0

Polcon 2012 – The Beginning

Królowa napisała 29 sie, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Fantastykę, rzecz jasna, czytałam od dawna. Jednak informacje o zlotach miłośników tejże dotarły do mnie z dużym opóźnieniem. Owszem, to tu, to tam, czytałam coś o konwentach, jednak dopiero przed tegorocznym Pyrkonem zaczęłam się zastanawiać: „a jakby tak też wziąć w tym udział?” Pierwszą okazją był Pyrkon, jednak zanim się ogarnęłam z myślą, że rzeczywiście chcę, wszystko było już zorganizowane, a ja się obudziłam z tak zwaną „ręką w nocniku”. Toteż zostało mi tylko oglądanie wspomnień z. I w ramach tych wspomnień obejrzałam w internecie taki oto filmik z Pyrkonu. Bardzo mi się spodobał, rozpropagowałam go w internecie na ile mogłam i powzięłam mocne postanowienie, że na następny kontent już pojadę. A że mój syn jest co najmniej takim samym nerdem jak ja, a może i już większym, to uznałam, że będzie dla niego frajdą, jak zabiorę go ze sobą. Wykupiłam zatem wczesną akredytację na Polcon 2012, załatwiłam sobie u znajomego we Wrocławiu nocleg i czekałam na te parę dni sierpnia. Trochę się pozmieniało w międzyczasie, jeśli chodzi o moje noclegi, tudzież miejsce pozostawienia mojego młodszego dziecka, ale bez żadnego problemu udało mi się ogarnąć wszelkie kwestie organizacyjne i oto w czwartek rano wylądowałam z synem Tomaszem we Wrocławiu. Odstałam z Ausirem i z dzieckiem 1,5 godziny w kolejce akredytacyjnej dla tych, co wykupili akredytację wcześniej (kolejka tych, co wykupowali akredytację na miejscu była dłuższa, ale poruszała się szybciej, humf), dostałam torbę z materiałami polconowymi, po czym ruszyłam na pierwsze prelekcje i spotkania.
Bardzo chciałam wejść na wykład Mai Lidii Kossakowskiej „Duchy i demony dawnej Japonii”, ale okazało się, że jest on zaplanowany w takiej sali, że gdy dotarłam tam 3 minuty po jego rozpoczęciu nie da się do tej sali wcisnąć szpilki, więc odpuściłam i tylko pozwiedzałam sobie teren konwentu, przy okazji podrzucając syna do sali z blokiem „Fantastyka dla dzieci”, gdzie wysepiłam czerwoną kredkę i przy jej pomocy zakreśliłam sobie dalsze punkty programu, które wydały mi się interesujące. Potem niechcący zostałam wciągnięta w zabawy z Klanzą,
zabawy z Klanzą które okazały się bardzo fajne, tym bardziej, że wobec nikłej obecności dzieci organizatorki starały się wciągnąć do zabawy losowych ludzi z fandomu przechodzących korytarzem, co nieco im się udało.
klanza 2
Potem jednak uznałam, że to był dość męczący dzień i pojechałam wraz z synem spać już o godzinie 20.00 przez co ominęło mnie obserwowanie czegoś tam tudzież Andrzeja Sapkowskiego, nieudolnie chowającego za plecami butelkę Tyskiego (fuj!).

W piątek jednak wstałam o 9 rano, by już o 9.20 wyruszyć na teren konwentu na spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. Nie udało mi się dotrzeć punktualnie, gdyż tramwaj, rzekomo jadący na plac Grunwaldzki okazał się mieć zmienioną trasę i wywiózł mnie w zupełnie inne regiony Wrocławia, z których powrót nie był wcale taki prosty, toteż dobrnęłam pod drzwi sali o 10.15, gdy pozostawało już tylko tkwienie w ścisku i wytężanie słuchu, by złapać choć kilka słów z tego, co mówił Sapek. To jednak, co dosłyszałam, było dla mnie satysfakcjonujące, a ustawienie się później w kolejce po autografy zaowocowało otrzymaniem przeze mnie podpisu Autora na „Krwi elfów”, przy następującym dialogu:
Ja (czarującym głosem): Czy mogę prosić: „dla Królowej Nocy?”
Sapek (entuzjastycznie): Ależ oczywiście! klient nasz pan!
autograf AS
No i tak dostałam autograf, odeszłam, wypaliłam triumfalnego papierosa, po czym wróciłam i zrobiłam parę zdjęć Mistrzowi. A następnie pomknęłam na następne spotkania.
I już w piątek wieczorem pomyślałam sobie, że decyzja o pojechaniu na Polcon była jedną z lepszych decyzji, jakie podjęłam w ciągu tego roku. Dlaczego? Po pierwsze z dość oczywistego i nudnego powodu: dobrze czujemy się wśród „swoich”, nie jestem tu wyjątkiem. Było niezmiernie miło znaleźć się w grupie ludzi tak samo zafascynowanych SW, ST, Wiedźminem, horrorami, wampirami czy inszymi takimi „dziwactwami”. Było wspaniale podsłuchać na przerwie na papierosa dialog jakiejś laski z koleżankami, w którym żaliła się ona, że prawie nikt nie rozumie sensu jej kresek namalowanych długopisem na przedramieniu, a oznaczających ilość jej spotkań z Silence (btw. świetny patent, totalnie na następnym konwencie zamierzam go wykorzystać i też sobie namalować na ręku ślady po spotkaniach z Silence). To tak  drobna rzecz, a jak cieszy, gdy jest się „wtajemniczonym” i szybki rzut oka na kogoś, pozwala stwierdzić, że ta osoba też jest. Niesamowicie mnie też ucieszyła mikrocelebrycka sława, to znaczy najpierw status Szpro o tym, że w tramwaju spotkała przypadkiem mój fandom, rozprawiający z ożywieniem o tym, że jestem i że będzie mnie można spotkać na żywo (co się zresztą udało, pozdro Parasit!), potem spotkanie w drodze na konwent, gdy jakiś chłopiec do mnie zamachał  w stylu „cześć Królowa!”, a ja radośnie odmachałam, choć nie miałam bladego pojęcia kto tak mnie pozdrawia (do dziś nie mam, odezwij się please, człowieku spotkany w sobotę pod wieczór, gdy ja szłam na konwent, a ty z niego wracałeś i pomachaliśmy sobie tuż przed światłami na placu Grunwaldzkim), aż do niedzielnego spotkania z dziewczęciem, które zostało mi przedstawione i na wstępie powiedziało radośnie: „czytuję twojego bloga!”, co było przemiłe.

Oprócz tego konwent był dla mnie niesamowitym psychicznym odpoczynkiem, kilkoma dniami urlopu od normalnego życia. Fizycznie był bardzo wyczerpujący (jak to powiedziała Alq: „Bo jak się na konwencie nie jest 90% czasu pijanym/skacowanym/ledwo żywym to się w ogóle NIE LICZY.” i wszystkie te warunki wypełniłam całkowicie, to znaczy „pierwszego dnia byłam ledwo żywa, drugiego też, potem pijana, potem skacowana, ostatniego dnia znów ledwo żywa”.
A zdecydowanie bardziej cenię odpoczynek psychiczny.

Polcon zbudził też we mnie wiele stłumionych pragnień, marzeń, które porzuciłam już niemalże całkiem; przytłoczona codziennym życiem, stresem, zarabianiem na chlebek i masełko, depresją, lenistwem i tym podobnymi, toteż zyskałam nieoczekiwanie bardzo dużo powodów, żeby… żyć. I kontynuować marzenia, które okazały się wcale nie tak trudne do spełnienia (a przynajmniej takie mam wrażenie po konwencie).

Także, podsumowując, było to niesamowicie budujące doświadczenie, z którego wywiozłam materiał na co najmniej kilka notek, którymi będę was teraz zamęczać przez najbliższe kilka dni, czy tygodni. Pewną przeszkodą w pisaniu bloga jest teraz dla mnie to, że w następstwie zakupów dokonanych na Allegro przed Polconem, zakupów i pożyczek dokonanych w czasie Polconu, mój stosik książek „do czytania” liczy obecnie 11 książek (jeszcze wczoraj to było 12) i mimo tego, że mam urlop, niełatwo mi znaleźć czas na cokolwiek innego, poza czytaniem.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Główny błąd Rusinka

Królowa napisała 23 kwi, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Michał Rusinek w wywiadzie dla Gazety oburza się na słowo „witam” w mailach. Zobaczmy, cóż tak go bulwersuje i czemu niesłusznie.

Dlaczego „witam” ci się nie podoba?

– Uważam, że używanie tego słowa jest zasadne tylko w jednej sytuacji. Tak może do nas powiedzieć gospodarz lub gospodyni, kiedy do niego/niej przychodzimy. Jest wtedy powitaniem, a nie przywitaniem. Gospodarze witają mnie w swojej przestrzeni, więc powiedzenie „witam” jest jak najbardziej na miejscu. Kiedy studenci piszą do mniej mejle, które zaczynają się od „witam”, to jak mam to odebrać? Że internet jest ich przestrzenią, że są jego gospodarzami?

No tak. Właśnie tak, internet jest naszą wspólną przestrzenią, w której wszyscy jesteśmy gospodarzami. Dlatego używanie „witam [w mojej przestrzeni]” jest jak najbardziej uprawnione. CBDU.

Tagi: , , , , ,

 
0

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Netia chamy

Królowa napisała 14 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Walentynki, taaaa. Dzień się zaczął pod hasłem „pierwszy dzień ferii”, więc trzeba było odstać w kolejce do zapisania dziecka na „Zimę w mieście”, bo tak to zostało zrobione, że zapisy pierwszego dnia. Osobiście. No cóż, odstaliśmy, zapisaliśmy, dziecko na zajęcia, ja do pracy i w sumie dzień jak co dzień. Do tego jakieś przeziębienie mnie zaczęło rozkładać. I tak dochodzi 19.00, ja obolała, kichająca, z gorączką, ktoś nagle stuka do drzwi. Idę, przez wizjer widzę faceta z jakimś formularzem, pytam kto tam i słyszę odpowiedź: „poczta walentynkowa”. W pierwszej chwili myślę głupota jakaś, mam ochotę odpalić: „ale ja niczego nie zamawiałam”, potem jednak, no hej, przecież na urodziny też niespodziewanie ktoś mi kurierem przysłał prezent, może teraz też, jakiś cichy wielbiciel albo przyjaciel postanowił zrobić niespodziankę, jejku, jak miło, otwieram. Kot śmiga przez uchylone drzwi, lecę za nim, łapię, wracam… już wtedy widzę, że coś nie tak, bo oprócz tego jednego faceta stoi drugi, też z formularzami, ale żadnych paczek czy kwiatów nie mają, staję w progu z kotem na rękach i patrzę pytająco, facet coś tam mamrocze, że dobrze że kot nie uciekł i mówi, że są z firmy Netia i „przeprowadzają akcję obniżania kosztów internetu dla mieszkańców”, czyli przekładając to na język ludzi z języka marketoidów, chcą żebym kupiła ich internet. Zatkało mnie. Stałam przez chwilę w drzwiach próbując wymyślić co powiedzieć, ale do głowy przychodziło mi tylko jedno, bardzo wulgarne słowo na literę „s”, wysyłające panów na wycieczkę w bliżej nieokreślonym kierunku. Powstrzymałam słowo, bo jakoś za blisko były uchylone drzwi do pokoju, w którym były dzieci i tylko huknęłam drzwiami bez słowa. Odchodząc w głąb mieszkania słyszałam chichoty panów z Netii.
Fajnie. Fajnie. Tak milutko.
A żeby was obesrało. Najlepiej przed randką. W Walentynki.

Tagi: , , ,

 
0

Miso – z czym to się je?

Królowa napisała 10 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wbrew pozorom nie będzie o japońskiej zupie. Miso, o którym chcę napisać, to aplikacja na iPhone/iPada pozwalająca zapisywać użytkownikom jakie programy telewizyjne oglądają, dostawać za to punkty, ścigać się w rankingach i obserwować trendy. Oczywiście jest to zabawa społecznościowa, więc można znaleźć znajomych i obserwować co oni oglądają. Dla tych, co nie mają którejś z wyżej wymienionych zabawek od Steve’a Jobsa, pozostaje używanie Miso przez stronę – co praktycznie niewiele się różni. Założenie konta jest bardzo szybkie, tak samo znalezienie znajomych, wystarczy połączyć Miso z Facebookiem, ewentualnie jeszcze poszukać znajomych z Gmaila, Yahoo! i Twittera. A potem znajdujemy stronę serialu, filmu czy programu, który oglądamy i zaznaczamy „check in” (przy serialach jest jeszcze podział na sezony i epizody). Strona jest mądra, bo nie pozwala naklikać sobie wszystkich obejrzanych kiedyś naraz – po zaznaczeniu w ciągu paru minut więcej niż 3 godzin oglądania nie można przez jakiś czas dodać nic nowego, dostaje się uprzejme przypomnienie, że tak szybko to nie mogłeś/aś tego obejrzeć.

W sumie jest to takie foursquare, tylko dla filmów i seriali. A po co?
Po pierwsze oczywiście zabawa. Zdobywam punkty, oznaki, pnę się naprzód w rankingu – na tej prostej zasadzie działa wiele serwisów. Po drugie widać które seriale zyskują popularność, co może być pomocne przy wybieraniu jakiegoś nowego do oglądania. Dla mnie Miso jest wygodne z jeszcze jednego powodu. Otóż często mam tak, że oglądam jakiś serial, oglądam, a potem robię parodniową przerwę. Chcę wrócić do oglądania i… problem, bo nie pamiętam który odcinek ostatnio oglądałam. Na pewno sezon trzeci, ale odcinek piąty? Szósty? Może już nawet siódmy? E, nie, chyba gdzieś w połowie szóstego skończyłam…  Próbowałam zaznaczać sobie nazwy plików kolorami, zapisywać gdzieś – wszystko to się nie sprawdzało, zapominałam zapisywać albo zasypiałam w trakcie odcinka, a następnego dnia nie miałam w ogóle czasu o tym myśleć. A Miso wyrobiło u mnie ten nawyk: oglądam coś -> loguję się na Miso, checkinguję -> odpalam następny odcinek serialu.
I dzięki temu jeśli zapomnę na czym skończyłam, sprawdzam to sobie na swoim profilu na Miso. Bardzo wygodne.

Tagi: , , , ,

 
0

Znajomi 2.0?

Królowa napisała 30 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Zrobiłam sobie ostatnio „porządki” w znajomych na Facebooku, to znaczy postanowiłam stworzyć sobie listy. Kliknęłam „stwórz listę”, nazwałam ją „virtual only” i z przeszło 200 osób zaczęłam wybierać  te osoby, których nigdy, ale to nigdy nie spotkałam w realu. Które znam tylko przez sieć. I okazało się, że jest to bardzo trudne. Fel? No przecież znam Fel. A… no tak, czytam jej bloga, rozmawiam z nią na blipie, kiedyś na skajpie, oglądam jej zdjęcia, ale nigdy się nie spotkałyśmy twarzą w twarz. Więc też do listy. I tak co najmniej 10 osób w pierwszej chwili chciałam pominąć, bo przecież normalni znajomi, a potem sobie przypominałam, że jednak znajomość tylko przez internet prowadzona. Co więcej, okazało się, że blisko 1/4 moich znajomych z Facebooka to właśnie Ci „virtual only”, a ja na tym serwisie nie dodaję od razu do znajomych byle kogo, z kim ledwo dwa słowa zamieniłam.
A potem się zdziwiłam jeszcze bardziej, bo robiłam listę takich najbliższych znajomych, właściwie przyjaciół i się okazało, że jedna z tych osób jest też w grupie tych „wirtualnych”. I jak się poważnie namyśliłam, to wyszło mi że nie mogę, no nie mogę tej osoby nie dodać, bo co z tego, że nigdy nie stanęliśmy przed sobą, jak po prostu jest moim przyjacielem.
Więc w sumie… czy jeszcze mogę dzielić znajomości na te „prawdziwe”, tzn z reala i te „wirtualne”? Wychodzi na to, że nie, że Sieć dała już takie możliwości, że sposoby kontaktu przestały mieć znaczenie. I to jest dla mnie świadectwem niesamowitej potęgi internetu.

Tagi: , ,

 
0

Co lubię

Królowa napisała 24 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Taka zabawa blogowa – łańcuszek. Każdy pisze swoje i wpisuje komu przekazuje pałeczkę.
Nie przepadam, sensu mają mało te wyliczanki, ale mnie Luca wywołała do tablicy, to nie chcę przerywać zabawy ;)
Oto kolejne ogniwo blogerskiego łańcuszka  – wyliczanki pt. „Co lubię”. Zasady: szczerze, spontanicznie, 10 rzeczy.

1. Lubię swoje dzieci
(boooring, wiem. ale naprawdę je lubię, oprócz tego, że kocham najmocniej na świecie)
2. Lubię się uczyć
(ogólnie – nowych rzeczy, ostatnio kręci mnie programowanie i rzucam się a to na Objective-C, a to na Ruby)
3. Lubię seks
(i nie wstydzę się przyznać do tego publicznie, tak)
4. Lubię odkurzać, zmywać i gotować
(dwa pierwsze zawsze, to ostatnie to nowość, zawsze mówiłam że nie cierpię tej czynnośći, a ku swojemu zaskoczeniu ostatnio mi się to zmieniło, co pewnie widać po częstym używaniu przeze mnie kategori wpisów „historie kuchenne”)
5. Lubię czytać
(to nie do końca prawda… ja to kocham, ale niech będzie)
6. Lubię tworzyć
(pisać… stwarzać jakieś kawałki świata, ostatnio zaangażowałam się mocno w rozkręcenie projektu Blipoteki – blipowej biblioteki, dłubię w biżuterii, tworzę sobie aranżacje na korkowej tablicy, organizuję sobie przestrzeń życiową drobnymi aranżacjami mieszkania, hoduję zioła, co jest też formą tworzenia, z małego pędu wyrasta półmetrowa bazylia…)
7. Lubię internet
(no to trochę jak przy czytaniu, bardziej kocham)
8. Lubię pracować
(tak, tak, serio. nie, nie jestem uzależniona. chyba nie. nie. no może odrobinkę)
9.  Lubię się kłócić
(dyskutować, flejmować, wymyślać argumenty, wygrywać, przegrywać, obalać czyjeś założenia albo przyznawać rację, lubię to, że każdy ma inne spojrzenie na świat i móc z nim o tym porozmawiać)
10. Lubię ŻYĆ
(tak po prostu. móc robić wszystko to, co lubię i wzmacniać się, robiąc to, czego nie lubię. dowiadywać się co lubię, a czego nie. zmieniać. rozwijać się. starzeć. doświadczać. czuć. kochać. myśleć.)

No. To by było na tyle. A ja rzucam pałeczkę Szatanielicy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Blog Day 2010

Królowa napisała 31 sie, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Dzisiaj Piąty Międzynarodowy Blog Day. Co to i jak to, możecie przeczytać pod linkiem, a ja się skupię na liście blogów. W zeszłym roku wzięłam udział w akcji jeszcze na innym blogu, tym, który ewoluował w „blog dzieciowy”, a w tym roku już na tym „dorosłym”. No to jedziemy. Spontanicznie, bez namysłu, pięć pierwszych blogów, które mi przychodzą na myśl, gdy myślę o ciekawych blogach z tych z czytnika.

1. Dywagacje okołokonsumpcyjne Smoły
Recenzje knajp, knajpek i knajpeczek, szczególnie rzetelne betatesty steków, a ostatnio i własne zmagania z gotowaniem pewnego sympatycznego młodego człowieka. Pisane fantastycznym językiem, pełne ciepła i specyficznego humoru, typowe „dobrze się czyta”.
2. Zdrowie od podszewki
Zgrabnie pisane opowieści lekarza, czyli ta druga strona biurka. Czasami śmiesznie, częściej jednak dość przerażająco, zważywszy na to, że autor opisuje polskie realia.
3. Z widelcem przez kuchnię obu Ameryk
Czyli podróże kulinarne Ireny i Andrzeja. Zacny blog kulinarny, z którego wpisy często są moją inspiracją czy wręcz gotowym pomysłem na obiad. Ładnie, smacznie, kolorowo, zwyczajne placuszki jabłkowe i oryginalne przepisy z dalekich krajów, zwięzłe komentarze, bez zadęcia.
4. Brzydka Dziewczynka
Opowiadania erotyczne pisane świetną, literacką polszczyzną, czasem wulgarniejsze, czasem subtelne, zawsze z klasą.
5.  Play Me
Zupka. Z fotkami. Dinozaury, dinozaury, dinozaury, jeszcze trochę dinozaurów, jeden mysz, kredki, gumiaki, kosmici z Ben 1o… Zabawki. Małych i dużych dzieci.

Tagi: , , ,

 
0

Ludzie są źli i głupi

Królowa napisała 15 kwi, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Piąty dzień od katastrofy pod Smoleńskiem. Tam trwa identyfikacja ciał ofiar, tu co chwilę ląduje samolot z trumnami. Długie i przejmujące ceremonie na lotnisku, kondukty żałobne, płaczące rodziny, przyjaciele, obywatele. Przeszywające dreszczem obrazy długich rzędów trumien. Żałoba. Żałoba?
Nie przeciwko Kaczyńskiemu na Wawelu. Tak dla Kaczyńskiego na Wawelu. Chowanie Kaczyńskiego na Wawelu to hańba i bezczeszczenie tego miejsca. Popieram. Nie popieram. Tak. Nie. Kaczyński do piramidy Cheopsa. Na Marsa. Ja chcę być pochowany na Wawelu. Ja nie chcę być pochowany na Wawelu.
Coraz większy niesmak i coraz większe zażenowanie. Przypomina się film Koterskiego „Dzień świra”. Tam politycy szarpali między sobą wielką flagę Polski. Ach, och, jakie to trafne, jakie prawdziwe, tak właśnie jest – mówili wtedy ludzie. Teraz ci sami ludzie szarpią trumnę Lecha Kaczyńskiego. Na Wawel. Nie na Wawel. W lewo. W prawo.
I nie kończy się to tylko na grupach na Facebooku, na jednym kliknięciu. Ci ludzie wychodzą na ulice. Krzyczą. Gorliwie stają przed kamerami, żeby wypowiedzieć swoją Jedyną Słuszną Prawdę. Żądają od mediów reakcji. Żądają działań. Malują transparenty, wymyślają hasła, które potem wykrzykują na ulicach.
Co będzie następne? Rzucanie się na trumnę, w czasie przewozu jej na Wawel podczas pogrzebu? Palenie opon zamiast zniczy? Rękoczyny? Od wznoszenia okrzyków wśród tłumu jest blisko do agresji fizycznej. Jestem zażenowana i przerażona.
To, gdzie Prezydent Polski będzie pochowany, to nie nasza to decyzja. Czasem trzeba cos ZAAKCEPTOWAĆ i tyle. A nie drzeć ryje nad trumną.

Opamiętajcie się, pokasujcie te idiotyczne grupy. Zachowajcie odrobinę godności.

Maciek ma rację, ludzie są źli i głupi.

Tagi: , , , , , ,