0

Kapitalizm srapitalizm

Królowa napisała 27 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Zaczytuję się ostatnio w powieściach milicyjnych, których całą torbę znalazłam pozostawioną koło śmietnika miejskiego przy przystanku autobusowym. Niesamowita sprawa zresztą, wysiadam z autobusu, żeby się przesiąść na tym samym przystanku, a tam stoi sobie worek na śmieci. Taki półprzezroczysty, niebieskawy, widzę wyraźnie, że w nim czyste i w dobrym stanie książki. Przykucnęłam, popatrzyłam, rozszarpałam worek, chcąc zobaczyć co dokładnie, zobaczyłam jedną książkę mojej ulubionej autorki powieści milicyjnej, drugą, potem jeszcze jakiś Chandler, Edigey, zrezygnowałam z grzebania, rozszarpany worek nie nadawał się już, więc skoczyłam do kiosku obok, wydałam złotówkę na wielką reklamówkę, wróciłam, akurat nadjechał mój autobus. Zgarnęłam cały majdan w objęcia, wparowałam do autobusu, gdzie spokojnie rozłożyłam się na podłodze i poprzekładałam wszystko do torby. I tylko powstrzymywałam się od wydawania okrzyków zachwytu, gdy odkrywałam coraz to kolejne książki ulubionej autorki. W domu, do którego ledwo dotachałam to torbiszcze (tak na oko ze 12 kilogramów), odkryłam że weszłam w posiadanie 60 książek, prawie wszystkie całe, oprócz powieści milicyjnej znalazł się tam nawet Bursa – i wszystko to by było zmielone przez śmieciarę, gdybym nie capnęła z chodnika.

No i tak sobie czytam te książki, których akcja się dzieje w PRL, gdzie dobra z Zachodu są luksusem, nieosiągalnym marzeniem, gdzie prywatne inicjatywy są likwidowane przez dzielną milicję, gdzie Państwo jest cudowne i trzeba je kochać, a nie marzyć o dzikim i złym kapitalizmie. Czytam je w 2013 roku, kiedy już niby od dawna w Polsce jest ten drapieżny kapitalizm, a dobra z zachodu są dostępne, ale tak sobie ostatnio myślę, że mentalnie to wciąż mnóstwo ludzi tkwi w tym PRL, gdzie wszyscy mieli wszystko gdzieś, bo „państwowe”. Nie moje. Nie moje, czyli niczyje, nie warto, nie trzeba.

Niby mam wybór – mogę sobie zamówić internet i telewizję od kilku firm. W praktyce, jeśli chcę obie usługi w pakiecie, mam wybór między dwoma firmami – TPSA i UPC. Nie mam łącza telefonicznego, więc wybrałam UPC (właściwie to wybrałam Aster, ale w tak zwanym międzyczasie zostałam „zmigrowana” do UPC z powodu fuzji). I cierpię. Cierpię, bo po tygodniu pracy mam wreszcie weekend. Chcę odpocząć, zrelaksować się, po koniec dnia sprawdzam co takiego jest w telewizji. Widzę „Avengers” na HBO, wspaniale, dobry film, dzieci też lubią, sięgam po pilota i… nic. Okazuje się, że nie działa. Resetuję dekoder, sprawdzam kable – nic się nie zmienia, HBO oraz kilka innych kanałów nie działa, inne działają, sięgam po telefon. I zaczyna się długie oczekiwanie na połączenie z konsultantem. Jest tak długie, że mnie rozłącza. Dzwonię ponownie. Wreszcie się udaje, rozmawiam z człowiekiem, mówię mu jaki jest problem, człowiek słucha, po czym mówi beznamiętnie, że może umówić wizytę technika. Na poniedziałek wieczór. – No ale co teraz – pytam zirytowana – mam przez cały weekend zostać bez HBO i Cinemax? Konsultant beznamiętnie tłumaczy, że nic nie jest w stanie zrobić, że technik przyjdzie i naprawi, że problem może być w tym albo tym albo tym. I tyle. I nic więcej.
I jestem zła. Bo płacę sporą kwotę miesięcznie za to, żeby mieć ileś kanałów. I chcę je móc oglądać wtedy, kiedy mam ochotę. Teraz mam ochotę pooglądać HBO, teraz jest zepsute i to firma, której płacę za możliwość oglądania telewizji powinna czuć się źle, że ich klient ma dyskomfort. Tymczasem od konsultanta na infolinii nie usłyszę nawet że mu przykro, że nie działa, że przeprasza w imieniu firmy za mój dyskomfort, że postarają się jak najszybciej rozwiązać problem. Nic. I tak, wiem, „na słuchawkach” zarabia się mało. Ale czemu mnie, jako klienta firmy ma to obchodzić? Czemu firma nie zaleca pracownikom, żeby w takiej sytuacji wyrazili ubolewanie? Czemu technik może przyjść dopiero za dwa dni, skoro ja w weekend, w czasie odpoczynku po ciężkiej pracy chciałabym pooglądać telewizję? Czemu firma nie zatrudni tylu techników, żeby niektórzy mieli też zmiany w weekendy? Czemu płacę, a dostaję byle co – dostaję firmę, która ma w nosie, że mi nie działa, czemu jestem traktowana jak dojna krowa, która ma tylko regularnie wpłacać pieniądze na konto?

Niby mamy ten kapitalizm, ale nie widzę w nim szacunku dla płacącego. Nie widzę w ogóle starania się. W tych wszystkich regulaminach, tabelkach, excelach zagubił się człowiek, który chciałby sobie ze swoimi dziećmi obejrzeć w sobotę wieczorem Avengersów. Nie kradnąc ten film z torrentów, nie podłączając laptopa do telewizora, tylko sięgając po pilota i włączając kanał. I tylko: „może Pani złożyć reklamację, podając datę, kiedy usługa nie działa”. A skąd ja mam wiedzieć, od kiedy nie działa, skoro wcześniej nie włączałam tego kanału? Nie siedzę codziennie wieczorem przed telewizorem sprawdzając, czy aby wszystkie usługi, za które płacę, działają prawidłowo. Może nie działa od dziś, może od wczoraj, może już od tygodnia nie mam kilku lub kilkunastu kanałów, do których nieograniczony dostęp wykupiłam.

Jak nie zapłacę rachunku, to od razu dział windykacji wysyła przypomnienia, listy, smsy, z żądaniem pieniędzy. A może by też jakiś inny dział się interesował, czy wszyscy klienci mają usługi, które firma oferuje? Czy kiedykolwiek ktoś zadzwoni zapytać, czy wszystko działa, czy jestem zadowolona z usług? Ależ skąd. Tylko płać i siedź cicho. My mamy gdzieś. Dla nas się liczą tabelki, a jak jest Pani niezadowolona, to nas nie obchodzi, mamy innych abonentów, nie ma obowiązku być naszym klientem, w regulaminie jest że to się może zdarzyć, bla bla bla.

A z innej beczki – wysłałam parę dni temu maila do amerykańskiego oddziału HBO. W zupełnie innej sprawie, zupełnie dobrowolnie, zwróciłam firmie uwagę na naruszenie ich praw autorskich. Nikt ode mnie tego nie wymagał, nikt mi za to nie płacił, firma HBO nawet nie wie, czy ja, jakaś osoba z Polski, płacę komuś za możliwość oglądania ich kanału. Ale na tę wiadomość dostałam bardzo szybko odpowiedź mailową – nie wiem czy napisaną przez człowieka czy wysłaną automatycznie – podejrzewam to drugie, ale i tak ucieszył mnie ten mail. Bo w nim było bardzo miłe i uprzejme podziękowanie na kontakt, za moje zainteresowanie, za zwrócenie uwagi oraz zapewnienie, że sprawie przyjrzą się odpowiednie osoby. I jeszcze raz podziękowanie. I taki wielki kontrast. Tu w Polsce płacę za coś i nawet zwykłego „przepraszamy” nie dostaję. W USA, na tym Zachodzie, firma jest wdzięczna, że napisałam do nich list.

Doczekam się czasów, że będę miała we własnym kraju szacunek i troskę firmy czy nie? Czy już zawsze będzie lekceważące „to nie nasza wina, może pani złożyć reklamację”?

Tagi: , , , , , , , , , ,