0

Brzydkie słowa, brzydki świat

Królowa napisała 4 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Wiele jest rzeczy, które nas denerwują w tak zwanym „dzisiejszym świecie”. Narzekamy, ustnie, pisemnie, jednak niewiele zmieniamy. A są rzeczy, które dość łatwo zmienić. Przeczytałam ostatnio opowieść polskiego pisarza, który wzburzony pewną sytuacją na jego osiedlowym podwórku zwrócił się do obcego dziecka wulgarnymi słowami. Na słowa zareagował ojciec rzeczonego dziecka, konflikt eskalował do tego stopnia, że w sprawę była zamieszana policja. Ostatecznie sprawa skończyła się pokojowo, ale zastanowiło mnie to, że w toczonej publicznie dyskusji na temat tego zdarzenia mało kto zwracał uwagę na sam początek – czyli na niekulturalne zwrócenie uwagi dziecku. Dzieci mają do siebie to, że się uczą świata. To, jakimi dorosłymi zostają, to, jakimi wartościami się kierują w dorosłym życiu, to jakiego języka używają, zależy od nas – dorosłych. Kształtowanie się człowieka zaczyna się w domu rodzinnym. Potem dochodzą oczywiście rówieśnicy – jednak oni też początkowe wzorce czerpią od rodziców. Otoczenie – media, kultura, sztuka – to już wszystko tworzone przez dorosłych, to oni mają wpływ na to, jaki z tych źródeł płynie przekaz.

A ten przekaz wydaje mi się być coraz bardziej wulgarny i spłycony. Dziecko obserwuje świat dorosłych i widzi, że użycie „kurwy”, „chuja” czy „pierdolenia” jest na porządku dziennym. Takich słów używa rodzic, takich słów używają ludzie z różnych środowisk, takie słowa są coraz silniej obecne w życiu codziennym. Również w internecie, który przecież staje się bardzo bliskim coraz to młodszym dzieciom medium. Nieistotne jest już to, że są filtry wulgaryzmów czy możliwość blokowania stron – to po pierwsze nie zawsze skuteczne mechanizmy, po drugie jednak nie żyjemy w internecie, a na ulicy nie można dziecku włączyć filtra na określone słowa.

Jeszcze kilkanaście lat temu, może kilkadziesiąt funkcjonowało przekonanie o tym, że to „niziny społeczne” używają wulgaryzmów często i bez ograniczeń. Teraz zaczepiający mnie na ulicy bezdomni pytają mnie uprzejmie „Księżniczko, czy poczęstuje pani papierosem?”, a to u ludzi uważanych za elity kraju słyszę kurwy i chuje. Idę po ulicy – mijają mnie dobrze ubrani ludzie wykrzykujący do telefonów potoki wulgaryzmów. Zaglądam do prasy, a tam historia dyrektorki teatru, która papieża nazywa chujem oraz Katarzyna W., która „wychujała” organy ścigania. Blog technologiczny – „bądź kurwa ostry jak brzytwa”. Portale społecznościowe – „zimo wypierdalaj”. I tak dalej i tak dalej, artyści, dziennikarze, ludzie kultury, biznesmeni, politycy – „Taka, kurwa, konwencja”, dowiaduję się z tygodnika uważającego się za opiniotwórczy.

Gdy byłam dzieckiem poznałam oczywiście w pewnym momencie wulgarne słowa. Poznałam je i dowiadywałam się, że owszem, takie słowa istnieją, ale człowiek kulturalny, wykształcony, szanujący innych i chciany być szanowany nie powinien ich używać. A jeśli już, to w wyjątkowych sytuacjach i jeśli miał świadków – powinien przeprosić. Dziś sama jestem rodzicem i takie same wartości próbuję przekazywać moim dzieciom. Ale czuję się coraz bardziej bezradna, bo choć wciąż to ja jestem dla moich dzieci największym autorytetem, to jednak dostają one coraz więcej bodźców ze świata zewnętrznego, gdzie bynajmniej te zasady nie są stosowane. Dorośli coraz śmielej dają sobie przyzwolenie na to by rzucać kurwami w każdych okolicznościach, bo przecież „wszyscy tak robią”.

Otóż sprzeciwiam się. Nie chcę, by moje dzieci dorastały w takim świecie. Nie chcę, by te wulgarne, brzydkie słowa otaczały je na każdym kroku. Sama oczywiście nie jestem bez winy, sama zaczęłam wpadać w trend zastępowania wielu słów kurwami. Toteż pracuję nad sobą. To nie jest łatwe, nigdy nie było i nie będzie, ale gryzę się w język. Zastępuję kurwę kurczęciem albo innym słowem lub milczę w ogóle. Gwiazdkuję kawałek słowa albo w ogóle go nie używam. Staram się kulturalnie przekonywać do używania kulturalnych słów. Nie przeklinam w rozmowie z Tobą – ty też nie mów do mnie przekleństwami. To takie proste, podstawowa zasada „traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany”.

Wracając do sprawy pisarza, który zwyzywał dziecko – gdy już opisał on zakończenie historii, kiedy to finałem było wspólne budowanie w zgodzie i sympatii, spytałam na koniec dyskusji, czy nie uważa w takim razie, że na przyszłość lepiej wyjaśnianie konfliktów zaczynać od spokojnej rozmowy bez wyzwisk. Odpowiedział, że nie wydaje mu się. I zrobiło mi się smutno. Bo jeśli pisarz – w świecie moich wartości wciąż jeszcze człowiek, który w pewien sposób wyznacza szlaki, kształtuje postawy – nie sprzeciwia się wulgaryzacji języka, to jak ma powstawać więcej wartościowej literatury? Skoro wszyscy przeklinają, skoro tyle słów można zastąpić kurwami i chujami, to po co się wysilać, po co używać innych słów. I ludzie zapominają o innych słowach. Im więcej przeklinają, tym rzadziej podejmują umysłowy wysiłek dobierania słów do sytuacji. Tym uboższy więc staje się język i tym większe społeczne przyzwolenie na to, by nawet językoznawcy beztrosko i radośnie rzucali mięsem pod pozorem żartu czy konwencji. Nie można wszystkiego obracać w żart czy konwencję.

Świat jest taki, jakim go tworzymy, próbujmy tworzyć lepszy świat, zamiast pogrążać się w bezproduktywnym narzekaniu. Ograniczajmy wulgaryzmy. W mowie, w piśmie. Chociaż jednego dnia na początek. Chociaż w obecności dzieci. Potem z jednego dnia może się zrobić tydzień. Miesiąc. Potem to się staje nasze życie.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

XXI wiek, a dziecko nie może dostać banana

Królowa napisała 6 paź, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Pisałam, że „projekt PRL” będzie smutny i biedny. Minęły dwa miesiące i oto mamy pierwszy reportaż z „małego, rodzinnego PRL-u”.
Jest i żenująco:

/…/ bez kolejek nasz mały PRL nie będzie prawdziwy. Postanawiamy poudawać, że wcale nie znikły. Aby zrobić pierwsze zakupy, staję na półtorej godziny przed Uniwersamem na Grochowie. Ze stoperem w ręku przesuwam się co dwie minuty o dwa metry – tak ze znajomymi obliczyliśmy tempo przeciętnej kolejki po mięso.

Jest i przerażająco smutno:

Ludzie stołowali się głównie w domu, Iza zaczyna więc gotować. – Nie jest to łatwe – narzeka. – Wcześniej, jak do Marianny przychodziła opiekunka, miałam dzień dla siebie. Dziś trzy czwarte tego czasu spędzam przy garach. /../ Aby przygotować wszystkie te dania, Iza praktycznie nie wychodzi z kuchni. Znów się kłócimy. – Dlaczego w kapitalizmie zmywałeś, a teraz nawet talerza nie odstawisz do zlewu? – pyta. – Nie znam ani jednego faceta, który by się w latach 80. krzątał po kuchni! – odpowiadam.

(Ups, to mało ich znasz i jakichś strasznych smutnych buców.)
Zdrowo i estetycznie też nie jest:

W PRL-u jednak królowały patelnia, smalec i ziemniaki. Po tygodniu Iza ma obsesję, że całkiem przesiąkła tłuszczem, a mnie zaczyna pobolewać wątroba. Po dwóch miesiącach w PRL-u ja mam trzy kilo więcej, a Iza – dwa.
/…/
Iza przestaje więc golić nogi i robi trwałą. Na tzw. trudne dni kupuje paczkę waty. – Straszne – żali się po pierwszym wyjściu na miasto. – Prowadziłam szkolenie i w ogóle nie mogłam się skupić. Cały czas tylko: nie przesiąkło? Nie wylazło nogawką? I co chwila – do ubikacji.

No i clou wszystkiego, jakby było mało. Ubolewałam, że dziecko będzie w tetrowych pieluchach trzymane, sądziłam, że to na tyle małe dziecko, że w zasadzie tylko to zauważy. Ale nie, jest jeszcze gorzej:

Marianna, nasza dwuletnia córka, płacze, bo nie może znaleźć ukochanych, kapitalistycznych zabawek. – Chcę do Warszawy! – krzyczy i ciągnie nas do drzwi. /…/ Tylko Marianna nie tyje, ale wzdycha na widok dzieci zajadających banany. – W Pelelelu nie mamy bananów – zauważa smutno.

Tagi: , , , , ,

 
0

Mycie rąk nie dla dzieci

Królowa napisała 16 lip, 2011 w kategoriach Bez kategorii

W poniedziałek media podekscytowały się faktem, że na Dworcu Centralnym w Warszawie otworzono piękną, nowoczesną, czystą toaletę. Ze zdjęciami dogów de Bordeux nad pisuarami, z fototapetami, bramkami, sklepikiem, bezdotykowymi kranami i tak dalej, ąę. Przechodziłam dzisiaj przez dworzec, to postanowiłam zajrzeć. Wchodzimy. Ja, dzieci, znajomy. Dwuosobowa obsługa wita i częstuje cukierkami. Miło, choć strasznie duszno i gorąco, jakby tam klimy nie było albo się zepsuła. No ale. Syn postanawia skorzystać, wysupłuję dwa złote w złotówkach, bo automat przyjmuje różne nominały, cudownie. Idzie, w międzyczasie córce też się zachciewa, a jako że ma tylko 3 lata, to sama nie może, pani proponuje toaletę dla niepełnosprawnych i rodzica z dzieckiem., mówiąc zachęcająco, że tam jest niski sedes dla dzieci. No to idziemy… a raczej chcemy iść. I pierwszy zonk. Tu też jest na dwa złote, ale trzeba mieć odliczone i wrzucić do klamki. Wrzucam, ciągnę za klamkę – nie działa. Pan z obsługi kiwa głową i mówi, wzdychająć: no tak, ona już się psuje. wie pani, to polska firma robiła i nawet nam nie dali możliwości awaryjnego otwierania. Po czym przynosi kluczyk, otwiera nim kasetkę z dwuzłotówkami i jeszcze raz wrzuca tą moją. Tym razem pokoik się otwiera. W środku fototapeta z lasem, miarka wzrostu na ścianie, ładnie, czysto. Ale. Kibelek faktycznie jest jeden dla niepełnosprawnych, a drugi w rozmiarze dziecięcym. Jeden minus – automatyczne spuszczanie wody, córka się tylko lekko pochyliła do przodu i woda poleciała, mocząc jej całą pupę i nieco wystraszając. Tego się nie czepiam, cóż, miało być wszędzie automatyczne i bezdotykowe, to jest. Ale dlaczego, do jasnej cholery, jak już się umożliwia małemu dziecku komfortowe załatwianie się, nie daje mu się możliwości umycia rąk? Bo umywalka oczywiście wysoko i tak duża, że taka metrowa trzylatka jest w stanie jedynie położyć ręce na jej brzegu, nie dosięgnie do kranu, nie sięgnie rękami do strumienia lecącej wody, no nic nie zrobi bez podniesienia jej przez rodzica. A to ciężko. Niewygodnie. Znowu ktoś niby pomyślał o dzieciach, ale tak tylko trochę. Spokojnie dałoby się tam zamontować drugą małą umywalkę, nisko. Albo chociażby kupić stołeczek, jezu jezu, to nie jest żaden problem. Tylko trzeba pomyśleć. Ale nie wiem, może w kraju, w którym według badań co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta nie myje rąk po wyjściu z toalety, nikt o tym nie myśli.

Tagi: , , ,

 
0

W krainie wykluczonego europejczyka

Królowa napisała 2 lip, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Niby mamy XXI wiek, inżynierię genetyczną, technologię, żywność GMO i cywilizację śmierci, a wciąż trzeba ręcznie odcinać końcówki z fasolki szparagowej przed jej gotowaniem.

A propos XXI wieku. Przetoczyła się przez internet dyskusja o #cyfrowewykluczenie zainspirowana tekstem w Wyborczej. Tekst jest krótki, ale mało zrozumiały, bo wynika z niego, że wykluczenie to nieczekingowanie się na Foursqare albo nieużywanie Twittera. No dobrze, bzdura, pośmialiśmy się, poflejmowaliśmy w piątkowy wieczór, do tego w końcu jest piątek, żeby mieć fun fun fun. Tymczasem opowiem wam coś o cyfrowym wykluczeniu. Mamy oto podręcznik do pierwszych klas szkoły podstawowej. Podręcznik „opracowany na podstawie programu nauczania Informatyka Europejczyka.” Podręcznik wydany w 2009 roku.
A w nim Miś Fredzio, Jaś Cytrynka i parę innych barwnych postaci chce ucznia oprowadzić po „krainie Informatyki Europejczyka”. Ok, ja się na uczeniu dzieci nie znam, ale generalnie mi się wydaje, że sześcio lub siedmiolatek zrozumie stwierdzenie, że będzie się uczył informatyki i robienie z nauki przedmiotu wycieczki po jakiejś krainie jest dość śmieszne. No ale. Pomińmy to. W krainie informatyki mamy komputer zestaw komputerowy, który składa się z jednostki centralnej, monitora, drukarki, myszy, klawiatury i głośników. Aha. Laptopy w tej krainie nigdzie nie występują. Nie występują też rzecz jasna inne systemy poza Windows, no ale tego już się nie czepiajmy, choć wzmianka o tym, że Windows XP to nie jest JEDYNY istniejący system w komputerach by chyba nie zaszkodziła. Wycieczka trwa, poprzez rozdziały o tytułach „Myszka lubi się bawić”, czy „Przygoda z klawiaturą” docieramy do nauki gry w sapera, pisania w notatniku (tu informatyka jest jakże sprytnie połączona z nauką patriotyzmu, bowiem zdania do przepisania to „Jestem Polakiem”, „Polska jest naszą ojczyzną”, „Orzeł w koronie jest naszym godłem” i tak dalej) oraz rysowania w programie Tux Paint. Już w 22 rozdziale uczymy się o internecie („to wielka sieć połączonych ze sobą komputerów, która obejmuje cały świat”) i wchodzimy na stronę z grami. Po grach przychodzi kolej na bezpieczeństwo (no, zdecydowanie ważniejsza od bezpieczeństwa w sieci jest kwestia nauki znajdowania gry „tetris kolorowy”) a potem komunikację. Autor podręcznika zaczyna wyjaśnieniem, że listy to najstarszy sposób przekazywania wiadomości, do tej pory listy pisane były tylko na papierze, ale oto teraz możemy wysyłać je za pomocą komputera. Po tym wstępie następuje instrukcja… adresowania koperty do tradycyjnego listu. Wraz z ćwiczeniami. I tak przez dwie strony. Na samym końcu rozdziału są trzy linijki tekstu wyjaśniające, że aby wysłać „komputerowy list” (e-mail to widać za trudne słowo dla siedmiolatka), komputer musi być połączony z internetem i że adresy takich listów wyglądają inaczej, na przykład: jcytrynka@wp.pl. I tyle.
Ale nie zatrzymujmy  się, pędźmy dalej przez krainę nowoczesnego europejczyka. W niej uczymy się zapisywać pliki w innych miejscach niż dysk komputera. Pliki te możemy nawet przenosić. W tym celu posłużymy się dyskietką. I mamy rozdział z nauką zapisywania plików na dyskietce. Bardzo profesjonalnie porady („Gdy  zgaśnie światło obok stacji dyskietek, wyjmij dyskietkę”.)
I ja wiem. Ja mam wysoki poziom nerdyzmu. Ja jestem na google plus, czekinguję się na miso i na fousquare i tak dalej. Ale – srsly – DYSKIETKI? I to jako normalna rzecz, bez żadnej wzmianki o tym, że to już w zasadzie nieużywany nośnik? Że już się nie produkuje dyskietek? Ani komputerów z napędem na nie? Błagam. Gdzie tam mówić o cyfrowym wykluczeniu przez fakt nieużywania Twittera, jak w 2011 roku uczymy dzieci zapisywać na dyskietce.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Porno wyciąga macki po niewinne dzieci

Królowa napisała 8 cze, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jeden znajomy podlinkował na Facebooku artykuł o tytule „Porno za jeden SMS”. Kliknęłam, przeczytałam, zażenowałam się nieco. Tekst bowiem zaczyna się od pełnego patosu stwierdzenia, że jeśli rodzic myśli, że po założeniu filtra rodzinnego na laptopa jego „potomek” jest dobrze chroniony, to się myli, bo wystarczy, że kupi się gazetę z programem telewizyjnym, a dziecko ma dostęp do telefonu komórkowego i niebezpieczeństwo czyha. A dalej, jest jeszcze dramatyczniej – oto historia jak ze (złej) bajki, zaczyna tekst autorka. I dalej opisuje historię 9-letniego Krzysia, który po Pierwszej Komunii dostał wymarzony telefon komórkowy i 200 złotych do wykorzystania. Po czym „bawił się w najlepsze”.
[tu dygresja – zostałam nauczona, że telefon, obojętnie jaki, to przede wszystkim narzędzie do komunikacji, a nie zabawy. owszem, w dzisiejszych czasach telefony to również zabawki (są już nawet modele będące jednocześnie prawdziwą konsolą do gier i telefonem w jednym), ale mimo wszystko moim zdaniem ich podstawowa funkcja to umożliwianie kontaktu między ludźmi]
Zatem dziecko się bawiło, do czasu, gdy za sprawą „kolorowego pisma leżącego na komodzie” odkrył jeszcze jedną funkcję telefonu. Otóż na okładce, obok tapet z misiami i dziecięcych gier znajdowały się reklamy filmów „od 18-stu lat” do ściągnięcia na telefon za złotówkę. Dziecię zatem wysłało smsa z chęcią zakupu filmu, gdy w odpowiedzi przyszła „weryfikacja”, czyli pytanie: „czy masz osiemnaście lat?”, kliknął: „tak” no i dostał na komórkę ostre porno. Po czym kupił jeszcze kilka takich filmów.
Tu niestety opowieść (okraszona wypowiedziami zrozpaczonej matki, która nie zdawała sobie sprawy z tego, że w piśmie z programem telewizyjnym mogą być „takie rzeczy” i barwnymi śródtytułami w rodzaju: „filmik erotycznej grozy”) się urywa i nie wiadomo co nastąpiło dalej, za to mamy opis działań stowarzyszenia, prowadzącego akcję pod hasłem „Zanim porno porwie twoje dziecko”. Akcja dąży do „zakończenia tego skandalicznego procederu”, co na początku brzmi dość enigmatycznie, potem jednak wyjaśnia się, że chodzi o sposób dystrybucji treści pornograficznych w sposób umożliwiający zapoznanie się z nimi przez małoletnich. Dodatkowo, jak wyjaśnia przedstawiciel stowarzyszenia, powinni działać rodzice i obywatele. Działać rodzice. Świetnie. Jednak jak działać? Ano wysyłać „majle” do Prokuratora Generalnego z opisem „procederu”. Dalej następuje cytat z KK i wypowiedź adwokata o możliwościach prawnych.
Tak więc cały ten dramatyczny opis sprowadza się do tego, że biedne dzieci są narażone na ostre porno przez te okropne firmy, uprawiające proceder zamieszczania reklam w gazetach. Fakt, że dziecko przeczytało, że musi mieć 18 lat i że skwapliwie potwierdziło nieprawdę, jest podany, ale to jakoś nic takiego. Cała wina jest złożona na wstrętne firmy promujące porno.
Nie uważam, że to dobra rzecz, że reklamy filmów dla dorosłych są tuż obok reklam gier dla dzieci. Acz, z tego co pamiętam z czasów, kiedy ostatni raz miałam w ręku tego typu gazetkę (program telewizyjny sprawdzam od dawna w internecie), to reklamy tych filmów nie epatują gołymi cyckami, tylko właśnie głównie się składają z napisu typu „18 +”, który sam w sobie jest dość neutralny, jakkolwiek przekazuje pewną treść. Jest mnóstwo rzeczy, które są tylko dla dorosłych. Jednym z mnóstwa zadań rodzica, jest nauczyć dziecko, co jest właściwie i dobre dla niego, a czego powinno się wystrzegać, na co uważać i tak dalej. A także, jak korzystać z zabawek czy też narzędzi. Telefon, nawet jeśli uznamy go za zabawkę, nie jest czymś takim, jak samochodzik – jest to dość poważny „sprzęt”, jego używanie wiąże się z pieniędzmi. Dając dziecku telefon, trzeba je nauczyć jak z niego korzystać i że nie zawsze, jeśli gdzieś jest napisane „wyślij smsa”, to trzeba go wysłać. A wręcz przeważnie zupełnie nie jest to potrzebne. Dziecko też należy uczyć, że nie wolno kłamać – jeżeli ktokolwiek go pyta, czy ma skończone 18 lat, a dziecko w wieku lat 9 radośnie potwierdza – owszem, JEST TO KŁAMSTWO. Oczywiście – można powiedzieć – to tylko dziecko. Skuszone ciekawością, zakazanym owocem, któż z nas nie popełnił internetowego kłamstwa pod tytułem „zapoznałem się z regulaminem” i tak dalej i tak dalej. Jednakże przedstawianie całego problemu jako perfidne i podstępne (wszak cena filmiku była „zachęcająca”, bo była to tylko złotówka!) działanie firmy promującej porno, która dybie na nieświadome niczego dzieci, jest, delikatnie mówiąc, nadużyciem.
Dzieci nie chroni się odcinając od „zła”. Częściowo można jego wpływ zminimalizować, ale całkowicie się go zlikwidować nie da. Dzieci trzeba uczyć. Uczyć odróżniać dobro od zła, uczyć używać narzędzi, uczyć ufać rodzicom i kierować swoje pytania do nich, uczyć rozsądku. Uczyć nie dać się złu. Przez „zło” w tym momencie rozumiem nie tylko to nieszczęsne porno, ale wszystko co dla dzieci niedobre. Stawianie tezy, że dziecko zostało „porwane” przez porno, bo firmy są złe, a jedyne działania rodziców w tym momencie mają się sprowadzać do krzyczenia „zaorać pornobiznes”, jest śmieszne. Fajnie, że stowarzyszenie porusza problem dostępności takich treści. Niefajnie, że w swoich perorach nigdzie nikt nie wspomina o tym, że z dzieckiem trzeba rozmawiać i je edukować. Że to oczywistość taka, że nie trzeba pisać? Niestety, dla wielu nie, więc jak już się wkłada tyle energii w walkę, zawsze warto wspomnieć o tym najważniejszym aspekcie. Bo zło będzie istnieć zawsze, w tej czy w innej formie, będzie wyciągać macki po dzieci i nauczenie ich jak się nie dać, to podstawa. Inne działania to już dodatek.

I jeszcze dodatek – fragment rozmowy z pedagog Alicją Długołęcką:

Często rodzice po prostu zabraniają dziecku to oglądać.

I to jest tak jak z tym zakładaniem majtek, z zawstydzaniem. Nie chodzi o to, żeby dziecko zawstydzić i ukarać. Chodzi o uczenie dokonywania wyboru, odróżniania rzeczy wartościowych od śmieci. Nie polega to na wydawaniu sądów, ale na rzeczowej argumentacji. Byłam kilkakrotnie w takiej sytuacji i to był szok dla nastolatków, bo kiedy otwierali się i opowiadali o tym, co oglądają, siadałam z nimi i pytałam, co widzieli. Bywało, że pokazywali mi taki filmik w telefonie albo zdjęcia. I oglądałam z nimi, oczywiście nie za długo. Mówiłam o tym, że jest to pewna fantazja na temat życia seksualnego. Dawałam im odczuć, jaki jest mój stosunek do tego. Że warto szukać bardziej estetycznych, prawdziwych i piękniejszych obrazów. Byli zaskoczeni, że podaję im rzeczowe informacje, jak naprawdę wygląda praca takiego aktora, że nie uciekam od tematu. Młodzież jest wtedy szczera i poruszona i zaskakuje na korzyść. Każdy przecież tęskni za piękną miłością i seksem, ale nastolatkowi, który jeszcze nie ma takich doświadczeń, łatwo się pogubić na edukacyjnej pustyni. Wielu z nich przyjmuje, że w świecie dorosłych to właśnie tak wygląda. Jeśli jesteśmy rodzicami, którzy są w stanie to zrobić, to zróbmy. Gwarantuję, że taki młody człowiek nie będzie mieć potem tak ostrej ciekawości związanej z pornografią i nie będzie to go ‚niezdrowo podniecać’.

Całość rozmowy „Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie”.

Tagi: , , , ,

 
0

Mój jest ten kawałek kołderki

Królowa napisała 16 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Wydawać by się mogło, że dla osoby o wzroście 1,6 m kołdra o długości i szerokości 2 m to aż nadto, żeby się dobrze przykryć. A jednak nie. Kładę się do łóżka, układam, tu coś wystaje, tam coś wystaje, próbuję się owinąć kołderką jak kokonem, ale oto przychodzą STWORY. Najpierw na łóżko wskakuje czarny, rozdeptuje mnie (kto twierdzi, że koty tak delikatnie chodzą, niech spróbuje poleżeć i być podeptanym przez Szczęściarza) i układa się na kołdrze zajmując jakieś jej 40%. Kiedy już się przyzwyczaję do niego, z drugiej strony przytuptuje córka, kładzie się obok i oczywiście zawłaszcza kawałek kołdry. I nagle się okazuje, że leżę pośrodku, między dzieckiem a kotem, mam tylko tyle miejsca, żeby leżeć na jednym boku (odwrócenie się na drugi nie wchodzi w grę, musiałabym się położyć na którymś ze stworzeń) a z dołu wystają mi stopy. I gdzie są te 4 metry kwadratowe kołdry?!
Choć może to i dobrze, że mi wystają stopy, chłodzi to temperaturę ciała, bo córka z jednego boku, a mój gru puszysty kot z drugiej strony grzeją jak dwa termoforki. Za to jedno chrapie i posapuje, drugie mruczy albo się hałaśliwie liże. Albo mnie liże. Mogę oczywiście zanieść córkę do jej łóżka, ale jeśli przyszła danej nocy raz, to będzie wracać co chwilę. Nie śpi codziennie ze mną, ale albo śpi całą noc w swoim łóżku albo jej źle samej, przychodzi i koniec, chce się przytulić do mamy. Mogę wyrzucić kota, ale albo to samo co Majka, albo położy się na biurku i zły, że go wyrzuciłam z łóżka, będzie spychał mi z niego różne przedmioty. No i tak to czasem wyglądają noce w domu pełnym dzikich zwierząt.

Tagi: , ,

 
0

Jak nie polubiłam Starbucksa

Królowa napisała 13 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otworzyli mi niedaleko domu kawiarnię tej sieci. No to jak już tak blisko… a my akurat poszliśmy na spacer na Pola, gdzie był wiatr i śnieg i trochę zmarzliśmy… a córka akurat wyraziła potrzebę skorzystania z toalety, a my chcieliśmy na zakupy jeszcze… to poszliśmy się tam nieco ogrzać i odpocząć. Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy. Zostaliśmy poczęstowani jakimiś mini ciasteczkami – jedno dziecko zjadło, drugie nie, ja powąchałam i mnie odrzuciło, więc nie brałam. Usiedliśmy. Zawołali, że nasze kawy/gorące czekolady. Siedzimy, pijemy, rozmawiamy. Ciepło, przyjemnie, dzieci się rozgrzewają. Po czym idziemy z Majką szukać toalety. Lokal jest mały, więc obchodzimy go i nic. Nigdzie ani skrawka drzwi oznaczonych jak taki przybytek. No to pytam obsługi, okazuje się, że pierwsze drzwi za barem. Pierwsze drzwi za barem są oznaczone charakterystycznym napisem „wyjście ewakuacyjne”. Hm. No ale za nimi istotnie jest korytarz, z wielką ilością innych drzwi, w tym jedne opisane czarnym markerem jako WC. No dobrze. Toaleta jest jedna, koedukacyjna i dla niepełnosprawnych jednocześnie, co oznacza że sedes jest dość wysoki, z nietypową deską, a umywalka również jest wysoko, nawet wyżej niż w „normalnej” toalecie. Załatwiamy potrzebę Majki, po czym ona, dobrze wychowana dziewczynka, chce umyć ręce, więc muszę ją podnieść i przytrzymać przy umywalce, żeby mogła to zrobić – stojąc nawet nie sięga głową ponad brzeg. Trzymanie szczupłej, ale normalnie ważącej trzylatki jest taką trochę torturą dla kręgosłupa, no ale niech umyje te ręce, jak już ma dobre nawyki, to niech kultywuje.
Wracamy, siadamy jeszcze na chwilę, bo Lis – znajomy, który był z nami – jeszcze dopija kawę, mija pół minuty i zaczynamy się wszyscy zbierać. I tu następuje moment kulminacyjny – jakieś dziewczę ze szmatą, widząc stolik, przy którym wszyscy wstają, podchodzi, staje pół metra ode mnie i tak stoi. Ze szmatą. I tak sobie czeka aż wyjdziemy i będzie mogła zabrać kubki i sprzątnąć. A mnie natychmiast trafia szlag, bo nienawidzę takiego wyczekującego stania nade mną. Ani nie było tam tłoku takiego, żeby tłum wielbicieli kawy od Starbucksa stał i dyszał oczekiwaniem na wolny stolik. Ani nie byłam w niekrępującym barze mlecznym, gdzie takie zachowanie obsługi byłoby wciąż drażniące, ale zrozumiałe. Ale nie, ja byłam w kawiarni – w dodatku „markowej”, z historią, mitem, ą ę, fancy kawiarni i oczekuję od obsługi zachowania pewnego poziomu. Zapytałam zimno, czy pani musi tak stać mi nad głową, dziewczę się odsunęło o metr, ja skończyłam ubierać córkę i zgrzytając zębami wyszłam zdegustowana.
Przy okazji po drodze zobaczyliśmy „kącik dla dzieci” – tak sprytnie zakamuflowany w głębokiej wnęce w ścianie, że bardzo małe szanse, że ktoś zauważy, w dodatku zastawiony stołem – żeby przejść trzeba się przepychać między krzesłami a stolikiem, czyli przeszkadzać siedzącym tam ludziom. Plus potem bawiące się dzieci drą się komuś nad uchem – nawet jak to rodzice dzieci, to i tak nie o to chodzi w tych kącikach, żeby potomstwo przeszkadzało pić kawę, tylko żeby właśnie odeszły kawałek i dały posiedzieć spokojnie (ale dobrze przy tym móc je widzieć, a jak już mówiłam, lokalizacja kącika pozwala „mieć oko” na dzieci tylko jeśli się siedzi przy tym jednym stoliku obok). W dodatku uważam, że jeśli już taka ą ę kawiarnia mówi „a”, że jest otwarta na dzieci, to mogłaby być w tym konsekwentna i choćby dostawić w tej łazience podest z Ikei, kosztujący 10 złotych, żeby dzieci mogły na nim stanąć i wygodnie umyć ręce. Czy udostępnić krzesełka dla dzieci, dla mojej trzylatki stolik był z wysokości fotela trochę za wysoki.
No i cóż, może się czepiam. Może źle postrzegam Starbucksa, może to, że coś jest amerykańskie, nie znaczy, że przeniesione na grunt polski, zachowa swój charakter. Może tutaj mem baby ze ścierą burczący w barze mlecznym, że ma zwolnić stolik, bo inni czekają, jest tak żywy i tak zapisany w mentalności ludzkiej, że dotyka nawet młodego dziewczęcia z kawiarni otwartej w 2011 roku. Może ja mam zbyt wysokie wymagania. Może.
A może nie.
W każdym razie Starbucks mnie nie zachęcił, nie przekonał, nie zrobił wrażenia. A tak na marginesie kawa mi zupełnie nie smakowała, a gorąca czekolada dzieci była jakaś bardziej wodnista i mniej czekoladowa niż kakao, które robię dzieciom wieczorem, no ale tu już de gustibus non disputandum est, może Amerykanie tak lubią.

Tagi: , , , , ,

 
0

Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Głupie riposty są głupie

Królowa napisała 27 gru, 2010 w kategoriach Bez kategorii

– Jestem singielką.
– Ale masz dwójkę fajnych dzieci.

Czy ktoś mi wyjaśni znaczenie tego dialogu? Bo ja, szczerze mówiąc, nie rozumiem. Czy fakt, że potomek/potomstwo, a partner życiowy to dwie różne rzeczy, zupełnie inny rodzaj związków międzyludzkich jest tak trudny do zrozumienia? Jaka ma być koleracja między dziećmi a facetem/kobietą? Dzieci to erzac partnera? Srsly?
IMHO równie dobrze można by powiedzieć: „ale masz fajnego iPada”, równie absurdalne porównanie. Dzieci się wychowuje. Partnera nie. Dzieci się wyprowadzą z domu (a przynajmniej powinny) w stosownym wieku, partner (teoretycznie) ma być na stałe. Z dziećmi (małymi) się nie ustala planów życiowych, nie konsultuje zakupów, przeprowadzek, zmian pracy i innych ważnych zmian w życiu rodziny. Z dziećmi się nie uprawia seksu. I tak dalej, i tak dalej.
Jak więc można na czyjeś stwierdzenie o braku PARTNERA, odpowiadać że przecież ma DZIECI? Co ma piernik do wiatraka?

Tagi: , , , , ,

 
0

Piernikzilla

Królowa napisała 27 lis, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Mam lekko oparzone opuszki kilku palców, ręce zmęczone od zagniatania ciasta, jestem zmęczona, spocona i….niesamowicie zadowolona. Dostałam przepis, kupiłam miód i inne ingrediencje, wczoraj zrobiłam ciasto, a dzisiaj zrobiliśmy Wielkie Pieczenie. I oto mam furę cienkich, korzennych pierniczków, smakujących prawie tak, jak moje ulubione pierniczki z Ikei (w tamtych jest chyba więcej… czegoś. jakiejś jednej przyprawy, jak rozkminię czego, to być może uda mi się odtworzyć tamten smak wiernie). Ja wałkowałam, dzieci wycinały misie, serduszka, kwiatki, gwiazdki i motyle, kot leżał na parapecie i najpierw patrzył uważnie – nieco zdziwiony tym nietypowym widokiem, a potem spokojnie poszedł spać. W kuchni gorąco, wszystko w mące, wszędzie porozkładane pierniczki. Szaleństwo. Teraz pierniczki ostygną, jutro je ozdobimy, potem powędrują do puszki i będą sobie czekać na Święta. A za tydzień, mam nadzieję,  kolejne pieczenie – muszę kupić większe foremki i zrobić takie z landrynkowymi szybkami, wygląda to bardzo efektownie :)
I choć na ogół jak gotuję czy piekę wyganiam z kuchni wszystkich domowników, to dzisiaj odkryłam że kucharzenie z dziećmi może być fajne… Inna rzecz, że  im Majka starsza, tym łatwiej jej wytłumaczyć co ma robić i jak i te jej umiejętności są większe. Także w tygodniu poluję na inne wykrawaczki do ciastek, a potem znów pieczenie, może ktoś chciałby wspólnie w którąś sobotę lub niedzielę zrobić piernikzillę? Oferuję kuchnię, piekarnik, blachy i dobre towarzystwo.
Dzieci mile widziane, a wręcz niezbędne, ale w razie czego wystarczą moje ;)

Tagi: , , , , ,