Run, Anna, run

Królowa napisała 13 wrz, 2010 w kategoriach Bez kategorii

Poranek. Nawet nie „blady świt”, bo jeszcze ciemno. Wycie budzika. Pac, drzemka. Kilka minut i znów wycie. Podnosisz się, wstajesz. Budzisz jedno dziecko, drugie, podajesz im ubrania naszykowane jeszcze wczoraj. Idziesz się umyć, wracasz, budzisz dzieci, poganiasz, żeby się ubrały, ubierasz się, robisz minimalistyczny makijaż, poganiasz dzieci, sprawdzasz czy masz wszystkie swoje rzeczy, czy syn spakowany, nalewasz synowi picie do bidonu, wkładasz mu do tornistra, pomagasz się ubrać córce, zakładasz synowi tornister, łapiesz swoją torebkę, torbę z laptopem, wychodzicie. Idziecie do przedszkola, rozbierasz dziecko, buziak, pa. Idziesz z samym synem dalej, szybko, szybko, bo już późno, wchodzicie do szkoły, on się rozbiera, odprowadzasz do świetlicy, buziak, pa. Idziesz sama, patrząc nerwowo na zegarek, bo masz już tylko 6 minut do autobusu, ale on ciągle odjeżdża wcześniej, to może podbiegniesz, gorąco ci, brakuje tchu kłuje w boku, ale żeby zdążyć, żeby zdążyć na ten autobus, dobiegasz do przystanku i widzisz jak właśnie zamykają się drzwi i autobus odjeżdża, patrzysz na zegarek i widzisz, że pojechał 4 minuty przed czasem. Bezradnie rzucasz w myślach soczystą kurwą i siadasz na przystanku, sprawdzić sobie maile przez te 10 minut, które musisz poczekać na następny autobus. O ile ten następny dla odmiany się nie spóźni te 4 minuty. Bo przecież to takie nudne jeździć punktualnie.

Siadasz w autobusie i wreszcie chwila odpoczynku, wyciągasz książkę, czytasz, po dwóch stronach przysypiasz nad nią, budzisz się, próbujesz czytać dalej, ale po chwili poddajesz się, chowasz i drzemiesz dalej. Otwierasz czujnie oczy praktycznie na każdym przystanku, więc nie przejeżdżasz swojego, wysiadasz, pędzisz do firmy. Pracujesz 8 godzin. Wychodzisz, pędzisz do autobusu, jedziesz do szkoły, odbierasz syna, idziecie do przedszkola, po drodze rozmawiacie o tym, co było w szkole, jest miło i przyjemnie, ale wisi nad tobą ten zegar i każe ci sprawdzać co parę minut czy aby się nie spóźniasz po córkę. Odbierasz córkę, na bezpiecznym kawałku ulicy dzieci pędzą radośnie, ty za nimi świńskim truchtem, zmęczona, zziajana, ale wołasz dzieci żeby stanęły dopiero jak zbliża się przejście przez ulicę, wtedy też doganiasz je, żeby złapać, jakby nie posłuchały komendy „stop”, ale nie trzeba, mają już wkodowane, że przed ulicą trzeba stanąć i poczekać na mamę, dobrze, udało się. Przechodzicie spokojnie i znów dziki galop, znów trochę kłuje w boku, ale dzieci tak lubią biegać, a wiesz, że na spacer już nie wyjdziecie, za późno, więc niech chociaż tyle mają, tobie też się przyda podbiec, schudniesz trochę, spodnie ciężko ci dopiąć. Wchodzicie do domu, dzieci chcą jeść, myjesz ręce, gonisz je do tego, robisz po dwie kanapki z miodem, chcą więcej, ale nie masz już chleba, czekasz na kuriera z zakupami, w końcu zgadzają się na kuleczki czekoladowe z mlekiem. Zjadają, idą się bawić, ty siadasz na chwilę do komputera, ale zaraz podrywasz, zmywasz naczynia, gromadzisz sobie rachunki do zapłacenia, wyrzucasz jakieś niepotrzebne stare papiery z szafki w przedpokoju, czyścisz kocią kuwetę, myjesz nocnik córki, ściągasz suche pranie z suszarki, siadasz z tymi rachunkami, przerywasz, bo przyszedł kurier, płacisz, przyjmujesz, dziękujesz, zamykasz za nim. Zaglądasz do dzieci, każesz im kończyć zabawę, przypominasz sobie, że trzeba sprawdzić co syn ma zadane, znajdujesz, wyciągasz mu książkę, sadzasz i odrabia, ty w tym czasie znów do kuchni, robi ci się słabo, przypominasz sobie, że jedyne co jadłaś dzisiaj, to była jedna mała kanapka w pracy, rano, wyciągasz kromkę chleba, smarujesz serkiem, zjadasz. Bierzesz kartony z sokiem, mlekiem, wypakowujesz, ustawiasz na miejsce. Wyciągasz puszki, przystawiasz sobie stołeczek i wstawiasz na miejsce, tak samo, już bez stołeczka robisz z rzeczami do lodówki, syn w tym czasie skończył odrabiać lekcje, chce ci pomóc, tak samo córka, ale wiesz, że jeśli ci pomogą, to dopiero potem pójdą do wanny, a już tak późno, więc wyganiasz dzieci do kąpieli, a sama dalej rozpakowujesz te zakupy, kręgosłup ci się odzywa, zaciskasz zęby, przecież za chwilę koniec. Dzieci wychodzą z wanny, zaganiasz do łóżek, wchodzisz do łazienki, podnosisz ręcznik zostawiony na podłodze przez syna, wiesza na suszarce, do której on nie dosięga, dlatego zostawia na podłodze, przecież nie po to, żeby ci utrudnić życie, rozwieszasz, zmywasz podłogę, idziesz do pokoju, przystawiasz sobie stołeczek, zdejmujesz z wysoka pieluszkę dla córki, zakładasz jej. Poganiana prośbami o kakao pędzisz do kuchni, zdejmujesz kubeczek syna i butelkę córki, schylasz się po karton z mlekiem, sypiesz kakao, wlewasz mleko, wstawiasz do mikrofalówki, wiesz, że lepiej podgrzać to mleko w garnuszku, ale już nie masz siły, w mikrofali szybciej, wyciągasz, stawiasz na blacie, który wcześniej, po zmywaniu umyłaś. Mieszasz w kubku, bierzesz smoczek, żeby zakręcić na butelce, ten wysmykuje ci się z ręki i wpada do kubka, rozchlapując część kakao na blacie, chce ci się zawyć, bo w ty momencie musisz wziąć gąbkę, obetrzeć kubek  i zetrzeć z blatu rozlany płyn, co niby jest proste i szybkie, ale kręgosłup boli cię już tak, że każdy dodatkowy ruch jest ciężki, ale nie wyjesz, przecież jesteś twarda, wycierasz, mieszasz, zanosisz. Czekasz aż wypiją, całujesz na dobranoc, otulasz kołderkami, odnosisz kubek i butelkę do kuchni, myjesz, wyrzucasz śmieci. Wracasz, wkładasz nowy worek do wiadra, przecierasz podłogę, dajesz kotu jeść, idziesz sprawdzić czy dzieci śpią, chwilę nasłuchujesz ich spokojnych, równych oddechów, wracasz do kuchni i siadasz dalej do rachunków. Robisz przelewy, w międzyczasie rozmawiasz z przyjaciółką (jak dobrze, że jest internet, gdyby nie to, nie miałabyś kiedy z nią porozmawiać). Kończysz, rozmawiasz z drugą przyjaciółką i gotujesz wodę, żeby była przegotowana dla kota, przelewasz do dzbanka, podlewasz kwiatki, idziesz do pokoju sprawdzając po drodze czy drzwi na pewno są zamknięte, sprawdzasz czy syn ma wszystko w plecaku, szykujesz dzieciom i sobie ubranie na jutro, zgarniasz kilka zabawek i trochę rozsypanych klocków Lego, których już dzieci nie zdążyły sprzątnąć, kładziesz się do łóżka z laptopem, piszesz posta na bloga, publikujesz, zamykasz laptopa, idziesz wziąć prysznic, rozwieszasz ręcznik, wracasz do łóżka, zasypiasz. Śnisz o pracy, znajomych, dzieciach, sprzątaniu, wyje budzik, pac ręką, drzemka, po paru minutach znów wyje, budzisz się zmęczona snami i zaczynasz od początku.

Jak ktoś dotarł tutaj czytając wszystko, to serdecznie gratuluję. Nic ciekawego, prawda? Cóż, piszę czasem dla siebie, takie zboczenie :)

Tagi: , ,

Odpowiedz