0

Kiedy koty chorują

Królowa napisała 31 lip, 2015 w kategoriach Bez kategorii

Generalnie ludzie są dla mnie ważniejsi niż zwierzęta. W razie pożaru w pierwszej kolejności wynosiłabym z domu dzieci, nie koty. Jednak po ostatnich doświadczeniach doszłam do wniosku, że o wiele gorzej znoszę chorobę kota niż dziecka. Z kilku powodów.
Po pierwsze każde dziecko wyraźnie sygnalizuje, że coś jest nie tak. Nawet jeśli nie umie tego jeszcze wyartykułować, to płacze przeraźliwie, co pozwala, po wyeliminowaniu innych przyczyn, założyć chorobę. Kot cierpi po cichu. Kot „tylko” przestaje siusiać. Albo „tylko” mniej je. Nawet wymioty nie zawsze oznaczają chorobę, choć to akurat dobry sygnał alarmujący.
Po drugie diagnostyka w przypadku ludzi w większości przypadków jest prosta. Szczególnie gdy dziecko jest już w stanie wyartykułować: „boli mnie brzuch/drapie mnie w gardle/kłuje coś w uchu/etc”. Nawet zaś jak nie jest – w przeciętnym przypadku jest pewna pula dolegliwości czy chorób, z których łatwo coś wyodrębnić. U kota możliwości jest mnóstwo. Nie działają nerki – może być to niewydolność nerek sama w sobie, ale może być to niewydolność nerek spowodowana czymś innym. Szmery w płucach – problem z płucami albo zbierający się w płucach płyn z powodu niewydolności nerek. Wymiotuje? Pełna paleta, kłaczek, zatrucie, sznurek, wirus, choroba taka, owaka.
Po trzecie: kooperacja. Człowiek rodzaju niemowlę może nie współpracuje przy badaniach tudzież podawaniu leków, ale też nie bardzo ma możliwości bronienia się. Człowiek rodzaju dziecko może współpracować, dobrowolnie lub po pewnych perswazjach. Kot – zapomnij. Być może istnieją koty, które u weterynarza spokojnie podają łapę do pobrania krwi, nie przeczę, że tak może być, ja jednak opieram się na osobistych doświaczeniach. A te są takie, że jeden z moich kotów, gruby, łagodny i nieprawdopodobnie spokojny Szczęściarz u weterynarza zamienia się w maszynkę do mięsa, która próbuje podziurawić wszystkie ludzkie kończyny i kadłuby. Drugi zaś, wyniosły i dostojny Lord, stresuje się tak bardzo, że zamienia w śliskiego węgorza, który bez problemu wyrwie się z jednej pary rąk, więc do zabiegów przy nim potrzebne są co najmniej dwie (nie liczę tu rąk wykonujących zabieg, a zatem łącznie z weterynarzem to już daje trzy osoby). Do tego Lord zaczyna pałać oburzeniem i nienawiścią, sika na buty, gryzie, drapie, ucieka. Pluje pigułkami na pół metra, a do zastrzyków potrzeba wspomnianych już kilku par rąk.

Wszystko to sprawiło, że ostre zapalenie trzustki, na które niedawno zapadł mój kot, zdiagnozowane dopiero w trzecim dniu choroby, kiedy kota był już praktycznie cień, gdyż nie jadł, nie pił, nie załatwiał się i tylko kroplówki go podtrzymywały przy życiu, bardzo mnie psychicznie zmęczyło. Nawet kiedy już wiadomo było, co mu jest i jak go leczyć, zaczął jeść i tylko kontynuowaliśmy leczenie antybiotykiem, wciąż każda wizyta u weterynarza była solidną porcją stresu dla nas, w związku z kocią niechęcią i wkurwem. Dobrze, że po tygodniu kot wrócił do pełni sił i jest znów niezależnym, dumnym Lordem, patrzącym z pogardą, ale korzystającym chętnie z rąk do głaskania i drapania pod brodą.11805838_10207483352383080_2007202417_n

 

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Wybieram świat bez masochizmu

Królowa napisała 24 sty, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Zaczęło się od artykułu brytyjskiej bioetyk Anny Smajdor z University of East England w naukowym piśmie „Cambridge Quarterly of Healthcare Ethic”. W tym tekście, pozwolę sobie zacytować kluczowe kwestie za Frondą:

Bioetyczka przekonuje, że choć sztuczna ciąża to na razie przestrzeń raczej science fiction niż rzeczywistość, to niebawem może być inaczej. Jej zdaniem w prawdziwie liberalnym społeczeństwie ciąża i rodzenie dzieci nie będą tolerowane. Dlaczego? Bowiem niedopuszczalne jest podporządkowywanie interesów matki interesom dziecka, z biegiem lat zaś „uznamy, że nasze wartości społeczne i poziom wiedzy medycznej jest nie do pogodzenia z «naturalną» reprodukcją”.
„Ciąża jest barbarzyńska” – oznajmia dr Smajdor. „Jest ona chorobą tak poważną, że można ją zestawić z odrą, która także może mieć fatalne skutki, ale nie trwa dziewięciu miesięcy” – pisze bioetyczka. I kończy swój wywód stwierdzeniem, że każdy musi sobie zadać pytanie, czy chciałby żyć w społeczeństwie A, w którym kobiety ponoszą wszystkie koszty i groźby związane z ciążą, czy w B, w której sztuczne macice będą za nas rodzić dzieci?

Tekst oczywiście został poważnie skrytykowany, a na fejsbukowym profilu prawicowego publicysty Frondy rozpoczęła się dyskusja na temat. W dyskusji o ciąży i jej wpływie na organizm kobiety padły stwierdzenia:
„to jest ten trud który musi podjąć kobieta”,
„szczęście doświadczać [bólu] bo to tylko ku uświęceniu”,
„ciąża nie jest ani chorobą, ani żadnym obciążeniem – jest natomiast niezwykłym czasem w którym kobieta doświadcza rozwoju nowego życia, /…/ tylko ktoś niespełna rozumu mógłby chcieć pozbawić się takiego doświadczenia”,
„ból i cierpienie pozwalają łączyć się z Krzyżem Chrystusa i stawać się lepszym /…/ miłość daje siłę do tego aby znosić niedogodności”,
„jeśli ktoś nie dojrzał do znoszenia trudu ciąży to tym bardziej nie jest gotów do roli bycia matką”,
i jeszcze o ciąży że to:
„jako dar zostało złożone w sercu i łonie kobiety przez Boga!”
i dalej, o bólu porodu:
„macierzyństwo to MIŁOŚĆ a miłość to poświęcenie, gotowość do oddania życia dla dziecka, czymże jest więc zniesienie takiego bólu jakim jest poród. O tym bólu zapomina się natychmiast po przytuleniu tej cudownej istoty jaką jest dziecko /…/. Znoszenie bólu to nieodłączna część naszego życia.”

Oczywiście nie odbieram każdemu możliwości własnego przeżywania ciąży i porodu. Jeśli ból porodu bez znieczulenia to dla kogoś ból, który się „znosi radośnie, bo nagroda jest wyjątkowa”, to niechże sobie tak znosi, droga wolna. Natomiast jestem bardzo zdecydowanie przeciwko wygłaszaniu tego rodzaju stwierdzeń, uznając je za obowiązujące dla każdej kobiety i określające kogoś, kto nie lubi bycia w ciąży, jako „niespełna rozumu”. To jest obraźliwe. To jest krzywdzące. To jest podła próba utworzenia z własnego porno obowiązującej normy. Środki przeciwbólowe, zarówno takie łagodne jak paracetamol na ból głowy, jak i te mocniejsze, dawane w przypadku bólu złamanej nogi, wyrywania zęba czy porodu powstały po to, aby nie cierpieć bólu, skoro nie ma takiej potrzeby. Każdy człowiek ma inną odporność na ból, to jego decyzja, czy decyduje się znosić go w milczeniu w imię wyższych celów, czy nie chce go odczuwać. I ma do tego prawo.
Co najbardziej mnie przeraziło, to fakt, że osoba będąca autorką większości z powyższych stwierdzeń jest położną. Za nic w świecie nie chciałabym w momencie porodu oddać się w ręce osoby, która publicznie głosi, że ból porodowy jest czymś, co służy uświęceniu i stawaniu się lepszym człowiekiem. Bo dla mnie tak nie jest. Bo ja nie uważam niepotrzebnego bólu za coś, co pomaga się stać lepszym człowiekiem. Jeśli dla kogoś człowieczeństwo musi się łączyć z bólem to dla mnie ma nierówno pod sufitem.
A niestety wciąż bardzo popularne jest słuchanie na porodówce „poród musi boleć”. „trzeba swoje odcierpieć”.”pani tak nie krzyczy, przecież to aż tak nie boli”. I nie tylko na porodówce, powszechne jest ignorowanie, bagatelizowanie czy wręcz wyśmiewanie bólu odczuwanego przez pacjenta. Bo w subiektywnej opinii lekarza czy pielęgniarki „nie ma co tak histeryzować”, a w subiektywnej opinii pacjenta „ratunku, jak boli”. A ból jest subiektywny. Jedni wchodzą do dentysty i poddają się wszelkim zabiegom bez znieczulenia, inni do tych samych zabiegów od razu proszą o podanie znieczulenia. Bo ból jest przykry. Pozostawia złe wspomnienia. Traumy. Blizny na psychice. Nie zapomina się go łatwo. Bycie lepszym człowiekiem to właśnie pamiętanie o tym i nienarażanie ludzi na ból, którego nie chcą znosić.

Tagi: , , , , , , , ,