0

Bardzo długa i nudna playlista, czyli „Inni” Ewy Dragi

Królowa napisała 29 kwi, 2015 w kategoriach Bez kategorii

Mam pewną słabość do literatury młodzieżowej, szczególnie do popularnej ostatnio prozy typu young adults. Taka młodzież, ale już starsza, wkraczająca powoli w dorosłość i jej problemy. Na tegorocznym Pyrkonie miała miejsce wymiana książek – świetna rzecz, wchodzisz, oddajesz na wejściu swoje książki, dostajesz karteczkę z liczbą książek, jakie możesz wynieść (1 za 1 na ogół), wybierasz sobie nowe książki, twoje trafiają do kogoś innego, wszyscy są zadowoleni. No i właśnie na tej wymianie wpadła mi w ręce książka Ewy Dragi „Inni”, w której opisie było nawiązanie do Stephanie Meyer. Nie wprost, ale że książka z tego nurtu, bla, bla, bla, tym razem jednak polska czytelniczka poczuje się jak u siebie, gdyż akcja dzieje się w Polsce. Porównanie do Meyer jest, wbrew pozorom, dobrą rekomendacją. „Zmierzch” jest napisany pod określony target, tych, którzy nim nie są, może drażnić – ale to jest bardzo dobrze warsztatowo napisana książka.

„Inni”, niestety, nie. Na Pyrkonie byłam również na panelu o pisaniu opowiadań i powieści – padło tam wiele pozornie oczywistych rzeczy. Na przykład: jeśli pokój ma cztery ściany i sufit, nie trzeba tego opisywać – każdy wie, jak wygląda pokój. Dopiero gdy w pokoju jest coś niezwykłego, warto o tym wspomnieć. Ewa Draga najwyraźniej nie usłyszała nigdy takiej wskazówki i przez całą książkę opisuje czytelnikom zwyczajne, nudne, codzienne czynności, przedmioty, lokacje. Bohaterka wstaje z łóżka, je śniadanie, zakłada ubranie, wkłada słuchawki w uszy i włącza piosenkę na ipodzie, schodzi po schodach, idzie ulicą, siada w szkolnej ławce, wychodzi ze szkoły, idzie do Empiku, przegląda jedno pismo, przegląda drugie pismo, zastanawia się nad tatuażem, idzie do kawiarni z przyjaciółkami, zamawia latte, etc, etc. Mogłabym przymknąć na to oko, gdyby to jeden dzień był tak opisany – ot, żeby można było wczuć się w życie nastolatki. Ale nawet jak już od dawna wiemy na czym polega inność bohaterki i znacznie ciekawsze są kwestie jej drugiej natury, wciąż co chwilę dostajemy frapujące informacje w rodzaju: bohaterowie wsiedli do pociągu, gdzie siedzenia były obite czerwoną dermą. Nawet zapalanie papierosa jest opisane szczegółowo: „Stanęłam w oknie, przytknęłam koniec papierosa do płomienia zapalniczki, zaciągnęłam się dymem.” Nudne, zbędne, męczące.

No właśnie, inność bohaterki. Wiemy i z tytułu i z opisu na okładce, że będziemy mieć do czynienia z niezwykłą dziewczyną. Już zaczynając czytanie, spodziewamy się tego. Zatem nie trzeba czytelnika przewlekać przez 200 stron, gdzie nic się nie dzieje i tylko padają jakieś mętne aluzje. Za to jak już wreszcie autorka decyduje się bohaterce wyjawić Wielką Tajemnicę Jej Inności, znienacka akcja nabiera tempa lawiny. Zanim jeszcze czytelnik i bohaterka oswoi się nieco z koncepcją przynależenia do innej rasy, dostajemy nagle mordobicia, pościgi, porwanie, latanie, w myślach czytanie, ucieczki, strzelanie, pełne combo.

Gdy trochę się to uspokoi, znienacka autorka wydaje się przypomnieć sobie, że miało być jak w „Zmierzchu”, więc do bohaterki i jej chłopca dorzuca nagle drugiego chłopca i próbuje nam wmówić, że jest, tak, jest tu miłosny trójkąt, gdzie wszystkimi miotają silne uczucia. Um, nie wychodzi to jej. Zdecydowanie nie wychodzi, trójkąt się nie klei. Postępowanie różnych innych postaci drugo i trzecioplanowych też wzbudza wątpliwości, rzekomo jest to bardzo wiekowa i mądra rasa, jednak zachowują się jak nieogarnięte nastolatki.

No i jeszcze nieszczęsna muzyka. Draga potraktowała swoją debiutancką książkę jak serwis, na którym może pokazać swój gust muzyczny, toteż główna bohaterka co chwilę na swoim ipodzie włącza a to Joy Division, a to Radiohead, a to Emilianę Torrini, informacja o tym, czego słucha jest często wzbogacona o uwagi o poszczególnych piosenkach czy albumach. Może jakbym była nastolatką, to by mnie cieszyło, że jakiś zespół jest wspomniany na kartach książki, nawet jeśli, to zdecydowanie tego za dużo. Przy czym o ile Ewa Draga, rocznik 85 (książka wyszła w 2010), ma prawo do takich błędów, to redaktor już nie. Redaktor powinien powykreślać opisy dermy w pociągu, czy procesu robienia sobie kanapki. Redaktor wreszcie, mógłby zwrócić uwagę autorki na to, że nie bardzo prawdopodobnym jest, że bohaterka wie, co to jest brzytwa Ockhama, a za to nie ma pojęcia co to jest altówka czy jak wygląda dygnięcie. Niestety, w tym przypadku redaktorka nie przyłożyła się do roboty. Korektorka zresztą też nie, ale literówki to w sumie najmniejszy problem tej książki.

Tagi: , , , , , , , , ,

 
0

Matki rzucające słoikami są po prostu spontaniczne

Królowa napisała 13 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kiedyś lubiłam Jeżycjadę. Bardzo. Miałam naście lat, czytałam mnóstwo książek, też byłam wychowywana na erudytkę, z Jeżycjady płynęło ciepło, miłość, zrozumienie, etc. Rodzina Borejków i te zaprzyjaźnione wspierały się i kochały, a przemoc była domeną prymitywnych osiłków ludzi spoza rodziny. Miły świat, dający jasne sygnały – bicie czy agresja nie jest ok, w rodzinie problemy się rozwiązuje rozmową, miłością, zrozumieniem.
A teraz? Najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz, „McDusia” jest pełna przemocy i agresji. I jasno postawione granice się kompletnie zatarły, agresywne zachowania prezentują wszyscy. Również ci, uczeni przez antenatów, że uczciwy człowiek brzydzi się przemocą i jej nie stosuje. Zwłaszcza wobec bliskich. Spójrzmy na kilka fragmentów. Scenka pierwsza – Gabriela wchodzi w podziemne przejście i pada ofiarą przemocy:

„I od razu wpadła w grupę półprzytomnych, agresywnych wyrostków; bili się! Została popchnięta na ścianę tak mocno, że aż dźwięcznie łupnęła głową w te marmury, a od uderzenia na dłuższą chwilę straciła dech. Ale to nie znaczy, że ktokolwiek ją zaatakował – po prostu usunęli człowieka z drogi, jak zawadzający przedmiot. Byli wściekli, szczelnie zamknięci w swoim świecie, i tak obcy, jak stworzenia z innej planety.”

 

Bijące się wyrostki – stworzenia z innego świata, innej planety. Zapamiętajmy to.

Scenka druga – Magda, siedemnastolatka z zaprzyjaźnionej rodziny oraz Józef – syn Idy, czyli członek rodu Borejków:
„Co…? – powiedział i już nie zdążył wyrzec nic więcej, bo wtem ona wspięła się na palce i znienacka lepko pocałowała go w same usta.
– Dobranoc! – rzuciła tonem zwycięskim. – I dziękuję!
Bezczelna!!!…
Miał ochotę odskoczyć, ale to by też kiepsko wyglądało. Jakby się jej bał.
A wcale się nie bał, tylko jej nie lubił.
Niewiele myśląc, capnął ją mocno za cienki kark i przyciągnął blisko, tak blisko, że
poczuł, jak pachnie jej skóra. Jakimiś kremami czy wazeliną, czy innym tłuszczem.
– Wstydu nie masz? – rzekł jej prosto w twarz, przez zaciśnięte zęby, i potrząsnął nią jak
szczurem. – Więcej nie próbuj, bo cię walnę!”
Czy jednak dziwi taka reakcja Józefa, skoro jego własna matka, zła na syna, zachowuje się tak:

„- Co?! – Ida nie zdzierżyła. W porywie ognistej furii złapała pierwszy lepszy przedmiot (słoik z musztardą sarepską) i cisnęła nim w nędznego osobnika, którego – o święta naiwności! – uważała dotychczas za kochanego, dobrego, godnego szacunku chłopca bez skazy. Słoik świsnął w powietrzu koło głowy Józefa i roztrzaskał się na ścianie tuż obok.”
Później jeszcze wciąga dziecko pod prysznic i oblewa lodowatą woda, w wyniku czego nastolatek oczywiście się ciężko przeziębia, zaś potem, poproszony przez matkę o rodzinną przysługę myśli:
Może kiedy indziej by zwlekał i przeciągał sprawę, ale w okresie napięć, spowodowanych aferą „Choco”, wolał się wykazać wzorową subordynacją. Mama była spontaniczna. Bardziej spontaniczna, niż sądził.
Oto agresywne wyrostki to obce stworzenia z innej planety. Matka ciskająca w furii bardzo niebezpiecznymi przedmiotami – spontaniczna. Tymczasem w innym wątku okazuje się, że dorosła córka Gabrieli tuż przed ślubem ma takie wątpliwości i lęki, że znienacka wybucha i czyni wyrzuty ojcu, który przed laty porzucił jej matkę. Ten nagły wybuch powoduje u ojca udar – potem próbuje on, po dojściu do siebie, porozmawiać ze swoją byłą żoną o przeszłości i okazuje się, że jednak nie, że Gabriela: „Pamiętała doskonale, jak to bolało. Ale nie miała zamiaru mu o tym opowiadać. Po pierwsze, duma jej nie pozwalała. Po drugie – cóż, gdyby wiedział! – pewnie jeszcze gorzej by się poczuł niż teraz. Pożałowała go. Niech nie wie.”
Duma i żal – i wszystkie problemy, ból i lęki się tłumi w sobie, nie rozmawia o nich, udaje, że herbata i poezja rozwiążą wszelkie złę sytuacje. A jednak potem dochodzi do wybuchów gniewu, rzucania słoikami w dzieci – co w dodatku nazywane jest nie przemocą, a spontanicznością. Czemu więc bijące się osiłki nie są po prostu „spontanicznymi chłopcami”? Jaka różnica? Najwyraźniej nie w wykształceniu i wychowaniu, skoro inteligentka z Jeżyc zachowuje się nie lepiej niż byle człowiek z ulicy. Jakie ciepło i miłość i zrozumienie, skoro przez ćwierć wieku matka nie jest w stanie porozmawiać z córką o nieudanym małżeństwie z jej ojcem? Strach przed porzuceniem to bardzo silny lęk, a to, że wybranek Laury tak mocno ją kocha i patrzy jej czule w oczy wcale nie oznacza, że lęk automatycznie zniknie, to są rzeczy do przepracowania albo w długich i poważnych rozmowach rodzinnych albo na terapii.
Coraz więcej gniewu, agresji i zamiatania problemów pod kołderkę z poezji i cytatów z łaciny. Coraz gorzej, coraz koślawiej, coraz chaotyczniej i niekonsekwentniej. Szkoda.

Tagi: , , , , ,

 
0

My Precious, my Precious

Królowa napisała 20 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

To będzie tekst o tym, jak ważne jest słuchanie siebie i spełnianie swoich marzeń. SWOICH. Nie cudzych. Bo ludzie mają tendencje do mówienia Ci o czym marzysz. Ludzie wiedzą lepiej, co dla Ciebie dobre. Wiedzą lepiej, czego ty chcesz. Mówisz, że chcesz iPada, że o nim marzysz, że go pragniesz. Ludzie mówią: A po co ci? Tyle kasy na tablet? Do książek to lepszy Kindle! No weź, toż to słabe jest. Kindle, Kindle, totalnie kup Kindle, ja mam i jestem zachwycona! Nie kupuj iPada, nie warto. Kup, iPady są świetne. Ależ wszystko byle nie iPad. Nie kupuj, szkoda pieniędzy. Nie kupuj, to nie jest tyle warte.
Marzyłam. Kupiłam. Gdy go odbierałam od przemiłego Tomka, który mi go sprzedał, miałam na twarzy taki uśmiech i byłam tak podekscytowana, że patrzyli się na mnie absolutnie wszyscy w tym Coffee Heaven na drugim piętrze w Złotych Tarasach. Co oczywiście zauważyłam dopiero jak wychodziliśmy, bo przedtem patrzyłam tylko na MÓJ SKARB. Gdy wyszłam z kawiarni zatupałam nóżkami i wydałam z siebie tak głośny pisk radości, że znów na mnie popatrzyło ze 20 osób. Gdy go w domu rozpakowałam i podłączyłam do Macbooka, patrzyłam z zachwytem jak się wszystko ślicznie synchronizuje – łatwo, szybko, bezproblemowo. A gdy po synchronizacji i ustawieniu najważniejszych rzeczy, typu hasło i tryb nocny miałam już tablet gotowy do korzystania – długą chwilę się nim nie bawiłam, tylko wzięłam w ramiona i przytuliłam do siebie. Absolutnie magiczny był też moment, gdy jeszcze w trakcie zawierania transakcji wpisałam swoje AppleID i w ustawieniach wyświetliło mi się”Anna’s iPad”. On już wtedy był mój, nie mogłabym z niego zrezygnować (tak, tak, wiem, to samo by się zdarzyło na każdym innym iPadzie z dziewiczym systemem, ale co z tego).
W dodatku ten konkretny iPad został kupiony w Nowym Jorku na Fitfh Avenue, w tym właśnie słynnym salonie Apple i też mnie to rozczula, bo myślę sobie, że skoro mój tablet był w NY to i mi się kiedyś wreszcie uda tam pojechać. Zabiorę moje maleństwo do ojczyzny.
Kilka dni, a ja jestem coraz bardziej zachwycona. Pisanie jest zaskakująco łatwe, autokorekta się szybko uczy jakich słów używam i uzupełnia jak trzeba, wszystko chodzi płynnie, szybko, nie ma tego irytującego oczekiwania aż się aplikacja otworzy czy też zamknie, o wiele wygodniejsze stało się robienie wszelkich notatek i list to do, a ja bardzo tego potrzebuję. Wyświetlacz jest fantastyczny, ta ostrość, kolory, oglądanie zdjęć jest wielką estetyczną przyjemnością. O aplikacjach to nawet nie będę się rozpisywać, kto używa jabłek wie, jakie są możliwości. No i książki, książki, kiedyś wzdrygałam się na myśl o ebookach i sądziłam że to coś zupełnie nie dla mnie, nie mogłam się skupić przy książce w postaci PDF na laptopie, bo ciągle mi zgrzytało coś w głowie, że książka to książka, a komputer to co innego i nie do czytania książek służy. A potem najpierw podpatrywałam jak znajoma czyta książkę na iPadzie – siedziałam koło niej i czytałam dokładnie to samo, ale z papieru – czytałyśmy tak samo szybko, może nawet ja szybciej, ale jej było o wiele łatwiej podzielić się jakimś wyjątkowo bulwersującym fragmentem z internetem, a w dodatku jak zgasło znienacka światło w pociągu, którym jechałyśmy, to ja byłam jedyną osobą, dla której to był problem. I to było pierwsze takie zdarzenie, które mnie mocno popchnęło w stronę czytania wersji elektronicznych. Drugim było robienie małych porządków w biblioteczce. Niby nie skomplikowane – powyjmować książki, których nie czytam i już nie przeczytam i je naszykować do oddania/sprzedania, inne poukładać w odpowiedniej kolejności i dorzucić te, które przywiozłam z wyprawy na Polcon. Ale zajęło mi to cały dzień, pod koniec którego bolały mnie mięśnie od noszenia tych niby to małych, acz znaczących cieżarków, nos miałam zapchany, oczy piekły mnie od kurzu, w dodatku nowe książki zajęły miejsce wyrzucanych całkowicie i właściwie stan nie uległ zmianie. Zirytowałam się, tyle roboty, tyle miejsca zajmuje – postanowiłam: przerzucam się na czytnik. No i teraz już mam w docku swojego iPada aplikację iBooks – wchodzę, otwieram, każda książka oczywiście otwiera mi się na tym miejscu, gdzie skończyłam czytać, koniec z zakładkami albo traceniem czasu na wertowanie kartek, jeżeli czytam w obcym języku i jakiegoś słowa nie rozumiem zaznaczam je dotknięciem palca i błyskawicznie sprawdzam w internetowym słowniku co znaczy, jeśli jakiś fragment chcę komuś pokazać robię screena i wysylam go w 3 sekundy mailem i tak dalej. W sklepie mogę pobrać próbki książek i po przeczytaniu fragmentu skasować je albo kupić pełne wersje. Kartki przewracają się jak w „tradycyjnej książce”, pewnie nawet mogłabym sobie dodać szelest (a może nawet już mam, ale ostatnio wyciszam coraz więcej urządzeń, więc iPad też bez dźwięku jest używany).
No i nie gubię już książek – często zdarzało mi się, że czytam, nagle muszę przerwać, idę gdzieś z książką w ręku, po drodze ją porzucam gdzieś, potem nie pamiętam gdzie – z biblioteczką na tablecie tego problemu nie ma, owszem, mogę gdzieś posiać całego iPada, ale wtedy mogę go zlokalizować z komputera, komputera nie gubię, bo jest stacjonarny.
Także słuchajcie swoich pragnień i podążąjcie za nimi, że tak polecę Coelho-style. Bo warto przeżywać taki haj endorfinowy, na jakim ja byłam i jestem po tym, jak spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

 
0

„50 twarzy Greya” to 50 odcieni gówna, czyli dlaczego mam ochotę nakopać Erice Leonard

Królowa napisała 1 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Ustalmy coś od początku: to jest zła książka. Zła na wielu poziomach i mam nadzieję odkryć przed Wami co najmniej kilka z tych poziomów. Zaczęłam ją czytać z czystej ciekawości – „czemu to jest aż tak popularne?”, myślałam też, że może jest to, jak wynikało z recenzji, próba przybliżenia świata bdsm „zwyczajnym ludziom” i byłam ciekawa w jaki sposób to jest zrobione. Już mniej więcej w połowie poznałam odpowiedzi na oba zagadnienia. Po pierwsze: to harlequin z dekoracjami nawiązującymi do bdsm, czyli do „niegrzecznego, zakazanego seksu, do nieprzyzwoitych odczuć”. Harlequiny, jak wiadomo, dobrze się sprzedają. Po drugie – no nie, to zupełnie nie jest książka o bdsm.
Ok, fabuła w kilku zdaniach: młoda laska z prowincji (tak głębokiej, że banalny wzorek na latte wywołuje jej szok – tak, wciąż mamy 2011, a laska ma 22 lata) poznaje bogacza z wielkiego miasta, który dysponuje śmigłowcem, prywatnym odrzutowcem, kilkoma samochodami, mieszkaniami i tak dalej – jest wystarczająco bogaty, żeby spełniać jej wszelkie potrzeby, a przy tym jest młody (zaledwie o 6 lat starszy od niej) i diabelnie przystojny (oczywiście według wyobrażeń autorki i jej głównej bohaterki). Oczywiście ona zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia („Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny, przyjemny dreszcz”), on oczywiście zakochuje się w niej (to akurat jest pozornie ukrywane, ale inteligentny czytelnik się od razu tego domyśli), oczywiście on oszałamia ją drogimi prezentami (pierwsze wydanie jej ulubionej książki, piekielnie drogie, lot śmigłowcem, najnowszy MacBook czy samochód w prezencie), ona oczywiście ulega, choć przy sugestii, że on jej będzie kupować ubrania zaczyna się czuć jak dziwka (jakoś wcześniejsze prezenty, w postaci chociażby tego maczka nie wywołują tej myśli, nasza bohaterka kurczowo uczepia się myśli, że może udawać, że to pożyczony sprzęt, ha, ha). On zgrywa niedostępnego, mówi jej, że „nie bawi się w dziewczyny” i że jedyną formą bycia z nim może być podpisanie umowy. Umowa dotyczy układu – pozornie bdsm, to znaczy bohater twierdzi, że będzie Panem, a bohaterka Uległą (aka Niewolnicą), jednak, jak się okazuje, panna Anastasia nie podpisuje umowy w tej książce. Bynajmniej nie dlatego, że wie, że nie na podpisywaniu umów polega układ Pan-Uległa, ale po prostu taki jest ciąg wydarzeń. Okazuje się, że bohaterka w wieku 22 lat: jest dziewicą, nigdy w życiu się nie masturbowała (tu można podejrzewać rodzinę, ale nie, od razu dowiadujemy się, że jej matka ma już piątego męża, a żaden z nich bynajmniej nie był żadnym religijnym fanatykiem, matka w dodatku wydaje się dość wyzwolona, rozmawia bardzo swobodnie z córką na temat jej chłopaka i kompletnie nie widać uzasadnienia, dlaczego Ana nigdy nawet nie dotykała się „Tam”, jak sama to określa). Już coś zgrzyta, czyż nie? Już widać, że mamy do czynienia z fikcją literacką, która nawet nie sili się na prawdopodobieństwo. W związku z tym odkryciem pan Grey delikatnie ją rozdziewicza (jak sam twierdzi, to jego pierwszy waniliowy seks, to znów daje do myślenia), ona oczywiście jest zachwycona, przeżywa superorgazm podczas pierwszego razu (pisałam już, że to harlequin?), zakochuje się jeszcze bardziej i mimo lekkiego szoku wywołanego guglaniem zainteresowań seksualnych pana Greya zgadza się totalnie na układ opisany w niepodpisanej przez nią umowie. I gdybyż jeszcze faktycznie ten układ spisany w umowie zaczął funkcjonować. Ale nie, umowa zakłada, że nasza bohaterka staje się totalną niewolnicą pana Greya, że on jest jej Masterem – kontrolującym każdą dziedzinę jej życia (w tym jedzenie, co jest jednym z dziwaczniejszych motywów tej książki, bowiem Ana jest zdecydowanie osobą zapominającą regularnie o posiłkach, toteż przy każdym spotkaniu z jej „Panem” on pyta się co jadła i próbuje ją zmusić do jedzenia – jak to stwierdziłam – to jest książka o feederze, bo non stop Grey próbuje karmić Ane). Umowa (niepodpisana) swoją drogą, a życie swoją, pan Grey teoretycznie wymaga całkowitego posłuszeństwa, a potem się dziwi, że nie jest to respektowane. Pewna istotna scena rozgrywa się podczas oficjalnej kolacji z udziałem jego, jego rodziców, jego brata, dziewczyny jego brata i Anastasii – nasza teoretycznie mająca być Uległą bohaterka zdecydowanie daje mu znać podczas kolacji, że nie życzy sobie jego ręki na swoim udzie pod stołem – cóż czyni nasz wannabe Master? Potulnie zdejmuje rękę, a potem, w scenie face to face próbuje przypomnieć swojej „Uległej”, że to on ma tu władzę i że takie zachowanie jak jej podczas kolacji nie jest akceptowane. Jego starania jednak spełzają na niczym, ponieważ Ana wywiera na niego tak wielki wpływ, że decyduje się tylko na „ukaranie” jej przy pomocy stosunku, który jak sam twierdzi ma służyć „tylko jego przyjemności”, co w praktyce przekłada się tylko na to, że kocha się z nią do momentu, kiedy sam ma orgazm, a nie pozwala jej dojść (oczywiście panna rozdziewiczona przez niego ma za każdym razem orgazm pochwowy, prawda). Oto straszliwa kara Mastera dla Uległej (yes, that’s ironic). Dalej mamy „zabawy bdsm”, czyli dwie scenki w „Czerwonym Pokoju Bólu” (ała), który to jest zwyczajnym pokojem (nawet nie ma słowa o wytłumieniu dźwięków, no niby mamy do czynienia z bogaczem, który może mieć w nosie co służba sobie pomyśli o dochodzących z domowych pomieszczeń dźwięków, ale jednak to pewien zgrzyt), tylko wypełnionym pejczami, szpicrutami, łożem z kajdankami, etc. Jednakże w tym „porno bdsm” tak naprawdę są ze trzy sceny ocierające się o seks bdsm, jedna to bicie głównej bohaterki szpicrutą, druga wymierzanie klapsów, trzecia dotyczy tak naprawdę waniliowego seksu, tyle że ocierającego się o deprywację sensoryczną, bowiem Ana ma zasłonięte oczy i muzykę z iPoda w uszach – poza tym jednak nie doznaje niczego, czego by nie mogła doznać w „zwykłym” seksie. Stymulacja, orgazm, penetracja, yawn, boring.
Czy zaskoczę Was stwierdzeniem, że to w sumie jest cała książka? Mam nadzieję, że nie. Jeśli bowiem Was zaskoczyłam, to znaczy że spodziewaliście się czegoś więcej. A tego nie ma. Na samym końcu nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że jednak nie odpowiada jej układ zaproponowany przez Pana G. i zrywa z nim kontakty, co oczywiście powoduje szlochy w poduszkę – z czego wynika prosty wniosek, że w następnych częściach znów się z nim spotka, a na samym końcu trylogii zapewne on zorientuje się, że tak ją kocha, że będzie w stanie z nią być bez tych wszystkich ozdobników pod hasłem „bdsm” i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca.
Okej, zatem co jeszcze jest złego w tym harlequinie? Pan G. co chwilę jest zaskoczony, że jego nowa podopieczna „nie jest uległa poza łóżkiem”, a to, co mówi, sugeruje, że jego wcześniejsze partnerki były kompletnie uległe w każdej sferze życia. Mamy tu modelowo przedstawiony jeden z mitów na temat bdsmowych związków – to znaczy ten, że jeśli dwie osoby odgrywają rolę Pana i Niewolnicy w relacji łóżkowej, to automatycznie przekłada się ona na ich relacje w każdej dziedzinie życia, co, między innymi, uniemożliwia ich społeczne funkcjonowanie w roli, na przykład męża/żony czy też matki/ojca. No a to, jest, proszę państwa, wierutna bzdura. Ludzie, którzy mają takie, a nie inne upodobania seksualne nie są jakimiś totalnymi odmieńcami, wyrzutkami społecznymi, dewiantami niezdolnymi do stworzenia żadnej innej relacji poza tą, określaną w sferze seksualnej. To są normalni ludzie, jakich się mija codziennie na ulicy. Robią zakupy w Lidlu, wchodzą w związki małżeńskie, mają dzieci, posyłają je do przedszkola, szkoły, wychowują tak samo, jak wszyscy inni ludzie. Bycie Masterem czy Niewolnicą nie musi determinować zachowywania tej roli 24/7. Wręcz bardziej popularne jest to, że tak się nie dzieje. To, że ktoś lubi sprawianie czy otrzymywanie bólu w sytuacjach seksualnych nie oznacza bynajmniej, że nie potrafi funkcjonować w sytuacjach codziennych. Bądźmy szczerzy: w większości sytuacji po prostu ludzi na to nie stać. Trzeba pracować, zmywać naczynia, gotować, chodzić do urzędów, wychowywać dzieci, etc. Nie współgra z tym „bycie Uległą całą dobę”. No nie, po prostu nie. Potrzeby ludzi zafascynowanych bdsm w większości przypadków odnoszą się tylko do sfery seksualnej – czyli bynajmniej nie są fantazjami Christiana Greya o pełnoetatowej niewolnicy, którą mógłby posiadać tylko dlatego, że ma kupę kasy. Ludzie lubiący taki rodzaj seksu nie są dewiantami, którzy nie mogą osiągnąć spełnienia seksualnego w innej relacji – to są ludzie, którzy uwielbiają wchodzić w określoną rolę w sytuacji, która na to pozwala („łóżko”, że tak napiszę skrótowo, wiadomo że nie chodzi o ten mebel). Która na to pozwala. To nie wyklucza ich aktywności w dziedzinach życia zupełnie niezwiązanych z „łóżkiem”, jak choćby wspólne prowadzenie gospodarstwa domowego czy wychowywanie dziecka (dzieci). A niestety książka Leonard sugeruje coś właśnie przeciwnego. Fanem bdsm jest człowiek, który może się kompletnie nie przejmować kwestiami typu budżet domowy czy wywiadówki szkolne. Fabuła sugeruje, że olbrzymia niezależność finansowa i emocjonalna jest jedynym warunkiem spełniania swoich zachcianek seksualnych, stawiając seks bdsm na półce „dla aroganckich bogaczy”. A to tak nie jest.
Kolejna sprawa to język. Przeczytałam tę książkę w polskim tłumaczeniu Moniki Wiśniewskiej i przez chwilę miałam wrażenie, że jej tłumaczenie to jest jakiś zaawansowany trolling, na jaki nabrało się wydawnictwo, ale niestety przeczytanie kilku zdań w oryginale rozwiało moje złudzenia. Autorka naprawdę opisuje sceny erotyczne w stylu: „Czuję, jak na moje policzki wracają rumieńce. Z barwy niewątpliwie przypominam manifest komunistyczny.”, „Gdy zdejmuje bokserki, jego erekcja wyskakuje na wolność. Rany Julek… „, „O święty Barnabo, jestem zupełnie naga.”, „O święty Barnabo, zamówił ostrygi na lodzie.”, „O kuźwa. Święty Barnabo… Jezu. A potem jest już we mnie… ach! Skóra przy skórze… najpierw porusza się powoli… testując mnie… o rety.” etc, etc.
Pozwolę się tu posłużyć zestawieniem dokonanym przez jakąś wspaniałą istotę z Goodreads, która podsumowała tę książkę tak


(jej recenzja poza tym, że jest jeszcze zwięźlejsza niż moja notka może wywołać paroksyzmy śmiechu, serdecznie polecam)
No więc właśnie. Podstawcie sobie jeszcze zamiast „Holy cow” frazę „O święty Barnabo!” i już macie wyjaśnienie dlaczego, między innymi, udało mi się przebrnąć przez tę książkę – no nie da się roześmiać czytając „O święty Barnabo, jest cały mój i mogę się nim bawić. Cieszę się jak dziecko.” To jest po prostu kosmos – proza pani Leonard jest fascynująco zła, jest tak zła, że nie da się traktować serio jej wypocin. Co, być może, jest pewnym ratunkiem dla osób zainteresowanych seksem w sferze bdsm – nie potraktują tej książki serio. I taką mam wielką nadzieję.
A jeszcze większą mam nadzieję, że czytelniczki tej książki nie potraktują serio tego fragmentu, pozwolę sobie to przytoczyć w oryginale:
„I just don’t know what his game is? What he’s thinking? You’ve slept in his bed all night, and he’s not touched you, Ana. You do the math. My subconscious has reared her ugly, snide head.”
„Powiedział, że lubi, jak jego kobiety czują. A więc pewnie nie żyje w celibacie. Ale nie próbował do mnie startować, tak jak Paul czy José. Nie rozumiem. Pragnie mnie? Nie pocałował mnie w zeszłym tygodniu. Jestem dla niego odpychająca? A jednak przywiózł mnie tutaj. Po prostu nie wiem, w co on pogrywa. Co sobie myśli? „Spędziłaś w jego łóżku całą noc, a on cię nawet nie dotknął, Ana. Dodaj dwa do dwóch”. Moja podświadomość pokazuje swoją brzydką, drwiącą twarz. Ignoruję ją.”
Na litość boską! Bohaterka książki właśnie przyznaje się do zdziwienia tym, że facet, którego tak naprawdę w ogóle nie zna, nie zgwałcił jej w czasie, gdy była nieprzytomna i uznaje to za potwierdzenie swojej nieatrakcyjności. Uznaje to za dziwne, bo wydaje się jej, że jeśliby była tak atrakcyjna, jak o sobie próbuje myśleć, to przelecenie jej w czasie, gdy była nieświadoma byłoby tylko potwierdzeniem jej atrakcyjności. SRSLY? Serio Autorka uważa, ze przerżnięcie w stanie nieświadomości (dla ułatwienia dodam: tak, to właśnie zawiera się w definicji gwałtu) byłoby tylko potwierdzeniem atrakcyjności bohaterki? Srsly?
Nie umiem tego skomentować w sensowny sposób. No po prostu nie umiem. Sugestia, że wyznacznikiem atrakcyjności laski miałoby być to, czy zostanie ona przeleciana w stanie nieświadomości spowodowanej nadużyciem alkoholu jest dla mnie tak straszna, że nie umiem nic sensownego o tym napisać. Mam tylko wielką, wielką nadzieję, że dla żadnej laski nie stanie się to obowiązującym kanonem. Srsly, dziewczyny: jeżeli zamierzacie upić się do nieprzytomności: róbcie to w towarzystwie osób, które w żaden sposób nie wykorzystają was w czasie gdy jesteście nieprzytomne. Bo jeśli to zrobią, to jest to GWAŁT.
I mam wielką nadzieję, że proza Eriki Leonard nie wzbudzi w Was podejrzenia, że jeśli po pijanemu przeleci Was jakiś bogaty dupek, to uznacie, że to jest coś, co miało prawo się zdarzyć. Bo nie miało. Serio. Nie miało prawa się zdarzyć i ten idiotyczny bohater literacki popełniłby przestępstwo jakby to zrobił, ok? Macie tę świadomość? No to bardzo się cieszę.
Tak więc z grubsza jest to podsumowanie ZŁA, jakie drzemie w książce Eriki Leonard: po pierwsze: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po drugie: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po trzecie: totalnie złe przedstawienie seksu z nieprzytomną dziewczyną. To tak nie działa, serio.
Nie czytajcie tej książki, nie kupujcie jej nikomu, nie mówcie o niej. Już lepiej sięgnąć po „Zmierzch”, jeśli lubicie książki z młodymi i naiwnymi bohaterkami.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Polcon 2012 – The Beginning

Królowa napisała 29 sie, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Fantastykę, rzecz jasna, czytałam od dawna. Jednak informacje o zlotach miłośników tejże dotarły do mnie z dużym opóźnieniem. Owszem, to tu, to tam, czytałam coś o konwentach, jednak dopiero przed tegorocznym Pyrkonem zaczęłam się zastanawiać: „a jakby tak też wziąć w tym udział?” Pierwszą okazją był Pyrkon, jednak zanim się ogarnęłam z myślą, że rzeczywiście chcę, wszystko było już zorganizowane, a ja się obudziłam z tak zwaną „ręką w nocniku”. Toteż zostało mi tylko oglądanie wspomnień z. I w ramach tych wspomnień obejrzałam w internecie taki oto filmik z Pyrkonu. Bardzo mi się spodobał, rozpropagowałam go w internecie na ile mogłam i powzięłam mocne postanowienie, że na następny kontent już pojadę. A że mój syn jest co najmniej takim samym nerdem jak ja, a może i już większym, to uznałam, że będzie dla niego frajdą, jak zabiorę go ze sobą. Wykupiłam zatem wczesną akredytację na Polcon 2012, załatwiłam sobie u znajomego we Wrocławiu nocleg i czekałam na te parę dni sierpnia. Trochę się pozmieniało w międzyczasie, jeśli chodzi o moje noclegi, tudzież miejsce pozostawienia mojego młodszego dziecka, ale bez żadnego problemu udało mi się ogarnąć wszelkie kwestie organizacyjne i oto w czwartek rano wylądowałam z synem Tomaszem we Wrocławiu. Odstałam z Ausirem i z dzieckiem 1,5 godziny w kolejce akredytacyjnej dla tych, co wykupili akredytację wcześniej (kolejka tych, co wykupowali akredytację na miejscu była dłuższa, ale poruszała się szybciej, humf), dostałam torbę z materiałami polconowymi, po czym ruszyłam na pierwsze prelekcje i spotkania.
Bardzo chciałam wejść na wykład Mai Lidii Kossakowskiej „Duchy i demony dawnej Japonii”, ale okazało się, że jest on zaplanowany w takiej sali, że gdy dotarłam tam 3 minuty po jego rozpoczęciu nie da się do tej sali wcisnąć szpilki, więc odpuściłam i tylko pozwiedzałam sobie teren konwentu, przy okazji podrzucając syna do sali z blokiem „Fantastyka dla dzieci”, gdzie wysepiłam czerwoną kredkę i przy jej pomocy zakreśliłam sobie dalsze punkty programu, które wydały mi się interesujące. Potem niechcący zostałam wciągnięta w zabawy z Klanzą,
zabawy z Klanzą które okazały się bardzo fajne, tym bardziej, że wobec nikłej obecności dzieci organizatorki starały się wciągnąć do zabawy losowych ludzi z fandomu przechodzących korytarzem, co nieco im się udało.
klanza 2
Potem jednak uznałam, że to był dość męczący dzień i pojechałam wraz z synem spać już o godzinie 20.00 przez co ominęło mnie obserwowanie czegoś tam tudzież Andrzeja Sapkowskiego, nieudolnie chowającego za plecami butelkę Tyskiego (fuj!).

W piątek jednak wstałam o 9 rano, by już o 9.20 wyruszyć na teren konwentu na spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. Nie udało mi się dotrzeć punktualnie, gdyż tramwaj, rzekomo jadący na plac Grunwaldzki okazał się mieć zmienioną trasę i wywiózł mnie w zupełnie inne regiony Wrocławia, z których powrót nie był wcale taki prosty, toteż dobrnęłam pod drzwi sali o 10.15, gdy pozostawało już tylko tkwienie w ścisku i wytężanie słuchu, by złapać choć kilka słów z tego, co mówił Sapek. To jednak, co dosłyszałam, było dla mnie satysfakcjonujące, a ustawienie się później w kolejce po autografy zaowocowało otrzymaniem przeze mnie podpisu Autora na „Krwi elfów”, przy następującym dialogu:
Ja (czarującym głosem): Czy mogę prosić: „dla Królowej Nocy?”
Sapek (entuzjastycznie): Ależ oczywiście! klient nasz pan!
autograf AS
No i tak dostałam autograf, odeszłam, wypaliłam triumfalnego papierosa, po czym wróciłam i zrobiłam parę zdjęć Mistrzowi. A następnie pomknęłam na następne spotkania.
I już w piątek wieczorem pomyślałam sobie, że decyzja o pojechaniu na Polcon była jedną z lepszych decyzji, jakie podjęłam w ciągu tego roku. Dlaczego? Po pierwsze z dość oczywistego i nudnego powodu: dobrze czujemy się wśród „swoich”, nie jestem tu wyjątkiem. Było niezmiernie miło znaleźć się w grupie ludzi tak samo zafascynowanych SW, ST, Wiedźminem, horrorami, wampirami czy inszymi takimi „dziwactwami”. Było wspaniale podsłuchać na przerwie na papierosa dialog jakiejś laski z koleżankami, w którym żaliła się ona, że prawie nikt nie rozumie sensu jej kresek namalowanych długopisem na przedramieniu, a oznaczających ilość jej spotkań z Silence (btw. świetny patent, totalnie na następnym konwencie zamierzam go wykorzystać i też sobie namalować na ręku ślady po spotkaniach z Silence). To tak  drobna rzecz, a jak cieszy, gdy jest się „wtajemniczonym” i szybki rzut oka na kogoś, pozwala stwierdzić, że ta osoba też jest. Niesamowicie mnie też ucieszyła mikrocelebrycka sława, to znaczy najpierw status Szpro o tym, że w tramwaju spotkała przypadkiem mój fandom, rozprawiający z ożywieniem o tym, że jestem i że będzie mnie można spotkać na żywo (co się zresztą udało, pozdro Parasit!), potem spotkanie w drodze na konwent, gdy jakiś chłopiec do mnie zamachał  w stylu „cześć Królowa!”, a ja radośnie odmachałam, choć nie miałam bladego pojęcia kto tak mnie pozdrawia (do dziś nie mam, odezwij się please, człowieku spotkany w sobotę pod wieczór, gdy ja szłam na konwent, a ty z niego wracałeś i pomachaliśmy sobie tuż przed światłami na placu Grunwaldzkim), aż do niedzielnego spotkania z dziewczęciem, które zostało mi przedstawione i na wstępie powiedziało radośnie: „czytuję twojego bloga!”, co było przemiłe.

Oprócz tego konwent był dla mnie niesamowitym psychicznym odpoczynkiem, kilkoma dniami urlopu od normalnego życia. Fizycznie był bardzo wyczerpujący (jak to powiedziała Alq: „Bo jak się na konwencie nie jest 90% czasu pijanym/skacowanym/ledwo żywym to się w ogóle NIE LICZY.” i wszystkie te warunki wypełniłam całkowicie, to znaczy „pierwszego dnia byłam ledwo żywa, drugiego też, potem pijana, potem skacowana, ostatniego dnia znów ledwo żywa”.
A zdecydowanie bardziej cenię odpoczynek psychiczny.

Polcon zbudził też we mnie wiele stłumionych pragnień, marzeń, które porzuciłam już niemalże całkiem; przytłoczona codziennym życiem, stresem, zarabianiem na chlebek i masełko, depresją, lenistwem i tym podobnymi, toteż zyskałam nieoczekiwanie bardzo dużo powodów, żeby… żyć. I kontynuować marzenia, które okazały się wcale nie tak trudne do spełnienia (a przynajmniej takie mam wrażenie po konwencie).

Także, podsumowując, było to niesamowicie budujące doświadczenie, z którego wywiozłam materiał na co najmniej kilka notek, którymi będę was teraz zamęczać przez najbliższe kilka dni, czy tygodni. Pewną przeszkodą w pisaniu bloga jest teraz dla mnie to, że w następstwie zakupów dokonanych na Allegro przed Polconem, zakupów i pożyczek dokonanych w czasie Polconu, mój stosik książek „do czytania” liczy obecnie 11 książek (jeszcze wczoraj to było 12) i mimo tego, że mam urlop, niełatwo mi znaleźć czas na cokolwiek innego, poza czytaniem.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Co lubię

Królowa napisała 24 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Taka zabawa blogowa – łańcuszek. Każdy pisze swoje i wpisuje komu przekazuje pałeczkę.
Nie przepadam, sensu mają mało te wyliczanki, ale mnie Luca wywołała do tablicy, to nie chcę przerywać zabawy ;)
Oto kolejne ogniwo blogerskiego łańcuszka  – wyliczanki pt. „Co lubię”. Zasady: szczerze, spontanicznie, 10 rzeczy.

1. Lubię swoje dzieci
(boooring, wiem. ale naprawdę je lubię, oprócz tego, że kocham najmocniej na świecie)
2. Lubię się uczyć
(ogólnie – nowych rzeczy, ostatnio kręci mnie programowanie i rzucam się a to na Objective-C, a to na Ruby)
3. Lubię seks
(i nie wstydzę się przyznać do tego publicznie, tak)
4. Lubię odkurzać, zmywać i gotować
(dwa pierwsze zawsze, to ostatnie to nowość, zawsze mówiłam że nie cierpię tej czynnośći, a ku swojemu zaskoczeniu ostatnio mi się to zmieniło, co pewnie widać po częstym używaniu przeze mnie kategori wpisów „historie kuchenne”)
5. Lubię czytać
(to nie do końca prawda… ja to kocham, ale niech będzie)
6. Lubię tworzyć
(pisać… stwarzać jakieś kawałki świata, ostatnio zaangażowałam się mocno w rozkręcenie projektu Blipoteki – blipowej biblioteki, dłubię w biżuterii, tworzę sobie aranżacje na korkowej tablicy, organizuję sobie przestrzeń życiową drobnymi aranżacjami mieszkania, hoduję zioła, co jest też formą tworzenia, z małego pędu wyrasta półmetrowa bazylia…)
7. Lubię internet
(no to trochę jak przy czytaniu, bardziej kocham)
8. Lubię pracować
(tak, tak, serio. nie, nie jestem uzależniona. chyba nie. nie. no może odrobinkę)
9.  Lubię się kłócić
(dyskutować, flejmować, wymyślać argumenty, wygrywać, przegrywać, obalać czyjeś założenia albo przyznawać rację, lubię to, że każdy ma inne spojrzenie na świat i móc z nim o tym porozmawiać)
10. Lubię ŻYĆ
(tak po prostu. móc robić wszystko to, co lubię i wzmacniać się, robiąc to, czego nie lubię. dowiadywać się co lubię, a czego nie. zmieniać. rozwijać się. starzeć. doświadczać. czuć. kochać. myśleć.)

No. To by było na tyle. A ja rzucam pałeczkę Szatanielicy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

"I nie opuszczę Cię aż do śmierci"

Królowa napisała 3 maj, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Artykuł o współczesnych konwencjach ślubno weselnych – głównie o fotografii weselnej.
I obszerny cytat:

Wiele par znudziła tradycyjna romantyczność. Chcą landrynki pikantnej.
Karolina Dudek: – Po 2000 r. pojawiły się sesje „trash the dress” z niszczeniem sukni – taplanie się w morzu, w żwirze, w błocie, bieganie po fabrykach.
Sławomir Sikora: – W dawnym rytuale ślub oznaczał rozstanie panny młodej z rodziną. Dlatego w pieśniach weselnych pojawiał się motyw płaczu, śmierci.
Wpis w blogu grupy weselnych fotografów: „ »Trash the dress « już nam nie wystarcza, zapragnęliśmy czegoś nowego. Tak powstały sesje ślubne »kill the bride «”.
Panna młoda nieżywa, wciśnięta do bagażnika. Pan młody z łopatą.
Pan młody z nożem. Panna młoda na podłodze prosektorium.

I to był fragment, po którym dalszą część tekstu przeczytałam tylko po to, żeby doczytać do końca. Bo w zasadzie przestało mnie interesować co dalej. Z nożem ? W bagażniku?? Nieżywa? Wyraz, kurwa, miłości?! Nie, ja tego nie ogarniam, to dla mnie za dużo. Nie nadążam za tym światem. Taka sesja nawet nie z okazji ślubu wywołuje moje zdziwienie. Ale jako sesja po ślubie, na którym się przysięga – i nie opuszczę Cię aż do śmierci?
Ślub to wyraz miłości. Miłość zwycięża śmierć. Znów posłużę się cytatem:

Miłość niczego więc nie żąda od drugiego, poza owym pragnieniem utrwalenia jego istnienia. Wyznawać drugiemu miłość to znaczy właściwie mówić mu tylko jedno słowo: „bądź”. „Bądź” na wieczność. Miłość, wychodząc od odkrycia istnienia drugiego: „ty jesteś”, zamienia je w życzenie, które jest wyznaniem miłości: „bądź”.
Lecz właśnie temu „bądź” kładzie kres śmierć. Doświadcza się jej tym bardziej, im bardziej intensywnie doświadcza się owego pragnienia, by drugi istniał na wieczność. W łonie doświadczenia miłości, i to od samego jego początku, pojawia się więc lęk przed utratą drugiego. Nie tyle przed jego zdradą, ile przed ostatecznym zagarnięciem go przez śmierć. Miłość dna jest od samego początku wraz z tym lękiem i może być także za jego cenę.
Miłość i śmierć toczą więc ze sobą walkę. Obie usiłują zapanować nad istnieniem ukochanego. Miłość jednak wierzy w istnienie wiecznego trwania. Pisał Gabriel Marcel” „Ukochać jakąś istotę – mówi jedna z moich postaci – to powiedzieć: ty nie umrzesz?”. Czy miłość i śmierć są jednak tylko wrogimi mocami, skoro bez śmierci nie moglibyśmy wyznać miłość, tego „bądź” na wieczność, a bez miłości nie mielibyśmy nadziei na pokonanie progu śmierci?

(Tadeusz Gadacz „O umiejętności życia”)

Tyle za komentarz.

Tagi: , ,

 
0

Torebka kobiety – tajemnica, której wciąż nie mogę zgłębić *

Królowa napisała 11 sty, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Parę dni temu, z okazji Międzynarodowego Dnia Sprzątania Biurka pisaliśmy sobie na blipie #comasznabiurku. Następnego dnia, zrobiłam sobie porządek na biurku, a idąc za ciosem, postanowiłam przeprowadzić to samo z moją torebką. A jako że mam teraz nową, duuuużą torebkę, to, co tam znalazłam, nawet mnie zaskoczyło. Postanowiłam to uwiecznić. Oto, co ma (czasami) w torebce dwudziestoparoletnia kobieta: (kolejność przypadkowa)

1. książka Sapkowskiego „Krew elfów”
2. kalendarzyk na 2009 rok
3. szczotka do włosów
4. opakowanie Apapu
5. opakowanie Strepsils Intensive
6. puder Lancome
7. biały puder Shiseido
8. korektor do twarzy
9. tampon
10. rękawiczki
11. faktura ze sklepu frisco.pl z ostatnimi zakupami
12. paczka chusteczek do nosa
13. kółko od składanej wyścigówki mojego syna
14. pilniczek do paznokci
15. atomizer z perfumami Miracle Lancome
16. 2 saszetki brązowego cukru z Coffe Heaven
17. iPod
18. identyfikator korpo
19. saszetka Gripexu
20. guma do żucia
21. kosmetyczka, a w niej:
22. perfumy Very Irresistible Givenchy
23. podkład Diorskin Nude
24. podwójne cienie do oczu Fred Farrugia
25. próbka kremu nawilżającego do twarzy Clarins
26. balsam ochronny do ust
27. atomizer z perfumami Organza Givenchy
28. błyszczyk do ust Lancome
29. odświeżacz do ust
(koniec zawartości kosmetyczki)
30. papierosy
31. zapalniczka
32. spora ilość paragonów ze sklepów, potwierdzeń zapłacenia kartą, numerek z poczty
33. podpaska
34. portfel
35. klucze do mieszkania

Uff. Wszystko szczerze.
Jakby próbować mnie opisać na podstawie tej listy, wyszłoby chyba, że jestem bardzo próżną lekomanką ;)
Oraz można się domyślić, jakie są dwie moje ulubione marki kosmetyczne. Jednakże po dzisiejszych porządkach oczywiście nie wszystko wróciło do tej torebki

* tytuł to fragment piosenki zespołu Pod Budą „Damska torebka”

Tagi: , ,

 
0

cytat

Królowa napisała 25 paź, 2009 w kategoriach Bez kategorii

Porządkuję dokumenty na dysku i znalazłam plik z zapisanym takim zdaniem

Laughter and tears are both responses to frustration and exhaustion. I myself prefer to laugh, since there is less cleaning up to do afterward. – Kurt Vonnegut

I zapragnęłam poczytać Vonneguta. Oraz kupić sobie jakąś niebanalną czapkę na zimę.

Tagi: ,

 
0

A co ciebie obchodzi, co myślą inni, czyli recenzje dwóch ksiażek

Królowa napisała 4 lip, 2009 w kategoriach Bez kategorii

1.
Richard P. Feynman
„A co ciebie odchodzi, co myślą inni?” czyli Dalsze przygody ciekawego człowieka
Stąd podtytuł tego bloga oczywiście. Potrzebowałam książki do pociągu,  weszłam do Empiku, kupiłam, bo znane nazwisko („Feynmana Wykłady z Fizyki” od paru lat są na liście do przeczytania). Wciągające niesamowicie. Przeczytałam praktycznie całą w 3 godziny. Lekkie, szalenie  ciekawe, inteligentne, zabawne. Mniam. Wbrew notce wydawcy na okładce, najlepszy fragment to wcale  nie ten o Warszawie, jest wiele innych smakowitszych opowieści.
A skoro mówimy o smaku, to:

2. Sylwia Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet”
Kieszonkowy zaiste. Kupiony z tych samych powodów co Feynmann, przed inną podróżą. Co wspólnego ze smakiem? Niesmak. Pojawia się niestety bardzo często w czasie czytania. Detaliczny opis poronienia, samookaleczeń, szorowania kibla. Nie wiem, może ja jestem staroświecka, ale opisy „pęcherza z zarodkiem”, który jak „pierścionek z przezroczystym oczkiem” wypada spomiędzy nóg bohaterki nie wydają mi się literaturą wysokich lotów. Nie spodziewałam się zresztą takowej, ale ta książka dla mnie jest tylko feministycznym bełkotem. Matki Polki, Gospodynie Domowe, Bazarówy – Królowe Ogniska Domowego.
„A Polska Matka, wiadomo, nie umiera ot  tak sobie, tlyko wstępuje do nieba. Normalnie bez biletu, na cwaniaka, siada na odkurzacz okrakiem i pędzi na samą górę. Tam przybija piątkę z Maryją i leci zmywać naczynia po ostatniej wieczerzy. A jeszcze grdera pod nosem /…/”
Ten fragment przeczytałam w księgarni, rozśmieszył mnie i postanowiłam kupić. Zabawne… jako ten jeden cytat. Niestety większość „atlasu” składa się z takich pełnych goryczy i frustracji wynurzeń.
A ja może dziwna jestem, ale uważam że każdy jest kowalem własnego losu i skoro ktoś  tkwi w danej robi, to widać się w niej spełnia. I literatura zaangażowana pokazująca jak biedne są kobiety w tym patriarchalnym świecie do mnie nie przemawia. Gdybyż jeszcze forma była przystępna. Ale te opisy płodu… Sorry, nie da się. Brzydliwa nie jestem, mogę czytać o wypruwaniu flaków na policja.pl i jeść śniadanie, ale od literatury oczekuję czegoś więcej.

Tagi: ,