0

„50 twarzy Greya” to 50 odcieni gówna, czyli dlaczego mam ochotę nakopać Erice Leonard

Królowa napisała 1 wrz, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Ustalmy coś od początku: to jest zła książka. Zła na wielu poziomach i mam nadzieję odkryć przed Wami co najmniej kilka z tych poziomów. Zaczęłam ją czytać z czystej ciekawości – „czemu to jest aż tak popularne?”, myślałam też, że może jest to, jak wynikało z recenzji, próba przybliżenia świata bdsm „zwyczajnym ludziom” i byłam ciekawa w jaki sposób to jest zrobione. Już mniej więcej w połowie poznałam odpowiedzi na oba zagadnienia. Po pierwsze: to harlequin z dekoracjami nawiązującymi do bdsm, czyli do „niegrzecznego, zakazanego seksu, do nieprzyzwoitych odczuć”. Harlequiny, jak wiadomo, dobrze się sprzedają. Po drugie – no nie, to zupełnie nie jest książka o bdsm.
Ok, fabuła w kilku zdaniach: młoda laska z prowincji (tak głębokiej, że banalny wzorek na latte wywołuje jej szok – tak, wciąż mamy 2011, a laska ma 22 lata) poznaje bogacza z wielkiego miasta, który dysponuje śmigłowcem, prywatnym odrzutowcem, kilkoma samochodami, mieszkaniami i tak dalej – jest wystarczająco bogaty, żeby spełniać jej wszelkie potrzeby, a przy tym jest młody (zaledwie o 6 lat starszy od niej) i diabelnie przystojny (oczywiście według wyobrażeń autorki i jej głównej bohaterki). Oczywiście ona zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia („Gdy nasze palce się stykają, przez moje ciało przebiega dziwny, przyjemny dreszcz”), on oczywiście zakochuje się w niej (to akurat jest pozornie ukrywane, ale inteligentny czytelnik się od razu tego domyśli), oczywiście on oszałamia ją drogimi prezentami (pierwsze wydanie jej ulubionej książki, piekielnie drogie, lot śmigłowcem, najnowszy MacBook czy samochód w prezencie), ona oczywiście ulega, choć przy sugestii, że on jej będzie kupować ubrania zaczyna się czuć jak dziwka (jakoś wcześniejsze prezenty, w postaci chociażby tego maczka nie wywołują tej myśli, nasza bohaterka kurczowo uczepia się myśli, że może udawać, że to pożyczony sprzęt, ha, ha). On zgrywa niedostępnego, mówi jej, że „nie bawi się w dziewczyny” i że jedyną formą bycia z nim może być podpisanie umowy. Umowa dotyczy układu – pozornie bdsm, to znaczy bohater twierdzi, że będzie Panem, a bohaterka Uległą (aka Niewolnicą), jednak, jak się okazuje, panna Anastasia nie podpisuje umowy w tej książce. Bynajmniej nie dlatego, że wie, że nie na podpisywaniu umów polega układ Pan-Uległa, ale po prostu taki jest ciąg wydarzeń. Okazuje się, że bohaterka w wieku 22 lat: jest dziewicą, nigdy w życiu się nie masturbowała (tu można podejrzewać rodzinę, ale nie, od razu dowiadujemy się, że jej matka ma już piątego męża, a żaden z nich bynajmniej nie był żadnym religijnym fanatykiem, matka w dodatku wydaje się dość wyzwolona, rozmawia bardzo swobodnie z córką na temat jej chłopaka i kompletnie nie widać uzasadnienia, dlaczego Ana nigdy nawet nie dotykała się „Tam”, jak sama to określa). Już coś zgrzyta, czyż nie? Już widać, że mamy do czynienia z fikcją literacką, która nawet nie sili się na prawdopodobieństwo. W związku z tym odkryciem pan Grey delikatnie ją rozdziewicza (jak sam twierdzi, to jego pierwszy waniliowy seks, to znów daje do myślenia), ona oczywiście jest zachwycona, przeżywa superorgazm podczas pierwszego razu (pisałam już, że to harlequin?), zakochuje się jeszcze bardziej i mimo lekkiego szoku wywołanego guglaniem zainteresowań seksualnych pana Greya zgadza się totalnie na układ opisany w niepodpisanej przez nią umowie. I gdybyż jeszcze faktycznie ten układ spisany w umowie zaczął funkcjonować. Ale nie, umowa zakłada, że nasza bohaterka staje się totalną niewolnicą pana Greya, że on jest jej Masterem – kontrolującym każdą dziedzinę jej życia (w tym jedzenie, co jest jednym z dziwaczniejszych motywów tej książki, bowiem Ana jest zdecydowanie osobą zapominającą regularnie o posiłkach, toteż przy każdym spotkaniu z jej „Panem” on pyta się co jadła i próbuje ją zmusić do jedzenia – jak to stwierdziłam – to jest książka o feederze, bo non stop Grey próbuje karmić Ane). Umowa (niepodpisana) swoją drogą, a życie swoją, pan Grey teoretycznie wymaga całkowitego posłuszeństwa, a potem się dziwi, że nie jest to respektowane. Pewna istotna scena rozgrywa się podczas oficjalnej kolacji z udziałem jego, jego rodziców, jego brata, dziewczyny jego brata i Anastasii – nasza teoretycznie mająca być Uległą bohaterka zdecydowanie daje mu znać podczas kolacji, że nie życzy sobie jego ręki na swoim udzie pod stołem – cóż czyni nasz wannabe Master? Potulnie zdejmuje rękę, a potem, w scenie face to face próbuje przypomnieć swojej „Uległej”, że to on ma tu władzę i że takie zachowanie jak jej podczas kolacji nie jest akceptowane. Jego starania jednak spełzają na niczym, ponieważ Ana wywiera na niego tak wielki wpływ, że decyduje się tylko na „ukaranie” jej przy pomocy stosunku, który jak sam twierdzi ma służyć „tylko jego przyjemności”, co w praktyce przekłada się tylko na to, że kocha się z nią do momentu, kiedy sam ma orgazm, a nie pozwala jej dojść (oczywiście panna rozdziewiczona przez niego ma za każdym razem orgazm pochwowy, prawda). Oto straszliwa kara Mastera dla Uległej (yes, that’s ironic). Dalej mamy „zabawy bdsm”, czyli dwie scenki w „Czerwonym Pokoju Bólu” (ała), który to jest zwyczajnym pokojem (nawet nie ma słowa o wytłumieniu dźwięków, no niby mamy do czynienia z bogaczem, który może mieć w nosie co służba sobie pomyśli o dochodzących z domowych pomieszczeń dźwięków, ale jednak to pewien zgrzyt), tylko wypełnionym pejczami, szpicrutami, łożem z kajdankami, etc. Jednakże w tym „porno bdsm” tak naprawdę są ze trzy sceny ocierające się o seks bdsm, jedna to bicie głównej bohaterki szpicrutą, druga wymierzanie klapsów, trzecia dotyczy tak naprawdę waniliowego seksu, tyle że ocierającego się o deprywację sensoryczną, bowiem Ana ma zasłonięte oczy i muzykę z iPoda w uszach – poza tym jednak nie doznaje niczego, czego by nie mogła doznać w „zwykłym” seksie. Stymulacja, orgazm, penetracja, yawn, boring.
Czy zaskoczę Was stwierdzeniem, że to w sumie jest cała książka? Mam nadzieję, że nie. Jeśli bowiem Was zaskoczyłam, to znaczy że spodziewaliście się czegoś więcej. A tego nie ma. Na samym końcu nasza bohaterka dochodzi do wniosku, że jednak nie odpowiada jej układ zaproponowany przez Pana G. i zrywa z nim kontakty, co oczywiście powoduje szlochy w poduszkę – z czego wynika prosty wniosek, że w następnych częściach znów się z nim spotka, a na samym końcu trylogii zapewne on zorientuje się, że tak ją kocha, że będzie w stanie z nią być bez tych wszystkich ozdobników pod hasłem „bdsm” i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca.
Okej, zatem co jeszcze jest złego w tym harlequinie? Pan G. co chwilę jest zaskoczony, że jego nowa podopieczna „nie jest uległa poza łóżkiem”, a to, co mówi, sugeruje, że jego wcześniejsze partnerki były kompletnie uległe w każdej sferze życia. Mamy tu modelowo przedstawiony jeden z mitów na temat bdsmowych związków – to znaczy ten, że jeśli dwie osoby odgrywają rolę Pana i Niewolnicy w relacji łóżkowej, to automatycznie przekłada się ona na ich relacje w każdej dziedzinie życia, co, między innymi, uniemożliwia ich społeczne funkcjonowanie w roli, na przykład męża/żony czy też matki/ojca. No a to, jest, proszę państwa, wierutna bzdura. Ludzie, którzy mają takie, a nie inne upodobania seksualne nie są jakimiś totalnymi odmieńcami, wyrzutkami społecznymi, dewiantami niezdolnymi do stworzenia żadnej innej relacji poza tą, określaną w sferze seksualnej. To są normalni ludzie, jakich się mija codziennie na ulicy. Robią zakupy w Lidlu, wchodzą w związki małżeńskie, mają dzieci, posyłają je do przedszkola, szkoły, wychowują tak samo, jak wszyscy inni ludzie. Bycie Masterem czy Niewolnicą nie musi determinować zachowywania tej roli 24/7. Wręcz bardziej popularne jest to, że tak się nie dzieje. To, że ktoś lubi sprawianie czy otrzymywanie bólu w sytuacjach seksualnych nie oznacza bynajmniej, że nie potrafi funkcjonować w sytuacjach codziennych. Bądźmy szczerzy: w większości sytuacji po prostu ludzi na to nie stać. Trzeba pracować, zmywać naczynia, gotować, chodzić do urzędów, wychowywać dzieci, etc. Nie współgra z tym „bycie Uległą całą dobę”. No nie, po prostu nie. Potrzeby ludzi zafascynowanych bdsm w większości przypadków odnoszą się tylko do sfery seksualnej – czyli bynajmniej nie są fantazjami Christiana Greya o pełnoetatowej niewolnicy, którą mógłby posiadać tylko dlatego, że ma kupę kasy. Ludzie lubiący taki rodzaj seksu nie są dewiantami, którzy nie mogą osiągnąć spełnienia seksualnego w innej relacji – to są ludzie, którzy uwielbiają wchodzić w określoną rolę w sytuacji, która na to pozwala („łóżko”, że tak napiszę skrótowo, wiadomo że nie chodzi o ten mebel). Która na to pozwala. To nie wyklucza ich aktywności w dziedzinach życia zupełnie niezwiązanych z „łóżkiem”, jak choćby wspólne prowadzenie gospodarstwa domowego czy wychowywanie dziecka (dzieci). A niestety książka Leonard sugeruje coś właśnie przeciwnego. Fanem bdsm jest człowiek, który może się kompletnie nie przejmować kwestiami typu budżet domowy czy wywiadówki szkolne. Fabuła sugeruje, że olbrzymia niezależność finansowa i emocjonalna jest jedynym warunkiem spełniania swoich zachcianek seksualnych, stawiając seks bdsm na półce „dla aroganckich bogaczy”. A to tak nie jest.
Kolejna sprawa to język. Przeczytałam tę książkę w polskim tłumaczeniu Moniki Wiśniewskiej i przez chwilę miałam wrażenie, że jej tłumaczenie to jest jakiś zaawansowany trolling, na jaki nabrało się wydawnictwo, ale niestety przeczytanie kilku zdań w oryginale rozwiało moje złudzenia. Autorka naprawdę opisuje sceny erotyczne w stylu: „Czuję, jak na moje policzki wracają rumieńce. Z barwy niewątpliwie przypominam manifest komunistyczny.”, „Gdy zdejmuje bokserki, jego erekcja wyskakuje na wolność. Rany Julek… „, „O święty Barnabo, jestem zupełnie naga.”, „O święty Barnabo, zamówił ostrygi na lodzie.”, „O kuźwa. Święty Barnabo… Jezu. A potem jest już we mnie… ach! Skóra przy skórze… najpierw porusza się powoli… testując mnie… o rety.” etc, etc.
Pozwolę się tu posłużyć zestawieniem dokonanym przez jakąś wspaniałą istotę z Goodreads, która podsumowała tę książkę tak


(jej recenzja poza tym, że jest jeszcze zwięźlejsza niż moja notka może wywołać paroksyzmy śmiechu, serdecznie polecam)
No więc właśnie. Podstawcie sobie jeszcze zamiast „Holy cow” frazę „O święty Barnabo!” i już macie wyjaśnienie dlaczego, między innymi, udało mi się przebrnąć przez tę książkę – no nie da się roześmiać czytając „O święty Barnabo, jest cały mój i mogę się nim bawić. Cieszę się jak dziecko.” To jest po prostu kosmos – proza pani Leonard jest fascynująco zła, jest tak zła, że nie da się traktować serio jej wypocin. Co, być może, jest pewnym ratunkiem dla osób zainteresowanych seksem w sferze bdsm – nie potraktują tej książki serio. I taką mam wielką nadzieję.
A jeszcze większą mam nadzieję, że czytelniczki tej książki nie potraktują serio tego fragmentu, pozwolę sobie to przytoczyć w oryginale:
„I just don’t know what his game is? What he’s thinking? You’ve slept in his bed all night, and he’s not touched you, Ana. You do the math. My subconscious has reared her ugly, snide head.”
„Powiedział, że lubi, jak jego kobiety czują. A więc pewnie nie żyje w celibacie. Ale nie próbował do mnie startować, tak jak Paul czy José. Nie rozumiem. Pragnie mnie? Nie pocałował mnie w zeszłym tygodniu. Jestem dla niego odpychająca? A jednak przywiózł mnie tutaj. Po prostu nie wiem, w co on pogrywa. Co sobie myśli? „Spędziłaś w jego łóżku całą noc, a on cię nawet nie dotknął, Ana. Dodaj dwa do dwóch”. Moja podświadomość pokazuje swoją brzydką, drwiącą twarz. Ignoruję ją.”
Na litość boską! Bohaterka książki właśnie przyznaje się do zdziwienia tym, że facet, którego tak naprawdę w ogóle nie zna, nie zgwałcił jej w czasie, gdy była nieprzytomna i uznaje to za potwierdzenie swojej nieatrakcyjności. Uznaje to za dziwne, bo wydaje się jej, że jeśliby była tak atrakcyjna, jak o sobie próbuje myśleć, to przelecenie jej w czasie, gdy była nieświadoma byłoby tylko potwierdzeniem jej atrakcyjności. SRSLY? Serio Autorka uważa, ze przerżnięcie w stanie nieświadomości (dla ułatwienia dodam: tak, to właśnie zawiera się w definicji gwałtu) byłoby tylko potwierdzeniem atrakcyjności bohaterki? Srsly?
Nie umiem tego skomentować w sensowny sposób. No po prostu nie umiem. Sugestia, że wyznacznikiem atrakcyjności laski miałoby być to, czy zostanie ona przeleciana w stanie nieświadomości spowodowanej nadużyciem alkoholu jest dla mnie tak straszna, że nie umiem nic sensownego o tym napisać. Mam tylko wielką, wielką nadzieję, że dla żadnej laski nie stanie się to obowiązującym kanonem. Srsly, dziewczyny: jeżeli zamierzacie upić się do nieprzytomności: róbcie to w towarzystwie osób, które w żaden sposób nie wykorzystają was w czasie gdy jesteście nieprzytomne. Bo jeśli to zrobią, to jest to GWAŁT.
I mam wielką nadzieję, że proza Eriki Leonard nie wzbudzi w Was podejrzenia, że jeśli po pijanemu przeleci Was jakiś bogaty dupek, to uznacie, że to jest coś, co miało prawo się zdarzyć. Bo nie miało. Serio. Nie miało prawa się zdarzyć i ten idiotyczny bohater literacki popełniłby przestępstwo jakby to zrobił, ok? Macie tę świadomość? No to bardzo się cieszę.
Tak więc z grubsza jest to podsumowanie ZŁA, jakie drzemie w książce Eriki Leonard: po pierwsze: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po drugie: totalnie złe przedstawienie seksu bdsm. Po trzecie: totalnie złe przedstawienie seksu z nieprzytomną dziewczyną. To tak nie działa, serio.
Nie czytajcie tej książki, nie kupujcie jej nikomu, nie mówcie o niej. Już lepiej sięgnąć po „Zmierzch”, jeśli lubicie książki z młodymi i naiwnymi bohaterkami.

Tagi: , , , , , , ,