0

Kiedy koty chorują

Królowa napisała 31 lip, 2015 w kategoriach Bez kategorii

Generalnie ludzie są dla mnie ważniejsi niż zwierzęta. W razie pożaru w pierwszej kolejności wynosiłabym z domu dzieci, nie koty. Jednak po ostatnich doświadczeniach doszłam do wniosku, że o wiele gorzej znoszę chorobę kota niż dziecka. Z kilku powodów.
Po pierwsze każde dziecko wyraźnie sygnalizuje, że coś jest nie tak. Nawet jeśli nie umie tego jeszcze wyartykułować, to płacze przeraźliwie, co pozwala, po wyeliminowaniu innych przyczyn, założyć chorobę. Kot cierpi po cichu. Kot „tylko” przestaje siusiać. Albo „tylko” mniej je. Nawet wymioty nie zawsze oznaczają chorobę, choć to akurat dobry sygnał alarmujący.
Po drugie diagnostyka w przypadku ludzi w większości przypadków jest prosta. Szczególnie gdy dziecko jest już w stanie wyartykułować: „boli mnie brzuch/drapie mnie w gardle/kłuje coś w uchu/etc”. Nawet zaś jak nie jest – w przeciętnym przypadku jest pewna pula dolegliwości czy chorób, z których łatwo coś wyodrębnić. U kota możliwości jest mnóstwo. Nie działają nerki – może być to niewydolność nerek sama w sobie, ale może być to niewydolność nerek spowodowana czymś innym. Szmery w płucach – problem z płucami albo zbierający się w płucach płyn z powodu niewydolności nerek. Wymiotuje? Pełna paleta, kłaczek, zatrucie, sznurek, wirus, choroba taka, owaka.
Po trzecie: kooperacja. Człowiek rodzaju niemowlę może nie współpracuje przy badaniach tudzież podawaniu leków, ale też nie bardzo ma możliwości bronienia się. Człowiek rodzaju dziecko może współpracować, dobrowolnie lub po pewnych perswazjach. Kot – zapomnij. Być może istnieją koty, które u weterynarza spokojnie podają łapę do pobrania krwi, nie przeczę, że tak może być, ja jednak opieram się na osobistych doświaczeniach. A te są takie, że jeden z moich kotów, gruby, łagodny i nieprawdopodobnie spokojny Szczęściarz u weterynarza zamienia się w maszynkę do mięsa, która próbuje podziurawić wszystkie ludzkie kończyny i kadłuby. Drugi zaś, wyniosły i dostojny Lord, stresuje się tak bardzo, że zamienia w śliskiego węgorza, który bez problemu wyrwie się z jednej pary rąk, więc do zabiegów przy nim potrzebne są co najmniej dwie (nie liczę tu rąk wykonujących zabieg, a zatem łącznie z weterynarzem to już daje trzy osoby). Do tego Lord zaczyna pałać oburzeniem i nienawiścią, sika na buty, gryzie, drapie, ucieka. Pluje pigułkami na pół metra, a do zastrzyków potrzeba wspomnianych już kilku par rąk.

Wszystko to sprawiło, że ostre zapalenie trzustki, na które niedawno zapadł mój kot, zdiagnozowane dopiero w trzecim dniu choroby, kiedy kota był już praktycznie cień, gdyż nie jadł, nie pił, nie załatwiał się i tylko kroplówki go podtrzymywały przy życiu, bardzo mnie psychicznie zmęczyło. Nawet kiedy już wiadomo było, co mu jest i jak go leczyć, zaczął jeść i tylko kontynuowaliśmy leczenie antybiotykiem, wciąż każda wizyta u weterynarza była solidną porcją stresu dla nas, w związku z kocią niechęcią i wkurwem. Dobrze, że po tygodniu kot wrócił do pełni sił i jest znów niezależnym, dumnym Lordem, patrzącym z pogardą, ale korzystającym chętnie z rąk do głaskania i drapania pod brodą.11805838_10207483352383080_2007202417_n

 

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

My Precious, my Precious

Królowa napisała 20 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

To będzie tekst o tym, jak ważne jest słuchanie siebie i spełnianie swoich marzeń. SWOICH. Nie cudzych. Bo ludzie mają tendencje do mówienia Ci o czym marzysz. Ludzie wiedzą lepiej, co dla Ciebie dobre. Wiedzą lepiej, czego ty chcesz. Mówisz, że chcesz iPada, że o nim marzysz, że go pragniesz. Ludzie mówią: A po co ci? Tyle kasy na tablet? Do książek to lepszy Kindle! No weź, toż to słabe jest. Kindle, Kindle, totalnie kup Kindle, ja mam i jestem zachwycona! Nie kupuj iPada, nie warto. Kup, iPady są świetne. Ależ wszystko byle nie iPad. Nie kupuj, szkoda pieniędzy. Nie kupuj, to nie jest tyle warte.
Marzyłam. Kupiłam. Gdy go odbierałam od przemiłego Tomka, który mi go sprzedał, miałam na twarzy taki uśmiech i byłam tak podekscytowana, że patrzyli się na mnie absolutnie wszyscy w tym Coffee Heaven na drugim piętrze w Złotych Tarasach. Co oczywiście zauważyłam dopiero jak wychodziliśmy, bo przedtem patrzyłam tylko na MÓJ SKARB. Gdy wyszłam z kawiarni zatupałam nóżkami i wydałam z siebie tak głośny pisk radości, że znów na mnie popatrzyło ze 20 osób. Gdy go w domu rozpakowałam i podłączyłam do Macbooka, patrzyłam z zachwytem jak się wszystko ślicznie synchronizuje – łatwo, szybko, bezproblemowo. A gdy po synchronizacji i ustawieniu najważniejszych rzeczy, typu hasło i tryb nocny miałam już tablet gotowy do korzystania – długą chwilę się nim nie bawiłam, tylko wzięłam w ramiona i przytuliłam do siebie. Absolutnie magiczny był też moment, gdy jeszcze w trakcie zawierania transakcji wpisałam swoje AppleID i w ustawieniach wyświetliło mi się”Anna’s iPad”. On już wtedy był mój, nie mogłabym z niego zrezygnować (tak, tak, wiem, to samo by się zdarzyło na każdym innym iPadzie z dziewiczym systemem, ale co z tego).
W dodatku ten konkretny iPad został kupiony w Nowym Jorku na Fitfh Avenue, w tym właśnie słynnym salonie Apple i też mnie to rozczula, bo myślę sobie, że skoro mój tablet był w NY to i mi się kiedyś wreszcie uda tam pojechać. Zabiorę moje maleństwo do ojczyzny.
Kilka dni, a ja jestem coraz bardziej zachwycona. Pisanie jest zaskakująco łatwe, autokorekta się szybko uczy jakich słów używam i uzupełnia jak trzeba, wszystko chodzi płynnie, szybko, nie ma tego irytującego oczekiwania aż się aplikacja otworzy czy też zamknie, o wiele wygodniejsze stało się robienie wszelkich notatek i list to do, a ja bardzo tego potrzebuję. Wyświetlacz jest fantastyczny, ta ostrość, kolory, oglądanie zdjęć jest wielką estetyczną przyjemnością. O aplikacjach to nawet nie będę się rozpisywać, kto używa jabłek wie, jakie są możliwości. No i książki, książki, kiedyś wzdrygałam się na myśl o ebookach i sądziłam że to coś zupełnie nie dla mnie, nie mogłam się skupić przy książce w postaci PDF na laptopie, bo ciągle mi zgrzytało coś w głowie, że książka to książka, a komputer to co innego i nie do czytania książek służy. A potem najpierw podpatrywałam jak znajoma czyta książkę na iPadzie – siedziałam koło niej i czytałam dokładnie to samo, ale z papieru – czytałyśmy tak samo szybko, może nawet ja szybciej, ale jej było o wiele łatwiej podzielić się jakimś wyjątkowo bulwersującym fragmentem z internetem, a w dodatku jak zgasło znienacka światło w pociągu, którym jechałyśmy, to ja byłam jedyną osobą, dla której to był problem. I to było pierwsze takie zdarzenie, które mnie mocno popchnęło w stronę czytania wersji elektronicznych. Drugim było robienie małych porządków w biblioteczce. Niby nie skomplikowane – powyjmować książki, których nie czytam i już nie przeczytam i je naszykować do oddania/sprzedania, inne poukładać w odpowiedniej kolejności i dorzucić te, które przywiozłam z wyprawy na Polcon. Ale zajęło mi to cały dzień, pod koniec którego bolały mnie mięśnie od noszenia tych niby to małych, acz znaczących cieżarków, nos miałam zapchany, oczy piekły mnie od kurzu, w dodatku nowe książki zajęły miejsce wyrzucanych całkowicie i właściwie stan nie uległ zmianie. Zirytowałam się, tyle roboty, tyle miejsca zajmuje – postanowiłam: przerzucam się na czytnik. No i teraz już mam w docku swojego iPada aplikację iBooks – wchodzę, otwieram, każda książka oczywiście otwiera mi się na tym miejscu, gdzie skończyłam czytać, koniec z zakładkami albo traceniem czasu na wertowanie kartek, jeżeli czytam w obcym języku i jakiegoś słowa nie rozumiem zaznaczam je dotknięciem palca i błyskawicznie sprawdzam w internetowym słowniku co znaczy, jeśli jakiś fragment chcę komuś pokazać robię screena i wysylam go w 3 sekundy mailem i tak dalej. W sklepie mogę pobrać próbki książek i po przeczytaniu fragmentu skasować je albo kupić pełne wersje. Kartki przewracają się jak w „tradycyjnej książce”, pewnie nawet mogłabym sobie dodać szelest (a może nawet już mam, ale ostatnio wyciszam coraz więcej urządzeń, więc iPad też bez dźwięku jest używany).
No i nie gubię już książek – często zdarzało mi się, że czytam, nagle muszę przerwać, idę gdzieś z książką w ręku, po drodze ją porzucam gdzieś, potem nie pamiętam gdzie – z biblioteczką na tablecie tego problemu nie ma, owszem, mogę gdzieś posiać całego iPada, ale wtedy mogę go zlokalizować z komputera, komputera nie gubię, bo jest stacjonarny.
Także słuchajcie swoich pragnień i podążąjcie za nimi, że tak polecę Coelho-style. Bo warto przeżywać taki haj endorfinowy, na jakim ja byłam i jestem po tym, jak spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

 
Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczony: „Witaj” – powiedział mi aspergeryk

Królowa napisała 18 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Zakochałam się

Królowa napisała 16 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jak to zwykle ja, w muzyce albo w filmie czy książce. Tym razem padło na film, a konkretniej serial, a jeszcze konkretniej na postać z serialu, Gwen Cooper z Torchwood. Serial jest  połączeniem The X-Files z The Fringe, znaczy jest świetnie zrobionym sensacyjnym serialem o specjalnej komórce do tropienia i walczenia z siłami pozaziemskimi (takie uogólnienie, wybaczcie). Ale właściwie mam wrażenie, że o czym by nie był i tak bym się zakochała w Gwen, bo jest genialnie napisaną postacią, przecudownie graną przez Eve Myles. Aktorka jest Walijką, jej postać tak samo, to mój pierwszy odnotowany przypadek totalnego zauroczenia akcentem. Acz Gwen ma i inne zalety, jest twardą laską, silną, inteligentną, nieustraszoną wojowniczką, ma niebanalną urodę i niesamowitą siłę przekonywania. Zaczęłam ten Torchwood od czwartego sezonu, po pierwszym odcinku byłam mocno zaintrygowana, po drugim wsiąkłam totalnie, bo jest w nim scena, która przyprawiła mnie o stan bezdechu, co naprawdę rzadko się zdarza. Uwielbiam poddać się emocjom, szczególnie tym, które niesie ze sobą film, bo przecież gdzieś w głębi umysłu wiem doskonale, że #totylkofikcja, tym większy szacun dla twórców, jeśli to jest w stanie mnie poruszyć tak, że siedzę znieruchomiała, z zapartym tchem, a po wszystkim robię wielkie WOW. I taka była jedna długa scena w drugim odcinku Miracle Day, a potem było wiele innych, nie aż tak, ale porównywalnie dobrych. Pewnie dlatego, że brała w nich udział Gwen, bez której cały ten serial byłby tylko kolejnym „serialem o kosmitach”. Wielbię tego, kto ją napisał, wielbię Eve Myles za takie jej zagranie, jestem bezkrytycznie zakochana.

Tagi: ,

 
0

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

Flashbacki

Królowa napisała 4 cze, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Taki moment, kiedy jedziesz autobusem, czytasz. I nagle podnosisz wzrok znad książki, siedzisz, patrzysz się w przestrzeń i orientujesz, że nie wiesz, czy masz ochotę się rozpłakać czy śpiewać i tańczyć od przepełniających cię dobrych emocji. To jak on się nazywa, taki moment?

 

Tagi:

 
0

Schyłek zimy

Królowa napisała 1 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Sny o wykrwawianiu się na śmierć. Ludziofobia. Grafomania. Choroby duszy i ciała, lekarstwa łykane jak cukierki, te na bycie zdrowym i te na niebycie chorym. Metal i elektro, zmieszane, nie wstrząśnięte. Planów (nie)dalekosiężnych robienie, kalendarzy zapełnianie. Wino i papierosy. Pieczenie, gotowanie, przetwarzanie. Im większy niesmak w głowie, tym smaczniejsze jedzenie własnoręcznie produkowane. Uspokajacz taki, najsensowniejsza na razie kreacja. Marzenia o emigracji, kiedyś. Wewnętrzna emigracja na Wolkan. Emocje są złe, logika może więcej.

Wpis sponsorowany przez światowy dzień solidarności z chorymi na grafomanię

Tagi: , ,

 
0

Daemons of the Night

Królowa napisała 31 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Na last.fm, serwisie społecznościowym dla fanów muzyki, należę do grupy „People who listen to music while they’re sleeping, especially at times when they…„. I owszem, słucham często muzyki leżąc w łóżku, w tym częściowo śpiąc. Bo bezsenność, to coś, co mi się przydarza, a jak już mam leżeć w łóżku przewracając się z boku na bok, to mogę to robić ze słuchawkami w uszach, przyjemniej, nie? A słuchanie muzyki w łóżku, po ciemku, w nocy to coś zupełnie innego niż w innych okolicznościach. Bo na ulicy odpalam iPoda żeby zagłuszyć muzyką żebraków, te bezczelne staruszki, które cię zachodzą niespodziewanie z żałośnie fałszywym tekstem, że chcą na bilet tramwajowy, żeby dojechać do Centrum. Żeby zagłuszyć wyjące dzieci. Gadających do siebie wariatów. Paplające nastolatki i paniusie po 40-stce. Napuszonych biznesmenów w tanich garniturkach. I tak dalej. (Tak, dobrze się wam wydaje, nie lubię ludzi). W pracy słuchawki na uszach pozwalają mi się trochę odciąć od papki z telewizora, skupić na własnym rytmie pracy. W pracy z domu to samo, nierzadka jest sytuacja, kiedy mam włączony telewizor z opcją „mute” i tylko zerkam na żółte paski, a w uszach mam zupełnie co innego niż głos prezenterki. A jak muzyka w domu, ale nie w czasie pracy, to wiadomo, do tego, żeby się milej ziemniory obierało. Albo żeby potańczyć z dziećmi. Albo w ogóle tylko dla dzieci (vide kultowe w rodzinie: „mamaaaa, puść rajsztajn”, dwuletniego Tomka). W każdym razie do muzyki, która gdzieś leci w tle życia rodzinnego się nie przykłada uwagi.

Natomiast jak się leży samemu w łóżku. I jest ciemno i wygodnie, więc się nie czuje żadnych bodźców, jedynie skupia uwagę na tym, co wlatuje do uszu. Wtedy – O, wtedy to co innego. Wtedy się okazuje, że płyta przesłuchana już wiele razy, polubiona, owszem, ale tak po prostu polubiona, podana w takich okolicznościach smakuje zupełnie inaczej. Inaczej działa. Wywołuje emocje, których się nie spodziewam. A że ja lubię emocje, karmię się nimi, żyć bez nich nie mogę. Nawet jak to strach.

I jako bonus. Nie każdemu podpasuje, wiem. I nikt tego nie odbierze tak samo jak ja. W tym w sumie cały urok muzyki, n’est-ce pas?

Tagi: , , , ,

 
0

Dlaczego jesteś taka smutna?

Królowa napisała 27 sty, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Znacie to pytanie? Ja znam. Aż za dobrze. To, albo: „Dlaczego jesteś zła?”. Prześladuje mnie odkąd pamiętam – od wczesnych lat podstawówki.
Są ludzie, którzy mają uśmiech niemal na stałe wlepiony w twarz. Wieczni wesołkowie. I są ci inni, z normalną twarzą, która niekoniecznie oznacza stan smutku czy złości. Wręcz nie oznacza na ogół. Serio. Można się nie uśmiechać, a nie być smutnym. Mieć nastrój… neutralny. Zwyczajny.

Nie umiem się uśmiechnąć na komendę „uśmiechnij się”. Słabo mi wychodzi udawanie uczuć i emocji. Jestem rozbawiona, to się śmieję, nie mam się z czego śmiać, to się nie śmieję. Taka już jestem. Poważna? Może. Ja wiem, wiem, to nie wynika ze złej woli, ludzie zadają takie pytanie, bo zakładają, że jak ktoś jest smutny, to należy go pocieszyć. Ale jeszcze raz: że nie mam na twarzy radosnego uśmiechu od ucha do ucha, nie znaczy że jestem smutna. Mogę być, oczywiście, może o tym powiem, może nie, jeśli nie mówię, to przyjmij że jest ok i nie naciskaj.
Uwielbiam spędzać czas z ludźmi, z którymi się czuję dobrze nawet, jeśli nie rozmawiamy zbyt dużo.  Mogę być smutna, wesoła, poważna lub w nastroju a la rozchichotana nastolatka – nieistotne, nie muszę się tłumaczyć, jeśli nie chcę rozmawiać, mogę siedzieć na kanapie i pić wino, zechcę, to będę mówić. Tak samo ja nie wyciągam z nikogo słów, jeśli on chce ze mną tylko posiedzieć i pomilczeć. Czasem chce się pobyć z innym człowiekiem choćby w ten sposób.

A jeśli komuś przeszkadza, że idę, na przykład, na piwo i w odróżnieniu od 20 śmiejących się, gadających jedna przez drugą osób, ja siedzę i tylko obserwuję sytuację – hm, to ma problem, jeśli to impreza na którą sam zaprosił, może mnie więcej nie zapraszać, jeśli otwarta – nic nie pozostaje. Pogodzić się z sytuacją.
Naprawdę, dajcie mi być sobą, mieć swoją rzekomo „smutną” twarz, milczeć, kiedy nie mam ochoty mówić, śmiać się wtedy, kiedy mnie coś śmieszy, a nie z grzeczności, nie musieć udawać radości.

Tagi: , , , ,