0

Bardzo długa i nudna playlista, czyli „Inni” Ewy Dragi

Królowa napisała 29 kwi, 2015 w kategoriach Bez kategorii

Mam pewną słabość do literatury młodzieżowej, szczególnie do popularnej ostatnio prozy typu young adults. Taka młodzież, ale już starsza, wkraczająca powoli w dorosłość i jej problemy. Na tegorocznym Pyrkonie miała miejsce wymiana książek – świetna rzecz, wchodzisz, oddajesz na wejściu swoje książki, dostajesz karteczkę z liczbą książek, jakie możesz wynieść (1 za 1 na ogół), wybierasz sobie nowe książki, twoje trafiają do kogoś innego, wszyscy są zadowoleni. No i właśnie na tej wymianie wpadła mi w ręce książka Ewy Dragi „Inni”, w której opisie było nawiązanie do Stephanie Meyer. Nie wprost, ale że książka z tego nurtu, bla, bla, bla, tym razem jednak polska czytelniczka poczuje się jak u siebie, gdyż akcja dzieje się w Polsce. Porównanie do Meyer jest, wbrew pozorom, dobrą rekomendacją. „Zmierzch” jest napisany pod określony target, tych, którzy nim nie są, może drażnić – ale to jest bardzo dobrze warsztatowo napisana książka.

„Inni”, niestety, nie. Na Pyrkonie byłam również na panelu o pisaniu opowiadań i powieści – padło tam wiele pozornie oczywistych rzeczy. Na przykład: jeśli pokój ma cztery ściany i sufit, nie trzeba tego opisywać – każdy wie, jak wygląda pokój. Dopiero gdy w pokoju jest coś niezwykłego, warto o tym wspomnieć. Ewa Draga najwyraźniej nie usłyszała nigdy takiej wskazówki i przez całą książkę opisuje czytelnikom zwyczajne, nudne, codzienne czynności, przedmioty, lokacje. Bohaterka wstaje z łóżka, je śniadanie, zakłada ubranie, wkłada słuchawki w uszy i włącza piosenkę na ipodzie, schodzi po schodach, idzie ulicą, siada w szkolnej ławce, wychodzi ze szkoły, idzie do Empiku, przegląda jedno pismo, przegląda drugie pismo, zastanawia się nad tatuażem, idzie do kawiarni z przyjaciółkami, zamawia latte, etc, etc. Mogłabym przymknąć na to oko, gdyby to jeden dzień był tak opisany – ot, żeby można było wczuć się w życie nastolatki. Ale nawet jak już od dawna wiemy na czym polega inność bohaterki i znacznie ciekawsze są kwestie jej drugiej natury, wciąż co chwilę dostajemy frapujące informacje w rodzaju: bohaterowie wsiedli do pociągu, gdzie siedzenia były obite czerwoną dermą. Nawet zapalanie papierosa jest opisane szczegółowo: „Stanęłam w oknie, przytknęłam koniec papierosa do płomienia zapalniczki, zaciągnęłam się dymem.” Nudne, zbędne, męczące.

No właśnie, inność bohaterki. Wiemy i z tytułu i z opisu na okładce, że będziemy mieć do czynienia z niezwykłą dziewczyną. Już zaczynając czytanie, spodziewamy się tego. Zatem nie trzeba czytelnika przewlekać przez 200 stron, gdzie nic się nie dzieje i tylko padają jakieś mętne aluzje. Za to jak już wreszcie autorka decyduje się bohaterce wyjawić Wielką Tajemnicę Jej Inności, znienacka akcja nabiera tempa lawiny. Zanim jeszcze czytelnik i bohaterka oswoi się nieco z koncepcją przynależenia do innej rasy, dostajemy nagle mordobicia, pościgi, porwanie, latanie, w myślach czytanie, ucieczki, strzelanie, pełne combo.

Gdy trochę się to uspokoi, znienacka autorka wydaje się przypomnieć sobie, że miało być jak w „Zmierzchu”, więc do bohaterki i jej chłopca dorzuca nagle drugiego chłopca i próbuje nam wmówić, że jest, tak, jest tu miłosny trójkąt, gdzie wszystkimi miotają silne uczucia. Um, nie wychodzi to jej. Zdecydowanie nie wychodzi, trójkąt się nie klei. Postępowanie różnych innych postaci drugo i trzecioplanowych też wzbudza wątpliwości, rzekomo jest to bardzo wiekowa i mądra rasa, jednak zachowują się jak nieogarnięte nastolatki.

No i jeszcze nieszczęsna muzyka. Draga potraktowała swoją debiutancką książkę jak serwis, na którym może pokazać swój gust muzyczny, toteż główna bohaterka co chwilę na swoim ipodzie włącza a to Joy Division, a to Radiohead, a to Emilianę Torrini, informacja o tym, czego słucha jest często wzbogacona o uwagi o poszczególnych piosenkach czy albumach. Może jakbym była nastolatką, to by mnie cieszyło, że jakiś zespół jest wspomniany na kartach książki, nawet jeśli, to zdecydowanie tego za dużo. Przy czym o ile Ewa Draga, rocznik 85 (książka wyszła w 2010), ma prawo do takich błędów, to redaktor już nie. Redaktor powinien powykreślać opisy dermy w pociągu, czy procesu robienia sobie kanapki. Redaktor wreszcie, mógłby zwrócić uwagę autorki na to, że nie bardzo prawdopodobnym jest, że bohaterka wie, co to jest brzytwa Ockhama, a za to nie ma pojęcia co to jest altówka czy jak wygląda dygnięcie. Niestety, w tym przypadku redaktorka nie przyłożyła się do roboty. Korektorka zresztą też nie, ale literówki to w sumie najmniejszy problem tej książki.

Tagi: , , , , , , , , ,

 
0

Kapitalizm srapitalizm

Królowa napisała 27 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Zaczytuję się ostatnio w powieściach milicyjnych, których całą torbę znalazłam pozostawioną koło śmietnika miejskiego przy przystanku autobusowym. Niesamowita sprawa zresztą, wysiadam z autobusu, żeby się przesiąść na tym samym przystanku, a tam stoi sobie worek na śmieci. Taki półprzezroczysty, niebieskawy, widzę wyraźnie, że w nim czyste i w dobrym stanie książki. Przykucnęłam, popatrzyłam, rozszarpałam worek, chcąc zobaczyć co dokładnie, zobaczyłam jedną książkę mojej ulubionej autorki powieści milicyjnej, drugą, potem jeszcze jakiś Chandler, Edigey, zrezygnowałam z grzebania, rozszarpany worek nie nadawał się już, więc skoczyłam do kiosku obok, wydałam złotówkę na wielką reklamówkę, wróciłam, akurat nadjechał mój autobus. Zgarnęłam cały majdan w objęcia, wparowałam do autobusu, gdzie spokojnie rozłożyłam się na podłodze i poprzekładałam wszystko do torby. I tylko powstrzymywałam się od wydawania okrzyków zachwytu, gdy odkrywałam coraz to kolejne książki ulubionej autorki. W domu, do którego ledwo dotachałam to torbiszcze (tak na oko ze 12 kilogramów), odkryłam że weszłam w posiadanie 60 książek, prawie wszystkie całe, oprócz powieści milicyjnej znalazł się tam nawet Bursa – i wszystko to by było zmielone przez śmieciarę, gdybym nie capnęła z chodnika.

No i tak sobie czytam te książki, których akcja się dzieje w PRL, gdzie dobra z Zachodu są luksusem, nieosiągalnym marzeniem, gdzie prywatne inicjatywy są likwidowane przez dzielną milicję, gdzie Państwo jest cudowne i trzeba je kochać, a nie marzyć o dzikim i złym kapitalizmie. Czytam je w 2013 roku, kiedy już niby od dawna w Polsce jest ten drapieżny kapitalizm, a dobra z zachodu są dostępne, ale tak sobie ostatnio myślę, że mentalnie to wciąż mnóstwo ludzi tkwi w tym PRL, gdzie wszyscy mieli wszystko gdzieś, bo „państwowe”. Nie moje. Nie moje, czyli niczyje, nie warto, nie trzeba.

Niby mam wybór – mogę sobie zamówić internet i telewizję od kilku firm. W praktyce, jeśli chcę obie usługi w pakiecie, mam wybór między dwoma firmami – TPSA i UPC. Nie mam łącza telefonicznego, więc wybrałam UPC (właściwie to wybrałam Aster, ale w tak zwanym międzyczasie zostałam „zmigrowana” do UPC z powodu fuzji). I cierpię. Cierpię, bo po tygodniu pracy mam wreszcie weekend. Chcę odpocząć, zrelaksować się, po koniec dnia sprawdzam co takiego jest w telewizji. Widzę „Avengers” na HBO, wspaniale, dobry film, dzieci też lubią, sięgam po pilota i… nic. Okazuje się, że nie działa. Resetuję dekoder, sprawdzam kable – nic się nie zmienia, HBO oraz kilka innych kanałów nie działa, inne działają, sięgam po telefon. I zaczyna się długie oczekiwanie na połączenie z konsultantem. Jest tak długie, że mnie rozłącza. Dzwonię ponownie. Wreszcie się udaje, rozmawiam z człowiekiem, mówię mu jaki jest problem, człowiek słucha, po czym mówi beznamiętnie, że może umówić wizytę technika. Na poniedziałek wieczór. – No ale co teraz – pytam zirytowana – mam przez cały weekend zostać bez HBO i Cinemax? Konsultant beznamiętnie tłumaczy, że nic nie jest w stanie zrobić, że technik przyjdzie i naprawi, że problem może być w tym albo tym albo tym. I tyle. I nic więcej.
I jestem zła. Bo płacę sporą kwotę miesięcznie za to, żeby mieć ileś kanałów. I chcę je móc oglądać wtedy, kiedy mam ochotę. Teraz mam ochotę pooglądać HBO, teraz jest zepsute i to firma, której płacę za możliwość oglądania telewizji powinna czuć się źle, że ich klient ma dyskomfort. Tymczasem od konsultanta na infolinii nie usłyszę nawet że mu przykro, że nie działa, że przeprasza w imieniu firmy za mój dyskomfort, że postarają się jak najszybciej rozwiązać problem. Nic. I tak, wiem, „na słuchawkach” zarabia się mało. Ale czemu mnie, jako klienta firmy ma to obchodzić? Czemu firma nie zaleca pracownikom, żeby w takiej sytuacji wyrazili ubolewanie? Czemu technik może przyjść dopiero za dwa dni, skoro ja w weekend, w czasie odpoczynku po ciężkiej pracy chciałabym pooglądać telewizję? Czemu firma nie zatrudni tylu techników, żeby niektórzy mieli też zmiany w weekendy? Czemu płacę, a dostaję byle co – dostaję firmę, która ma w nosie, że mi nie działa, czemu jestem traktowana jak dojna krowa, która ma tylko regularnie wpłacać pieniądze na konto?

Niby mamy ten kapitalizm, ale nie widzę w nim szacunku dla płacącego. Nie widzę w ogóle starania się. W tych wszystkich regulaminach, tabelkach, excelach zagubił się człowiek, który chciałby sobie ze swoimi dziećmi obejrzeć w sobotę wieczorem Avengersów. Nie kradnąc ten film z torrentów, nie podłączając laptopa do telewizora, tylko sięgając po pilota i włączając kanał. I tylko: „może Pani złożyć reklamację, podając datę, kiedy usługa nie działa”. A skąd ja mam wiedzieć, od kiedy nie działa, skoro wcześniej nie włączałam tego kanału? Nie siedzę codziennie wieczorem przed telewizorem sprawdzając, czy aby wszystkie usługi, za które płacę, działają prawidłowo. Może nie działa od dziś, może od wczoraj, może już od tygodnia nie mam kilku lub kilkunastu kanałów, do których nieograniczony dostęp wykupiłam.

Jak nie zapłacę rachunku, to od razu dział windykacji wysyła przypomnienia, listy, smsy, z żądaniem pieniędzy. A może by też jakiś inny dział się interesował, czy wszyscy klienci mają usługi, które firma oferuje? Czy kiedykolwiek ktoś zadzwoni zapytać, czy wszystko działa, czy jestem zadowolona z usług? Ależ skąd. Tylko płać i siedź cicho. My mamy gdzieś. Dla nas się liczą tabelki, a jak jest Pani niezadowolona, to nas nie obchodzi, mamy innych abonentów, nie ma obowiązku być naszym klientem, w regulaminie jest że to się może zdarzyć, bla bla bla.

A z innej beczki – wysłałam parę dni temu maila do amerykańskiego oddziału HBO. W zupełnie innej sprawie, zupełnie dobrowolnie, zwróciłam firmie uwagę na naruszenie ich praw autorskich. Nikt ode mnie tego nie wymagał, nikt mi za to nie płacił, firma HBO nawet nie wie, czy ja, jakaś osoba z Polski, płacę komuś za możliwość oglądania ich kanału. Ale na tę wiadomość dostałam bardzo szybko odpowiedź mailową – nie wiem czy napisaną przez człowieka czy wysłaną automatycznie – podejrzewam to drugie, ale i tak ucieszył mnie ten mail. Bo w nim było bardzo miłe i uprzejme podziękowanie na kontakt, za moje zainteresowanie, za zwrócenie uwagi oraz zapewnienie, że sprawie przyjrzą się odpowiednie osoby. I jeszcze raz podziękowanie. I taki wielki kontrast. Tu w Polsce płacę za coś i nawet zwykłego „przepraszamy” nie dostaję. W USA, na tym Zachodzie, firma jest wdzięczna, że napisałam do nich list.

Doczekam się czasów, że będę miała we własnym kraju szacunek i troskę firmy czy nie? Czy już zawsze będzie lekceważące „to nie nasza wina, może pani złożyć reklamację”?

Tagi: , , , , , , , , , ,

 
0

My Precious, my Precious

Królowa napisała 20 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

To będzie tekst o tym, jak ważne jest słuchanie siebie i spełnianie swoich marzeń. SWOICH. Nie cudzych. Bo ludzie mają tendencje do mówienia Ci o czym marzysz. Ludzie wiedzą lepiej, co dla Ciebie dobre. Wiedzą lepiej, czego ty chcesz. Mówisz, że chcesz iPada, że o nim marzysz, że go pragniesz. Ludzie mówią: A po co ci? Tyle kasy na tablet? Do książek to lepszy Kindle! No weź, toż to słabe jest. Kindle, Kindle, totalnie kup Kindle, ja mam i jestem zachwycona! Nie kupuj iPada, nie warto. Kup, iPady są świetne. Ależ wszystko byle nie iPad. Nie kupuj, szkoda pieniędzy. Nie kupuj, to nie jest tyle warte.
Marzyłam. Kupiłam. Gdy go odbierałam od przemiłego Tomka, który mi go sprzedał, miałam na twarzy taki uśmiech i byłam tak podekscytowana, że patrzyli się na mnie absolutnie wszyscy w tym Coffee Heaven na drugim piętrze w Złotych Tarasach. Co oczywiście zauważyłam dopiero jak wychodziliśmy, bo przedtem patrzyłam tylko na MÓJ SKARB. Gdy wyszłam z kawiarni zatupałam nóżkami i wydałam z siebie tak głośny pisk radości, że znów na mnie popatrzyło ze 20 osób. Gdy go w domu rozpakowałam i podłączyłam do Macbooka, patrzyłam z zachwytem jak się wszystko ślicznie synchronizuje – łatwo, szybko, bezproblemowo. A gdy po synchronizacji i ustawieniu najważniejszych rzeczy, typu hasło i tryb nocny miałam już tablet gotowy do korzystania – długą chwilę się nim nie bawiłam, tylko wzięłam w ramiona i przytuliłam do siebie. Absolutnie magiczny był też moment, gdy jeszcze w trakcie zawierania transakcji wpisałam swoje AppleID i w ustawieniach wyświetliło mi się”Anna’s iPad”. On już wtedy był mój, nie mogłabym z niego zrezygnować (tak, tak, wiem, to samo by się zdarzyło na każdym innym iPadzie z dziewiczym systemem, ale co z tego).
W dodatku ten konkretny iPad został kupiony w Nowym Jorku na Fitfh Avenue, w tym właśnie słynnym salonie Apple i też mnie to rozczula, bo myślę sobie, że skoro mój tablet był w NY to i mi się kiedyś wreszcie uda tam pojechać. Zabiorę moje maleństwo do ojczyzny.
Kilka dni, a ja jestem coraz bardziej zachwycona. Pisanie jest zaskakująco łatwe, autokorekta się szybko uczy jakich słów używam i uzupełnia jak trzeba, wszystko chodzi płynnie, szybko, nie ma tego irytującego oczekiwania aż się aplikacja otworzy czy też zamknie, o wiele wygodniejsze stało się robienie wszelkich notatek i list to do, a ja bardzo tego potrzebuję. Wyświetlacz jest fantastyczny, ta ostrość, kolory, oglądanie zdjęć jest wielką estetyczną przyjemnością. O aplikacjach to nawet nie będę się rozpisywać, kto używa jabłek wie, jakie są możliwości. No i książki, książki, kiedyś wzdrygałam się na myśl o ebookach i sądziłam że to coś zupełnie nie dla mnie, nie mogłam się skupić przy książce w postaci PDF na laptopie, bo ciągle mi zgrzytało coś w głowie, że książka to książka, a komputer to co innego i nie do czytania książek służy. A potem najpierw podpatrywałam jak znajoma czyta książkę na iPadzie – siedziałam koło niej i czytałam dokładnie to samo, ale z papieru – czytałyśmy tak samo szybko, może nawet ja szybciej, ale jej było o wiele łatwiej podzielić się jakimś wyjątkowo bulwersującym fragmentem z internetem, a w dodatku jak zgasło znienacka światło w pociągu, którym jechałyśmy, to ja byłam jedyną osobą, dla której to był problem. I to było pierwsze takie zdarzenie, które mnie mocno popchnęło w stronę czytania wersji elektronicznych. Drugim było robienie małych porządków w biblioteczce. Niby nie skomplikowane – powyjmować książki, których nie czytam i już nie przeczytam i je naszykować do oddania/sprzedania, inne poukładać w odpowiedniej kolejności i dorzucić te, które przywiozłam z wyprawy na Polcon. Ale zajęło mi to cały dzień, pod koniec którego bolały mnie mięśnie od noszenia tych niby to małych, acz znaczących cieżarków, nos miałam zapchany, oczy piekły mnie od kurzu, w dodatku nowe książki zajęły miejsce wyrzucanych całkowicie i właściwie stan nie uległ zmianie. Zirytowałam się, tyle roboty, tyle miejsca zajmuje – postanowiłam: przerzucam się na czytnik. No i teraz już mam w docku swojego iPada aplikację iBooks – wchodzę, otwieram, każda książka oczywiście otwiera mi się na tym miejscu, gdzie skończyłam czytać, koniec z zakładkami albo traceniem czasu na wertowanie kartek, jeżeli czytam w obcym języku i jakiegoś słowa nie rozumiem zaznaczam je dotknięciem palca i błyskawicznie sprawdzam w internetowym słowniku co znaczy, jeśli jakiś fragment chcę komuś pokazać robię screena i wysylam go w 3 sekundy mailem i tak dalej. W sklepie mogę pobrać próbki książek i po przeczytaniu fragmentu skasować je albo kupić pełne wersje. Kartki przewracają się jak w „tradycyjnej książce”, pewnie nawet mogłabym sobie dodać szelest (a może nawet już mam, ale ostatnio wyciszam coraz więcej urządzeń, więc iPad też bez dźwięku jest używany).
No i nie gubię już książek – często zdarzało mi się, że czytam, nagle muszę przerwać, idę gdzieś z książką w ręku, po drodze ją porzucam gdzieś, potem nie pamiętam gdzie – z biblioteczką na tablecie tego problemu nie ma, owszem, mogę gdzieś posiać całego iPada, ale wtedy mogę go zlokalizować z komputera, komputera nie gubię, bo jest stacjonarny.
Także słuchajcie swoich pragnień i podążąjcie za nimi, że tak polecę Coelho-style. Bo warto przeżywać taki haj endorfinowy, na jakim ja byłam i jestem po tym, jak spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Czas porządków

Królowa napisała 16 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Od początku września robię porządki. W komputerze – wyrzucam nieudane zdjęcia, seriale, których nie oglądam, przenoszę wszystko, czego nie potrzebuję mieć pod ręką na co dzień na dysk zewnętrzny. W mieszkaniu – pozbywam się papierów, zepsutych lub nieużywanych przez nikogo już zabawek. Przeglądam regały z książkami, nie idzie mi to łatwo, ale systematycznie wyjmuję te rzeczy, których nie czytam i nie będę czytać. O dziwo, nawet znajdują się chętni na strasznie dziwne starocie, jakie wygrzebuję z drugiego rzędu.
Dojrzałam do wyrzucenia archiwum „Polityki”, dwóch grubych segregatorów z kilkudziesięcioma numerami. Taki sam los spotkał nieliczne egzemplarze papierowej Wyborczej (#upadekprasypapierowej). Ubrania, których nie noszę kolejny rok i tylko zajmują miejsce w szafie. Zepsuta myszka zachomikowana w szafie, nie wiadomo po co. Stare jaśki, które wepchnęłam do skrzyni pod łóżkiem i nie rzucały się w oczy ani jeść nie wołały. Mam zdecydowanie za dużo przedmiotów.
Jedyne ograniczenie to piwnica. To od dawna mnie przerasta. Łudzę się, że stare butelki po Grolschu z emaliowym (czy jakimś tam, ale nie plastikowym) korkiem będą kiedyś dużo warte i nagle okaże się, że mam w piwnicy fortunę.
I porządki w życiu. Zrobiłam noworoczne postanowienia. Dwa. Pozbywam się znajomości, które mi szkodzą lub które nie mają znaczenia. 40 profili na Facebooku poleciało w pół godziny. Wiecie, jak to jest. Idzie się na imprezę, poznaje kogoś, gada z nim przez godzinę, następnego dnia dodaje się go na fejsie i… koniec. Potem się już nie spotykacie nigdzie, tak naprawdę jesteście sobie obcy, okazjonalnie dajecie sobie lajka lub komenta. Albo poznajesz kogoś, spotykasz się z nim okazjonalnie przez parę miesięcy, potem się okazuje, że to kłamliwa wredna świnia i za twoimi plecami knuje przeciwko tobie. Albo masz na fejsie kogoś, kogo faktycznie znasz, ale jego poglądy są takie, że z każdym jego postem się coraz bardziej wstydzisz, że masz takie znajomości. I tak dalej.
Kasuję też stare blogi, nieużywane profile – doprawdy, nie muszę być wszędzie w internecie.
Mniej oglądam, więcej czytam. Mniej portali, więcej książek. Piszę mniej, ale treściwiej, zapisuję coraz więcej pomysłów, zarysów, szkiców. Szykuję się do zimy.

Tagi: , , , , , , ,