0

Jakiego języka używamy, tacy jesteśmy

Królowa napisała 20 paź, 2014 w kategoriach Bez kategorii

„- Sekretarz brzmi poważnie, a sekretarka jakoś podrzędnie.

– Niestety. Należy zmieniać język, bo to on jest medium, w którym rozstrzyga się kształt naszego społeczeństwa. Oczywiście rozpowszechnienie form żeńskich nie jest w stanie znieść strukturalnej nierówności między płciami, ale może okazać się pierwszym krokiem w tym kierunku. Jeżeli chcemy równouprawnienia, walczmy też o słowa. Jaki mamy język, takie społeczeństwo. Jakiego języka używamy, tacy jesteśmy. Amerykańscy językoznawcy ze szkoły kognitywnej, których lubię czytać, uważają, że świat człowieka składa się z metafor, które w jakiejś mierze wyznaczają nasze sposoby działania. Myślimy słowami, obrazami, metaforami.

Świat ulepiony jest ze słów?

– Ludwig Wittgenstein, geniusz filozofii, mówił, że granice mojego języka są granicami mojego świata. Martin Heidegger, wielki mędrzec, pisał, że to nie ja władam językiem, ale język włada mną Można ciągnąć tę listę. Jeśli chcemy zrozumieć swoją sytuację we współczesnym świecie, musimy zacząć od języka – i to nie tylko tego właściwego tzw. kulturze wyższej, lecz także tego używanego na co dzień

To jest doskonały moim zdaniem cytat z rozmowy z Janem Burzyńskim,  jednym z pomysłodawców i założycieli Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego. Cała rozmowa jest bardzo ciekawa, a te słowa szczególnie mnie zachwyciły. Bo też uważam, że tak jest. I dlatego tak zdecydowanie reaguję, gdy ktoś używa pewnych słów w pewnym kontekście, nawet jako żart. Przeczytanie tego wywiadu splotło mi się w czasie z przeczytaniem na Facebooku postu: „Kobiety mojego życia zawsze były obok, wspierały. Mówi się, że facet jest głową rodziny, kobieta zaś szyją, która głowę trzyma w pionie i nią kręci. Faktycznie tak jest?”. Dalej we wpisie był link do postu, postu, w którym nie znalazłam bezpośredniego nawiązania do tego powiedzonka o głowie, nawet jeśli by było – to nieistotne. Istotne jest samo stwierdzenie, które ostro skrytykowałam i krytykować będę. Gdyż, jak widać jasno w przytoczonych cytatach z wywiadu z panem Burzyńskim, nie jestem odosobniona w mojej opinii, że język kształtuje nasz świat. Mamy XXI wiek, wypowiadam się z perspektywy kobiety żyjącej w demokratycznym, europejskim kraju – nie ma „głów rodziny”. Nie ma „szyj”. Są równorzędni ludzie, tworzący związki, będący partnerami, będący w równej pozycji. Tak, żyję w bańce, tak, chciałabym, żeby ta bańka rozprzestrzeniła się na wszystkich ludzi. To nie jest „takie sobie powiedzonko”. To jest szkodliwe powiedzonko, tak samo szkodliwe jak „żarciki” o miejscu kobiety w kuchni. Tak samo szkodliwe jak powiedzonka: „prawdziwy facet nie płacze” albo „prawdziwy facet umie dać komuś w mordę”. Tak, mamy XXI wiek, wiemy już, że mężczyźni mogą być wrażliwi, a kobiety mieć większe aspiracje niż wychowywanie dzieci i gotowanie obiadów. Tak, nie tolerujemy „głów rodziny”, które rządzą, dominują i decydują. Nie tolerujemy ułudy władzy wynikającej z rzekomego bycia „szyją rodziny”. Bo to, w samej swojej istocie, zakłada jakieś podstępne sterowanie Mężczyzną, Który Ma Władzę. Zakłada, że nie ma dwóch głów, tylko jest głowa, Pan i Władca oraz słaba kobieta, która jakimiś sztuczkami manipuluje i kieruje nim. Żadna z tych sytuacji nie jest komfortowa. Ani dla kobiet ani dla mężczyzn. Bo zarówno kobiety, jak i mężczyźni uczą się, pracują, zakładają rodziny – i są odpowiedzialni za swoje życie. I mogą tworzyć normalną rodzinę, w której wspólnie podejmuje się decyzje. W której rządą oboje – i w której nik nie jest władcą absolutnym. Nie ma głów ani szyj. Jest dwójka dorosłych, pełnoletnich ludzi, która potrafi ze sobą rozmawiać, dyskutować, ustalać. I obyśmy wszyscy mieli takie związki. Bo mamy do tego prawo, mamy możliwości. Nie wpychajmy się sami w przestarzałe, stereotypowe idiotyzmy. Twórzmy razem lepszą rzeczywistość.

Tagi: , , , , ,

 
0

Lubię, kiedy kobieta (omujborze, cojaczytam, japierdolę)

Królowa napisała 15 cze, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Trafiłam na fejsie na zalajkowaną przez kogoś notkę Segritty o wzniosłym tytule „Lubię, kiedy mężczyzna”. I gdzieś to mam, że nawiązanie do Przerwa-Tetmajera, bloga Segritty czytałam kilka razy i zawsze miałam go za bloga Kobiety, Która Ma Poglądy i nie boi się ich wyrażać, nawet jeśli są kontrowersyjne albo niepasujące do ogólnie przyjętego wzorca. I nagle na tym blogu trafiam na słodkopierdzącą notkę, w której autorka wychwala zalety swojego chłopaka (partnera, męża, kochanka, samca, chujmnietoobchodzi kogo formalnie) w odniesieniu do swoich oczekiwań. Ależ proszę bardzo, jej samiec, jej upodobania, zajebiście, że się dogadują, acz rozczarowanie, że nagle trafiam na tym blogu na notkę Szczęśliwej Mężatki*

*Szczęśliwa Mężatka to określenie z książki „Dziennik Bridget Jones”, jest to zatem określenie nieco hermetyczne, jak ktoś czytał, to wie, jak nie czytał, to nie wie, kieruję swoje słowa do osób, które czytały, jak ktoś nie rozumie,  jego strata.

No ale cóż, to rozczarowanie do przebolenia, gorzej, że okazuje się, że notka wywołała reperkusje u Astragalizo i Szwedzkiego, którzy poczuli się zobowiązani do ironicznego skomentowania nociałki. No i po co, ja się pytam, po co? Na cóż tu zgryźliwe stwierdzenie, że wyjadanie komuś oliwek z pizzy to „okazjonalne zapamiętywanie upodobań”, toż Segritta pisze o swoim księciu na białym koniu i nie widzę w jej notce ambicji przenoszenia tego na ogólne zasady funkcjonowania związku. No tak, ona lubi jak się jej wyjada oliwki z pizzy i nie proponuje jej piwa, ja bym dostała piany za próbę kradzieży choćby jednej oliwki z mojego kawałka pizzy i próbę pozbawienia mnie piwa, noicoztego. Smutna nieco jest notka pierwotna, bo, jak pisałam, na tym blogu oczekiwałam błyskotliwych uwag o charakterze ogólnym, a nie wynurzeń „lubię jak on nosi koszule”, ale jeszcze smutniejsze jest, że ktoś uznał, że na takie pienia o Mężczyźnie Swojego Życia musi pierdolnąć kontrnotkę wykazującą, jak złe są te konkretne oczekiwania jakiejś laski, no bo przecież każdy powinien na blogasku pisać o ogólnych zasadach i broń boże o personalnych doświadczeniach. No ma taka Segritta tak, że nie lubi oliwek, jest to z mojego punktu widzenia smutne, ale czy aż tak, że należy się zapienić i wykazać jej, jak bardzo to jest złe? A niechże sobie każdy lubi to, co lubi, czemuż ja mam reagować na opowieści o czyichś gustach kulinarnych? Z czego tu w ogóle robić dramę? Z faktu, że ktoś docenia, że jej miś ją drapie po plecach? A niech sobie docenia, co mnie to? Podzielam – no spoko, ale nie oceniam swoich upodobań jako dobre, bo „ktoś ma tak samo, hurra”. Nie podzielam? Wzruszam ramionami i idę dalej, #comnietoobchodzi.

Tagi: , , , ,

 
0

Mnogości

Królowa napisała 5 maj, 2011 w kategoriach Bez kategorii

– Więc, wybacz mi znowu ten zwrot, mogłabym mieć mężczyzn. Kobieta,
jeżeli nie jest szczególnie upośledzona przez los, a już jeżeli jest jako
tako ładna, może mieć bez większego trudu każdego mężczyznę…
/…/
– Ale nie chcę. Bo jeszcze więcej niż tej gry, wiesz, to brzydzę się
mnogości. Wielości. Brzydzę się. Fizycznie i nie tylko fizycznie. Ja nie
jestem wieloma kobietami. Jestem jedną kobietą i chcę być jedną. I nie
chcę wielu mężczyzn. Chcę jednego. Chciałabym. Rozmawiam nieraz z
koleżankami, tak ogólnie, ale trochę też o tym, i one mówią: „Trzeba
mieć zdrowy stosunek do tych spraw”. Zdrowy stosunek według nich to
spać z każdym mężczyzną, który się podoba, który jest przystojny albo
miły, ujmujący, albo który kobiecie czymś imponuje, szybką jazdą na
motorze, szampańskim wydawaniem pieniędzy albo grą na gitarze, albo
czymś w tym rodzaju. Jeżeli to jest zdrowy stosunek, to mój jest chory. Ale
ja nie myślę, że mój Jest chory. Nie mogę, a nawet gdybym mogła, nie
chcę spać z wieloma mężczyznami, z drugim, trzecim, piątym. Z jednym
chciałabym. I nawet tańczyć nie chcę z wieloma. Nic chcę się ocierać o wiele
męskich ciał. Nie wiem, co o tym pomyślisz, ale powiem ci, że ja nie widzę
dużej różnicy pomiędzy zatańczeniem z mężczyzną a położeniem się z
nim do łóżka. Na pewno można na to spojrzeć inaczej, nie tak drastycznie,
jak powiedziałaby moja koleżanka, ale ja tak to widzę i mówię ci to, bo
chcę ci powiedzieć. Żebyś wiedział o mnie. Choć ja o tobie to, tak
naprawdę, nie wiem nic. Widzę cię po raz drugi w życiu i wszystko, co
myślę o tobie, to sobie wyobraziłam.

Edward Stachura „Pokocham ją siłą woli”

Tagi: , ,

 
0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Głupie riposty są głupie

Królowa napisała 27 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

– Jestem singielką.
– Ale masz dwójkę fajnych dzieci.

Czy ktoś mi wyjaśni znaczenie tego dialogu? Bo ja, szczerze mówiąc, nie rozumiem. Czy fakt, że potomek/potomstwo, a partner życiowy to dwie różne rzeczy, zupełnie inny rodzaj związków międzyludzkich jest tak trudny do zrozumienia? Jaka ma być koleracja między dziećmi a facetem/kobietą? Dzieci to erzac partnera? Srsly?
IMHO równie dobrze można by powiedzieć: „ale masz fajnego iPada”, równie absurdalne porównanie. Dzieci się wychowuje. Partnera nie. Dzieci się wyprowadzą z domu (a przynajmniej powinny) w stosownym wieku, partner (teoretycznie) ma być na stałe. Z dziećmi (małymi) się nie ustala planów życiowych, nie konsultuje zakupów, przeprowadzek, zmian pracy i innych ważnych zmian w życiu rodziny. Z dziećmi się nie uprawia seksu. I tak dalej, i tak dalej.
Jak więc można na czyjeś stwierdzenie o braku PARTNERA, odpowiadać że przecież ma DZIECI? Co ma piernik do wiatraka?

Tagi: , , , , ,

 
0

Lato w pigułce

Królowa napisała 23 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Przechodzę często koło „Planu B/Powiększenia” na Placu Zbawiciela. Im bardziej mokro, zimno i wietrznie, tym częściej mijanie tego klubu jest dla mnie okazją do krótkiego wspomnienia. Takie obrazki – jest ciepło, bardzo, jest noc, ja i Max stoimy tam w tłumie różnych wesołych, wyluzowanych ludzi, popijamy piwo z plastikowego kubka, gadamy z jakimś człowiekiem pytając, gdzie dzisiaj można potańczyć. On się zastanawia, my jeszcze w międzyczasie wyciągamy komórki, oczywiście każde z nas ma wypasionego smartfona, więc wchodzimy w internet i sprawdzamy klubowy rozkład jazdy. W końcu poszliśmy bodajże do Obiektu Znalezionego, ale to w sumie było mało istotne. Istotne było, że był taki cudowny letni wieczór, nikt się nigdzie nie spieszył, tramwaje toczyły się przez zmęczone upałem miasto, ja szłam i radośnie stukałam obcasami, Max opowiadał coś o buddyzmie, ciągle zmieniały nam się plany i pomysły, ale nikt z tego powodu się nie denerwował. Cała Warszawa była nasza. Pamiętam jak spotkaliśmy jakiegoś dziennikarza z Rosji, który przyjechał do Polski zrobić wywiad z głównym kandydatem na nowego prezydenta, po tym, jak obecny zginął. Zagadnął nas, gdzie tu można się napić, a jak go doprowadziliśmy w podziemia Zachęty, to zamówił przy barze „najmocniejszego drinka, jakiego macie”.
Było ciepło, był chillout i beztroska. Jakby udało się stworzyć pigułkę, ze wszystkimi tymi elementami, ilość ludzi zapadających na depresje jesienno-zimowe znacznie by się zmniejszyła. Ale może mi się właśnie udało? Stworzyć ją we własnej głowie? Zlepić ze wspomnień, myśli, marzeń?

Jakby to nie wystarczyło, to będę piec. Muffinki, pierniczki, chlebki dyniowe. Dużo, dużo dobrych rzeczy. Wracanie do domu, w którym pachnie ciastem, to zupełnie inna jakość życia.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Game over

Królowa napisała 20 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Znów dałam się nabrać, znów wydawało mi się, że kogoś znam, a znów ktoś okazał się dupkiem. W zasadzie jestem przyzwyczajona, ale to za każdym razem przykre i żałosne. Najbardziej żałosne jest, jak ktoś oszukuje nie tylko innych, ale i samego siebie, n’est-ce pas? Przykre, gdy się ufało, lubiło i szanowało, a teraz to wszystko uleciało. Bo nie da się szanować tchórzy i kłamców.
Pieprzyć to. Nie żebym podzielała wszystkie poglądy z tego monologu, ale dobry jest. A ja wracam oglądać „Weeds”, Nancy Botwin jest naprawdę pokrzepiająca ze swoją niesamowitą siłą i umiejętnością poradzenia sobie w każdej sytuacji, z każdym gównem, które przyniesie życie.

Tagi: , ,

 
0

W co się bawić mając manicure?

Królowa napisała 9 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czas jakiś temu przeczytałam  rozmowę dotyczącą seksualizacji dzieci. Pani psycholog/seksuolog/prawnik tłumaczyła tam, jak bardzo złe jest pozwalanie córkom na naśladowanie życia matki we wszystkich aspektach, gdyż przez to można skrzywdzić dziecko, pokazując mu, że uroda jest zbyt ważna. Pada tam między innymi takie zdanie:

Można się kilka razy pobawić w robienie manicure. Tłumacząc przy okazji, że w pomalowanych paznokciach nie można wykonywać wielu czynności, bo lakier zejdzie. Odpada na przykład zabawa w piasku. Warto pokazać dziecku, że manicure niesie ze sobą pewne ograniczenia. I koniecznie potraktować go jako zabawę, a nie część standardowych zabiegów pielęgnacyjnych.

No i się zdziwiłam. Bo nigdy nie traktowałam pomalowanych paznokci jako przeszkodę w czymkolwiek – owszem, tuż po nałożeniu lakieru nie można zbyt intensywnie używać rąk, bo można łatwo zniszczyć to, co zostało właśnie zrobione, no ale doprawdy, mówimy o maksymalnie godzinie. Potem już można żyć normalnie, chyba że się ma liczną służbę. Ale ja nie mam więc trzeba pozmywać, zrobić pranie, wymienić żwirek w kociej kuwecie – no to trzeba, samo się nie zrobi. I czemu mają mi w tym przeszkadzać ładne paznokcie? Lakier odpryśnie? To zmyję albo pomaluję drugi raz, proste. I tak, zdarzyło mi się pomalować parę razy paznokcie córce – bardzo chciała tak samo jak mama. Miałyśmy obie stopy z czerwonymi paznokciami, oglądałyśmy je sobie śmiejąc się wesoło. Czy mówiłam córce, że nie może czegoś robić, bo jej lakier zejdzie? Czy sama sobie to mówię? Skądże! To nie lakier rządzi moimi paznokciami, to ja nimi rządzę. Mamy takie ograniczenia, jakie sobie sami narzucamy, jeśli ktoś nie może się bawić w piasku z dzieckiem bo mu lakier zejdzie, to cóż, przykre, że władzę nad nim ma odrobina kolorowego płynu.

W rozmowie padło też, że nie można sugerować dziewczynkom, że skoro są ładne, to będzie im łatwiej w życiu. Że to, że liczy się pierwsze wrażenie to szkodliwy stereotyp, z którym trzeba walczyć. Że stwierdzenie: „Wykorzystaj swoją urodę”, /…/ to nic innego jak: „Manipuluj swą urodą, uwodź mężczyzn, by ich zdobyć i dzięki temu zyskać pozycję, stanowisko i wszelkie dobra”. A przecież, mówi pani seksuolog, „nadmiar adoratorów wcale nie jest taki przyjemny i na pewno nie jest gwarancją szczęścia.”
Hm. Trochę przerysowane, a trochę zalatuje hipokryzją z drugiej strony. Bo jest prawdą, że do ładnej osoby częściej ludzie lgną  – choć tu pytanie co to znaczy „ładnej”, w rozmowie tego nie ma, a przecież bycie ładnym, to nie musi być wygląd … (no właśnie, jaki? jest jakiś wzorzec z Sevres?). Wiele jest czynników determinujących czy się o kimś powie, że jest ładny czy nie. Jest też prawdą, że ktoś może zupełnie nie przyciągać wyglądem, a głosem, talentem, ciepłem, inteligencją, itd, itp, wiadomo. Nadmiar adoratorów nie jest gwarancją szczęścia, może nie być przyjemny, ale zdecydowanie nie zauważyłam żeby ich brak był przyjemny i interesujący. Pozycję, stanowisko i dobra powinno się zdobywać własną ciężką pracą, ale powiedzmy szczerze – fakt, że ktoś ma ładną fryzurę, dobrze się ubiera (ładnie i stosownie do okoliczności), uśmiecha miło – nie przeszkadza. Nie chodzi o to, żeby robić karierę przez łóżko, ale też nie mówmy, że uroda nie ma znaczenia. Bo moim zdaniem to nie stereotyp, a czysta, brutalna prawda.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Zniewolona przez kokardkę na majtkach

Królowa napisała 5 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Fascynują mnie niektóre pomysły feministek. Przeczytałam dzisiaj tekst, po którym serio się przez chwilę zastanawiałam co trzeba jeść/pić/łykać, żeby wymyślać takie rzeczy. Dowiedziałam się otóż, że kokardki na majtkach są symbolem degradacji i uprzedmiotowienia kobiet. Bo, nieprawdaż, kokardkę, to się na prezencie zawiązuje, a majtki powinny być ciepłe i wygodne, broń Boże cieszące oko właścicielki i mężczyzn. Podobanie się mężczyznom jest wszak tak niefeministyczne, wstrętne i zniewalające.
A ja nie wiedziałam, Wysoki Sądzie, Szanowne Panie Feministki, przepraszam najmocniej, zhańbiłam się majtkami z H&M, które wprawdzie były tanie, ale za to z malutkimi kokardkami, prawie niewidocznymi, ale są tam, są, moja wina, kupiłam dowód zniewolenia kobiet. Nie wiem co z majtkami z cekinkami i motylkiem, kokardki na nich nie ma, więc może te są dobre? A co z tymi z wiązaniem z tyłu, wiązanie trzeba zawiązać na kokardkę, ale ja mogę na supełek, wprawdzie nie rozwiążę, ale za to nie będzie wstrętnej kokardki, już wiem, że kokardka jest fuj. Kokardka sprawia, że nie dysponuję własnym życiem, jestem zależna od mężczyzn, zinfantylizowana. Upupiona. Dosłownie.
Na szczęście, Wysoki Sądzie Feministyczny, mam więcej majtek bez kokardek. Mam nawet takie bez żadnych ozdób, ciepłe, wygodne, aseksualne. Będę je nosić, obiecuję solennie nie wyglądać jak prezent dla mężczyzn, jak zabawka. Przecież to musi być nasz wspólny cel, nasz postulat, nasza Sprawa. Trzeba koniecznie zorganizować Manifę przeciwko majtkom z kokardkami. Pisać listy protestacyjne do producentów! Pozwać ich do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej! Majtki bez kokardek to sprawa narodowa, obowiązkiem każdej wyzwolonej kobiety jest protestować przeciwko zniewoleniu przez tę wstrętną ozdobę bielizny! Precz z kokardkami, precz z męską dominacją!

Tagi: , , , ,

 
0

Wychowywanie dorosłych?

Królowa napisała 26 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wdałam się w dyskusję, w której usłyszałam takie oto zdanie: „w każdym związku się partnerzy wzajemnie wychowują”. Przedtem, w innej rozmowie, z klawiatury tej samej osoby padło stwierdzenie: „chłopów to naprawdę trzeba jakoś przetresować.” Zaoponowałam przeciwko takiemu stawianiu sprawy i usłyszałam, że jestem „młoda i naiwna”. Hm, really? Może się czepiam sformułowania, łapię za słówka. Może jestem spaczona po związku, w którym to mnie facet chciał „wychować”, ba, użył takiego właśnie sformułowania mówiąc do moich rodziców: „ja ją sobie wychowam”. I wychowywał, gnoił mnie za niesmakujący mu obiad, choć za smakujący nie chwalił. Mam po tym uraz, tyle słyszałam słów krytyki, że niedobre, niesmaczne, za mało, zbyt niskokaloryczne, nieodpowiednie, że teraz, gdy znów jestem w związku i spieprzę obiad, od razu się czuję z tym źle, od razu jestem na siebie zła, spodziewam się krytyki, mam poczucie porażki. Ta krytyka nie pada, albo pada w delikatnej, żartobliwej formie, nie innej niż krytyka czegoś innego, o którą się nie obrażam, tylko śmieję razem z partnerem, więc widzę, że problem w moim podejściu i muszę sobie sama z tym poradzić. A mi trudno, Minęło już tyle czasu, a to gotowanie dla kogoś mnie stresuje, jak mieszkałam sama z dziećmi, to nie miałam takiego problemu, w ogóle o tym nie myślałam, sądziłam, że trauma minęła. A nie minęła, stoję przy tej kuchence i się denerwuję, że coś nie wyjdzie, że muszę się sprawdzić, że nie mogę sobie pozwolić na porażkę… oczywiście to tylko zwiększa prawdopodobieństwo tej porażki, ale nie umiem ot tak wyłączyć tego,  co mi wpojono. Jak mnie „wychowano”.
Wychowuje się dziecko. I to głównie małe, większe już ma wpojone wzorce zachowań i z każdą chwilą coraz mniej da się zrobić, coraz mniejszy się ma na nie wpływ. Dorosły jest, jaki jest, oczywiście, że w związku trzeba „się dogadać”. Wypracować kompromisy, podział obowiązków, umieć rozwiązywać konflikty. Ale to jest rozmowa, to są dyskusje, a nie „przetresowanie”. Ludzie się zasadniczo nie zmieniają, jak ktoś przed ślubem gwiżdże sobie na wszystkie obowiązki domowe, to po ślubie nie zmieni się magicznie. Można (trzeba!) rozmawiać, ale nie da się dorosłego człowieka wychować. A jeśli się celowo próbuje to zrobić, to może się to skończyć tak, jak u mnie. Uciekłam, a i tak jestem poraniona, muszę walczyć z tym, co mi wpajano – że jestem beznadziejna, jeżeli ugotuję coś, co się nie spodoba Panu i Władcy. Z niskim poczuciem wartości zaszczepionym przez „ty tylko siedzisz w domu z dzieckiem i nic nie robisz, mogłabyś się postarać, bo ja ciężko pracuję”. Teraz nie jestem w ciąży, sama ciężko pracuję, wiem, że nie tylko ja muszę gotować i robić resztę tego całego „domowego etatu”, a jednak jak mi nie wyjdą skrzydełka, to czuję się paskudnie.
Nie „wychowujmy się”, nie „tresujmy” czy to „chłopa” czy „baby”. To nie jest dobre.
A może się czepiam, może takie mówienie nie jest niczym szkodliwym i „jest wychowywanie i jest wychowywanie”? Co sądzicie?

Tagi: , , , , , ,