0

Dyrektorzy i dyrektorki melanżu

Królowa napisała 2 mar, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kilka lat temu się śmialiśmy z YouTube party. A teraz nie widzimy nic dziwnego i zdrożnego w tym, że jest domówka i jest cały czas jakiś laptop, tablet, telefon i ktoś puszcza tubki. Ważne tylko żeby była to osoba, która umie dobre tubki. Jak na przykład

Tagi: , , , , , ,

 
0

Polcon 2012 – The Beginning

Królowa napisała 29 sie, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Fantastykę, rzecz jasna, czytałam od dawna. Jednak informacje o zlotach miłośników tejże dotarły do mnie z dużym opóźnieniem. Owszem, to tu, to tam, czytałam coś o konwentach, jednak dopiero przed tegorocznym Pyrkonem zaczęłam się zastanawiać: „a jakby tak też wziąć w tym udział?” Pierwszą okazją był Pyrkon, jednak zanim się ogarnęłam z myślą, że rzeczywiście chcę, wszystko było już zorganizowane, a ja się obudziłam z tak zwaną „ręką w nocniku”. Toteż zostało mi tylko oglądanie wspomnień z. I w ramach tych wspomnień obejrzałam w internecie taki oto filmik z Pyrkonu. Bardzo mi się spodobał, rozpropagowałam go w internecie na ile mogłam i powzięłam mocne postanowienie, że na następny kontent już pojadę. A że mój syn jest co najmniej takim samym nerdem jak ja, a może i już większym, to uznałam, że będzie dla niego frajdą, jak zabiorę go ze sobą. Wykupiłam zatem wczesną akredytację na Polcon 2012, załatwiłam sobie u znajomego we Wrocławiu nocleg i czekałam na te parę dni sierpnia. Trochę się pozmieniało w międzyczasie, jeśli chodzi o moje noclegi, tudzież miejsce pozostawienia mojego młodszego dziecka, ale bez żadnego problemu udało mi się ogarnąć wszelkie kwestie organizacyjne i oto w czwartek rano wylądowałam z synem Tomaszem we Wrocławiu. Odstałam z Ausirem i z dzieckiem 1,5 godziny w kolejce akredytacyjnej dla tych, co wykupili akredytację wcześniej (kolejka tych, co wykupowali akredytację na miejscu była dłuższa, ale poruszała się szybciej, humf), dostałam torbę z materiałami polconowymi, po czym ruszyłam na pierwsze prelekcje i spotkania.
Bardzo chciałam wejść na wykład Mai Lidii Kossakowskiej „Duchy i demony dawnej Japonii”, ale okazało się, że jest on zaplanowany w takiej sali, że gdy dotarłam tam 3 minuty po jego rozpoczęciu nie da się do tej sali wcisnąć szpilki, więc odpuściłam i tylko pozwiedzałam sobie teren konwentu, przy okazji podrzucając syna do sali z blokiem „Fantastyka dla dzieci”, gdzie wysepiłam czerwoną kredkę i przy jej pomocy zakreśliłam sobie dalsze punkty programu, które wydały mi się interesujące. Potem niechcący zostałam wciągnięta w zabawy z Klanzą,
zabawy z Klanzą które okazały się bardzo fajne, tym bardziej, że wobec nikłej obecności dzieci organizatorki starały się wciągnąć do zabawy losowych ludzi z fandomu przechodzących korytarzem, co nieco im się udało.
klanza 2
Potem jednak uznałam, że to był dość męczący dzień i pojechałam wraz z synem spać już o godzinie 20.00 przez co ominęło mnie obserwowanie czegoś tam tudzież Andrzeja Sapkowskiego, nieudolnie chowającego za plecami butelkę Tyskiego (fuj!).

W piątek jednak wstałam o 9 rano, by już o 9.20 wyruszyć na teren konwentu na spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. Nie udało mi się dotrzeć punktualnie, gdyż tramwaj, rzekomo jadący na plac Grunwaldzki okazał się mieć zmienioną trasę i wywiózł mnie w zupełnie inne regiony Wrocławia, z których powrót nie był wcale taki prosty, toteż dobrnęłam pod drzwi sali o 10.15, gdy pozostawało już tylko tkwienie w ścisku i wytężanie słuchu, by złapać choć kilka słów z tego, co mówił Sapek. To jednak, co dosłyszałam, było dla mnie satysfakcjonujące, a ustawienie się później w kolejce po autografy zaowocowało otrzymaniem przeze mnie podpisu Autora na „Krwi elfów”, przy następującym dialogu:
Ja (czarującym głosem): Czy mogę prosić: „dla Królowej Nocy?”
Sapek (entuzjastycznie): Ależ oczywiście! klient nasz pan!
autograf AS
No i tak dostałam autograf, odeszłam, wypaliłam triumfalnego papierosa, po czym wróciłam i zrobiłam parę zdjęć Mistrzowi. A następnie pomknęłam na następne spotkania.
I już w piątek wieczorem pomyślałam sobie, że decyzja o pojechaniu na Polcon była jedną z lepszych decyzji, jakie podjęłam w ciągu tego roku. Dlaczego? Po pierwsze z dość oczywistego i nudnego powodu: dobrze czujemy się wśród „swoich”, nie jestem tu wyjątkiem. Było niezmiernie miło znaleźć się w grupie ludzi tak samo zafascynowanych SW, ST, Wiedźminem, horrorami, wampirami czy inszymi takimi „dziwactwami”. Było wspaniale podsłuchać na przerwie na papierosa dialog jakiejś laski z koleżankami, w którym żaliła się ona, że prawie nikt nie rozumie sensu jej kresek namalowanych długopisem na przedramieniu, a oznaczających ilość jej spotkań z Silence (btw. świetny patent, totalnie na następnym konwencie zamierzam go wykorzystać i też sobie namalować na ręku ślady po spotkaniach z Silence). To tak  drobna rzecz, a jak cieszy, gdy jest się „wtajemniczonym” i szybki rzut oka na kogoś, pozwala stwierdzić, że ta osoba też jest. Niesamowicie mnie też ucieszyła mikrocelebrycka sława, to znaczy najpierw status Szpro o tym, że w tramwaju spotkała przypadkiem mój fandom, rozprawiający z ożywieniem o tym, że jestem i że będzie mnie można spotkać na żywo (co się zresztą udało, pozdro Parasit!), potem spotkanie w drodze na konwent, gdy jakiś chłopiec do mnie zamachał  w stylu „cześć Królowa!”, a ja radośnie odmachałam, choć nie miałam bladego pojęcia kto tak mnie pozdrawia (do dziś nie mam, odezwij się please, człowieku spotkany w sobotę pod wieczór, gdy ja szłam na konwent, a ty z niego wracałeś i pomachaliśmy sobie tuż przed światłami na placu Grunwaldzkim), aż do niedzielnego spotkania z dziewczęciem, które zostało mi przedstawione i na wstępie powiedziało radośnie: „czytuję twojego bloga!”, co było przemiłe.

Oprócz tego konwent był dla mnie niesamowitym psychicznym odpoczynkiem, kilkoma dniami urlopu od normalnego życia. Fizycznie był bardzo wyczerpujący (jak to powiedziała Alq: „Bo jak się na konwencie nie jest 90% czasu pijanym/skacowanym/ledwo żywym to się w ogóle NIE LICZY.” i wszystkie te warunki wypełniłam całkowicie, to znaczy „pierwszego dnia byłam ledwo żywa, drugiego też, potem pijana, potem skacowana, ostatniego dnia znów ledwo żywa”.
A zdecydowanie bardziej cenię odpoczynek psychiczny.

Polcon zbudził też we mnie wiele stłumionych pragnień, marzeń, które porzuciłam już niemalże całkiem; przytłoczona codziennym życiem, stresem, zarabianiem na chlebek i masełko, depresją, lenistwem i tym podobnymi, toteż zyskałam nieoczekiwanie bardzo dużo powodów, żeby… żyć. I kontynuować marzenia, które okazały się wcale nie tak trudne do spełnienia (a przynajmniej takie mam wrażenie po konwencie).

Także, podsumowując, było to niesamowicie budujące doświadczenie, z którego wywiozłam materiał na co najmniej kilka notek, którymi będę was teraz zamęczać przez najbliższe kilka dni, czy tygodni. Pewną przeszkodą w pisaniu bloga jest teraz dla mnie to, że w następstwie zakupów dokonanych na Allegro przed Polconem, zakupów i pożyczek dokonanych w czasie Polconu, mój stosik książek „do czytania” liczy obecnie 11 książek (jeszcze wczoraj to było 12) i mimo tego, że mam urlop, niełatwo mi znaleźć czas na cokolwiek innego, poza czytaniem.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Tramwaj Filo – party hard

Królowa napisała 15 maj, 2011 w kategoriach Bez kategorii

To była epicka sobota. Najpierw odsypialiśmy. Później powędrowaliśmy na podwójne urodziny znajomych dzieci. Kinderbale są raczej dość straszną rzeczą, ale tu byli sami fajni (w większości) dorośli i dużo dobrego wina, więc było całkiem przyjemnie. Nawet składanie upiornego zestawu stajni Playmobile było zabawne. A potem ruszyliśmy do Centrum i całkiem przypadkiem, po prostu chcąc pojechać tramwajem, natknęliśmy się na pierwszy kurs Tramwaju Filozoficznego. Dzieciaki były zachwycone tramwajem z balonikami, serpentynami światłami i muzyką, spotkani znajomi byli radośnie zdziwieni tym, że udało nam się tak przypadkiem trafić na TEN tramwaj, dostałam koszulkę, po czym wysiedliśmy i poszliśmy zdobywać 30 piętro Pałacu Kultury w ramach Nocy Muzeów. To akurat nie wypaliło, bo okazało się, że ponieważ nie odebrałam wcześniej swojej wejściówki, musiałabym teraz galopować po nie dokładnie na drugą stronę PKiN, a potem wracać do wind, czyli byśmy musieli zrobić rundę wokół Pałacu, a trochę już na to było mało czasu i sił. Więc odpuściliśmy, pojechaliśmy do domu, złapaliśmy piżamy dzieci, ja zmieniłam częściowo ubranie, nakarmiłam kota i znów pognaliśmy do metra, a potem do domu Izu. Tam bardzo padnięte dzieci położyłam spać pod pieczą taty Izu, a my dwie poszłyśmy łapać tramwaj :]
Udało się nam to zrobić pod Centralnym i zaczęła się zabawa. Pomysł imprezy w tramwaju jest cudowny. Jedzie sobie tramwaj wyglądający jak normalny, ale nie ma numeru linii tylko W jak Wycieczkowy, w środku kolumny, kolorowe światła, dekoracje i mnóstwo wesołych, tańczących ludzi. Reakcje ludności na przystankach – bezcenne, zdumienie, radość, zdjęcia, śmiechy. Super. Fantastycznie się skacze w jadącym tramwaju do Guano Apes :)
Parę razy wylatywaliśmy na przystanku i tam parę sekund tańczenia i skakania, a potem lekko paniczny powrót – kilka osób tu i ówdzie zostało, ale potem czasami udawało się dogonić tramwaj Filo. Pan motorniczy był cudowny, dał nam jeden przejazd gratis a potem zawiózł do klubu na afterparty. Tam już nie było tak fajnie, raz, że kazali płacić za wejście jak ktoś nie miał znaczka imprezy (a tych zabrakło dość szybko), dwa, że jakoś mało miejsca o siedzenia było, ostatecznie ja spędziłam większość czasu stojąc na dworze przed klubem, paląc i gadając z ludźmi, którzy wybrali ten sam sposób spędzania tam czasu i okazało się to dobrym pomysłem na imprezę na Pradze. Potem powrót do domu taksówką i… no cóż, odsypianie :]
Bolą mnie wszystkie mięśnie od tańczenia przez półtorej godziny, wyluzowałam się niesamowicie, odstresowałam, wybawiłam . Studenci filozofii ( i okolic) to bardzo mili ludzie, niby nie znałam wszystkich uczestników imprezy (po prawdzie to większości nie znałam), ale i tak czułam się wśród „swoich”, bezpieczna, lubiana i tak dalej. Królowa jest zachwycona, wielkie dzięki dla organizatorów i wszystkich, z którymi odbyliśmy tą szaloną przejażdżkę. No i czekam na zdjęcia.
Do następnego roku!

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Lato w pigułce

Królowa napisała 23 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Przechodzę często koło „Planu B/Powiększenia” na Placu Zbawiciela. Im bardziej mokro, zimno i wietrznie, tym częściej mijanie tego klubu jest dla mnie okazją do krótkiego wspomnienia. Takie obrazki – jest ciepło, bardzo, jest noc, ja i Max stoimy tam w tłumie różnych wesołych, wyluzowanych ludzi, popijamy piwo z plastikowego kubka, gadamy z jakimś człowiekiem pytając, gdzie dzisiaj można potańczyć. On się zastanawia, my jeszcze w międzyczasie wyciągamy komórki, oczywiście każde z nas ma wypasionego smartfona, więc wchodzimy w internet i sprawdzamy klubowy rozkład jazdy. W końcu poszliśmy bodajże do Obiektu Znalezionego, ale to w sumie było mało istotne. Istotne było, że był taki cudowny letni wieczór, nikt się nigdzie nie spieszył, tramwaje toczyły się przez zmęczone upałem miasto, ja szłam i radośnie stukałam obcasami, Max opowiadał coś o buddyzmie, ciągle zmieniały nam się plany i pomysły, ale nikt z tego powodu się nie denerwował. Cała Warszawa była nasza. Pamiętam jak spotkaliśmy jakiegoś dziennikarza z Rosji, który przyjechał do Polski zrobić wywiad z głównym kandydatem na nowego prezydenta, po tym, jak obecny zginął. Zagadnął nas, gdzie tu można się napić, a jak go doprowadziliśmy w podziemia Zachęty, to zamówił przy barze „najmocniejszego drinka, jakiego macie”.
Było ciepło, był chillout i beztroska. Jakby udało się stworzyć pigułkę, ze wszystkimi tymi elementami, ilość ludzi zapadających na depresje jesienno-zimowe znacznie by się zmniejszyła. Ale może mi się właśnie udało? Stworzyć ją we własnej głowie? Zlepić ze wspomnień, myśli, marzeń?

Jakby to nie wystarczyło, to będę piec. Muffinki, pierniczki, chlebki dyniowe. Dużo, dużo dobrych rzeczy. Wracanie do domu, w którym pachnie ciastem, to zupełnie inna jakość życia.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Tam tam taram tamtamtam tam tarara ram

Królowa napisała 22 sie, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Uff, wreszcie wszystko jest jawne i mogę to napisać: serdeczne gratulacje i życzenia długiej drogi razem dla mojej przyjaciółki Luki i jej męża Kaina. Wiedziałam od dawna, że chcą się pobrać, ale postanowili zrobić z tego niespodziankę i nie mówić nic nikomu do imprezy, na którą zaproszą wszystkich możliwych znajomych i nagle ściągną rękawiczki ujawniając obrączki. Jedynie zaręczyny (notabene tydzień przed dawno już zaplanowanym ślubem) były jawne, reszta była tajemnicą dla wszystkich, oprócz rodzin i paru najbliższych przyjaciół. Numer przedni, niektórzy nie mogli uwierzyć, mimo obrączek ;-)

„Impreza stulecia z niespodzianką” była zatem bardzo wesoła, choć ja niestety musiałam się dość wcześnie z niej zmyć, bo moja stara dobra znajoma – depresja postanowiła się wprosić i trochę mi popsuć nastrój do przebywania wśród dużej ilości ludzi. Ale ten. Mam przyjaciół, którzy to rozumieją, więc utulili, zrozumieli i nawet zorganizowali mi szybki i wygodny transport do domu (wielkie dzięki dla Pauliny!).

A poza tym to sobie egzystuję, pracuję, byłam na „Incepcji” (bardzo fajny film, do momentu, w którym zaczęłam wymyślać jakie może być zakończenie, wymyśliłam najbardziej zaskakujące i wywracające film do góry nogami, nawet akcja w pewnym momencie zaczęła potwierdzać moje przypuszczenia, ale potem jednak okazało się, że nic z tego, zakończenie jest banalne i niezaskakujące, wręcz nudne i obrzydliwie przewidywalne). Zaczynam naprawdę lubić gotowanie. Tak, ja. Lubić, cieszyć się nowymi daniami, kupuję na przykład kilogram bakłażanów, a potem pytam wujka Googla o ciekawe przepisy na dania z tych warzyw i realizuję, mając wielką frajdę z tego, że nauczyłam się robić coś nowego. Choć to w sumie nic nowego, że lubię robić nowe rzeczy…
Wielką frajdę też mi sprawiło ubieranie i malowanie syna na dzisiejszą imprezę, młody został przebrany za kościotrupa, jego makijaż robiłam dużo dłużej niż swój, ale efekt był super, a oboje mieliśmy świetną zabawę. No i zrobił furorę, szczególnie że do całego stroju i makijażu miał ze sobą swojego pluszowego Cthulhu (kupionego tu).  I tylko zmywanie tego wszystkiego było trudne, żmudne i mało przyjemne, szczególnie że makijaż był wykonany:
a) kredkami do malowania twarzy dzieciom
b) czarną kredką do oczu z Sephory
c) cieniami do oczu Lancome
d) tuszem do rzęs Lancome
I wszystko to razem okazało się trudne do usunięcia moim mleczkiem do demakijażu, widać Clinique nie przewidziało że ktoś może TAK umalować oczy. O tak

Tagi: , , , , ,

 
0

Warszawa i ja

Królowa napisała 12 cze, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Lubię to miasto. Lubię iść peronem metra i  widzieć z jednej strony odjeżdżający pociąg, z którego wysiadłam, a z drugiej ten, który jedzie tam, skąd przyjechałam. Lubię hałas, jaki tworzą odjeżdżając.
Wracam późnym wieczorem ze spotkania przy piwie ze znajomymi, jest ciepło, jest dobrze, jest bezpiecznie. To jest moje miasto, moje tereny, znam skróty, wiem skąd jeżdżą nocne, do której jeździ metro i tramwaje, wiem ile czasu zajmie mi droga do domu. Idę sama, w lekkiej sukience i czuję się bezpiecznie. Bo jestem u siebie. Bo tu się urodziłam, tu się wychowałam, tu mieszkam i pracuję – jestem stąd. Jestem autochtonem. („Tubylec” brzmi jakoś dziwnie, nie jestem kimś, kto bywa, jestem kimś, kto jest).
Metro ze świstem odjeżdża, ja wjeżdżam schodami ruchomymi na powierzchnię, wychodzę, zaciągam się nocnym powietrzem, patrzę na Pałac Kultury, na którym jaśnieje już tylko zegar i światełko dla samolotów, bo inne światła są zgaszone. Co jest dla mnie tylko wyznacznikiem tego, jak późno jest. Znajome neony i znajome godziny ich gaszenia. Znajome ulice i bramy. Cykl zapalania się i gaśnięcia pomarańczowego światła w banku na dole bloku, wzdłuż którego muszę przejść, żeby dotrzeć do swojej bramy. I szum maszyny polewającej rozpalone upałem ulice mojego miasta. Miasto, masa, maszyna.
Mam to miasto we krwi, ono ma w sobie moją krew. Dobranoc, Warszawo.

Tagi: , , , ,

 
0

Dwa diametralnie różne wieczory

Królowa napisała 16 maj, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Dostałam od kolegi wejściówkę dla dwóch osób do klubu „Maska” na „Ladies night”. Darmowe drinki, pokaz tańca, takie tam. Jasne, idę. Zgarnęłam Lucę, poszłyśmy i wynudziłyśmy się okropnie. Towarzystwo w klubie sztywne, wylansowane panienki, drętwi faceci, muzyka beznadziejna, darmowych drinków nie uświadczyłyśmy, po półtorej godzinie wyszłyśmy z lekkim niesmakiem. Jedyne, co było tam fajne, to pokaz Diora sprzed lat, który leciał na telewizorze z Fashion TV. I powrót, kiedy to przed metrem Centrum Luca kupiła mi bukiecik konwalii, zaśpiewał słowik, przez chwilę zrobiło się magicznie.

Za to następna noc, to Noc Muzeów. Niby nie planowałam wzięcia udziału, ale jak zobaczyłam, że Re:Praga, na którą się wybieram, to część tego, to zapisałam sobie kilka innych adresów. Zapuściłam sobie zapętlony kawałek Davida Guetty i ruszyłam w miasto. Najpierw koncert L.U.C.a w Centrum Edukacyjnym IPN przy Marszałkowskiej – bardzo zacne. Potem pojechałam do Muzeum Etnograficznego, gdzie najpierw opisałam swój sen i dorzuciłam do interaktywnej wystawy „Sennik: dekoder snów”, a potem dość nieufnie weszłam na „Ludowe obrzędy doroczne” – nazwa brzmiała nudno, ale wystawa okazała się świetna, wielkie słomiane niedźwiedzie zapustne, kolorowe Marzanny, maski diabłów…

Stamtąd chciałam iść do Zachęty, ale dowiedziałam się, że jest długa kolejka, więc wskoczyłam w autobus, dojechałam do ronda De Gaulle’a, tam napadłam na Empik Cafe, z kawą wsiadłam do tramwaju, którym jechali znajomi, pojechaliśmy na Pragę, do fabryki wódek „Koneser” na imprezę Re:Praga.  A tam był wielki plac, a na nim mnóstwo kontenerów, w każdym co innego – mini kino, podwodny świat, drinki, muzyka, kolorowe kwiaty, wiatraczki, stał też samolot, był labirynt, na ścianie kamienicy filmy z rzutnika, kolorowe lampki choinkowe, „polowy ośrodek pomocy wszelakiej”, z wielkim pluszowym królikiem przytulającym wszystkich, leżaki na środku placu. Ogólnie jedna wielka impreza z bardzo pozytywnym klimatem. Spotkaliśmy innych znajomych, mieliśmy iść na domówkę do jednej dziewczyny, ale ostatecznie grupa okazała się tak niezorganizowana i powolna, że na przystanku się odłączyliśmy i wskoczyliśmy w ostatni muzealny tramwaj na lewą stronę Warszawy. Tramwaj był wspaniały, na początku przywitał nas konduktor, dał bilety, ruszyliśmy, to z głośników popłynęły stare warszawskie piosenki, przerywane komunikatami konduktora, żebyśmy się ścieśnili, bo sporo ludzi będzie wsiadać, albo żeby dziewczyny uważały na obcasy, bo w drewnianej podłodze tramwaju są szpary :)

Był straszny tłok, było bardzo wesoło, beztrosko i nastrojowo. Wysiadłam na Bankowym i metrem wróciłam do domu. Z zaplanowanych 6 rzeczy zwiedziłam połowę, spodziewałam się tego, więc nie żałuję. Świetna zabawa, za rok poproszę to samo.
Tu więcej zdjęć i tu jeszcze relacja TVN Warszawa, z moim zdjęciem ;)

Tagi: , , , , , ,

 
0

Tuż po…

Królowa napisała 1 sty, 2010 w kategoriach Bez kategorii

…myślę sobie że to będzie dobry rok. Bo oto się spotkaliśmy, kochaliśmy, przywiozłeś szampana i drobne zakupy, dzieci się nie obudziły od tych głośnych fajerwerków, oboje mamy dobrą pracę, jesteśmy raczej zdrowi, kochamy się, wspieramy, jesteśmy silni, odpowiedzialni, piękni. Ok, może to ja jestem piękna, a Ty jesteś ten silny, nieistotne, dobrze nam ze sobą.

Fajerwerki, muzyka z YouTube, irc, gg, blip, rozmowy radosne i nieco smutniejsze, zazdrość, chwalenie się, przyjaźń, miłość, alkohol, papierosy, dyskusje w statusach na Facebooku, przerażenie psa, sen dzieci, karetki, miasto oddycha, my oddychamy, nawet jak chwilami nam zapiera dech z rozkoszy, nawet jak wstrzymujemy oddech, żeby dzieci nie obudzić.

Zaczerpnij powietrza. O, widzisz? Możemy wszystko. I wszystko nam się uda. „”Chcę” „Ja też chcę”. I to jest
– żeby za rok też Sylwester razem
– tak. chcę. będzie tak
– ja też chcę. będzie tak

Zaklinamy rzeczywistość, choć nie znamy przyszłości. Ale… to od nas wszystko zależy, czyż nie?

* literówki, infantylizm, idealizm i takie inne niech mi będzie wybaczone – dużo szampana i endorfin ;-)

Tagi: , , , , , ,

 
0

zardzewiało mi coś

Królowa napisała 21 paź, 2009 w kategoriach Bez kategorii

We mnie coś. W środku.
Dni są takie szare, tydzień był ciężki, w tym miało być cudownie, miało być pięknie, miało być ładowanie akumulatorków, a zamiast niego był jeszcze większy stres. Potem krótkotrwałą ulga, ale też niepokój, bo nie wiadomo co się dzieje…

G: wyszedlem już. nie pozwalali używać komórek, dlatego nie zadzwoniłem
K: szalałam z niepokoju wczoraj wieczorem, wymyślałam już rozmaite scenariusze. nawet że umarłeś
G: nie no, coś ty, jakbym umarł, tobym ci napisał smsa
K: obiecujesz?
G: obiecuję
K: kocham cię
G: ja ciebie też kocham

Jakiś zły czas, ciągle choroby, ciągle jest szaro i mokro, mam chroniczny niedobór snu, czy się położę o 23, czy o 1 w nocy jestem tak samo nieprzytomna, nawet po krótszym śnie lepiej funkcjonuję.
Gdzieś coś się zacięło we mnie, jakiś trybik nie działa, ogarnia mnie poczucie ciągłej klęski, wstaję, idę do pracy, normalnie rozmawiam, nawet żartuję, piszę maile, bawię się z dziećmi, oglądam „Grey’s anatomy”, niby wszystko tak normalnie, a jednak brakuje w tym jakiejś iskry, funkcjonuję jak robot, ze ściśle wyliczonym czasem na poszczególne czynności, żeby za dużo nie myśleć. W ogóle nie myśleć. Jak myślę o jutrze, pojutrze, zimie – boję się. Zaszywam się w kokonie identycznych dni wypełnionych obowiązkami.
Jedynie w sobotę ostatnią byłam na Nocnym Maratonie Blogerów – bardziej towarzyska niż artystyczna impreza, dość dziwna dla osób nieblogujących, podstawowe pytanie, jakie słyszałam, jak komuś o tym mówiłam, brzmiało: „ale po co?”. No po co, ot, żeby się spotkać, pogadać, popieprzyć głupoty i trochę popisać zbiorowo jednego bloga.
Zdjęcie mi ładne zrobiono
królowa(foto: Iskanna)
Miło było, ale to oczywiście noc w plecy, bo impreza trwała do 6 rano…
Nic, jeszcze będzie ciepło, jeszcze będzie lepiej, urodziny się moje zbliżają, od paru lat jestem smutna w urodziny, ale tym razem będzie inaczej, czuję to.

Tagi: , , , , , ,