0

Małe przyzwyczajenia

Królowa napisała 3 kwi, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Było kiedyś takie powiedzenie „starokawalerskie nawyki”. Panieńskich nawyków się nie uświadczało, bo w czasach gdy wyrażenie powstało, panienki nie mieszkały same. Teraz jednak czasy się zmieniły, toteż ja mam panieńskie nawyki. Mieszkam może i nie sama, ale nieletni się dostosowują. Nawyki są różne, ustawianie pozmywanych naczyń na suszarce według specjalnego, mi tylko znanego klucza, wyrównywanie słoiczków na półce i książek, żeby stały równo (że już nie powiem o kolejności książek na półkach, ale czy to można nazwać nawykiem? każdy normalny człowiek ma jakiś porządek w biblioteczce). O tym, jakie mam nawyki, moje, własne, zakorzenione, wstydliwe (?) dowiaduję się też, gdy mam gościa. Szczególnie, gdy gość nocuje, zostaje dłużej, jest gościem z innego miasta i śpi i spędza dzień i tak dalej. Nagle się wtedy orientuję ile rzeczy lubię robić sama, albo tylko z dzieciakami i jak mnie wtedy czyjaś obecność… krępuje to za duże słowo, ale jest jakaś niekomfortowa. Kiedy powstrzymuję się przed czymś, „bo ktoś”. Bo nawet nie tyle mnie obchodzi „co on sobie pomyśli”, to akurat mam w nosie, ale chodzi o to, że to jest moje. Nasze. Nie chcę się dzielić. Jak tańczę z córką po kuchni do piosenek Florence and the Machine, to niepotrzebny nam ktoś obcy do tego. Tomek może popatrzeć, może się dołączyć – ale Tomek to rodzina. Wszyscy inni – czemuż mieliby oglądać nasze wirujące sukienki, rozwiane włosy, słuchać mojego fałszywego śpiewu i radosnego śmiechu Majki, a potem widzieć jak padamy na podłogę, zaśmiewając się szaleńczo? To nasze. Takie małe radości, małe rytuały rodzinne. Nie wiem, czy kiedyś będę w stanie wpuścić do nich. Na pewno nie do wszystkich. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś usłyszał, jak śpiewam, to mogłoby wywołać uszkodzenia słuchu czy coś ;)
Czy wy też tak macie? Rzeczy, które robicie tylko sami, nie dlatego, że akurat kogoś z wami nie ma, tylko właśnie dlatego, że nie ma? Coś, co teoretycznie nie jest niczym wstydliwym, ale jakoś tak… jest wasze i nie chcecie się dzielić. Albo jednak wstydliwe, więc seanse w rodzaju popcorn/chipsy+cola+głupie filmy urządzacie tylko jak jesteście sami w domu.
W bonusie (albo jako rekompensatę za to, że ten wpis to takie pleple bez większego sensu) – piosenka przy której dziś z Mają tańczyłyśmy do upadłego. Dosłownie upadłego :)

Tagi: , , , , ,

 
0

Daemons of the Night

Królowa napisała 31 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Na last.fm, serwisie społecznościowym dla fanów muzyki, należę do grupy „People who listen to music while they’re sleeping, especially at times when they…„. I owszem, słucham często muzyki leżąc w łóżku, w tym częściowo śpiąc. Bo bezsenność, to coś, co mi się przydarza, a jak już mam leżeć w łóżku przewracając się z boku na bok, to mogę to robić ze słuchawkami w uszach, przyjemniej, nie? A słuchanie muzyki w łóżku, po ciemku, w nocy to coś zupełnie innego niż w innych okolicznościach. Bo na ulicy odpalam iPoda żeby zagłuszyć muzyką żebraków, te bezczelne staruszki, które cię zachodzą niespodziewanie z żałośnie fałszywym tekstem, że chcą na bilet tramwajowy, żeby dojechać do Centrum. Żeby zagłuszyć wyjące dzieci. Gadających do siebie wariatów. Paplające nastolatki i paniusie po 40-stce. Napuszonych biznesmenów w tanich garniturkach. I tak dalej. (Tak, dobrze się wam wydaje, nie lubię ludzi). W pracy słuchawki na uszach pozwalają mi się trochę odciąć od papki z telewizora, skupić na własnym rytmie pracy. W pracy z domu to samo, nierzadka jest sytuacja, kiedy mam włączony telewizor z opcją „mute” i tylko zerkam na żółte paski, a w uszach mam zupełnie co innego niż głos prezenterki. A jak muzyka w domu, ale nie w czasie pracy, to wiadomo, do tego, żeby się milej ziemniory obierało. Albo żeby potańczyć z dziećmi. Albo w ogóle tylko dla dzieci (vide kultowe w rodzinie: „mamaaaa, puść rajsztajn”, dwuletniego Tomka). W każdym razie do muzyki, która gdzieś leci w tle życia rodzinnego się nie przykłada uwagi.

Natomiast jak się leży samemu w łóżku. I jest ciemno i wygodnie, więc się nie czuje żadnych bodźców, jedynie skupia uwagę na tym, co wlatuje do uszu. Wtedy – O, wtedy to co innego. Wtedy się okazuje, że płyta przesłuchana już wiele razy, polubiona, owszem, ale tak po prostu polubiona, podana w takich okolicznościach smakuje zupełnie inaczej. Inaczej działa. Wywołuje emocje, których się nie spodziewam. A że ja lubię emocje, karmię się nimi, żyć bez nich nie mogę. Nawet jak to strach.

I jako bonus. Nie każdemu podpasuje, wiem. I nikt tego nie odbierze tak samo jak ja. W tym w sumie cały urok muzyki, n’est-ce pas?

Tagi: , , , ,

 
0

Inner madness

Królowa napisała 30 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czasem przychodzi jak obezwładniająca, dusząca fala. I musisz to zrobić teraz, zaraz, natychmiast. Wyciągasz notes, zeszyt, luźne kartki, komórkę, laptopa. W domu, w metrze, w autobusie, w kawiarni. Zamieniasz myśli na słowa, zapisujesz je. I ulga. I oddech. I jest dobrze, wyrzuciłeś to z siebie, stworzyłeś zlepek słów – wiersz, post, kawałek prozy, nieważne jak to nazwą, jest twoje, jest ważne, było warto. Pisanie jest odpędzaniem demonów, które w Tobie siedzą.

***

Wracam z Zachęty, jest ciemno, zimno, wietrznie. Rysuję palcem serduszko na samochodzie, ciesząc się czerwienią lakieru, który zaczyna być widoczny spod śniegu. Przebiegam po białej kołderce leżącej na chodniku, wręcz wstyd mi, że psuję taką dziewiczą przestrzeń. Patrzę na płatki w moich włosach, na te spadające pod latarnią, w tle oświetlone okno starej kamienicy. Małe obrazki, zdjęcia, których nigdy nie zrobię, emocje, której ulecą. Mam swoją siłę, mam słowa, które mogę zapisać. Cieszy mnie kartka świąteczna w skrzynce – tej na listy, nie mailowej. Kładę się w domu, zwijam w kłębek na kanapie, słucham Nicka Cave’a, drzemię z kotem przytulonym do pleców. Mrucząca kulka ciepła.

***

Czekam na koniec roku, wbrew rozsądkowi i logice wierzę, że ten następny będzie lepszy. To głupie, bo tak naprawdę nic się magicznego nie dzieje, daty i tak się zmieniają codziennie, to tylko cyfry. Ale będzie lepiej, przecież musi.

Tagi: , , , , ,

 
0

I am woman

Królowa napisała 12 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

I am woman, hear me roar
In numbers too big to ignore
And I know too much to go back an’ pretend
’cause I’ve heard it all before
And I’ve been down there on the floor
No one’s ever gonna keep me down again

CHORUS
Oh yes I am wise
But it’s wisdom born of pain
Yes, I’ve paid the price
But look how much I gained
If I have to, I can do anything
I am strong (strong)
I am invincible (invincible)
I am woman

You can bend but never break me
’cause it only serves to make me
More determined to achieve my final goal
And I come back even stronger
Not a novice any longer
’cause you’ve deepened the conviction in my soul

CHORUS

I am woman watch me grow
See me standing toe to toe
As I spread my lovin’ arms across the land
But I’m still an embryo
With a long long way to go
Until I make my brother understand

Oh yes I am wise
But it’s wisdom born of pain
Yes, I’ve paid the price
But look how much I gained
If I have to I can face anything
I am strong (strong)
I am invincible (invincible)
I am woman
Oh, I am woman
I am invincible
I am strong

FADE
I am woman
I am invincible
I am strong
I am woman

Helen Reddy  „I am woman”

Tagi: ,

 
0

Zimowo

Królowa napisała 2 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Nie przepadałam nigdy jakoś szczególnie za bluesem. Ale ten kawałek mnie ujął. To, herbata karmelowa, czekolada, dużo poduszek i wielka kołdra, w którą można się zawinąć. Śnieg za oknem i w telewizji. A tu ciepło, spokojnie i przytulnie. Tak można spędzać zimę.

Panna Anna maluje paznokcie na czerwono, żeby rozgrzewać się kolorem, piecze, gotuje, pracuje i czeka na wiosnę otulona swoimi zapachami, smakami i ciepłem domowym.

Tagi: , ,

 
0

Lato! Słońce! Warzywa! Owoce!

Królowa napisała 17 cze, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Rzecz w tym, że można założyć bieliznę , sukienkę, sandałki i wyjść z domu. I że czereśnie. Truskawki.
Uwielbiam lato. Jestem tak ciepłoluba, że nie istnieje dla mnie pojęcie „za ciepło”. 36 stopni? Proszę bardzo! Więcej? Jasne, tylko jestem na stałe przyssana do płynów, najlepiej ice tea z lodem. Mogę wyjść z domu w przeciągu 20 sekund, bo tyle mi zajmie ubranie się i założenie sandałów. Jest mnóstwo owoców i warzyw, w tym takie, które tylko wtedy. Całodzienne jedzenie można załatwić samymi sałatkami. Dzisiaj tak zrobiłam… prawie cały dzień na samych sałatkach. Chciałam sobie wczoraj wieczorem zrobić taką sałatkę, jak przynosi do korpo Pan Kanapka, ale z różnych powodów wyszło mi zupełnie inaczej, a bardzo dobrze. Tamta zawiera ser żółty, kukurydzę, ananasa i majonez. Ja wrzuciłam do pojemniczka:
– kurczaka curry pozostałego po obiedzie (którego wcześniej pokroiłam w kostkę ok 1×1 cm, posypałam solą, pieprzem, curry, zostawiłam na pół godziny w przyprawach, usmażyłam)
– ser żółty starty na grubej tarce
– ananasa (też małe kawałeczki, lepsze jest z małymi)
– no i chciałam dorzucić kukurydzę, ale okazało się, że nie mam, to bez namysłu dodałam resztkę żółtej fasolki szparagowej pozostałej po obiedzie (tylko pokrojonej na kawałki max 2 m długości)
– i majonez. niedużo, bardzo niedużo.
Zmieszałam, przykryłam, zamknęłam na noc w lodówce, rano złapałam wybiegając z domu do pracy. Podjadałam ją przez godzinę i obyłam się bez obiadu w pracy :-) Sycące i smaczne.

A po pracy zamiast obiadu kolejna sałatka – tym razem proste caprese. Też powód do kochania lata, pomidory z mozarellą mogę jeść wtedy codziennie i często tak jest… przez miesiąc to stała część jadłospisu. Mam w domu doniczki z bazylią, urywam parę listków, odurzam się zapachem, posypuję pomidory świeżo zmielonym pieprzem i gruboziarnistą solą morską, mniam. I tylko muszę robić więcej, niż chcę, albo kryć się przed córką, bo też uwielbia mozarellę.

I fasolka szparagowa… Wczoraj była gorąca, dzisiaj rano w sałatce, dzisiaj chciałam jej nie kupować, poszłam do warzywniaka kupić tylko puszkę kukurydzy, podchodzę i mówię: dzień dobry, poproszę pół kilo żółtej fasolki… (orientuję się, co mówię)… yyyy, to znaczy nie, nie, fasolki… a zresztą… no tak, tak, niech pani nasypie. I ugotowane pół kilo fasolki wyłożyłam na wielki talerz, polałam bułką tartą z masełkiem i wrąbaliśmy razem z dziećmi. Zajęło nam to równe 8 minut., a i to dlatego, że na początku była gorąca i trzeba było powoli jeść. I to niesprawiedliwe, że gotuje się 3 albo i 4 razy dłużej :D

Tanieje bób, już bym ugotowała dzisiaj, gdyby nie złe ludzie, co mi z warzywniaka wykupiły. Kupiłam za to cukinię na pocieszenie.
I tak chodzę po słonecznych ulicach, ciesząc się latem, wystawiam pyszczek do słońca, objadam się sezonowymi warzywami, mam w domu na stałe otwarte okna… więc wpada mi przez nie hałas z ulicy, ale to nic, po stokroć to wolę, niż kulenie się z zimna przy kaloryferze. A teraz jeszcze wieczorami Desperadosik, meczyk, mundial trwa i jest coraz dziwniej i zdziwniej chwilami (Meksyk?? Z Francją? Żabojady już do domu???). Łapię te miłe chwile, zbieram wspomnienia, zamykam w słoiczkach. Półeczka podpisana „nostalgia” jest długa i pojemna. Będzie na potem.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Za dużo polityki, za mało muzyki, czyli recenzja "Beats of freedom"

Królowa napisała 21 mar, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wybrałam się ostatnio z rodzicami do kina na „Rewers”. Zacny film, genialne zdjęcia, tylko nieco uroku odebrało mu to, że kino, w którym byliśmy średnio radziło sobie z dźwiękiem dolby surround, czy jak mu tam i znienacka z któregoś głośnika z boku rozlegał się głos aktora, znacznie głośniejszy, przeszkadzało to skupić się na filmie. Zatem przy następnym wyjściu do kina wybrałam Kinotekę, gdzie zawsze dźwięk jest świetny. A jak kino z dobrym dźwiękiem, to może film o muzyce, czyli „Beats of freedom” – dokument o polskiej scenie muzycznej od czasów powojennych do końca 80′. Właściwie to początek sugerował, że od lat powojennych, bo pierwsze zdania były o latach 50′, ale jednak zaraz był błyskawiczny przeskok do 1967 roku. Pomysł fajny, warto zobaczyć, tylko jak na film dla Polaków to za bardzo był w nim nakreślony aspekt historyczny, za dużo obrazków z manifestacji, pałowania, pochodów pierwszomajowych, strajków i tak dalej. My to wiemy, znamy, nie potrzebujemy aż tyle. Jak na film dla zagranicy – owszem, potrzebne było aż tyle. Ja chciałam więcej muzyki, bo o pustych półkach w sklepach wiem, nawet z własnych wspomnień.

Zastanawiające też, że zupełnie nie było odniesień do muzyki z USA, jak narrator opisywał, co się działo w muzyce na świecie za żelazną kurtyną i jak to wpływało na muzykę w Polsce, skupiał się tylko na Europie, a właściwie na Wielkiej Brytanii. Ani słowa o Woodstocku, nie wiem dlaczego.
Za to co było siłą tego filmu to raz, cytowane fragmenty z raportów UB o festiwalu w Jarocinie, o subkulturach, o aresztowaniu Skiby rozdającego ulotki, dwa anegdotki i opowieści o sposobach na obchodzenie cenzury w tekstach piosenek, o radzeniu sobie z brakiem pieniędzy, o tej walce z komunizmem. Opowieść Hołdysa o tym, jak to wszedł do sklepu mięsnego, podszedł do lady „tylko zobaczyć co jest”, a ludność z gigantycznej kolejki uznała, że oto pan gwiazdor nie chce stać i się wpycha i go za to zrugała niewybrednymi słowami. I opowieść Marka Niedźwieckiego, jak to zabroniono mu nagle puszczać Maanam w Trójce, a on zrobił tak, że niby nie puszczał, ale puszczał, w czym władze się nie zorientowały, a ludzie tak. I konstruktora wzmacniaczy, jak z garnka robiono wzmacniacz. Bardzo, bardzo na plus.

A po kinie poszliśmy z kolegą ulicami Warszawy, w lekko siąpiącym wiosennym deszczyku, robiąc po drodze mnóstwo zdjęć szablonów na murach, gołębi na drzewie, fragmentów architektury PKiN i placu Konstytucji… Niczym dwoje japońskich turystów, żonglowaliśmy 3 różnego rodzaju aparatami fotograficznymi i tylko pokazywaliśmy sobie nawzajem ciekawe kadry. Miły spacer, miły dzień, rozpoczęty od dwóch godzin nauki parkowania i potem śniadanka na mieście (tarta z warzywami i boczkiem w Green Coffee – bdb, polecam).

Tagi: , , , ,