, sprawdza, eksperymentuje, jest idealistą (ach, jak wspomnę czas, gdy zdzierałam gardło na manifestacjach przeciwko wojnie w Iraku i gadałam godzinami z alterglobalistami…). Ta wiara, ze wszystko można zmienić. I bolesne rozczarowanie, gdy się okazuje, że jednak nie można. I autorytety z hukiem spadające z piedestału. I te wszystkie szaleństwa. I to przeżywanie intensywne, bezrefleksyjne, rzucanie się z głową we wszystko. Z perspektywy czasu oceniam że to najbardziej przerąbany czas, ale też najmilszy do wspominania, gdy się jest już starszym i bogatszym w doświadczenia życiowe.

A dzisiaj rano pojechałam do pracy, odstawiłam po drodze dzieci do przedszkoli, szłam potem do korpo paląc papierosa i podśpiewując beztrosko „bam bam bira bam bam bira” z utworu Rihanny słuchanego na iPodzie i nagle się jakoś z głębi uśmiechnęłam, szczerze i w pełni. Poczułam się szczęśliwa. Mam mieszkanie, mam pracę, mam dwójkę cudownych dzieci, robię prawo jazdy, mam przyjaciół, rodzinę, lubego, mam trzy laptopy i piękny nowy pawlacz, dostałam świetny telefon w prezencie urodzinowym, mnóstwo osób złożyło mi życzenia…
Wieczorem przyjechał luby, zrobił mi porządek z kablami w podbiurczu, piliśmy wino, opowiadał przezabawne historyjki, dostałam pięknego storczyka, jestem zdrowa, mam plany, mam chęci, mam oczekiwania, mam siłę… Dużo mam. Naprawdę dużo.

Tagi: , , , , ,

 
0

zardzewiało mi coś

Królowa napisała 21 paź, 2009 w kategoriach Bez kategorii

We mnie coś. W środku.
Dni są takie szare, tydzień był ciężki, w tym miało być cudownie, miało być pięknie, miało być ładowanie akumulatorków, a zamiast niego był jeszcze większy stres. Potem krótkotrwałą ulga, ale też niepokój, bo nie wiadomo co się dzieje…

G: wyszedlem już. nie pozwalali używać komórek, dlatego nie zadzwoniłem
K: szalałam z niepokoju wczoraj wieczorem, wymyślałam już rozmaite scenariusze. nawet że umarłeś
G: nie no, coś ty, jakbym umarł, tobym ci napisał smsa
K: obiecujesz?
G: obiecuję
K: kocham cię
G: ja ciebie też kocham

Jakiś zły czas, ciągle choroby, ciągle jest szaro i mokro, mam chroniczny niedobór snu, czy się położę o 23, czy o 1 w nocy jestem tak samo nieprzytomna, nawet po krótszym śnie lepiej funkcjonuję.
Gdzieś coś się zacięło we mnie, jakiś trybik nie działa, ogarnia mnie poczucie ciągłej klęski, wstaję, idę do pracy, normalnie rozmawiam, nawet żartuję, piszę maile, bawię się z dziećmi, oglądam „Grey’s anatomy”, niby wszystko tak normalnie, a jednak brakuje w tym jakiejś iskry, funkcjonuję jak robot, ze ściśle wyliczonym czasem na poszczególne czynności, żeby za dużo nie myśleć. W ogóle nie myśleć. Jak myślę o jutrze, pojutrze, zimie – boję się. Zaszywam się w kokonie identycznych dni wypełnionych obowiązkami.
Jedynie w sobotę ostatnią byłam na Nocnym Maratonie Blogerów – bardziej towarzyska niż artystyczna impreza, dość dziwna dla osób nieblogujących, podstawowe pytanie, jakie słyszałam, jak komuś o tym mówiłam, brzmiało: „ale po co?”. No po co, ot, żeby się spotkać, pogadać, popieprzyć głupoty i trochę popisać zbiorowo jednego bloga.
Zdjęcie mi ładne zrobiono
królowa(foto: Iskanna)
Miło było, ale to oczywiście noc w plecy, bo impreza trwała do 6 rano…
Nic, jeszcze będzie ciepło, jeszcze będzie lepiej, urodziny się moje zbliżają, od paru lat jestem smutna w urodziny, ale tym razem będzie inaczej, czuję to.

Tagi: , , , , , ,

 
0

too much?

Królowa napisała 4 wrz, 2009 w kategoriach Bez kategorii

za dużo piję, za dużo palę, za mocno czuję*

Przez lata zdanie-wytrych, zdanie-klucz. Klucz do mojej pokręconej duszy? No way. Zaledwie wytrych. Pierdolę coś, pijana winem, które wydawało się ohydne, ale po schłodzeniu i zmieszaniu z wodą mineralną jest całkiem znośne.
Wino, macbook, nowa klawiatura (gdzie, do cholery jest shift, dlaczego tu nie ma białych klawiszy z czarnymi literkami, ale się podświetlają jak jest ciemno, jak zajebiście, nie ogarniam jeszcze tego touchpada, ale jest fajny)
Praca, dzieci, kurs, spotkania z T., kolacja, carpaccio, dobrze mi, sen, praca, dzieci, użeranie się z przedszkolami, oczywiście to Tomka ssie, jak to państwowe, wyrzuty sumienia, lekarz, wydatki, sukcesy Mai, moje sukcesy, moje zaangażowanie, przez nikogo nie docenione, ale chuj tam, satysfakcja, że wstałam o tej pieprzonej czwartej rano, że dałam radę, dałam radę, jak zwykle. Chomik w kołowrotku. Praca, projektowanie kuchni, zakupy przez internet, rozmowy przez telefon, dzieci, nie napisałam tekstu, kurwa, nie zdążyłam, nie dałam rady, cholera, cholera, cholera. D. przywozi mi pizzę, jemy, usypiam dzieci, oglądam House’a, zasypiam nieprzytomna, potem zasypiam w pracy, W. robi mi zdjęcie, śmieję się, robię dobrą minę do złej gry, złej, bo się panicznie boję, że może on jednak serio to wykorzysta. Inny D., dotychczas kolega-z-pracy znienacka mnie podrywa, nie chcę, nie wiem, nie mogę, dlaczego, proszę, proszę, niech to się samo rozwiąże, nie mam siły.Wino się kończy, jeszcze jeden papieros, nie chce mi się jutro do pracy, więc odwlekam jutro, co z tego, że się nie wyśpię, śpię 4 godziny i jest ok, śpię 7 godzin i zasypiam, wtf. Lady Gaga śpiewa. Tak, jestem pustą laską, słucham Lady Gagi, mam różowego laptopa, czytuję Pudla.**
Rozpaczliwie i beznadziejnie kocham się w Cloudy. I w T., ale to zupełnie inne historie.
Tak, nauczę się w końcu jeździć, przełamię strach, będę się kulturalnie przemieszczać samochodem. Będę świetną matką, pracownikiem, kobietą, Polką, matką, żoną i kochanką, utrzymanką. Będę chodzić na fitness, jeść marchewki, uśmiechać się, mieć czas, być dla, być z, być w, być… sobą?
Oby.

Uczę się, jestem uczona. Będzie dobrze.
Telewizor gra bez głosu, po co mi on, po co mi te twarze, widać potrzebne, albo nie chce mi się pyknąć jednego guziczka na pilocie.
Dobranoc.
(Oczywiście, jutro spojrzę, co za głupoty, jak ja mogłam, grafomanka jedna, co ja sobie myślałam)***

* wiem, banał
** tak trochę Proustowski strumień świadomości mode
*** tak, użalanie się nad soba i faza „biedny koteczek”

miau. dobranoc.

Tagi: , , , ,

 
0

tik tak

Królowa napisała 13 sie, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Dramatycznie mało czasu, każda chwila życia wykorzystana do granic możliwości. Do Warszawy na parę godzin przyjeżdża B., umawiamy się, że pójdziemy na kawę,  co kończy się tym, że siedzimy w holu pod roślinkami i gadamy o tańcu i seksie. Odnoszę mały sukces w pracy, dostaję nagrodę, jest fajnie, ale następnego dnia jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nic. Decyduję się znienacka iść na koncert Madonny, na wyjazd, całą resztę mam obrzydliwie zaplanowaną. Wstukuję do kalendarza, do komórki spotkania, pracę, kursy, urlopy znajomych, blipiwa, randki, zakupy. Potem siedzę zmęczona i nie mam siły podejść do piszczącego telefonu, żeby zameldować mu wykonanie zadania.
Byle do weekendu.

Tagi: , , , , ,

 
0

generator problemów

Królowa napisała 16 lip, 2009 w kategoriach Bez kategorii

[14:30] krolowanocy: kurwa
[14:30] krolowanocy: opoznia sie to kolegium
[14:30] krolowanocy: a do mnie znowu przychodzi helpdesk
[14:30] krolowanocy: bo mi nic nie dziala
[14:31] bler: to jest nieprawdopodobne
[14:31] bler: kurwa, ja na ich miejscu bym cie juz dawno pod tramwaj wepchnal
[14:31] Porzeczek: zdecydowanie.
[14:31] Porzeczek: nie ma takich ludzi.
[14:31] bler: nikt nie moze miec az tylu problemow

He he. Zgadzam się. Też bym na „ich” miejscu wepchnęła siebie pod tramwaj. Tymczasem ani nie uciekają  z krzykiem, ani nie plują z obrzydzeniem na mój widok, podziwiam cierpliwość. A problemy mam ciągle i coraz to dziwniejsze. Pewnym pocieszeniem była stażystka, która dzisiaj dzwoniła do helpdesku w sprawie „niewidzialnej myszki”. (Ha, nie tylko ja, nie tylko ja!)
O dziwo, przy tych wszystkich problemach, niezorganizowaniu, roztrzepaniu, itd., wydaje się że sporo ludzi z pracy mnie lubi. Nie z pracy też. Ale, jak twierdzi Datrio, może to tylko chodzi o cycki? ;P

Tagi: , , , ,

 
0

It's been a hard days night

Królowa napisała 7 lip, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Zauważam dziwną prawidłowość. Ilekroć mam na sobie koszulkę z napisem <geek> , to wszystko, co komputerowe, a czego się dotknę, się pieprzy. Już drugi raz mam j na sobie i powyższa zasada działa.  Byłam dziś zmuszona zawracać głowę tabunom ludzi (do redakcji przychodziły „hordy mediamenedzerów” jak to określił kolega), bo ciągle mi coś nie działało. Zasadniczo jedyne, co związane z „powiedzmy-techniką”, co mi się udało, to kupienie biletu w automacie na stacji metra. Jedyne. Cała reszta – #ichuj. Jak działał jeden program, to Outlook nie, jak Outlook tak, to coś innego źle. I tak cały dzień.  Masakra.
Wróciłam do domu, weszłam do wanny z butelką wina, serkiem pleśniowym i ustawionym obok wanny mobilnym stolikiem. Otworzyłam wino, serek, na stoliku postawiłam laptopa, na którym przez wifi połączyłam się z komputerem w pokoju,  na którego dysku mam pierwszy sezon „House’a” i obejrzałam sobie 10 odcinek leżąc w wannie.
I to dość mocno zregenerowało mi siły życiowe :-)

Tagi: , , ,