0

My Precious, my Precious

Królowa napisała 20 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

To będzie tekst o tym, jak ważne jest słuchanie siebie i spełnianie swoich marzeń. SWOICH. Nie cudzych. Bo ludzie mają tendencje do mówienia Ci o czym marzysz. Ludzie wiedzą lepiej, co dla Ciebie dobre. Wiedzą lepiej, czego ty chcesz. Mówisz, że chcesz iPada, że o nim marzysz, że go pragniesz. Ludzie mówią: A po co ci? Tyle kasy na tablet? Do książek to lepszy Kindle! No weź, toż to słabe jest. Kindle, Kindle, totalnie kup Kindle, ja mam i jestem zachwycona! Nie kupuj iPada, nie warto. Kup, iPady są świetne. Ależ wszystko byle nie iPad. Nie kupuj, szkoda pieniędzy. Nie kupuj, to nie jest tyle warte.
Marzyłam. Kupiłam. Gdy go odbierałam od przemiłego Tomka, który mi go sprzedał, miałam na twarzy taki uśmiech i byłam tak podekscytowana, że patrzyli się na mnie absolutnie wszyscy w tym Coffee Heaven na drugim piętrze w Złotych Tarasach. Co oczywiście zauważyłam dopiero jak wychodziliśmy, bo przedtem patrzyłam tylko na MÓJ SKARB. Gdy wyszłam z kawiarni zatupałam nóżkami i wydałam z siebie tak głośny pisk radości, że znów na mnie popatrzyło ze 20 osób. Gdy go w domu rozpakowałam i podłączyłam do Macbooka, patrzyłam z zachwytem jak się wszystko ślicznie synchronizuje – łatwo, szybko, bezproblemowo. A gdy po synchronizacji i ustawieniu najważniejszych rzeczy, typu hasło i tryb nocny miałam już tablet gotowy do korzystania – długą chwilę się nim nie bawiłam, tylko wzięłam w ramiona i przytuliłam do siebie. Absolutnie magiczny był też moment, gdy jeszcze w trakcie zawierania transakcji wpisałam swoje AppleID i w ustawieniach wyświetliło mi się”Anna’s iPad”. On już wtedy był mój, nie mogłabym z niego zrezygnować (tak, tak, wiem, to samo by się zdarzyło na każdym innym iPadzie z dziewiczym systemem, ale co z tego).
W dodatku ten konkretny iPad został kupiony w Nowym Jorku na Fitfh Avenue, w tym właśnie słynnym salonie Apple i też mnie to rozczula, bo myślę sobie, że skoro mój tablet był w NY to i mi się kiedyś wreszcie uda tam pojechać. Zabiorę moje maleństwo do ojczyzny.
Kilka dni, a ja jestem coraz bardziej zachwycona. Pisanie jest zaskakująco łatwe, autokorekta się szybko uczy jakich słów używam i uzupełnia jak trzeba, wszystko chodzi płynnie, szybko, nie ma tego irytującego oczekiwania aż się aplikacja otworzy czy też zamknie, o wiele wygodniejsze stało się robienie wszelkich notatek i list to do, a ja bardzo tego potrzebuję. Wyświetlacz jest fantastyczny, ta ostrość, kolory, oglądanie zdjęć jest wielką estetyczną przyjemnością. O aplikacjach to nawet nie będę się rozpisywać, kto używa jabłek wie, jakie są możliwości. No i książki, książki, kiedyś wzdrygałam się na myśl o ebookach i sądziłam że to coś zupełnie nie dla mnie, nie mogłam się skupić przy książce w postaci PDF na laptopie, bo ciągle mi zgrzytało coś w głowie, że książka to książka, a komputer to co innego i nie do czytania książek służy. A potem najpierw podpatrywałam jak znajoma czyta książkę na iPadzie – siedziałam koło niej i czytałam dokładnie to samo, ale z papieru – czytałyśmy tak samo szybko, może nawet ja szybciej, ale jej było o wiele łatwiej podzielić się jakimś wyjątkowo bulwersującym fragmentem z internetem, a w dodatku jak zgasło znienacka światło w pociągu, którym jechałyśmy, to ja byłam jedyną osobą, dla której to był problem. I to było pierwsze takie zdarzenie, które mnie mocno popchnęło w stronę czytania wersji elektronicznych. Drugim było robienie małych porządków w biblioteczce. Niby nie skomplikowane – powyjmować książki, których nie czytam i już nie przeczytam i je naszykować do oddania/sprzedania, inne poukładać w odpowiedniej kolejności i dorzucić te, które przywiozłam z wyprawy na Polcon. Ale zajęło mi to cały dzień, pod koniec którego bolały mnie mięśnie od noszenia tych niby to małych, acz znaczących cieżarków, nos miałam zapchany, oczy piekły mnie od kurzu, w dodatku nowe książki zajęły miejsce wyrzucanych całkowicie i właściwie stan nie uległ zmianie. Zirytowałam się, tyle roboty, tyle miejsca zajmuje – postanowiłam: przerzucam się na czytnik. No i teraz już mam w docku swojego iPada aplikację iBooks – wchodzę, otwieram, każda książka oczywiście otwiera mi się na tym miejscu, gdzie skończyłam czytać, koniec z zakładkami albo traceniem czasu na wertowanie kartek, jeżeli czytam w obcym języku i jakiegoś słowa nie rozumiem zaznaczam je dotknięciem palca i błyskawicznie sprawdzam w internetowym słowniku co znaczy, jeśli jakiś fragment chcę komuś pokazać robię screena i wysylam go w 3 sekundy mailem i tak dalej. W sklepie mogę pobrać próbki książek i po przeczytaniu fragmentu skasować je albo kupić pełne wersje. Kartki przewracają się jak w „tradycyjnej książce”, pewnie nawet mogłabym sobie dodać szelest (a może nawet już mam, ale ostatnio wyciszam coraz więcej urządzeń, więc iPad też bez dźwięku jest używany).
No i nie gubię już książek – często zdarzało mi się, że czytam, nagle muszę przerwać, idę gdzieś z książką w ręku, po drodze ją porzucam gdzieś, potem nie pamiętam gdzie – z biblioteczką na tablecie tego problemu nie ma, owszem, mogę gdzieś posiać całego iPada, ale wtedy mogę go zlokalizować z komputera, komputera nie gubię, bo jest stacjonarny.
Także słuchajcie swoich pragnień i podążąjcie za nimi, że tak polecę Coelho-style. Bo warto przeżywać taki haj endorfinowy, na jakim ja byłam i jestem po tym, jak spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,