0

Dwa kółka, sto ileś koni mechanicznych i wiatr w kask

Królowa napisała 23 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kiedy dzień zaczyna się od:
– konstatacji, że zapomniało się do pracy pojemniczka z lunchem
– na nowym komputerze w nowym biurze nie działa dźwięk i trzeba zaczynać dzień pracy od dzwonienia do helpdesku z tak banalnym problemem
A potem jest jeszcze gorzej, bo różne zwyczajne problemy urastają do rangi Okropnych Zdarzeń, a na koniec jeszcze wybucha Gowingate.

To jak po pracy ktoś cię zabiera z niej na motocyklu i trasę, którą zbiorkomem przemierzasz w godzinę, w korku, tłoku i z przesiadką, teraz pokonujesz w jakieś 20 minut, a potem jeszcze robisz wrażenie na przedszkolakach („a moja mama przyjechała po mnie NA MOTORZE”).

To jest jakoś o wiele lepiej.

A potem jeszcze się okazuje, że dwa doskonałe seriale, które oglądasz, mają nowe odcinki, a kurier z tesco przyniósł górę dobrego jedzenia i jakoś dzień się kończy całkiem miło.

(zdjęcie z innego dnia, ale nie szkodzi)

901317_10201104013423593_195863817_o

Tagi: , , , ,

 
0

Kombinat pracuje, oddycha, buduje

Królowa napisała 30 maj, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otóż nagle mi zmienili miejsce pracy. Mój dział i ten, który dzielił z nami newsroom, przeniesiono w błyskawicznym tempie do innego budynku. Dzisiaj pierwszy dzień w nowym biurze i niestety, jestem rozczarowana. Są plusy, pewnie: dużo większa przestrzeń i lepsza klima (no, to akurat subiektywne jest, ja sobie sprytnie zajęłam biureczko przy oknie i nawiewie klimatyzacji jednocześnie, więc mam chłodek, ale w innej części pokoju jest podobno duszno, toteż od razu znów zaczęło się majstrowanie przy ustawieniach oraz odwieczne dyskusje „otwieramy okna czy nie”). Ale jak na razie to są moim zdaniem jedyne plusy. Krzesła są dla mnie niewygodne. Budynek brzydki i pozbawiony pomieszczeń tyle praktycznych, co socjalizujących – atrium, kawiarni, stołówki, palarni. Niby jest bardzo blisko mojego domu w porównaniu z poprzednim, ale dojazd mam kiepski, większość ludzi pewnie też, a sytuację komplikuje fakt, że parking firmowy jest malutki, a ten przed budynkiem jest płatny. Żadnego sklepu blisko, nie ma bankomatu w banku na dole, nic. Wejście jest łatwiejsze, ale potem od razu są smutne, ciemne korytarze i za nimi tylko pokoje. A w pokoju biureczka otoczone z trzech stron półprzezroczystymi ściankami pleksi – niby coś widać, niby można pogadać, ale bariera, głównie psychiczna, jest. W starej lokalizacji mieliśmy zestawione ze sobą biurka i na nich komputery, keine grentzen. W nowej takie akwaria. Masz krzesło, biurko, komputer, pracuj i tyle. Nawet w poczucie estetyki mnie boli, poprzedni budynek był pięknie zaprojektowany, jasny, przestronny, przytulny. Staram się być dobrej myśli (w końcu stołówkę mają zrobić, a w nowej kuchni jest lodówka i mikrofala, czego mi brakowało w starej), ale… Smuteczek jest. Nawet fakt, że jest blisko domu, jest, jak się okazało, nie taki fajny, bo 20-25 minut dojazdu z poprzedniego biura wykorzystywałam na drzemkę, poczytanie książki czy choćby posiedzenie i posłuchanie muzyki – taki czas na reset, na przestawienie się z trybu pracy „ludzik korporacyjny”, na tryb „rodzic” – czas na odpoczynek między dwoma etatami. A teraz wsiadam w autobus i po siedmiu minutach odbieram dziecko ze szkoły, nie mam tego czasu na psychiczny odpoczynek. Ehhhh…

*edit: pan, który przynosi zestawy sushi zdecydowanie dopisuje się do listy plusów. pyszne, świeże, w bardzo atrakcyjnych cenach, a pan przemiły i dorzuca sos sojowy w dowolnych ilościach.

Tagi: ,

 
0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Co lubię

Królowa napisała 24 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Taka zabawa blogowa – łańcuszek. Każdy pisze swoje i wpisuje komu przekazuje pałeczkę.
Nie przepadam, sensu mają mało te wyliczanki, ale mnie Luca wywołała do tablicy, to nie chcę przerywać zabawy ;)
Oto kolejne ogniwo blogerskiego łańcuszka  – wyliczanki pt. „Co lubię”. Zasady: szczerze, spontanicznie, 10 rzeczy.

1. Lubię swoje dzieci
(boooring, wiem. ale naprawdę je lubię, oprócz tego, że kocham najmocniej na świecie)
2. Lubię się uczyć
(ogólnie – nowych rzeczy, ostatnio kręci mnie programowanie i rzucam się a to na Objective-C, a to na Ruby)
3. Lubię seks
(i nie wstydzę się przyznać do tego publicznie, tak)
4. Lubię odkurzać, zmywać i gotować
(dwa pierwsze zawsze, to ostatnie to nowość, zawsze mówiłam że nie cierpię tej czynnośći, a ku swojemu zaskoczeniu ostatnio mi się to zmieniło, co pewnie widać po częstym używaniu przeze mnie kategori wpisów „historie kuchenne”)
5. Lubię czytać
(to nie do końca prawda… ja to kocham, ale niech będzie)
6. Lubię tworzyć
(pisać… stwarzać jakieś kawałki świata, ostatnio zaangażowałam się mocno w rozkręcenie projektu Blipoteki – blipowej biblioteki, dłubię w biżuterii, tworzę sobie aranżacje na korkowej tablicy, organizuję sobie przestrzeń życiową drobnymi aranżacjami mieszkania, hoduję zioła, co jest też formą tworzenia, z małego pędu wyrasta półmetrowa bazylia…)
7. Lubię internet
(no to trochę jak przy czytaniu, bardziej kocham)
8. Lubię pracować
(tak, tak, serio. nie, nie jestem uzależniona. chyba nie. nie. no może odrobinkę)
9.  Lubię się kłócić
(dyskutować, flejmować, wymyślać argumenty, wygrywać, przegrywać, obalać czyjeś założenia albo przyznawać rację, lubię to, że każdy ma inne spojrzenie na świat i móc z nim o tym porozmawiać)
10. Lubię ŻYĆ
(tak po prostu. móc robić wszystko to, co lubię i wzmacniać się, robiąc to, czego nie lubię. dowiadywać się co lubię, a czego nie. zmieniać. rozwijać się. starzeć. doświadczać. czuć. kochać. myśleć.)

No. To by było na tyle. A ja rzucam pałeczkę Szatanielicy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Run, Anna, run

Królowa napisała 13 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Poranek. Nawet nie „blady świt”, bo jeszcze ciemno. Wycie budzika. Pac, drzemka. Kilka minut i znów wycie. Podnosisz się, wstajesz. Budzisz jedno dziecko, drugie, podajesz im ubrania naszykowane jeszcze wczoraj. Idziesz się umyć, wracasz, budzisz dzieci, poganiasz, żeby się ubrały, ubierasz się, robisz minimalistyczny makijaż, poganiasz dzieci, sprawdzasz czy masz wszystkie swoje rzeczy, czy syn spakowany, nalewasz synowi picie do bidonu, wkładasz mu do tornistra, pomagasz się ubrać córce, zakładasz synowi tornister, łapiesz swoją torebkę, torbę z laptopem, wychodzicie. Idziecie do przedszkola, rozbierasz dziecko, buziak, pa. Idziesz z samym synem dalej, szybko, szybko, bo już późno, wchodzicie do szkoły, on się rozbiera, odprowadzasz do świetlicy, buziak, pa. Idziesz sama, patrząc nerwowo na zegarek, bo masz już tylko 6 minut do autobusu, ale on ciągle odjeżdża wcześniej, to może podbiegniesz, gorąco ci, brakuje tchu kłuje w boku, ale żeby zdążyć, żeby zdążyć na ten autobus, dobiegasz do przystanku i widzisz jak właśnie zamykają się drzwi i autobus odjeżdża, patrzysz na zegarek i widzisz, że pojechał 4 minuty przed czasem. Bezradnie rzucasz w myślach soczystą kurwą i siadasz na przystanku, sprawdzić sobie maile przez te 10 minut, które musisz poczekać na następny autobus. O ile ten następny dla odmiany się nie spóźni te 4 minuty. Bo przecież to takie nudne jeździć punktualnie.

Siadasz w autobusie i wreszcie chwila odpoczynku, wyciągasz książkę, czytasz, po dwóch stronach przysypiasz nad nią, budzisz się, próbujesz czytać dalej, ale po chwili poddajesz się, chowasz i drzemiesz dalej. Otwierasz czujnie oczy praktycznie na każdym przystanku, więc nie przejeżdżasz swojego, wysiadasz, pędzisz do firmy. Pracujesz 8 godzin. Wychodzisz, pędzisz do autobusu, jedziesz do szkoły, odbierasz syna, idziecie do przedszkola, po drodze rozmawiacie o tym, co było w szkole, jest miło i przyjemnie, ale wisi nad tobą ten zegar i każe ci sprawdzać co parę minut czy aby się nie spóźniasz po córkę. Odbierasz córkę, na bezpiecznym kawałku ulicy dzieci pędzą radośnie, ty za nimi świńskim truchtem, zmęczona, zziajana, ale wołasz dzieci żeby stanęły dopiero jak zbliża się przejście przez ulicę, wtedy też doganiasz je, żeby złapać, jakby nie posłuchały komendy „stop”, ale nie trzeba, mają już wkodowane, że przed ulicą trzeba stanąć i poczekać na mamę, dobrze, udało się. Przechodzicie spokojnie i znów dziki galop, znów trochę kłuje w boku, ale dzieci tak lubią biegać, a wiesz, że na spacer już nie wyjdziecie, za późno, więc niech chociaż tyle mają, tobie też się przyda podbiec, schudniesz trochę, spodnie ciężko ci dopiąć. Wchodzicie do domu, dzieci chcą jeść, myjesz ręce, gonisz je do tego, robisz po dwie kanapki z miodem, chcą więcej, ale nie masz już chleba, czekasz na kuriera z zakupami, w końcu zgadzają się na kuleczki czekoladowe z mlekiem. Zjadają, idą się bawić, ty siadasz na chwilę do komputera, ale zaraz podrywasz, zmywasz naczynia, gromadzisz sobie rachunki do zapłacenia, wyrzucasz jakieś niepotrzebne stare papiery z szafki w przedpokoju, czyścisz kocią kuwetę, myjesz nocnik córki, ściągasz suche pranie z suszarki, siadasz z tymi rachunkami, przerywasz, bo przyszedł kurier, płacisz, przyjmujesz, dziękujesz, zamykasz za nim. Zaglądasz do dzieci, każesz im kończyć zabawę, przypominasz sobie, że trzeba sprawdzić co syn ma zadane, znajdujesz, wyciągasz mu książkę, sadzasz i odrabia, ty w tym czasie znów do kuchni, robi ci się słabo, przypominasz sobie, że jedyne co jadłaś dzisiaj, to była jedna mała kanapka w pracy, rano, wyciągasz kromkę chleba, smarujesz serkiem, zjadasz. Bierzesz kartony z sokiem, mlekiem, wypakowujesz, ustawiasz na miejsce. Wyciągasz puszki, przystawiasz sobie stołeczek i wstawiasz na miejsce, tak samo, już bez stołeczka robisz z rzeczami do lodówki, syn w tym czasie skończył odrabiać lekcje, chce ci pomóc, tak samo córka, ale wiesz, że jeśli ci pomogą, to dopiero potem pójdą do wanny, a już tak późno, więc wyganiasz dzieci do kąpieli, a sama dalej rozpakowujesz te zakupy, kręgosłup ci się odzywa, zaciskasz zęby, przecież za chwilę koniec. Dzieci wychodzą z wanny, zaganiasz do łóżek, wchodzisz do łazienki, podnosisz ręcznik zostawiony na podłodze przez syna, wiesza na suszarce, do której on nie dosięga, dlatego zostawia na podłodze, przecież nie po to, żeby ci utrudnić życie, rozwieszasz, zmywasz podłogę, idziesz do pokoju, przystawiasz sobie stołeczek, zdejmujesz z wysoka pieluszkę dla córki, zakładasz jej. Poganiana prośbami o kakao pędzisz do kuchni, zdejmujesz kubeczek syna i butelkę córki, schylasz się po karton z mlekiem, sypiesz kakao, wlewasz mleko, wstawiasz do mikrofalówki, wiesz, że lepiej podgrzać to mleko w garnuszku, ale już nie masz siły, w mikrofali szybciej, wyciągasz, stawiasz na blacie, który wcześniej, po zmywaniu umyłaś. Mieszasz w kubku, bierzesz smoczek, żeby zakręcić na butelce, ten wysmykuje ci się z ręki i wpada do kubka, rozchlapując część kakao na blacie, chce ci się zawyć, bo w ty momencie musisz wziąć gąbkę, obetrzeć kubek  i zetrzeć z blatu rozlany płyn, co niby jest proste i szybkie, ale kręgosłup boli cię już tak, że każdy dodatkowy ruch jest ciężki, ale nie wyjesz, przecież jesteś twarda, wycierasz, mieszasz, zanosisz. Czekasz aż wypiją, całujesz na dobranoc, otulasz kołderkami, odnosisz kubek i butelkę do kuchni, myjesz, wyrzucasz śmieci. Wracasz, wkładasz nowy worek do wiadra, przecierasz podłogę, dajesz kotu jeść, idziesz sprawdzić czy dzieci śpią, chwilę nasłuchujesz ich spokojnych, równych oddechów, wracasz do kuchni i siadasz dalej do rachunków. Robisz przelewy, w międzyczasie rozmawiasz z przyjaciółką (jak dobrze, że jest internet, gdyby nie to, nie miałabyś kiedy z nią porozmawiać). Kończysz, rozmawiasz z drugą przyjaciółką i gotujesz wodę, żeby była przegotowana dla kota, przelewasz do dzbanka, podlewasz kwiatki, idziesz do pokoju sprawdzając po drodze czy drzwi na pewno są zamknięte, sprawdzasz czy syn ma wszystko w plecaku, szykujesz dzieciom i sobie ubranie na jutro, zgarniasz kilka zabawek i trochę rozsypanych klocków Lego, których już dzieci nie zdążyły sprzątnąć, kładziesz się do łóżka z laptopem, piszesz posta na bloga, publikujesz, zamykasz laptopa, idziesz wziąć prysznic, rozwieszasz ręcznik, wracasz do łóżka, zasypiasz. Śnisz o pracy, znajomych, dzieciach, sprzątaniu, wyje budzik, pac ręką, drzemka, po paru minutach znów wyje, budzisz się zmęczona snami i zaczynasz od początku.

Jak ktoś dotarł tutaj czytając wszystko, to serdecznie gratuluję. Nic ciekawego, prawda? Cóż, piszę czasem dla siebie, takie zboczenie :)

Tagi: , ,

 
0

Chciałbym rozeznać się w sobie, póki nie będzie za późno*

Królowa napisała 24 maj, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Biorę nowe lekarstwo z gatunku tych, co działają po dłuższym czasie, a na początku uderzają całym arsenałem skutków ubocznych, mniej lub bardziej uciążliwych. Zaczęło się od koszmarnych bóli głowy, więc równolegle z lekiem łykam Ketonal, cudowne biało-niebieskie kapsułki, które pozwalają normalnie funkcjonować. Potem doszły jeszcze różne cuda z poziomem libido, notabene zupełnie odwrotne, niż zapowiadane, mój pan doktor orzekł, że doszło u mnie do „reakcji paradoksalnej”, tak więc paradoksalnie siedzę i się męczę. No i last but not least, mdłości. Na tyle silne, żeby nie można było o nich ani na chwilę zapomnieć, na tyle słabe, żeby nie móc ulżyć sobie wymiotami. I tak różne te efekty na zmianę, razem, osobno, do tego jeszcze kilka innych, wesoło jest.
Pocieszam się nieco filmami, albo chodzę do kina albo coś oglądam na komputerze. Zaliczyłam ostatnio:
„Iron Man 2″ – bardzo  zacne kino akcji, dobra muzyka, zdjęcia, no i śliczna laska (Scarlett Johansson). Co do Roberta Downeya Jr to już nawet nic nie mówię, zakochałam się na zabój jak nastolatka.
„Nocna randka” – prosta, bezpretensjonalna komedia opowiadająca o jednej nocy z życia wieloletniego małżeństwa, które wychodzi na spokojną, nudną kolację, a robi się z tego zwariowana przygoda. Lekkie, pozwalające na dwie godziny beztroskiej zabawy.
„Disco robaczki” – film dla dzieci, recenzja tu. Bardzo zły film.
„Sherlock Holmes” – to z tych obejrzanych w domu, bo w kinach pewnie już nie grają nawet. To samo co Iron Man, zacne kino akcji, nie mam pojęcia, ile ten film ma wspólnego z książką, ale nie ma to znaczenia, mógłby być o jakimkolwiek detektywie.
„Ghost World” – a to film na motywach komiksu Daniela Clowesa, bardzo dobry, bardzo smutny i świetnie zagrany. Chciałam go obejrzeć ze względu na Scarlett Johansson, w której też się odrobinkę zadurzyłam po Iron Manie, ale w „Ghost World” to Thora Birch jest gwiazdą, Scarlett gra postać, która niby jest ważna, ale jest kompletnie nijaka, mdła i nieciekawa, przez co bardziej widać odmienność głównej bohaterki. To film o tym, jak trudno jest być dziwakiem, freakiem, niezrozumianym przez świat, którego się samemu nie rozumie. Warto, zostaje na długo.

W kolejce „Człowiek z rentgenem w oczach” (DKF w Muranowie – Najgorsze filmy świata) i nowy film dla dzieci, który zapowiada się o wiele lepiej niż te nieszczęsne robaczki, czyli „Czarodziejka Lili: smok i magiczna księga”.

Tymczasem idę spać, jutro nowa rundka łykania – tego leku, ketonalu, żeby głowa nie bolała, asparginu, na skutki stresu, cerutinu na uzupełnianie braków witaminy C i na nieprzeziębianie się, wapna na paskudną obecnie wodę w kranach, i tak dalej… Czuję się chwilami jak Adaś Miauczyński. Do tego pracuję też chwilowo z domu, bo przedszkole Młodej było uprzejme się zamknąć w związku z zagrożeniem powodzą.

*Jean-Paul Sartre „Mdłości”

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Królowa napisała 10 kwi, 2010 w kategoriach Bez kategorii

To nie chodzi o zdjęcia. Chodzi o to, żeby tam być, zobaczyć, poczuć, zapamiętać. To historyczna chwila i cieszę się, że mogłam być jej częścią. Morze zniczy, kwiatów, tłum ludzi, a jednak wielka cisza. Spokój. Pomaganie. Bycie razem.
Jak to ładnie ujął Pandziak, którego spotkałam w drodze pod Pałac, i z którym tam poszłam: „Pod palacem było spokojne i tłumnie. Ludzie się nie pchali, zapalali sobie znicze. Własnie takie małe rzeczy zostają potem w pamięci.”
Tak było. Wielki tłum, falujący we wszystkich kierunkach, ale ani razu nie dostałam nawet kuksańca łokciem, zero agresji. Ludzie podawali sobie znicze i kwiaty nad głowami, użyczali sobie zapałek, zapalniczek, przepuszczali się. Ludzie z psami, dziećmi, młodzi starzy, ze wszystkich stron płynęli strugą pod Pałac. Pobyć tam, zapalić świeczkę, pomodlić się, wpisać do księgi kondolencyjnej, popłakać razem.
Nie wierzyłam. Płakałam. Złościłam się. Pytałam. Czytałam. Rozmawiałam. „Psychologowie rozróżniają kilka faz żałoby. Pierwszą jest szok, potem zaprzeczenie, rozpacz, odczuwanie krzywdy i agresja, wreszcie reorganizacja.” Nie wiem, kiedy przejdę do tej ostatniej. Teoretycznie cały czas muszę być zorganizowana, bo życie trwa dalej, praca, dzieci, opiekunka, ale cały czas mam w głowie chaos i czuję się zagubiona.

***

Wieczne odpoczywanie racz Im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Im świeci na wieki wieków. Amen.

Tagi: , , ,

 
0

Przyszła wiosna baronowo

Królowa napisała 2 kwi, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wzloty. Upadki. Przyszła wiosna i rozłożyła mnie na łopatki. Kicham, mam katar, nie jem przez 4 dni, to znów rzucam się na jedzenie jak oszalała. Czuję się jakbym miała gorączkę, choć termometr twardo pokazuje normalną ciepłotę ciała. Chodzę regularnie pić i spotykać się z ciekawymi ludźmi, daje to pewne poczucie rytmu, poza tymi dniami rytm jest nierówny, zaburzony, chaotyczny. Od entuzjazmu i zapału po apatię, lęk, zagubienie. Ludzi się patrzą, ludzie dzwonią, ludzie mówią, proszą, dziękują, chcą wejść w interakcję, każda interakcja jest problematyczna, nigdy nie wiadomo, co się stanie. Giną mi rzeczy, zapodział się gdzieś pilot (i tak mało telewizji oglądam), zaginęła pewna ilość kolczyków, giną mmsy wysyłane na Blipa (ode mnie wychodzą, tam nie przychodzą, giną w nieokreślonej przestrzeni cyfrowej), znikają gumki i wsuwki do włosów, gubię rachubę czasu, gubię się w tym co czuję. Powoli zapominam, uczę się żyć bez, z, pomiędzy. Robię zdjęcia, piszę, dokumentuję, zbieram. Pracuję. Bywam niewidzialna wtedy (pozdro, Kali), oh, well. Bywa. Prowadzę rozmowy na Skype, które mają być flirtem, a rozwijają się w bardzo pouczające rozmowy o tematyce zupełnie mi obcej, więc się mnóstwa rzeczy uczę. Dobre to jest. Dobre i rozwijające.

Staram się. Jak najlepiej z mojego punktu widzenia. Chrzanić punkt widzenia innych, zawsze będzie ktoś, komu się nie spodoba. Robię sobie dobrze, bo siebie najbardziej kocham. O siebie najbardziej muszę dbać. Kochanie innych jest też dbaniem o siebie i kochaniem siebie.

I nigdy nie polubię pisania raportów

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Kłody pod nogi

Królowa napisała 11 lut, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czasem zdarza się taki dzień, albo i cały tydzień, że ciągle coś źle. Zaczęło się w poniedziałek. Niby miałam dzień wolny, ale w związku z tym zaplanowałam sporo rzeczy, których nie miałabym szans zrobić, gdybym pracowała. Wyrobić Kartę Miejską ze zdjęciem. Iść na pocztę. Do szewca. I tak dalej.
Zaczęło się od tego, że zabrakło wody. Potem zrobiłam zdjęcia, pojechałam z nimi do punktu MZK w metrze Centrum, gdzie się okazało, że awaria systemu i kartę można wyrobić tylko na Senatorskiej. Pojechałam tamże, wyrobiłam. Potem miałam do załatwienia pewną sprawę z eksem w salonie Orange. Przyszliśmy tam o 13.00, przed nami było w kolejce 14 osób, nasz numerem został wywołany o 15.20. Aż nie chce się komentować. Wróciłam do domu, złapałam dwa wielkie pudła, poszłam na pocztę je wysłać. Po 5 minutach okazało się że awaria systemu i nikt nic nie załatwi…
Następnego dnia dostałam telefon z przychodni, że wizyta córki u lekarza specjalisty i tak odległa w czasie z powodu urlopu lekarza musi zostać przełożona o jeszcze 2 tygodnie, bo pan sobie przedłużył urlop.
Wieczorem rozłożyłam sofę, żeby się z ulgą położyć i się zepsuła. Reklamację trzeba złożyć osobiście, a salon meblowy, gdzie była zamawiana jest na końcu świata.
Córka się pochorowała. Zrobiła mi się dziura w rękawiczce. Sama mam katar i pokasłuję. Kołorkerka wyjechała i mam dużo więcej roboty. Życie towarzyskie mi niemal zamarło, bo opiekunka do dzieci w Pradze. Google Buzz zaciąga mi jakieś stare wpisy ze stron, które mu dodam, a nie te aktualne.
Do końca tygodnia jeszcze 3 dni. Nie spodziewam się już, że któryś przejdzie mi ulgowo, bez co najmniej jednego złego zdarzenia.

Tagi: , ,

 
0

Chcę byś mnie MIAU

Królowa napisała 16 gru, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Dzwoni budzik. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się, maluję, wpuszczam do domu opiekunkę córki. Wychodzę, zaprowadzam syna do przedszkola i sama jadę do pracy. Identyfikator przy wejściu, winda, rozbieram się, włączam komputer, idę po gazety. Klik klik, logowanie, otwieranie zakładek, gazeta, kawa, pani Redaktor zaczyna dzień. Czytam, sprawdzam, kasuję, konwertuję, dzwonię, piszę, piszę, piszę.
Uczę się, pytam, sama uczę innych. Z identyfikatorem na szyi i portfelem w ręku biegnę na śniadanie, gdzie już kucharz wie co zamówię, po zjedzeniu idę do palarni, gdzie spotykam te same osoby, czasami mam wrażenie że my, palacze, jesteśmy idealnie zsynchronizowani, w tym samym czasie schodzimy zapalić, przy stolikach robimy to samo, czytamy te same gazety, które wcześniej kupiliśmy stojąc w tej samej kolejce w kiosku.
I znów klik, klik, wir, młyn, milion rzeczy naraz. Dużo ludzi, dużo dźwięków, zdejmuję i zakładam słuchawki, dzwonię, piszę, wpadam na świetne pomysły, kurwię na nienadążanie komputera za moimi myślami.
A potem wychodzę, otumaniona nadmiarem bodźców, informacji, przechodzę ostrożnie śliskim chodnikiem, z rozwianym włosem i rozchylonym płaszczem biegnę po tym odśnieżonym, bezpiecznym kawałku chodnika do Twojego samochodu, opadam z ulgą na miękkie siedzenie, ustawiam ogrzewanie pod siebie, przyciszam radio i opowiadam Ci o swoim dniu. I jedziemy, jedziemy. Do sklepu, do domu, do restauracji, do kina, gdziekolwiek. I mogę przestać być poważna, mogę przestać chodzić wyprostowana, choć i tak się dumnie prostuję pod Twoim pełnym podziwu i zachwytu spojrzeniem, choć nie wiem doprawdy skąd ono się bierze, w swoich oczach jestem wymięta i wyżęta przez korpo, zmęczona pracą, ale Ty sprawiasz, że czuję się znowu piękną, dojrzałą kobietą, odzyskuję siły, odzyskuję moc. Przestaję być panią Redaktor, jestem rozkosznym kociątkiem, które wieczorem wygodnie kładzie się na sofie z różowym laptopem i lampką wina, i jeszcze z Tobą rozmawia.
Małe kociątko, które trzeba podrapać za uszkiem.
A następnego dnia znów wstaję, biorę prysznic, budzę syna, ubieram się i idę się bić z całym światem, idę się rozwijać, męczyć, być_dumnym, czytać, pisać, narzekać na mało czasu…

(Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał)

Bo kochasz mnie Ty.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam.
Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam (sam sam sam sam sam sam sam)

Tagi: , , , ,