0

Czas porządków

Królowa napisała 16 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Od początku września robię porządki. W komputerze – wyrzucam nieudane zdjęcia, seriale, których nie oglądam, przenoszę wszystko, czego nie potrzebuję mieć pod ręką na co dzień na dysk zewnętrzny. W mieszkaniu – pozbywam się papierów, zepsutych lub nieużywanych przez nikogo już zabawek. Przeglądam regały z książkami, nie idzie mi to łatwo, ale systematycznie wyjmuję te rzeczy, których nie czytam i nie będę czytać. O dziwo, nawet znajdują się chętni na strasznie dziwne starocie, jakie wygrzebuję z drugiego rzędu.
Dojrzałam do wyrzucenia archiwum „Polityki”, dwóch grubych segregatorów z kilkudziesięcioma numerami. Taki sam los spotkał nieliczne egzemplarze papierowej Wyborczej (#upadekprasypapierowej). Ubrania, których nie noszę kolejny rok i tylko zajmują miejsce w szafie. Zepsuta myszka zachomikowana w szafie, nie wiadomo po co. Stare jaśki, które wepchnęłam do skrzyni pod łóżkiem i nie rzucały się w oczy ani jeść nie wołały. Mam zdecydowanie za dużo przedmiotów.
Jedyne ograniczenie to piwnica. To od dawna mnie przerasta. Łudzę się, że stare butelki po Grolschu z emaliowym (czy jakimś tam, ale nie plastikowym) korkiem będą kiedyś dużo warte i nagle okaże się, że mam w piwnicy fortunę.
I porządki w życiu. Zrobiłam noworoczne postanowienia. Dwa. Pozbywam się znajomości, które mi szkodzą lub które nie mają znaczenia. 40 profili na Facebooku poleciało w pół godziny. Wiecie, jak to jest. Idzie się na imprezę, poznaje kogoś, gada z nim przez godzinę, następnego dnia dodaje się go na fejsie i… koniec. Potem się już nie spotykacie nigdzie, tak naprawdę jesteście sobie obcy, okazjonalnie dajecie sobie lajka lub komenta. Albo poznajesz kogoś, spotykasz się z nim okazjonalnie przez parę miesięcy, potem się okazuje, że to kłamliwa wredna świnia i za twoimi plecami knuje przeciwko tobie. Albo masz na fejsie kogoś, kogo faktycznie znasz, ale jego poglądy są takie, że z każdym jego postem się coraz bardziej wstydzisz, że masz takie znajomości. I tak dalej.
Kasuję też stare blogi, nieużywane profile – doprawdy, nie muszę być wszędzie w internecie.
Mniej oglądam, więcej czytam. Mniej portali, więcej książek. Piszę mniej, ale treściwiej, zapisuję coraz więcej pomysłów, zarysów, szkiców. Szykuję się do zimy.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Eksperyment kulinarny nr 6 czyli dyniowe szaleństwo

Królowa napisała 11 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Eksperyment, a jakże. Nigdy w moim domu rodzinnym nie robiło się nic z dyni, a w każdym razie nie w czasach, które pamiętam. Także zaczęłam bez żadnego doświadczenia. Kupiłam 2,5 kilogramową pomarańczową kulę, przydźwigałam do domu, przekopałam internet i zaczęłam obróbkę. Na raty, bo okazało się że samo pokrojenie tego w kawałki jest ciężkie. Wydłubanie niejadalnego miękkiego miąższu łyżeczką było lajtowe, tak samo jak wydłubanie z niego pestek, ale za to obieranie. Ugh. Zrozumiałam skąd, być może, niechęć do dyń w mojej rodzinie.
W końcu miałam poranione, posiniaczone tu i ówdzie dłonie oraz niezerową ilość gotowej dyni w kawałkach/kostce. Pierwszego dnia sporą część kostki użyłam do zrobienia placków z dyni, z przepisu dostanego od „znajomej” na Facebooku, zaczęło się od rozmowy przez komentarze pod statusem TVN24.pl dotyczącym Halloween, a skończyło się na zaproszeniu do znajomych i przesyłaniu przepisów. Bardzo łatwe, a sycące jak cholera, po dwóch takich małych, ale grubych plackach poczułam się najedzona (choć oczywiście z łakomstwa pochłonęłam jeszcze kilka). Do tego jeszcze mocno miodowe skrzydełka z kurczaka – nie planowałam , ale córka zobaczywszy 3 kilo skrzydełek przywiezionych ze sklepu zażądała kategorycznie „kulciaka” i w końcu kilku sztuk nie zamroziłam, a upiekłam. I jeszcze jabłkowo-goździkowy kompot (zrobiony z konieczności, bo jabłka się psuły, trzeba było przerobić). A następnego dnia zrobiłam zupę dyniową z przepisu Evvy – fenomenalna, choć ja nie dodałam chilli, ale za to więcej czosnku i curry. I znów najgorsza część to pokrojenie dyni w małe kawałki, potem robienie tej zupy to czysta przyjemność. No i wiedziałam że chcę zrobić ciasto dyniowe, choćby dlatego, że jeden z kolegów ze szkoły syna przyniósł kiedyś i częstował, więc dla syna ciasto dyniowe było czymś przypisanym do mamy Kaleba (a co to, ja gorsza? :>) Szukając przepisu na ciasto znalazłam przepis na chlebek dyniowo-imbirowy, a ponieważ w tym przypadku to jednak bardziej ciasto, to zrobiłam. Została mi resztka utartej dyni, tak mało, że szkoda zamrozić, a tak dużo że… akurat na muffinki. Zatem jak tylko z piekarnika wyjechał chlebek, wjechała tam blacha z muffinami. Bosko.
Chlebek wyszedł dość lekki, jak na ciasto z dyni, bynajmniej nie zakalcowaty, miękki, mocno imbirowy, cudny. Muffinki bardzo przyjemne, pachnące cynamonem, idealne do herbaty. Jesteśmy wszyscy najedzeni po dziurki w nosie, a jeszcze czeka na mnie około 1/4 część dyni, żeby pokroić w kostkę i zamrozić. Bardzo wydajne warzywo. Sycące, smaczne i tanie. To zdecydowanie jest początek pięknej przyjaźni.

P.S. Zapomniałam dodać, że z kupna dyni jest jeszcze jeden bonus: pestki! Wystarczy je wydłubać z miąższu, opłukać i zostawić do wysuszenia (na przykład na papierze do pieczenia). Niektórzy mówią, żeby suszyć w piekarniku, mi wystarczyło po prostu jak poleżały w kuchni, w której cały dzień się coś piekło i gotowało. Smakują zupełnie jak te z Bakallandu. Albo i lepiej, bo dochodzi do tego takie milutkie poczucia zrobienia tego samemu. Od podstaw.

Tagi: , , , ,

 
0

Miso – z czym to się je?

Królowa napisała 10 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Wbrew pozorom nie będzie o japońskiej zupie. Miso, o którym chcę napisać, to aplikacja na iPhone/iPada pozwalająca zapisywać użytkownikom jakie programy telewizyjne oglądają, dostawać za to punkty, ścigać się w rankingach i obserwować trendy. Oczywiście jest to zabawa społecznościowa, więc można znaleźć znajomych i obserwować co oni oglądają. Dla tych, co nie mają którejś z wyżej wymienionych zabawek od Steve’a Jobsa, pozostaje używanie Miso przez stronę – co praktycznie niewiele się różni. Założenie konta jest bardzo szybkie, tak samo znalezienie znajomych, wystarczy połączyć Miso z Facebookiem, ewentualnie jeszcze poszukać znajomych z Gmaila, Yahoo! i Twittera. A potem znajdujemy stronę serialu, filmu czy programu, który oglądamy i zaznaczamy „check in” (przy serialach jest jeszcze podział na sezony i epizody). Strona jest mądra, bo nie pozwala naklikać sobie wszystkich obejrzanych kiedyś naraz – po zaznaczeniu w ciągu paru minut więcej niż 3 godzin oglądania nie można przez jakiś czas dodać nic nowego, dostaje się uprzejme przypomnienie, że tak szybko to nie mogłeś/aś tego obejrzeć.

W sumie jest to takie foursquare, tylko dla filmów i seriali. A po co?
Po pierwsze oczywiście zabawa. Zdobywam punkty, oznaki, pnę się naprzód w rankingu – na tej prostej zasadzie działa wiele serwisów. Po drugie widać które seriale zyskują popularność, co może być pomocne przy wybieraniu jakiegoś nowego do oglądania. Dla mnie Miso jest wygodne z jeszcze jednego powodu. Otóż często mam tak, że oglądam jakiś serial, oglądam, a potem robię parodniową przerwę. Chcę wrócić do oglądania i… problem, bo nie pamiętam który odcinek ostatnio oglądałam. Na pewno sezon trzeci, ale odcinek piąty? Szósty? Może już nawet siódmy? E, nie, chyba gdzieś w połowie szóstego skończyłam…  Próbowałam zaznaczać sobie nazwy plików kolorami, zapisywać gdzieś – wszystko to się nie sprawdzało, zapominałam zapisywać albo zasypiałam w trakcie odcinka, a następnego dnia nie miałam w ogóle czasu o tym myśleć. A Miso wyrobiło u mnie ten nawyk: oglądam coś -> loguję się na Miso, checkinguję -> odpalam następny odcinek serialu.
I dzięki temu jeśli zapomnę na czym skończyłam, sprawdzam to sobie na swoim profilu na Miso. Bardzo wygodne.

Tagi: , , , ,

 
0

Ludzie są źli i głupi

Królowa napisała 15 kwi, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Piąty dzień od katastrofy pod Smoleńskiem. Tam trwa identyfikacja ciał ofiar, tu co chwilę ląduje samolot z trumnami. Długie i przejmujące ceremonie na lotnisku, kondukty żałobne, płaczące rodziny, przyjaciele, obywatele. Przeszywające dreszczem obrazy długich rzędów trumien. Żałoba. Żałoba?
Nie przeciwko Kaczyńskiemu na Wawelu. Tak dla Kaczyńskiego na Wawelu. Chowanie Kaczyńskiego na Wawelu to hańba i bezczeszczenie tego miejsca. Popieram. Nie popieram. Tak. Nie. Kaczyński do piramidy Cheopsa. Na Marsa. Ja chcę być pochowany na Wawelu. Ja nie chcę być pochowany na Wawelu.
Coraz większy niesmak i coraz większe zażenowanie. Przypomina się film Koterskiego „Dzień świra”. Tam politycy szarpali między sobą wielką flagę Polski. Ach, och, jakie to trafne, jakie prawdziwe, tak właśnie jest – mówili wtedy ludzie. Teraz ci sami ludzie szarpią trumnę Lecha Kaczyńskiego. Na Wawel. Nie na Wawel. W lewo. W prawo.
I nie kończy się to tylko na grupach na Facebooku, na jednym kliknięciu. Ci ludzie wychodzą na ulice. Krzyczą. Gorliwie stają przed kamerami, żeby wypowiedzieć swoją Jedyną Słuszną Prawdę. Żądają od mediów reakcji. Żądają działań. Malują transparenty, wymyślają hasła, które potem wykrzykują na ulicach.
Co będzie następne? Rzucanie się na trumnę, w czasie przewozu jej na Wawel podczas pogrzebu? Palenie opon zamiast zniczy? Rękoczyny? Od wznoszenia okrzyków wśród tłumu jest blisko do agresji fizycznej. Jestem zażenowana i przerażona.
To, gdzie Prezydent Polski będzie pochowany, to nie nasza to decyzja. Czasem trzeba cos ZAAKCEPTOWAĆ i tyle. A nie drzeć ryje nad trumną.

Opamiętajcie się, pokasujcie te idiotyczne grupy. Zachowajcie odrobinę godności.

Maciek ma rację, ludzie są źli i głupi.

Tagi: , , , , , ,