0

Lubię, kiedy kobieta (omujborze, cojaczytam, japierdolę)

Królowa napisała 15 cze, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Trafiłam na fejsie na zalajkowaną przez kogoś notkę Segritty o wzniosłym tytule „Lubię, kiedy mężczyzna”. I gdzieś to mam, że nawiązanie do Przerwa-Tetmajera, bloga Segritty czytałam kilka razy i zawsze miałam go za bloga Kobiety, Która Ma Poglądy i nie boi się ich wyrażać, nawet jeśli są kontrowersyjne albo niepasujące do ogólnie przyjętego wzorca. I nagle na tym blogu trafiam na słodkopierdzącą notkę, w której autorka wychwala zalety swojego chłopaka (partnera, męża, kochanka, samca, chujmnietoobchodzi kogo formalnie) w odniesieniu do swoich oczekiwań. Ależ proszę bardzo, jej samiec, jej upodobania, zajebiście, że się dogadują, acz rozczarowanie, że nagle trafiam na tym blogu na notkę Szczęśliwej Mężatki*

*Szczęśliwa Mężatka to określenie z książki „Dziennik Bridget Jones”, jest to zatem określenie nieco hermetyczne, jak ktoś czytał, to wie, jak nie czytał, to nie wie, kieruję swoje słowa do osób, które czytały, jak ktoś nie rozumie,  jego strata.

No ale cóż, to rozczarowanie do przebolenia, gorzej, że okazuje się, że notka wywołała reperkusje u Astragalizo i Szwedzkiego, którzy poczuli się zobowiązani do ironicznego skomentowania nociałki. No i po co, ja się pytam, po co? Na cóż tu zgryźliwe stwierdzenie, że wyjadanie komuś oliwek z pizzy to „okazjonalne zapamiętywanie upodobań”, toż Segritta pisze o swoim księciu na białym koniu i nie widzę w jej notce ambicji przenoszenia tego na ogólne zasady funkcjonowania związku. No tak, ona lubi jak się jej wyjada oliwki z pizzy i nie proponuje jej piwa, ja bym dostała piany za próbę kradzieży choćby jednej oliwki z mojego kawałka pizzy i próbę pozbawienia mnie piwa, noicoztego. Smutna nieco jest notka pierwotna, bo, jak pisałam, na tym blogu oczekiwałam błyskotliwych uwag o charakterze ogólnym, a nie wynurzeń „lubię jak on nosi koszule”, ale jeszcze smutniejsze jest, że ktoś uznał, że na takie pienia o Mężczyźnie Swojego Życia musi pierdolnąć kontrnotkę wykazującą, jak złe są te konkretne oczekiwania jakiejś laski, no bo przecież każdy powinien na blogasku pisać o ogólnych zasadach i broń boże o personalnych doświadczeniach. No ma taka Segritta tak, że nie lubi oliwek, jest to z mojego punktu widzenia smutne, ale czy aż tak, że należy się zapienić i wykazać jej, jak bardzo to jest złe? A niechże sobie każdy lubi to, co lubi, czemuż ja mam reagować na opowieści o czyichś gustach kulinarnych? Z czego tu w ogóle robić dramę? Z faktu, że ktoś docenia, że jej miś ją drapie po plecach? A niech sobie docenia, co mnie to? Podzielam – no spoko, ale nie oceniam swoich upodobań jako dobre, bo „ktoś ma tak samo, hurra”. Nie podzielam? Wzruszam ramionami i idę dalej, #comnietoobchodzi.

Tagi: , , , ,

 
0

Dlaczego jesteś taka smutna?

Królowa napisała 27 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Znacie to pytanie? Ja znam. Aż za dobrze. To, albo: „Dlaczego jesteś zła?”. Prześladuje mnie odkąd pamiętam – od wczesnych lat podstawówki.
Są ludzie, którzy mają uśmiech niemal na stałe wlepiony w twarz. Wieczni wesołkowie. I są ci inni, z normalną twarzą, która niekoniecznie oznacza stan smutku czy złości. Wręcz nie oznacza na ogół. Serio. Można się nie uśmiechać, a nie być smutnym. Mieć nastrój… neutralny. Zwyczajny.

Nie umiem się uśmiechnąć na komendę „uśmiechnij się”. Słabo mi wychodzi udawanie uczuć i emocji. Jestem rozbawiona, to się śmieję, nie mam się z czego śmiać, to się nie śmieję. Taka już jestem. Poważna? Może. Ja wiem, wiem, to nie wynika ze złej woli, ludzie zadają takie pytanie, bo zakładają, że jak ktoś jest smutny, to należy go pocieszyć. Ale jeszcze raz: że nie mam na twarzy radosnego uśmiechu od ucha do ucha, nie znaczy że jestem smutna. Mogę być, oczywiście, może o tym powiem, może nie, jeśli nie mówię, to przyjmij że jest ok i nie naciskaj.
Uwielbiam spędzać czas z ludźmi, z którymi się czuję dobrze nawet, jeśli nie rozmawiamy zbyt dużo.  Mogę być smutna, wesoła, poważna lub w nastroju a la rozchichotana nastolatka – nieistotne, nie muszę się tłumaczyć, jeśli nie chcę rozmawiać, mogę siedzieć na kanapie i pić wino, zechcę, to będę mówić. Tak samo ja nie wyciągam z nikogo słów, jeśli on chce ze mną tylko posiedzieć i pomilczeć. Czasem chce się pobyć z innym człowiekiem choćby w ten sposób.

A jeśli komuś przeszkadza, że idę, na przykład, na piwo i w odróżnieniu od 20 śmiejących się, gadających jedna przez drugą osób, ja siedzę i tylko obserwuję sytuację – hm, to ma problem, jeśli to impreza na którą sam zaprosił, może mnie więcej nie zapraszać, jeśli otwarta – nic nie pozostaje. Pogodzić się z sytuacją.
Naprawdę, dajcie mi być sobą, mieć swoją rzekomo „smutną” twarz, milczeć, kiedy nie mam ochoty mówić, śmiać się wtedy, kiedy mnie coś śmieszy, a nie z grzeczności, nie musieć udawać radości.

Tagi: , , , ,

 
0

I am woman

Królowa napisała 12 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

I am woman, hear me roar
In numbers too big to ignore
And I know too much to go back an’ pretend
’cause I’ve heard it all before
And I’ve been down there on the floor
No one’s ever gonna keep me down again

CHORUS
Oh yes I am wise
But it’s wisdom born of pain
Yes, I’ve paid the price
But look how much I gained
If I have to, I can do anything
I am strong (strong)
I am invincible (invincible)
I am woman

You can bend but never break me
’cause it only serves to make me
More determined to achieve my final goal
And I come back even stronger
Not a novice any longer
’cause you’ve deepened the conviction in my soul

CHORUS

I am woman watch me grow
See me standing toe to toe
As I spread my lovin’ arms across the land
But I’m still an embryo
With a long long way to go
Until I make my brother understand

Oh yes I am wise
But it’s wisdom born of pain
Yes, I’ve paid the price
But look how much I gained
If I have to I can face anything
I am strong (strong)
I am invincible (invincible)
I am woman
Oh, I am woman
I am invincible
I am strong

FADE
I am woman
I am invincible
I am strong
I am woman

Helen Reddy  „I am woman”

Tagi: ,

 
0

And i want and i want and i want

Królowa napisała 17 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Nowa droga. Nieznana. Kusząca.
Boję się i pragnę… tak samo mocno.  Jestem rozdarta pomiędzy uleganiem a stawianiem się. Prowokuję, potem widzę do czego doprowadziłam, obserwuję reakcję i kulę się ze strachu… i skręcam z podniecenia jednocześnie.
Tyle przede mną… I nie chcę wracać. Choć boję się, że potem już nie będzie powrotu. Nowa droga… w jedną stronę? Nie wiadomo co na końcu.
Przygryzam wargi. Zaciskam dłoń z krwistoczerwonymi paznokciami na szklance z whisky i wciągam się coraz bardziej w grę. Bezpieczną… pozornie. Lubię się bać. Lubię czekać na polecenia. Spełniać je i słuchać pochwał albo nie spełniać i czekać z lekkim drżeniem na karę. Zapowiedź kary. Lubię niepewność, zastanawianie się czy tak będzie naprawdę, czy to blef, figura retoryczna?
Czekam. Płonę.  Tęsknię. Chcę.

Tagi: , , , ,

 
0

W co się bawić mając manicure?

Królowa napisała 9 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Czas jakiś temu przeczytałam  rozmowę dotyczącą seksualizacji dzieci. Pani psycholog/seksuolog/prawnik tłumaczyła tam, jak bardzo złe jest pozwalanie córkom na naśladowanie życia matki we wszystkich aspektach, gdyż przez to można skrzywdzić dziecko, pokazując mu, że uroda jest zbyt ważna. Pada tam między innymi takie zdanie:

Można się kilka razy pobawić w robienie manicure. Tłumacząc przy okazji, że w pomalowanych paznokciach nie można wykonywać wielu czynności, bo lakier zejdzie. Odpada na przykład zabawa w piasku. Warto pokazać dziecku, że manicure niesie ze sobą pewne ograniczenia. I koniecznie potraktować go jako zabawę, a nie część standardowych zabiegów pielęgnacyjnych.

No i się zdziwiłam. Bo nigdy nie traktowałam pomalowanych paznokci jako przeszkodę w czymkolwiek – owszem, tuż po nałożeniu lakieru nie można zbyt intensywnie używać rąk, bo można łatwo zniszczyć to, co zostało właśnie zrobione, no ale doprawdy, mówimy o maksymalnie godzinie. Potem już można żyć normalnie, chyba że się ma liczną służbę. Ale ja nie mam więc trzeba pozmywać, zrobić pranie, wymienić żwirek w kociej kuwecie – no to trzeba, samo się nie zrobi. I czemu mają mi w tym przeszkadzać ładne paznokcie? Lakier odpryśnie? To zmyję albo pomaluję drugi raz, proste. I tak, zdarzyło mi się pomalować parę razy paznokcie córce – bardzo chciała tak samo jak mama. Miałyśmy obie stopy z czerwonymi paznokciami, oglądałyśmy je sobie śmiejąc się wesoło. Czy mówiłam córce, że nie może czegoś robić, bo jej lakier zejdzie? Czy sama sobie to mówię? Skądże! To nie lakier rządzi moimi paznokciami, to ja nimi rządzę. Mamy takie ograniczenia, jakie sobie sami narzucamy, jeśli ktoś nie może się bawić w piasku z dzieckiem bo mu lakier zejdzie, to cóż, przykre, że władzę nad nim ma odrobina kolorowego płynu.

W rozmowie padło też, że nie można sugerować dziewczynkom, że skoro są ładne, to będzie im łatwiej w życiu. Że to, że liczy się pierwsze wrażenie to szkodliwy stereotyp, z którym trzeba walczyć. Że stwierdzenie: „Wykorzystaj swoją urodę”, /…/ to nic innego jak: „Manipuluj swą urodą, uwodź mężczyzn, by ich zdobyć i dzięki temu zyskać pozycję, stanowisko i wszelkie dobra”. A przecież, mówi pani seksuolog, „nadmiar adoratorów wcale nie jest taki przyjemny i na pewno nie jest gwarancją szczęścia.”
Hm. Trochę przerysowane, a trochę zalatuje hipokryzją z drugiej strony. Bo jest prawdą, że do ładnej osoby częściej ludzie lgną  – choć tu pytanie co to znaczy „ładnej”, w rozmowie tego nie ma, a przecież bycie ładnym, to nie musi być wygląd … (no właśnie, jaki? jest jakiś wzorzec z Sevres?). Wiele jest czynników determinujących czy się o kimś powie, że jest ładny czy nie. Jest też prawdą, że ktoś może zupełnie nie przyciągać wyglądem, a głosem, talentem, ciepłem, inteligencją, itd, itp, wiadomo. Nadmiar adoratorów nie jest gwarancją szczęścia, może nie być przyjemny, ale zdecydowanie nie zauważyłam żeby ich brak był przyjemny i interesujący. Pozycję, stanowisko i dobra powinno się zdobywać własną ciężką pracą, ale powiedzmy szczerze – fakt, że ktoś ma ładną fryzurę, dobrze się ubiera (ładnie i stosownie do okoliczności), uśmiecha miło – nie przeszkadza. Nie chodzi o to, żeby robić karierę przez łóżko, ale też nie mówmy, że uroda nie ma znaczenia. Bo moim zdaniem to nie stereotyp, a czysta, brutalna prawda.

Tagi: , , , , , ,

 
0

Zniewolona przez kokardkę na majtkach

Królowa napisała 5 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Fascynują mnie niektóre pomysły feministek. Przeczytałam dzisiaj tekst, po którym serio się przez chwilę zastanawiałam co trzeba jeść/pić/łykać, żeby wymyślać takie rzeczy. Dowiedziałam się otóż, że kokardki na majtkach są symbolem degradacji i uprzedmiotowienia kobiet. Bo, nieprawdaż, kokardkę, to się na prezencie zawiązuje, a majtki powinny być ciepłe i wygodne, broń Boże cieszące oko właścicielki i mężczyzn. Podobanie się mężczyznom jest wszak tak niefeministyczne, wstrętne i zniewalające.
A ja nie wiedziałam, Wysoki Sądzie, Szanowne Panie Feministki, przepraszam najmocniej, zhańbiłam się majtkami z H&M, które wprawdzie były tanie, ale za to z malutkimi kokardkami, prawie niewidocznymi, ale są tam, są, moja wina, kupiłam dowód zniewolenia kobiet. Nie wiem co z majtkami z cekinkami i motylkiem, kokardki na nich nie ma, więc może te są dobre? A co z tymi z wiązaniem z tyłu, wiązanie trzeba zawiązać na kokardkę, ale ja mogę na supełek, wprawdzie nie rozwiążę, ale za to nie będzie wstrętnej kokardki, już wiem, że kokardka jest fuj. Kokardka sprawia, że nie dysponuję własnym życiem, jestem zależna od mężczyzn, zinfantylizowana. Upupiona. Dosłownie.
Na szczęście, Wysoki Sądzie Feministyczny, mam więcej majtek bez kokardek. Mam nawet takie bez żadnych ozdób, ciepłe, wygodne, aseksualne. Będę je nosić, obiecuję solennie nie wyglądać jak prezent dla mężczyzn, jak zabawka. Przecież to musi być nasz wspólny cel, nasz postulat, nasza Sprawa. Trzeba koniecznie zorganizować Manifę przeciwko majtkom z kokardkami. Pisać listy protestacyjne do producentów! Pozwać ich do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej! Majtki bez kokardek to sprawa narodowa, obowiązkiem każdej wyzwolonej kobiety jest protestować przeciwko zniewoleniu przez tę wstrętną ozdobę bielizny! Precz z kokardkami, precz z męską dominacją!

Tagi: , , , ,

 
0

Wychowywanie dorosłych?

Królowa napisała 26 paź, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wdałam się w dyskusję, w której usłyszałam takie oto zdanie: „w każdym związku się partnerzy wzajemnie wychowują”. Przedtem, w innej rozmowie, z klawiatury tej samej osoby padło stwierdzenie: „chłopów to naprawdę trzeba jakoś przetresować.” Zaoponowałam przeciwko takiemu stawianiu sprawy i usłyszałam, że jestem „młoda i naiwna”. Hm, really? Może się czepiam sformułowania, łapię za słówka. Może jestem spaczona po związku, w którym to mnie facet chciał „wychować”, ba, użył takiego właśnie sformułowania mówiąc do moich rodziców: „ja ją sobie wychowam”. I wychowywał, gnoił mnie za niesmakujący mu obiad, choć za smakujący nie chwalił. Mam po tym uraz, tyle słyszałam słów krytyki, że niedobre, niesmaczne, za mało, zbyt niskokaloryczne, nieodpowiednie, że teraz, gdy znów jestem w związku i spieprzę obiad, od razu się czuję z tym źle, od razu jestem na siebie zła, spodziewam się krytyki, mam poczucie porażki. Ta krytyka nie pada, albo pada w delikatnej, żartobliwej formie, nie innej niż krytyka czegoś innego, o którą się nie obrażam, tylko śmieję razem z partnerem, więc widzę, że problem w moim podejściu i muszę sobie sama z tym poradzić. A mi trudno, Minęło już tyle czasu, a to gotowanie dla kogoś mnie stresuje, jak mieszkałam sama z dziećmi, to nie miałam takiego problemu, w ogóle o tym nie myślałam, sądziłam, że trauma minęła. A nie minęła, stoję przy tej kuchence i się denerwuję, że coś nie wyjdzie, że muszę się sprawdzić, że nie mogę sobie pozwolić na porażkę… oczywiście to tylko zwiększa prawdopodobieństwo tej porażki, ale nie umiem ot tak wyłączyć tego,  co mi wpojono. Jak mnie „wychowano”.
Wychowuje się dziecko. I to głównie małe, większe już ma wpojone wzorce zachowań i z każdą chwilą coraz mniej da się zrobić, coraz mniejszy się ma na nie wpływ. Dorosły jest, jaki jest, oczywiście, że w związku trzeba „się dogadać”. Wypracować kompromisy, podział obowiązków, umieć rozwiązywać konflikty. Ale to jest rozmowa, to są dyskusje, a nie „przetresowanie”. Ludzie się zasadniczo nie zmieniają, jak ktoś przed ślubem gwiżdże sobie na wszystkie obowiązki domowe, to po ślubie nie zmieni się magicznie. Można (trzeba!) rozmawiać, ale nie da się dorosłego człowieka wychować. A jeśli się celowo próbuje to zrobić, to może się to skończyć tak, jak u mnie. Uciekłam, a i tak jestem poraniona, muszę walczyć z tym, co mi wpajano – że jestem beznadziejna, jeżeli ugotuję coś, co się nie spodoba Panu i Władcy. Z niskim poczuciem wartości zaszczepionym przez „ty tylko siedzisz w domu z dzieckiem i nic nie robisz, mogłabyś się postarać, bo ja ciężko pracuję”. Teraz nie jestem w ciąży, sama ciężko pracuję, wiem, że nie tylko ja muszę gotować i robić resztę tego całego „domowego etatu”, a jednak jak mi nie wyjdą skrzydełka, to czuję się paskudnie.
Nie „wychowujmy się”, nie „tresujmy” czy to „chłopa” czy „baby”. To nie jest dobre.
A może się czepiam, może takie mówienie nie jest niczym szkodliwym i „jest wychowywanie i jest wychowywanie”? Co sądzicie?

Tagi: , , , , , ,

 
0

Ekodebilizm

Królowa napisała 22 lut, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Natrafiam ostatnio w sieci na rozmaite ekologiczne wymysły i sama nie wiem czy śmiać się, czy płakać, czy pukać w czoło. Względnie zrobić facepalm. Dla niektórych troska o środowisko stała się jakąś chorą, fanatyczną obsesją, zmierzającą do tego, żeby jak najbardziej odmienić życie ludzi i pozbawić je wielu praktycznych rzeczy, które tak je ułatwiają. Pominę energooszczędne żarówki, których z całego serca nienawidzę,  z wielu powodów. Pominę nawoływania do segregacji śmieci, którą owszem, można sobie w domu robić, ale co z tego, skoro w promieniu kilometra od domu nie ma żadnych pojemników na te posegregowane śmieci, a zsyp w bloku również ma jedną dziurę. Pominę też pomysł oddawania moczu pod prysznicem, gdy ktoś nie ma prysznica zapewne miałby sikać do wanny, a pomysł brania kąpieli w wannie, do której się regularnie siusia wydaje mi się dość obrzydliwy.

Ale o to mamy „ekologiczne podpaski i tampony”. Ekologiczne – czyli wielorazowe. Takie oto. Śliczne! Kolorowe! Przyjemne w dotyku. Uhm, jasne. Po pierwsze doskonale widoczne pod obcisłymi spodniami. Po drugie, wymagają ciągłego prania, a krew, jak wiadomo, spiera się dobrze tylko w zimnej wodzie. Po trzecie, w przypadku chęci zmiany takiej podpaski, zużyty wkład trzeba wyjąć i gdzieś przechować do czasu możliwości uprania – twórca tego wynalazku radośnie proponuje „nieprzemakalna saszetkę zamykaną na suwak i podzieloną na przegródki, dzięki którym można w niej przechowywać jednocześnie nie używane i używane podpaski.” Jeżeli jesteś poza domem, możesz zbierać zużyte podpaski z całego dnia do saszetki – pisze dalej. Wyobrażacie sobie chodzić cały dzień z saszetką z zakrwawionymi kawałkami materiału w torebce? A weź to potem wieczorem dopierz, często przecież bywa tak, że po 8 godzinach pracy gdzieś jedziemy, mamy jakieś spotkanie, zajęcia, zakupy do zrobienia i w efekcie w domu jesteśmy dopiero późnym wieczorem. Z pewnością każda zmęczona pracą (i miesiączką!) kobieta marzy wtedy o praniu ręcznym. Jedna z użytkowniczek tego wynalazku pisze zresztą „świetne, używam od roku, mają tylko jeden minus – nie dopierają się” (wybielaczy i wszelkich odplamiaczy nie wolno używać, bo to oczywiście nieekologiczne). Wspaniały wynalazek, nieprawdaż?

Dla pragnących jeszcze większej wygody, naszykowano „kubeczek menstruacyjny” – wielorazowy, ekologiczny tampon, wykonany ze specjalnego, medycznego silikonu, który jest hypoalergiczny. Wkładasz go na miejsce, gdy się napełni wyjmujesz, myjesz, wkładasz z powrotem… I tak nawet przez 10 lat, bo wg producenta tyle właśnie wytrzymuje. Ciekawe, skąd wg producenta kobieta ma wiedzieć, że już czas taki kubeczek wymienić, zawsze mi się wydawało, że tampony po to wymyślono, żeby nie musieć w ogóle pamiętać o tym, że coś tam z ciebie wycieka. Oraz jak umyć kubeczek, gdy w kabinie jest tylko sedes, a umywalki są ogólnodostępne, już widzę kobietę, która radośnie wyjdzie z takim zakrwawionym kubeczkiem przed sobą, umyje go w umywalce przy asyście zdumionych kobiet przy sąsiednich umywalkach, a potem wróci do kabiny, żeby kubeczek założyć ponownie, po czym jeszcze raz pójdzie umyć ręce. Praktyczne, nie ma co, jakaż oszczędność czasu.

Ale, ale, jeśli miesiączka to taka uciążliwa rzecz, to może w ogóle jej się pozbyć? I nie, nie zachodząc co chwilę w ciążę, tylko stosując odpowiednią dietę.  W tym tekście najpierw autorka przedstawia miesiączkę jako „przygnębiające doświadczenie”, dni pełne „niedyspozycji, dyskomfortu i bólu”, „poczucie klątwy”, twierdzi nawet, że to rzecz „ani naturalna ani zdrowa”. I zaraz proponuje cudowną dietę, która całkowicie eliminuje tą straszną rzecz z życia kobiety. Trzeba otóż przestać jeść „produkty pochodzenia zwierzęcego t.j. mięso, ryby, artykuły mleczne, jajka oraz przetworzone produkty roślinne t.j. rafinowane węglowodany typu biała mąka, biały cukier, ponad to sól. Trzeba również znacząco ograniczyć spożywanie pieczywa oraz przetworzonych olejów włącznie z olejami roślinnymi.” De facto proponuje przejście na dietę witariańską (czyli same surowe owoce i warzywa). No tak, to już dawno zostało naukowo potwierdzone, że gwałtowne odchudzanie się i niedożywienie powoduje zanim miesiączki. Baaardzo zdrowo, bardzo. Jakkolwiek jeszcze straszniejsze jest to przedstawianie miesiączki jako „klątwy”, której każdy się chce pozbyć. Jasne, miesiączka nie jest może najprzyjemniejszą rzeczą, ale imo jest tak nieodwracalnie związana z kobiecością, że czułabym się bardzo nieswojo nie mając jej. No i ciekawe jak niby wcześnie podejrzewać ciążę, gdy się nie miesiączkuje na stałe.

I tak dalej, i tak dalej, skupiłam się tutaj tylko na wymysłach dotyczących miesiączki, ale jest tego znacznie więcej, ekologiczne kuleczki ceramiczne do prania (bo detergenty przecież wynaleziono tylko po to, żeby zbijać na tym kasę, do prania wystarczy sama woda), pomysł niekupowania ubrań przez pół roku (szczególnie przy małych dzieciach wykonalne…), używanie cytryny, octu i sody do sprzątania, wielorazowe kubeczki papierowe od picia (po poprzedniej osobie oddziera się tylko pasek kubka z góry).
Coraz więcej pomysłów „z kosmosu”, coraz bardziej przekonujących normalnych ludzi, że ekologowie to grupka oszołomów z idiotycznymi pomysłami. A gdzie się podziały zwyczajne porady, żeby zakręcać kran, jak się myje zęby czy gasić światło wychodząc z pomieszczenia? Przypuszczam, że większość ludzi tego nie robi. Tak samo jak nie będzie używać podpasek wielorazowych.

Tagi: ,

 
0

Było warto

Królowa napisała 9 lut, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Znów piosenka przemówi częściowo w moim imieniu, trudno, muzyka to moje życie.

Było warto. I nie żałuję. Było kolorowo i było niekolorowo. Spodziewałam się końca, nie spodziewałam się że będzie taki bez klasy z jego strony. Ale to z jego strony. Ja byłam w porządku. I warto było szaleć, spalać się , kochać aż do bólu. Skończyło się, cóż, coś się kończy, coś się zaczyna, trochę się powściekałam, trochę popłakałam, teraz uśmiechnę się do swoich myśli i powiem sobie: WARTO BYŁO. Ależ ja teraz jestem silna. Jestem silna, dzielna, ładna i mądra. Mogę wpakować się w idiotyczny związek bez przyszłości, bo nawet jak on się dramatycznie skończy, wyjdę z niego silniejsza i bogatsza. Bo znam swoją wartość. Bo wiem, co robię.
I uwierzcie, jeszcze rok temu nie umiałabym tak napisać.
Nie wiem, skąd to się bierze. Z tego, że moje dzieci mnie kochają i rosną na świetnych ludzi, co dowodzi, że jestem dobrą matką. Z tego, że mam wokół siebie przyjaciół, którzy mnie wspierają. Z tego, że umiem się podnieść, chodzić wciąż z podniesioną głową, żyć dalej. Że normalnie chodzę do pracy, robiąc to, co do mnie należy. Że patrzę w lustro i widzę młodą kobietę, przed którą jest wciąż wiele i z tym wszystkim sobie poradzi.
Życzę Wam wszystkim, żebyście też tak mieli. Dziękuję moim przyjaciołom, obecnym i tym, którzy mogą się nimi stać, za to, że są.
Wróci wiosna, baronowo i będziemy znów szaleć. I nie żałujmy tego. Warto. Jeżeli potem można spojrzeć w swoje oczy w lustrze i czuć się dobrze, to było warto. Wszystko warto.
Life’s still great.

Tagi: , , , , ,

 
0

Torebka kobiety – tajemnica, której wciąż nie mogę zgłębić *

Królowa napisała 11 sty, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Parę dni temu, z okazji Międzynarodowego Dnia Sprzątania Biurka pisaliśmy sobie na blipie #comasznabiurku. Następnego dnia, zrobiłam sobie porządek na biurku, a idąc za ciosem, postanowiłam przeprowadzić to samo z moją torebką. A jako że mam teraz nową, duuuużą torebkę, to, co tam znalazłam, nawet mnie zaskoczyło. Postanowiłam to uwiecznić. Oto, co ma (czasami) w torebce dwudziestoparoletnia kobieta: (kolejność przypadkowa)

1. książka Sapkowskiego „Krew elfów”
2. kalendarzyk na 2009 rok
3. szczotka do włosów
4. opakowanie Apapu
5. opakowanie Strepsils Intensive
6. puder Lancome
7. biały puder Shiseido
8. korektor do twarzy
9. tampon
10. rękawiczki
11. faktura ze sklepu frisco.pl z ostatnimi zakupami
12. paczka chusteczek do nosa
13. kółko od składanej wyścigówki mojego syna
14. pilniczek do paznokci
15. atomizer z perfumami Miracle Lancome
16. 2 saszetki brązowego cukru z Coffe Heaven
17. iPod
18. identyfikator korpo
19. saszetka Gripexu
20. guma do żucia
21. kosmetyczka, a w niej:
22. perfumy Very Irresistible Givenchy
23. podkład Diorskin Nude
24. podwójne cienie do oczu Fred Farrugia
25. próbka kremu nawilżającego do twarzy Clarins
26. balsam ochronny do ust
27. atomizer z perfumami Organza Givenchy
28. błyszczyk do ust Lancome
29. odświeżacz do ust
(koniec zawartości kosmetyczki)
30. papierosy
31. zapalniczka
32. spora ilość paragonów ze sklepów, potwierdzeń zapłacenia kartą, numerek z poczty
33. podpaska
34. portfel
35. klucze do mieszkania

Uff. Wszystko szczerze.
Jakby próbować mnie opisać na podstawie tej listy, wyszłoby chyba, że jestem bardzo próżną lekomanką ;)
Oraz można się domyślić, jakie są dwie moje ulubione marki kosmetyczne. Jednakże po dzisiejszych porządkach oczywiście nie wszystko wróciło do tej torebki

* tytuł to fragment piosenki zespołu Pod Budą „Damska torebka”

Tagi: , ,