0

Rosół idealny – dzieło zbiorowe

Królowa napisała 19 sty, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Gotowałam rosół. Pierwszy raz w życiu, więc oczywiście potrzebowałam Zbiorowej Mądrości Internetu. Na fejsbuku dostałam porady konkretne.
Krzysztof:
Wrzucasz miecho do gara, zalewasz woda, dodajesz jakis lisc laurowy, ziele angielskie pare ziarenek pieprzu, troche soli, gotujesz na wolnym ogniu 2 godzinki, potem wrzucasz warzywa i gotujesz tak jeszcze godzinke.
Przecedzasz i włala… gotowe.
Tak z grubsza ofkors.
Jak przestygnie ladujesz do plastikowych pojemniczkow i mrozisz porcjami.
Aleksandra:
ja wrzucam jarzyny, jak tylko zagotuje sie woda z miesem, nie dodaje liscia ani ziela angielskiego. Oraz najlepszy rosol imo jest kiedy sie da kure i wolowine razem. Aha, ja daje malutki suszony grzybek i odrobine kapusty – czasem sa zestawy wloszczyzny z taka kapusta.
Szponder jest dobry, prega, jakis kawalek z koscia. Nie musi byc duzo, im wiecej, tym rosol tlustszy. Nie wiem, 20, 30 deka bedzie ok. I kawalek kurczaka. Rosol powinien dochodzic (przprszm) na malutkim ogniu, tak mrugac.
jezeli nie mrozisz rosolu to zaraz po zakonczeniu gotowania cebule z niego wyjmij – zostawiona może sprawic, ze rosol skwaśnieje.

Oraz Alquana podesłała instrukcję for dummies. Ja miałam to co miałam, czyli włoszczyznę bez kapustki (głupie Tesco Online nie dowiozło i musiałam ratować się czymkolwiek spod domu), pierś z kurczaka, szponder i grzybka. Gotowałam to godzinę, potem wyłączyłam i poszłam hackować portale, a potem dogotowałam jeszcze, o szumowinach nie wiedziałam, ale potem zebrałam, jak już wiedziałam. I jeszcze trochę podgotowałam, uznając, że na pewno nie zaszkodzi. Nie zaszkodziło, rosół wyszedł tłusty, całkiem smaczny i wyszlo go dużo, jadliśmy przez dwa dni, a potem jeszcze zamroziłam. Także nie należy się przejmować, najważniejsze to mięso, warzywa, duży garnek, a reszta się jakoś ułoży :)

 

Na zdjęciu wersja sprzed wybrania szumowin, więc dość egzotycznie wyglądająca, ale potem zebrałam to szare i pod spodem się objawił żółciutki płyn ^^

rosół bez zebranych szumowin

Tagi: , ,

 
0

XXI wiek, a dziecko nie może dostać banana

Królowa napisała 6 paź, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Pisałam, że „projekt PRL” będzie smutny i biedny. Minęły dwa miesiące i oto mamy pierwszy reportaż z „małego, rodzinnego PRL-u”.
Jest i żenująco:

/…/ bez kolejek nasz mały PRL nie będzie prawdziwy. Postanawiamy poudawać, że wcale nie znikły. Aby zrobić pierwsze zakupy, staję na półtorej godziny przed Uniwersamem na Grochowie. Ze stoperem w ręku przesuwam się co dwie minuty o dwa metry – tak ze znajomymi obliczyliśmy tempo przeciętnej kolejki po mięso.

Jest i przerażająco smutno:

Ludzie stołowali się głównie w domu, Iza zaczyna więc gotować. – Nie jest to łatwe – narzeka. – Wcześniej, jak do Marianny przychodziła opiekunka, miałam dzień dla siebie. Dziś trzy czwarte tego czasu spędzam przy garach. /../ Aby przygotować wszystkie te dania, Iza praktycznie nie wychodzi z kuchni. Znów się kłócimy. – Dlaczego w kapitalizmie zmywałeś, a teraz nawet talerza nie odstawisz do zlewu? – pyta. – Nie znam ani jednego faceta, który by się w latach 80. krzątał po kuchni! – odpowiadam.

(Ups, to mało ich znasz i jakichś strasznych smutnych buców.)
Zdrowo i estetycznie też nie jest:

W PRL-u jednak królowały patelnia, smalec i ziemniaki. Po tygodniu Iza ma obsesję, że całkiem przesiąkła tłuszczem, a mnie zaczyna pobolewać wątroba. Po dwóch miesiącach w PRL-u ja mam trzy kilo więcej, a Iza – dwa.
/…/
Iza przestaje więc golić nogi i robi trwałą. Na tzw. trudne dni kupuje paczkę waty. – Straszne – żali się po pierwszym wyjściu na miasto. – Prowadziłam szkolenie i w ogóle nie mogłam się skupić. Cały czas tylko: nie przesiąkło? Nie wylazło nogawką? I co chwila – do ubikacji.

No i clou wszystkiego, jakby było mało. Ubolewałam, że dziecko będzie w tetrowych pieluchach trzymane, sądziłam, że to na tyle małe dziecko, że w zasadzie tylko to zauważy. Ale nie, jest jeszcze gorzej:

Marianna, nasza dwuletnia córka, płacze, bo nie może znaleźć ukochanych, kapitalistycznych zabawek. – Chcę do Warszawy! – krzyczy i ciągnie nas do drzwi. /…/ Tylko Marianna nie tyje, ale wzdycha na widok dzieci zajadających banany. – W Pelelelu nie mamy bananów – zauważa smutno.

Tagi: , , , , ,

 
0

Obiad w 10 minut

Królowa napisała 1 mar, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Dosłownie. W 10. Prosty, banalny, częściowo z półproduktów, ale kolorowe, smaczne i w sumie w miarę zdrowe.
Otworzyłam zamrażarkę. Wyjęłam opakowanie mrożonych frytek, wysypałam trochę na blachę, nastawiłam w piekarniku. Wyjęłam z lodówki główkę sałaty lodowej, pomidora i kawałki piersi z kurczaka, które kupiłam wracając do domu. Trzy takie kawałki mięsa umyłam, osuszyłam, posypałam z młynka mieszanką soli i pieprzu, oraz trochę chili. Odstawiłam. Urwałam kilka liści sałaty, pokroiłam. Pokroiłam pomidora, wrzuciłam z sałatą do miski, polałam oliwą, posypałam przyprawą do sałatek Kamisa, dałam dzieciom do przemieszania. Zagrałam kilka razy w Zuma Blitz, odbyłam rozmowę telefoniczną. Na patelni rozgrzałam olej i usmażyłam mięso. Wyjęłam frytki z piekarnika. Nałożyłam na talerze. Koniec. Tak naprawdę realnej pracy były ze 4 minuty, reszta to czekanie aż frytki dojdą. Wiem, mało to wyrafinowane i mało ambitne. Ale za to zrobione błyskawicznie, między robieniem prania, a sprzątaniem w pokoju.

Tagi:

 
0

Muffiny krówkowe

Królowa napisała 29 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Miałam w domu od dawna stare, skamieniałe krówki i żadnego pomysłu na to, co z nimi zrobić. Natchnęła mnie Felinity, napisawszy na blipie o muffinach toffi. Wzięłam krówki, wsadziłam do kąpieli wodnej, zrobiłam ciasto na muffiny (takie banalne, 2 szklanki mąki, łyżeczka proszku do pieczenia, cukier  – w przepisie było pół szklanki, ale zredukowałam tą ilość, myśląc o słodyczy krówek, wzięłam tak na oko, między 1/4 a 1/2 szklanki, łyżka kakao, szklanka mleka, około pół szklanki oleju – też lałam na oko, jajko). Zajrzałam do krówek w kąpieli wodnej. Wyglądały identycznie, jak na początku. Pogadałam chwilę na gadu, sprawdziłam nowości na Facebooku. Zajrzałam do krówek. Hm. (Tak, wciąż bez zmian). Zrobiłam eksperyment z mikrofalówką i jedną krówką. Wyglądało zabawnie – krówka przez 56 sekund miała kształt kostki, a potem w ułamku sekundy rozpłynęła się po dnie miseczki, powodując moje nerwowe otworzenie drzwiczek. Okazało się, że się nie stopiła, a jedynie zmieniła na sekundę stan skupienia, a potem zastygła w innym kształcie. Zajrzałam do tych w kąpieli wodnej. Wciąż były idealnymi kostkami, ale odrobinę zmiękły, dzięki czemu udało mi się je pokroić na kawałeczki nożem (wcześniej musiałabym zdecydowanie użyć siekiery). Zmieszałam składniki ciasta suche z mokrymi, dorzuciłam krówkową krajankę, wsadziłam do formy i do piekarnika. Muffiny się teoretycznie piecze 15 minut w temperaturze 200 stopni, ja piekłam w około 200, około 15 minut, czyli znów czynnik „na oko”, a w moim przypadku konkretniej „na jednego papierosa i jeszcze chwilkę”. I tak oto. Słodkie wyszły, bardzo słodkie, dobre do czarnej, gorzkiej herbaty. A skubane krówki wcale się tak bardzo nie rozpuściły, przynajmniej nie wszystkie, te na wierzchu owszem, ale te ze środka często do rozgryzania. Ale całość bdb, więc nie narzekam. Mam już sposób na stare krówki :)

Tagi: ,

 
0

Christmaspanic? NOT

Królowa napisała 23 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Za chwilę Boże Narodzenie, ludzie robią zakupy, gotują, pieką, kupują, sprzątają, szykują. Wierzący i niewierzący obchodzą te Święta, klną, złoszczą się, pocą, męczą, narzekają. Co roku obserwuję sporo relacji sprowadzających się do: „o Boże, taki/a jestem zmęczony/a, a tu jeszcze to, to i to do zrobienia” oraz drugiej, jeszcze gorszej: „znowu Święta i znowu będę się musiał(a) spotkać z ludźmi, których nie lubię”. I co roku, za każdym razem gdy to czytam, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu o tym, jak dobrze zrobiłam, że już parę lat temu zrezygnowałam z tego „napinania się” i robienia WSZYSTKIEGO – bo Święta. Obchodzę Boże Narodzenie. Nie określam się jako katoliczka, ale wierzę w Boga, więc dla mnie to rzeczywiście dzień, w którym świętuje się urodziny Boga. Nie wiem po co obchodzą to święto niewierzący, argument: „bo tradycja” jakoś do mnie nie trafia. Nie wytykam nikomu, jego sprawa, ale nie rozumiem.

A nasze Boże Narodzenie to mały zestaw niezbędnych elementów, plus milion opcjonalnych – w miarę czasu,możliwości, chęci. Musi być:
Choinka. Żywa. Zielone, pachnące drzewko. (ekofanatycy ja bardzo proszę won z ewentualnymi komentarzami na ten temat, sztuczna choinka to nie choinka. Choinka ma PACHNIEĆ. I się osypywać)
Piernik/pierniczki. Zapach imbiru, goździków, cynamonu, anyżku, pieprzu i całej reszty przypraw. Ten i zapach choinki – to tworzy Atmosferę Świąt i przywołuje tego Ducha.
Prezenty. No wiadomo ;)
I z jedzenia: barszczyk, kompot z suszu oraz kluski z makiem. Ciasta – makowiec, może keks.
Siano pod obrusem
Opłatek
Kolędy – czy to zaśpiewana razem (co z tego, że ja fałszuję, a córka nie zna wszystkich słów i tylko syn znacząco podnosi poziom?)  czy z radia, czy z mp3.

To jest podstawa. Reszta – pierogi, kapusta z grzybami,  ryby, sałatka, czy cokolwiek innego – jeśli jest, fajnie, jeśli nie – też ok. Tak samo z idealnym porządkiem, miło, jak jest, ale też nie kosztem wielkiego zmęczenia. Święta mają być fajne. Pełne miłości, ciepła i tego CZEGOŚ, co tak łatwo utracić. Dla wierzących to przyjście na świat Jezusa Chrystusa, dla niewierzących… nie wiem, ale też coś jest, pamiętam czas, jak nie wierzyłam w Boga, a w obchodach Bożego Narodzenia uczestniczyłam (siłą rzeczy – byłam dzieckiem) i też była w tym magia.
Może dla kogoś to, co uznaję za konieczne, a co olewam jest niedopomyślenia. Ale:

Mój dom. Moje zasady. Moja tradycja.

Tagi: , , , , ,

 
0

Piernikzilla

Królowa napisała 27 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Mam lekko oparzone opuszki kilku palców, ręce zmęczone od zagniatania ciasta, jestem zmęczona, spocona i….niesamowicie zadowolona. Dostałam przepis, kupiłam miód i inne ingrediencje, wczoraj zrobiłam ciasto, a dzisiaj zrobiliśmy Wielkie Pieczenie. I oto mam furę cienkich, korzennych pierniczków, smakujących prawie tak, jak moje ulubione pierniczki z Ikei (w tamtych jest chyba więcej… czegoś. jakiejś jednej przyprawy, jak rozkminię czego, to być może uda mi się odtworzyć tamten smak wiernie). Ja wałkowałam, dzieci wycinały misie, serduszka, kwiatki, gwiazdki i motyle, kot leżał na parapecie i najpierw patrzył uważnie – nieco zdziwiony tym nietypowym widokiem, a potem spokojnie poszedł spać. W kuchni gorąco, wszystko w mące, wszędzie porozkładane pierniczki. Szaleństwo. Teraz pierniczki ostygną, jutro je ozdobimy, potem powędrują do puszki i będą sobie czekać na Święta. A za tydzień, mam nadzieję,  kolejne pieczenie – muszę kupić większe foremki i zrobić takie z landrynkowymi szybkami, wygląda to bardzo efektownie :)
I choć na ogół jak gotuję czy piekę wyganiam z kuchni wszystkich domowników, to dzisiaj odkryłam że kucharzenie z dziećmi może być fajne… Inna rzecz, że  im Majka starsza, tym łatwiej jej wytłumaczyć co ma robić i jak i te jej umiejętności są większe. Także w tygodniu poluję na inne wykrawaczki do ciastek, a potem znów pieczenie, może ktoś chciałby wspólnie w którąś sobotę lub niedzielę zrobić piernikzillę? Oferuję kuchnię, piekarnik, blachy i dobre towarzystwo.
Dzieci mile widziane, a wręcz niezbędne, ale w razie czego wystarczą moje ;)

Tagi: , , , , ,

 
0

Lato w pigułce

Królowa napisała 23 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Przechodzę często koło „Planu B/Powiększenia” na Placu Zbawiciela. Im bardziej mokro, zimno i wietrznie, tym częściej mijanie tego klubu jest dla mnie okazją do krótkiego wspomnienia. Takie obrazki – jest ciepło, bardzo, jest noc, ja i Max stoimy tam w tłumie różnych wesołych, wyluzowanych ludzi, popijamy piwo z plastikowego kubka, gadamy z jakimś człowiekiem pytając, gdzie dzisiaj można potańczyć. On się zastanawia, my jeszcze w międzyczasie wyciągamy komórki, oczywiście każde z nas ma wypasionego smartfona, więc wchodzimy w internet i sprawdzamy klubowy rozkład jazdy. W końcu poszliśmy bodajże do Obiektu Znalezionego, ale to w sumie było mało istotne. Istotne było, że był taki cudowny letni wieczór, nikt się nigdzie nie spieszył, tramwaje toczyły się przez zmęczone upałem miasto, ja szłam i radośnie stukałam obcasami, Max opowiadał coś o buddyzmie, ciągle zmieniały nam się plany i pomysły, ale nikt z tego powodu się nie denerwował. Cała Warszawa była nasza. Pamiętam jak spotkaliśmy jakiegoś dziennikarza z Rosji, który przyjechał do Polski zrobić wywiad z głównym kandydatem na nowego prezydenta, po tym, jak obecny zginął. Zagadnął nas, gdzie tu można się napić, a jak go doprowadziliśmy w podziemia Zachęty, to zamówił przy barze „najmocniejszego drinka, jakiego macie”.
Było ciepło, był chillout i beztroska. Jakby udało się stworzyć pigułkę, ze wszystkimi tymi elementami, ilość ludzi zapadających na depresje jesienno-zimowe znacznie by się zmniejszyła. Ale może mi się właśnie udało? Stworzyć ją we własnej głowie? Zlepić ze wspomnień, myśli, marzeń?

Jakby to nie wystarczyło, to będę piec. Muffinki, pierniczki, chlebki dyniowe. Dużo, dużo dobrych rzeczy. Wracanie do domu, w którym pachnie ciastem, to zupełnie inna jakość życia.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Eksperyment kulinarny nr 6 czyli dyniowe szaleństwo

Królowa napisała 11 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Eksperyment, a jakże. Nigdy w moim domu rodzinnym nie robiło się nic z dyni, a w każdym razie nie w czasach, które pamiętam. Także zaczęłam bez żadnego doświadczenia. Kupiłam 2,5 kilogramową pomarańczową kulę, przydźwigałam do domu, przekopałam internet i zaczęłam obróbkę. Na raty, bo okazało się że samo pokrojenie tego w kawałki jest ciężkie. Wydłubanie niejadalnego miękkiego miąższu łyżeczką było lajtowe, tak samo jak wydłubanie z niego pestek, ale za to obieranie. Ugh. Zrozumiałam skąd, być może, niechęć do dyń w mojej rodzinie.
W końcu miałam poranione, posiniaczone tu i ówdzie dłonie oraz niezerową ilość gotowej dyni w kawałkach/kostce. Pierwszego dnia sporą część kostki użyłam do zrobienia placków z dyni, z przepisu dostanego od „znajomej” na Facebooku, zaczęło się od rozmowy przez komentarze pod statusem TVN24.pl dotyczącym Halloween, a skończyło się na zaproszeniu do znajomych i przesyłaniu przepisów. Bardzo łatwe, a sycące jak cholera, po dwóch takich małych, ale grubych plackach poczułam się najedzona (choć oczywiście z łakomstwa pochłonęłam jeszcze kilka). Do tego jeszcze mocno miodowe skrzydełka z kurczaka – nie planowałam , ale córka zobaczywszy 3 kilo skrzydełek przywiezionych ze sklepu zażądała kategorycznie „kulciaka” i w końcu kilku sztuk nie zamroziłam, a upiekłam. I jeszcze jabłkowo-goździkowy kompot (zrobiony z konieczności, bo jabłka się psuły, trzeba było przerobić). A następnego dnia zrobiłam zupę dyniową z przepisu Evvy – fenomenalna, choć ja nie dodałam chilli, ale za to więcej czosnku i curry. I znów najgorsza część to pokrojenie dyni w małe kawałki, potem robienie tej zupy to czysta przyjemność. No i wiedziałam że chcę zrobić ciasto dyniowe, choćby dlatego, że jeden z kolegów ze szkoły syna przyniósł kiedyś i częstował, więc dla syna ciasto dyniowe było czymś przypisanym do mamy Kaleba (a co to, ja gorsza? :>) Szukając przepisu na ciasto znalazłam przepis na chlebek dyniowo-imbirowy, a ponieważ w tym przypadku to jednak bardziej ciasto, to zrobiłam. Została mi resztka utartej dyni, tak mało, że szkoda zamrozić, a tak dużo że… akurat na muffinki. Zatem jak tylko z piekarnika wyjechał chlebek, wjechała tam blacha z muffinami. Bosko.
Chlebek wyszedł dość lekki, jak na ciasto z dyni, bynajmniej nie zakalcowaty, miękki, mocno imbirowy, cudny. Muffinki bardzo przyjemne, pachnące cynamonem, idealne do herbaty. Jesteśmy wszyscy najedzeni po dziurki w nosie, a jeszcze czeka na mnie około 1/4 część dyni, żeby pokroić w kostkę i zamrozić. Bardzo wydajne warzywo. Sycące, smaczne i tanie. To zdecydowanie jest początek pięknej przyjaźni.

P.S. Zapomniałam dodać, że z kupna dyni jest jeszcze jeden bonus: pestki! Wystarczy je wydłubać z miąższu, opłukać i zostawić do wysuszenia (na przykład na papierze do pieczenia). Niektórzy mówią, żeby suszyć w piekarniku, mi wystarczyło po prostu jak poleżały w kuchni, w której cały dzień się coś piekło i gotowało. Smakują zupełnie jak te z Bakallandu. Albo i lepiej, bo dochodzi do tego takie milutkie poczucia zrobienia tego samemu. Od podstaw.

Tagi: , , , ,

 
0

Co lubię

Królowa napisała 24 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Taka zabawa blogowa – łańcuszek. Każdy pisze swoje i wpisuje komu przekazuje pałeczkę.
Nie przepadam, sensu mają mało te wyliczanki, ale mnie Luca wywołała do tablicy, to nie chcę przerywać zabawy ;)
Oto kolejne ogniwo blogerskiego łańcuszka  – wyliczanki pt. „Co lubię”. Zasady: szczerze, spontanicznie, 10 rzeczy.

1. Lubię swoje dzieci
(boooring, wiem. ale naprawdę je lubię, oprócz tego, że kocham najmocniej na świecie)
2. Lubię się uczyć
(ogólnie – nowych rzeczy, ostatnio kręci mnie programowanie i rzucam się a to na Objective-C, a to na Ruby)
3. Lubię seks
(i nie wstydzę się przyznać do tego publicznie, tak)
4. Lubię odkurzać, zmywać i gotować
(dwa pierwsze zawsze, to ostatnie to nowość, zawsze mówiłam że nie cierpię tej czynnośći, a ku swojemu zaskoczeniu ostatnio mi się to zmieniło, co pewnie widać po częstym używaniu przeze mnie kategori wpisów „historie kuchenne”)
5. Lubię czytać
(to nie do końca prawda… ja to kocham, ale niech będzie)
6. Lubię tworzyć
(pisać… stwarzać jakieś kawałki świata, ostatnio zaangażowałam się mocno w rozkręcenie projektu Blipoteki – blipowej biblioteki, dłubię w biżuterii, tworzę sobie aranżacje na korkowej tablicy, organizuję sobie przestrzeń życiową drobnymi aranżacjami mieszkania, hoduję zioła, co jest też formą tworzenia, z małego pędu wyrasta półmetrowa bazylia…)
7. Lubię internet
(no to trochę jak przy czytaniu, bardziej kocham)
8. Lubię pracować
(tak, tak, serio. nie, nie jestem uzależniona. chyba nie. nie. no może odrobinkę)
9.  Lubię się kłócić
(dyskutować, flejmować, wymyślać argumenty, wygrywać, przegrywać, obalać czyjeś założenia albo przyznawać rację, lubię to, że każdy ma inne spojrzenie na świat i móc z nim o tym porozmawiać)
10. Lubię ŻYĆ
(tak po prostu. móc robić wszystko to, co lubię i wzmacniać się, robiąc to, czego nie lubię. dowiadywać się co lubię, a czego nie. zmieniać. rozwijać się. starzeć. doświadczać. czuć. kochać. myśleć.)

No. To by było na tyle. A ja rzucam pałeczkę Szatanielicy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Przepis na placuszki z kaszy gryczanej

Królowa napisała 31 sie, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Nie eksperymenty, bo placuszki są czymś robionym w moim domu od lat, jako danie proste, smaczne i pożywne. Przepis nie mój, natomiast chcę go tu zapisać, uznając że serwery, na których stoi ten blogasek, są być może bardziej trwałe niż wymiętolona, nieco naddarta kartka z  nieistniejącego już pisma „City Magazine”. Konkretnie z numeru styczniowego z roku 2003. W owym piśmie była sobie przez pewien czas rubryczka Michała Kaczyńskiego pt „Kuchnia partyzancka”, z której poznałam kilka ciekawych przepisów. Autor opisywał wszystko krok po kroku, używając „normalnych” miar (tzn łyżka, szklanka, itp), podając koszt składników, wskazówki i przestrogi doskonale znane obytej w kuchni osobie, więc to było zdecydowanie „gotowanie dla początkujących”, co było bardzo cenne dla mnie wtedy, gdyż sama się do takich zaliczałam. I chyba wciąż zaliczam. Wracając do przepisu, miałam ambitny plan przepisania tutaj większości tekstu z tej wymiędlonej karteczki, ale wpadłam na pomysł sprawdzenia strony, którą Kaczyński wtedy podawał i voila, okazało się, że strona jak najbardziej żyje, ma się dobrze i jest na niej ów przepis. Dokładnego linku dać nie mogę, ale łatwo znaleźć frazę „placki gryczane” na liście pozycji. Co prawda na stronie nie ma opowieści o stosunku starożytnych Słowian do kasz (szkoda, szkoda, te opowieści o głównym składniku przepisu były jednym ze smaczków „Partyzanckiej kuchni”), ale meritum jest.

Także ten. Polecam. Ja na ogół z przypraw dodaję dużo słodkiej papryki i pieprz biały, ale można dużo różnych rzeczy i też jest dobre. Jadamy na ogół polane ketchupem (dzieci) i z ogórkiem kiszonym (ja). A tak wygląda przepis na stronie pesto.art.pl

Tagi: , ,