0

Brzydkie słowa, brzydki świat

Królowa napisała 4 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Wiele jest rzeczy, które nas denerwują w tak zwanym „dzisiejszym świecie”. Narzekamy, ustnie, pisemnie, jednak niewiele zmieniamy. A są rzeczy, które dość łatwo zmienić. Przeczytałam ostatnio opowieść polskiego pisarza, który wzburzony pewną sytuacją na jego osiedlowym podwórku zwrócił się do obcego dziecka wulgarnymi słowami. Na słowa zareagował ojciec rzeczonego dziecka, konflikt eskalował do tego stopnia, że w sprawę była zamieszana policja. Ostatecznie sprawa skończyła się pokojowo, ale zastanowiło mnie to, że w toczonej publicznie dyskusji na temat tego zdarzenia mało kto zwracał uwagę na sam początek – czyli na niekulturalne zwrócenie uwagi dziecku. Dzieci mają do siebie to, że się uczą świata. To, jakimi dorosłymi zostają, to, jakimi wartościami się kierują w dorosłym życiu, to jakiego języka używają, zależy od nas – dorosłych. Kształtowanie się człowieka zaczyna się w domu rodzinnym. Potem dochodzą oczywiście rówieśnicy – jednak oni też początkowe wzorce czerpią od rodziców. Otoczenie – media, kultura, sztuka – to już wszystko tworzone przez dorosłych, to oni mają wpływ na to, jaki z tych źródeł płynie przekaz.

A ten przekaz wydaje mi się być coraz bardziej wulgarny i spłycony. Dziecko obserwuje świat dorosłych i widzi, że użycie „kurwy”, „chuja” czy „pierdolenia” jest na porządku dziennym. Takich słów używa rodzic, takich słów używają ludzie z różnych środowisk, takie słowa są coraz silniej obecne w życiu codziennym. Również w internecie, który przecież staje się bardzo bliskim coraz to młodszym dzieciom medium. Nieistotne jest już to, że są filtry wulgaryzmów czy możliwość blokowania stron – to po pierwsze nie zawsze skuteczne mechanizmy, po drugie jednak nie żyjemy w internecie, a na ulicy nie można dziecku włączyć filtra na określone słowa.

Jeszcze kilkanaście lat temu, może kilkadziesiąt funkcjonowało przekonanie o tym, że to „niziny społeczne” używają wulgaryzmów często i bez ograniczeń. Teraz zaczepiający mnie na ulicy bezdomni pytają mnie uprzejmie „Księżniczko, czy poczęstuje pani papierosem?”, a to u ludzi uważanych za elity kraju słyszę kurwy i chuje. Idę po ulicy – mijają mnie dobrze ubrani ludzie wykrzykujący do telefonów potoki wulgaryzmów. Zaglądam do prasy, a tam historia dyrektorki teatru, która papieża nazywa chujem oraz Katarzyna W., która „wychujała” organy ścigania. Blog technologiczny – „bądź kurwa ostry jak brzytwa”. Portale społecznościowe – „zimo wypierdalaj”. I tak dalej i tak dalej, artyści, dziennikarze, ludzie kultury, biznesmeni, politycy – „Taka, kurwa, konwencja”, dowiaduję się z tygodnika uważającego się za opiniotwórczy.

Gdy byłam dzieckiem poznałam oczywiście w pewnym momencie wulgarne słowa. Poznałam je i dowiadywałam się, że owszem, takie słowa istnieją, ale człowiek kulturalny, wykształcony, szanujący innych i chciany być szanowany nie powinien ich używać. A jeśli już, to w wyjątkowych sytuacjach i jeśli miał świadków – powinien przeprosić. Dziś sama jestem rodzicem i takie same wartości próbuję przekazywać moim dzieciom. Ale czuję się coraz bardziej bezradna, bo choć wciąż to ja jestem dla moich dzieci największym autorytetem, to jednak dostają one coraz więcej bodźców ze świata zewnętrznego, gdzie bynajmniej te zasady nie są stosowane. Dorośli coraz śmielej dają sobie przyzwolenie na to by rzucać kurwami w każdych okolicznościach, bo przecież „wszyscy tak robią”.

Otóż sprzeciwiam się. Nie chcę, by moje dzieci dorastały w takim świecie. Nie chcę, by te wulgarne, brzydkie słowa otaczały je na każdym kroku. Sama oczywiście nie jestem bez winy, sama zaczęłam wpadać w trend zastępowania wielu słów kurwami. Toteż pracuję nad sobą. To nie jest łatwe, nigdy nie było i nie będzie, ale gryzę się w język. Zastępuję kurwę kurczęciem albo innym słowem lub milczę w ogóle. Gwiazdkuję kawałek słowa albo w ogóle go nie używam. Staram się kulturalnie przekonywać do używania kulturalnych słów. Nie przeklinam w rozmowie z Tobą – ty też nie mów do mnie przekleństwami. To takie proste, podstawowa zasada „traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany”.

Wracając do sprawy pisarza, który zwyzywał dziecko – gdy już opisał on zakończenie historii, kiedy to finałem było wspólne budowanie w zgodzie i sympatii, spytałam na koniec dyskusji, czy nie uważa w takim razie, że na przyszłość lepiej wyjaśnianie konfliktów zaczynać od spokojnej rozmowy bez wyzwisk. Odpowiedział, że nie wydaje mu się. I zrobiło mi się smutno. Bo jeśli pisarz – w świecie moich wartości wciąż jeszcze człowiek, który w pewien sposób wyznacza szlaki, kształtuje postawy – nie sprzeciwia się wulgaryzacji języka, to jak ma powstawać więcej wartościowej literatury? Skoro wszyscy przeklinają, skoro tyle słów można zastąpić kurwami i chujami, to po co się wysilać, po co używać innych słów. I ludzie zapominają o innych słowach. Im więcej przeklinają, tym rzadziej podejmują umysłowy wysiłek dobierania słów do sytuacji. Tym uboższy więc staje się język i tym większe społeczne przyzwolenie na to, by nawet językoznawcy beztrosko i radośnie rzucali mięsem pod pozorem żartu czy konwencji. Nie można wszystkiego obracać w żart czy konwencję.

Świat jest taki, jakim go tworzymy, próbujmy tworzyć lepszy świat, zamiast pogrążać się w bezproduktywnym narzekaniu. Ograniczajmy wulgaryzmy. W mowie, w piśmie. Chociaż jednego dnia na początek. Chociaż w obecności dzieci. Potem z jednego dnia może się zrobić tydzień. Miesiąc. Potem to się staje nasze życie.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Mama Madzi (22 l.) w bieliźnie na koniu

Królowa napisała 15 paź, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Tagi: , , , , ,

 
0

Krwawiące odbyty do śniadania

Królowa napisała 22 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Kiedy człowiek przy porannej lekturze prasy portalowej dostaje w twarz zawartością cudzego odbytu zaczyna tęsknić za czasami, gdy pisanie publicznie o oczywistościach nie było praktykowane. Kiedy dziennikarz chcący napisać o fakcie, że kobiety w ciąży mogą mieć żylaki, rozstępy czy hemoroidy, usłyszałby: „Panie, co pan, toż wszyscy wiedzą, że w ciąży takie rzeczy się często zdarzają, normalna rzecz, po co o tym pisać, to jakby pisać że każdy robi kupę. Idź pan, wymyśl jakiś ciekawy temat”. Ale nie, najpierw reklamy ruszyły opowiadać nam o wzdęciach, gazach, hemoroidach losowych bohaterów stockowych, a potem dziarsko za nimi podążyły media. O krwawniczych guzkach odbytu nie poczytamy w dziale „zdrowie”, a dostaniemy je jak na tacy na pierwszej stronie, tak między przepisami na 8 smacznych dań z avocado, a wywiadem z młodym zdolnym reżyserem teatralnym. Ciągła eskalacja. My pokażemy majtki Dody, to oni pokażą waginę Miley Cyrus. No to my hukniemy nawet nie pupą, a odbytem i jego zawartością.
Marzę, żeby to wszystko zostało schowane za paywallem. Ale dokładnie, tak żeby nawet pół pośladka nie wystawało.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Jebany cweloholocaust z Chopinem

Królowa napisała 23 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Rano przeczytałam o aferze komiksowej. Otóż za pieniądze ambasady w Berlinie oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych powstał komiks, który miał promować Fryderyka Chopina w niemieckich szkołach, ale zamiast do uczniów, trafił do magazynu, ponieważ okazało się, że jest kontrowersyjny i pełne wulgaryzmów. W ministerstwie zapadła decyzja, że cały nakład (który kosztował, bagatela, 30 tysięcy euro) ma zostać zniszczony. Oczywiście w takich sytuacjach wszyscy chcą komiks przeczytać, dość szybko ludzie zaczęli sobie przesyłać PDF z polską wersją językową komiksu mailem. Przeczytałam i ja. No i cóż, oczywiście media przekłamały sprawę. Nie cały komiks jest pełen wulgaryzmów, a jeden z ośmiu w antologii. W dodatku to nie sam Chopin przeklina, a albo dziennikarze albo muzyk rockowy, który gra koncert z okazji roku chopinowskiego. W innych komiksach z cyklu przekleństw nie ma, ba, w jednym nie ma w ogóle słowa o Fryderyku, bo traktuje on o chłopcu, który lubi kupować stare płyty winylowe z muzyką Breakoutu, Czerwonych gitar czy Niemena. Jeden jest o Chopinie i Mickiewiczu (co nie jest powiedziane wprost, ale rysy twarzy są charakterystyczne), którzy wynajdują maszynę niszczącą świat. Jeden o Chopinie, który jest ślepym nędzarzem, gra na ulicach, wdaje się w głupi zakład w wyniku którego traci palec. Ten narysowany przez Endo to taka bardziej impresja obrazkowa na temat muzyki, nie jakaś historyjka. Z kolei Sascha Hommer i Jan-Frederik Bandel stworzyli ciężką (choć przynajmniej czytelnie rysowaną) opowieść pod tytułem „Skowyt na cześć Chopina”. Opowiada o wtajemniczonych, którzy spotykali się tam, gdzie granice burżuazyjnego indywidualizmu zostały przerwane i gdzie narodziła się nowa kolektywna myśl – pierwszy posttonalny manifest międzynarodówki posttonalnej ogłoszony na międzynarodowym sympozjum międzynarodówki postotnalnej.
I w sumie to jest najciekawszy z tych komiksów, choć przeczytany na szybko wydaje się intelektualnym bełkotem rewolucyjnym, ale przynajmniej czymś się wyróżnia. No i się go dobrze czyta, komiks Patryka Mogilnickiego może i jest ciekawy (opowiada o jakichś perypetiach związanych z wycinaniem serca z ciała Fryderyka Chopina), ale napisy są tak zrobione, że nie chce się ich czytać – raz w poprzek, raz wzdłuż, raz na skos i mała czcionka na czarnym tle.
Ogólnie – dużo hałasu o zbiór lepszych i gorszych komiksów (w większości gorszych moim zdaniem), w tym jeden faktycznie dość żenujący – przekleństwa, rzyganie, pijaństwo, jakieś burdy… I Chopina w tym mało.

Tagi: , , ,