Przez internet można flirtować
Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.
To jest jedna strona. Pominęłaś tę brzydką, czyli ryzyko że oczytany gość z którym tak fajnie się flirtuje jest obleśnym bucem po poradniku „google-fu 201: jak wyrywać nerdówy w internecie”.
No właśnie nie, właśnie buceria dość szybko wypełza przez internet, wystarczy byle flejm
Kwestia konsekwencji w autokreacji, tylko tyle i aż tyle.
Poza tym jednak umiejscawiasz tego hipotetycznego buca w próżni, a mi trudno sobie przypomnieć sobie poznawanie przez internet kogoś, kto nie miałby żadnego powiązania z kimś znajomym.
Internet jest stosunkowo nowym i niesamowicie ważnym narzędziem, ale nie uważam, że z ludźmi w sieci wchodzi się w „interakcje”, gdy nie pozna sie ich na żywo, nie pooddycha tym samym powietrzem. I pisze to jako wieloletni użytkownik sieci – irca, ICQ i innych starych narzędzi. Spotkania na żywo natychmiast weryfikują znajomość i właśnie o to chodzi, by nie żyć iluzją czlowieka. Człowiek w sieci jest czesto dla nas tylko awatarem…Człowiek wi sieci, to ten, którego tworzymy naszą wyobraźnią i często nie ma to żadnego przełożenia na żywą istotę, która ma swój zapach, ruchy, uśmiech i grymasy…która PULSUJE życiem.
Przecież Internet zabiera podstawowa informację o języku ciała. Może poznajesz ludzi, ale rozmowa w Internecie, to nie jest rozmowa na żywo. I powoduje, że wcale nie nie stajesz się mniej niesmiała – co jest największą pułapką wg mnie. Wisimy sobie rok czy dwa na blipie i NIC o mnie nie wiesz…spotkanie (1-2h) w 1 mieszkaniu na żywo i masz masę informacji. Znajomość posuwa się z prędkością światła…a niby to internet jest taki szybki.
Mam pewnie niepopularną teorię w glowie, ze to Internet tworzy ludzi nieśmiałych, tworzy też bardzo zamknięte i wycofane emocjonalnie postacie, zamknięte, odizolowanie środowiska i grupy. Jest dobrym początkiem, ale tylko samym poczatkiem znajomości.
A flirtowanie przez net to jak flirtowanie ze swoja wyobraźnia, bo tylko To tak naprawdę głowa Ci oferuje…a gdzie oczy, nos, uszy? Jeśli flirtowanie wg Ciebie, to TYLKo to co ktoś mówi i opowiada…to to bardzo ubogi flirt. ;0) I to, ze ktoś napisze, że chcę Cię pocałować ma być takie samo jak, gdy szepnie Ci to patrząc w oczy, pochylając swoje cialo w Twoją stronę…Serce zdecydowanie szybciej bije w tej drugiej sytuacji.
I tak, wiele osób znamy ze zdjęć :) I znamy tez ich otoczenia, jeśli naprawdę interesują nas żywe osoby :) Net powoduje, że zalewani jesteśmy ludzmi – tłuem obcych. REAL…jednak powoduje, że wybieramy sobie nasze otoczenie :)
I ważana rzecz, ludzie przez internet często kłamią i tworzą nieprawdziwe osobowości. Może mam surowe podejście, ale niestety chyba jestem bardzo starym uzytkownikiem spolecznościówek :)
Co jeszcze lubię w kontakcie na żywo…pozanwanie. Bo co za radocha wiedzieć od razu kto co czyta i slucha i czym się zajmuje…i później nic już nie ma do odkrycia. Rzuca się haslo, pojawia się „aha” znam, wiem, czytałem..i kończy się rozmowa. W Internecie – np na portalach randkowych – następuje szybkie przesiewanie ludzi, bo co ja będę z nim gadać jak słucha innej muzyki niż ja. I też – on musi być fajny, bo czyta to co ja :) Czasem wnioskowanie z mniejszego na większe może być bardzo krzywdzące. Zwłaszcza gdy szuka się przyjaciół, czy miłości. Ważna jest chemia i to by czuć podobnie. :)
Bardzo cieszę się, że nie poznaję ludzi po uszkach, ale po oczach i uśmiechu :)
Pozdrowienia z nadmorskiej krainy EMO :)
PS
SIO Z DOMU, zdobywać świat :) A net – narzędzie do kontaktu z żywymi i znanymi:)
I mówię to ja – osoba bardzo nieśmiała w dzieciństwie i liceum :) Do teraz w dużym stopniu nieśmiała, ale dumnie walcząca z tą upierdliwoscią, bo bardzo lubię ludzi :)
Tomashu, masz jakieś doświadczenia? Opowiedz.
@I to, ze ktoś napisze, że chcę Cię pocałować ma być takie samo jak, gdy szepnie Ci to patrząc w oczy, pochylając swoje cialo w Twoją stronę…Serce zdecydowanie szybciej bije w tej drugiej sytuacji.
Ba, ja mam tak, że słowo pisane działa na mnie silniej, niż mówione. Jak ktoś mi napisze, że „czeka drżąc lekko”, to obracam sobie w głowie to zdanie, delektuję się nim, czytam kolejny i kolejny raz, za każdym razem doznając tych samych uczuć. Ktoś mi powie coś podobnego w przekazie na żywo i cóż, ta chwila będzie, minie, zostanie mętne wspomnienie. Słowo pisane będzie na zawsze (no, tak mniej więcej). Także cóż… każdy jest inny :)
Ja z nieśmiałością musiałam nauczyć się walczyć wcześniej i całkiem nieźle mi to wyszło, ale za to nawiązywanie kontaktów z ludźmi przez wiele lat było ogromnym problemem. Przede wszystkim dlatego, że nie cierpiałam small talku, jakichś rozmów „o niczym” na poczatku znajomości. A w dodatku trafiałam w IRL na ludzi, którym moje zainteresowania (zarówno książkowe, jak i serialowe), wydawały się czymś głupim i niewartym zainteresowania. Widząc problem raczej w sobie niż w otoczeniu, starałam się dopasować, interesować tym, co inni… Nie muszę dodawać, że szybko się nudziłam i odrzucałam znajomość, jako niewiele wnoszącą mi do życia.
Dla mnie Internet stał się miejscem kontaktu z ludźmi, którzy mają podobne do moich zainteresowania, z którymi mogę porozmawiać na tematy poważniejsze i mniej poważne, gdzie znika obciążenie przymusu kontaktu – jak mi ktoś nie przypasuje, to nie muszę wykonywać gierek pt. „jak się wycofać z tej znajomości najmniejszym kosztem”, a po prostu zaczynam rozmawiać z kimś innym. I to się robi naturalne.
Z punktu widzenia osoby niezorientowanej towarzysko, Internet jest fajnym miejscem do nauczenia się, że nie wszyscy będą cię lubić, ale to nic złego, nie musisz przypodobać się wszystkim. Zaufaj sobie, bądź sobą i nie staraj się dopasować do innych. I to działa ;)
A flirt w sieci… Jest możliwy, czasami wychodzą z tego fajne rzeczy. A że czasami nie – well, życie polega na eksperymentowaniu, nieprawdaż? :)
No nie poflejmuję, bo też jestem sepleniącym okularnikiem-socjopatą, któremu internet uratował życie towarzyskie i uczuciowe, takie z nas żałosne jednorożce ;)
We flirtowaniu IMHO chodzi o niedopowiedzenie i dwuznaczniki, a przez internet można ich robić nawet więcej niż IRL.
Inna sprawa, ze do rozmów i poznawania ludzi przez internet też trzeba jakiegoś zmysłu, jakoś tak mam, że po trzech zdaniach umiem w 90% odsiać ewentualnych buców, zboczeńców i półmózgów, a znam takich, co mają z tym problem.
@Tomash: „To jest jedna strona. Pominęłaś tę brzydką, czyli ryzyko że oczytany gość z którym tak fajnie się flirtuje jest obleśnym bucem po poradniku „google-fu 201: jak wyrywać nerdówy w internecie”.”
Bucem to może nie, ale jednak jest to ryzyko, że podejmiemy flirt z kimś, kto w realu okaże się, zwyczajnie, nieatrakcyjny (a z tą próżnią różnie bywa, mnie się zdarza poznawać ludzi przez net only, bez siatki towarzyskich powiązań).
Znaczy: generalnie sto procent zgody, znakomicie się poznaje i podtrzymuje znajomości przez internet, także flirtuje, ale, prawda, pewne ryzyko jest. Oraz czasem ktoś mniej wprawiony w internetowych flirtach może zostać przeoczony, a w realu okazuje się być czarującym człowiekiem.
(no, podobne było w czasach internetowych, gdy ludzie poznawali się korespondencyjnie, byłam tam, robiłam to)
Errata:
podobne było w czasach internetowych, gdy ludzie poznawali się korespondencyjnie, byłam tam, robiłam to
winno być: przedinternetowych
Rozumiecie, to z emocji.
heh.. u nas nie można było wychodzić do toalety podczas szkolnych akademii.
Tzn. ja nieśmiałość przepracowałem samotnie w domowym zaciszu (oh the irony), bo w drugiej połowie najntisów, kiedy to zacząłem się interesować dziewczynami, szansa spotkania takowej w internetach była w granicy błędu statystycznego. Trochę więc z zazdrością patrzę na tych, którzy regularnie na okcupidach poznają fajnych ludzi. No ale.
@Szprota ryzyko – jasne, jest, pisałam o tym (tylko że ryzyko występuje niezależnie od miejsca poznania delikwenta, każdy może zrobić dobre pierwsze wrażenie, a potem jednak okazać się zwyczajnie nieatrakcyjny. albo kiepski w łóżku, a tego się w żaden sposób nie da stwierdzić zaocznie)
@ czasy przedinternetowe – pisanie listów papierowych odbywało się inaczej, niż komunikacja mailowa – szybka, prosta i tania, człowiek inaczej formułował myśli, cośtam, cośtam, sporo Mądrych Ludzi ludzi o tym pisało, wydaje mi się, że to było mało podobne, zważywszy na częstotliwość komunikacji, język bez emotek, etc
@Królowa – Pewnie, że jak kto lubi. Jeden czytać tylko, inny słuchać lub patrzeć jeszcze w oczy. Dwuznaczności w tekście są dla mnie dużo mniej fascynujące niż w rozmwie, gdzie odbijamy pileczkę patrząc sobie w oczy. No i ja chyba jestem wzrokowcem i słuchowcem. Czytanie owszem, ale to dla mnie sprawa jednoosobowa. Chyba zresztą w prywatnym życiu sama wolnę pisać niż upajam się czytaniem. W czytaniu jestem sama, w rozmowie na żywo – we dwoje :)
Co wpis to opinia, a poza tym zakładanie, że tylko bidulki w okularach czy osoby mniej atrakcyjne fizycznie są nieśmiałe jest błędne. I nie wierzę w żaden FILTR i czujnik na „złych’ ludzi w necie. Ilość oszukanych w necie swiadczy o tym, że nie da się.
Niby po czym można stwierdzić z- zadając zestaw pytań testujących? Anonimowośc te najwiekszy skarb i największe niebezpieczeństwo Internetu :)
I kwestia jakiej Królowa nie poruszyła – zaufanie i prywatność w sieci. Jak bardzo odkrywanie się w necie. Czy tak samo robicie to zanim kogoś pozanie, czy dopiero wykładacie karty (również te erotyczne) dopiero po spotkaniu na żywo? Zastanawiam się jak to jest mówić o ważnych sprawach z obcym…gdy nie zaklada się, że NIGDY go na żywo nie spotkasz. Ewentualnie – przyjmując, że nie podaję danych w sieci i jestem „avatar” – nigdy nie będę Anną Kowalską, która odkrywa swoje ja przed osobą obcą. Szczerość może być tylko wtedy gdy 2 osoby są anonimowe i zakladają z gory, ze nigdy nie nastąpi spotkanie i weryfikacja…? Nie wiem, co myślicie?
@bidulki w okularach
no to trochę taka figura stylistyczna bardziej niż detaliczny opis (przynajmniej z mojej strony, nie wiem jak to rozumie Alquana)
@kwestia jakiej Królowa nie poruszyła
szczerze mówiąc z tego całego akapitu o zaufaniu w sieci nic nie zrozumiałam, może jestem śpiąca, a może aż tak się różnimy.
„Szczerość może być tylko wtedy gdy 2 osoby są anonimowe i zakladają z gory, ze nigdy nie nastąpi spotkanie i weryfikacja…? Nie wiem, co myślicie?”
myślę, że zawsze warto nie kłamać, więc nie ma żadnego „ojej, zweryfikowałam i jest diametralnie inaczej”, znaczy tu chyba wchodzimy w narrację „każdy jest 12-letnim Wojtkiem”, a ja mówię o kontaktach dorosłych ludzi, którzy podchodzą do internetu do takiego samego źródła komunikacji jak rozmowa paszczą czy przez telefon – albo się z kimś normalnie, szczerze rozmawia albo nie.
also: co to ważne sprawy? kwestie światopoglądowe („jesteś za aborcją?”), historia własnych wstydliwych chorób („leczyłam się psychiatrycznie”), upodobania łóżkowe, lęk przed śmiercią, podejście do religii?
i czemu mam zakładać, że kogoś nigdy nie spotkam, jak w ogóle można zakładać coś takiego? są samoloty, pociągi, kiedyś poznałam człowieka, który przebył jakieś 1500 km, żeby spędzić ze mną dwa dni w realu (a potem wracał tyle samo, rzecz jasna)
@Tomash: autokreację długofalowo da się uprawiać jedynie biernie. Ot, prowadzisz blogaska, piszesz jaki jesteś zajebisty w każdej dziedzinie i tyle. Tak da się ciągnąć długo, można nawet wyrobić sobie markę eksperta (masa gówniarzy dziś na tym jedzie), ale to nie zdaje egzaminu w kontaktach międzyludzkich.
Owszem, da się nagiąć rzeczywistość. Odrobinę. Ale jeśli jesteś wyznawcą Kaczyńskiego, to nie dasz rady na dłuższą metę udawać rzeczywistego przeciwnika PiS. Zawsze się gdzieś wpieprzysz na minę — nie będziesz znał wszystkich grzeszków JK, nie będziesz kojarzył faktów w odpowiedni sposób etc., bo przecież Ty, zwolennik, widzisz je inaczej. Za JarKacza podstaw dowolną inną osobę, zjawisko, hobby…
@Kala: Masę osób poznałem przez Sieć znacznie lepiej, niż poznając je w rzeczywistości. Przez godzinę czy dwie da się „nawijać makaron na uszy”, ale online to jednak nie wyjdzie — oczywiście zakładając podobną ilość wymiany informacji, która ma miejsce na żywo. Natomiast faktem jest, że to różne sposoby komunikacji — ktoś bez sprawnego operowania słowem, na granicy niedomówień i dwuznaczności, będzie tu miał gorzej. Ale jest szansa, że sobie nadrabia w świecie analogowym ;)
@Krolowa – no wlasnie mowie o szczerosci w sieci, gdzie zakladacie, ze ktos dlatego, ze jest dorosly bedzie mial uczciwe zamiary. Ja tutaj widze naiwnosc dziecka. Oczywiscie, ludzie sa fajni generlanie,a le jest ogrmona ilosc tych co graja i udaja. Oby bylo ich mniej. Dlatego uwazam, ze trzeba natychmiats poznawac ludzi na zywo i kontynuowac znajomos cpo weryfikacji.
@Mikołak – uważa, że moża BARDZo dlugo ściemniac. I nie mowie o polityce i pogladach na temat aborcji. Znam story o osobie (kobiecie) która podwała się za mężczyznę w sieci – (by the way – byl to tez MÓJ internetowy znajomy). Al eten znajomy flirotowal z koboetami w necie, u mnie zostal spacyfikowany przez przypadek – nie podobało mi sie, że po wymianie telefonow jaknapisal ze jest bardzo choty i potrzebuje pomocy nie odbieral ode mnie telefonu natomiast pisal smsy. Odcielam sie, zachowalam dystans, po pol roku sie okazalo, ze tym kims jest kobieta, zbalamucila iles kobie przez internet, ktore w swej internetowej naiwnosci nawet mu/jej jakies zdjecia wysyłały. Mozna się śmiać, ale Internet jest trudny i niebezpieczny i czesto raniacy. Tak wiem, ludzie na żywi też, ale ja sie bedzpieczniej czuje z żywymi :)
I jeszcze pytanie co to znaczy kogoś ZNAĆ – wiedzieć o nim dużo, czy dużo z nim przeżyć, czy co?
Autokreację można prowadzi długo, ludzie nawet na żywo to potrafia co dopiero w sieci :)
No, ale z pozytywnych klimaow – gdzie ludzie mają poznawać innych na żywo jak tylko w necie siedza? Dobrze, że mozna chociaż tak. :)
@Dlatego uwazam, ze trzeba natychmiats poznawac ludzi na zywo i kontynuowac znajomos cpo weryfikacji.
ale, na bogów, jaka to jest weryfikacja? sprawdzić mu dowód osobisty, że to na pewno „Maciek Iksiński, 31 z Wrocławia” czy wystarczy jakieś magiczne „popatrzenie w oczy”. Jak sama piszesz, autokreację można równie dobrze prowadzić IRL, jak ktoś się słabo „zna na ludziach”, to tak samo długo da się oszukiwać, niezależnie od tego gdzie. A „znać kogoś” to dużo o nim wiedzieć, tylko część tej wiedzy da się nabyć tylko przeżywając z nim dużo, proste :)
Ta weryfikacja ma sens o tyle, że jeśli ktoś jest mistrzem autokreacji w sieci to bardzo prawdopodobne że pęknie w realu — i na odwrót.
Oraz ów tembr głosu i inne cechy fizyczne jednak są niezupełnie pomijalne, jak bardzo byśmy tego nie chcieli #sawanna
@Kala — ależ można długo, tylko że biernie oraz bardzo ogólnie. Gdy zaczynasz wchodzić w interakcje, to się to musi posypać prędzej czy później. Ofkors to może trwać i parę miesięcy, bo wszystko zależy od intensywności kontaktów, stopnia szczegółowości, wielości kanałów komunikacji etc. Generalnie im mniej tego wszystkiego, tym dłużej można ciągnąć ściemę.
Co do znać — to oczywiście kwestia mocno dyskusyjna. Dla jednego znajomość to spotkanie IRL, dla innego pójście do łóżka, dla jeszcze innego przegadanie czy przechlanie całego weekendu.
Gówno chłopu, nie zegarek, że zacytuję klasyków ;)
Masz rację, jeśli ograniczać kontakt do sfery łóżkowej. Natomiast jeśli mówimy w ogóle o kontakcie, to te rzeczy są pomijalne. W końcu jeśli Iksińskiemu zajebiście rozmawia się z Igrekowską via GG, to przy spotkaniu IRL nie jest istotna długość nóg, wielkość miseczki i tym podobne. No chyba że planują iść do łóżka, ale jeśli tak, to pewnie i to sobie wcześniej przegadali — podając wymiary, rozmiary i zamiary. Jeśli więc nie naściemniali za bardzo, to i rzeczywistość niewiele zmieni.
Ofkors wchodzi w grę jeszcze motyw wkurwiania pewnymi zachowaniami. Ale to już nie kwestia spotkania, tylko życia z kimś. Sieć ma z tym niewiele wspólnego :>
co wy z tym tembrem, ile razy spotkaliście kogoś, kogo głos tak bardzo wam się nie podobał, że tylko z tego powodu nie chcieliście kontynuować znajomości?
Odwrotnie. Ja przynajmniej parę razy chciałem „kontynuować znajomość” tylko z powodu barwy głosu ^^
No dobrze, ale przecież to na sam początek, jakby właścicielka cudnego głosu mówiła nim same głupoty, to przecież byś z nią nie był (zakładam). Przekonuje mnie argument o zapachu, którego się faktycznie przez net nie pozna (ale o nim nikt do tej pory nie mówił tu). Wygląd mi nie robi, poznałam ostatnio kogoś, kto w avatarze miał zdjęcie sprzed paru lat/kilogramów, IRL wyglądał jak inna osoba, ale to mnie wcale nie zniechęciło, dużo istotniejsze było nie wiem, to, że możemy gadać i gadać i jest fajnie.
„Ja przynajmniej parę razy chciałem „kontynuować znajomość” tylko z powodu barwy głosu ^^”
This.
To znaczy, oczywiście, zależy od charakteru znajomości, ale jeśli mówimy o flircie przez internet, to niestety, bez opatrzenia się, obwąchania i osłuchania w realu ani rusz u mnie i ani na to nie poradzę, ani radzić nie chcę (inna sprawa, że flirt != późniejsze bycie razem, przynajmniej u mnie).
Ja się czasem zastanawiam, czy gdyby pojawiła się okazja, ryzykować „realizację” dobrych znajomości czysto netowych. No bo co będzie jak mi się tembr głosu albo gestykulacja nie spodoba? ;-)
omujborze, jakbym czytała o moim dzieciństwie :O nawet sytuację z toaletą miałam podobną :X
Mi się wydaje, że wybór pomiędzy poznawaniem ludzi przez internet a poznawaniem ludzi w RL powinien opierać się między innymi na tym, na ile jesteś dziwakiem. Z bardzo prostego powodu: ludzie to nie magnesy. Przyciągają się podobieństwa, a nie przeciwieństwa. Jeśli jesteś osobą względnie mainstreamową (to nie jest wartościujące), rzeczywiście istnieje ryzyko, że w sieci trafisz na oszusta. Jeśli jednak masz kilka rzadko spotykanych cech, to prawdopodobieństwo bycia oszukanym jest pomijalne. Wyobraź sobie, że jakiś facet zakłada fałszywy profil na portalu randkowym, żeby wyrywać kobiety na kłamstwa. Co w nim napisze? Że jest bezdzietnym z wyboru agnostykiem, antyklerykałem i wegetarianinem, podczas gdy lubi dzieci, jest katolikiem i uwielbia kiełbasę? Mało prawdopodobne. W ten sposób radykalnie ograniczyłby liczbę osób, dla których jego profil będzie atrakcyjny. Dużo bardziej prawdopodobna jest sytuacja odwrotna, tzn. np. że facet, który nie cierpi dzieci, napisze, że je uwielbia, bo dzięki temu dla większej ilości kobiet jego profil będzie atrakcyjny i być może uda mu się którąś z nich zaciągnąć do łóżka. Jeśli do tego nie jesteś modelką, mało prawdopodobne jest, że jakikolwiek oszust stworzy fałszywy profil specjalnie pod Ciebie. Za dużo wysiłku w stosunku do oczekiwanego zysku. Jeśli natomiast chodzi o poznawanie ludzi w RL, to z punktu widzenia kompletnego dziwaka, np. bezdzietnego z wyboru miłośnika BDSM, jest ono stratą czasu: jakieś 99% kobiet, które poznaje w klubach, odpada już na dzieciach (stały związek BzW i osoby, która chce mieć dzieci, jest niemożliwy). Spośród 1%, który zostanie, zabawy BDSM lubi prawdopodobnie coś koło 10%. Raczej nie więcej, możliwe, że mniej. To daje 0,1% poznanych kobiet. A przecież to są warunki konieczne, a nie wystarczające. Dalej są jeszcze inne rzeczy. Internet pozwala przeskoczyć od razu do tych innych rzeczy.
Z mojego (nerdowskiego) punku widzenia, net jest świetnym medium do poznawania ludzi o podobnych zainteresowaniach. Moją Żonę poznałem na forum erpegowym (#wstydliwewyznania – dostałem od niej warna) i selekcja tematów do rozmów zadziałała genialnie. Wspólnota zainteresowań do dzisiaj stanowi mocny budulec naszego związku.
Mam generalnie wrażenie, że net świetnie pomaga nerdom w komunikacji. Oczywiście istnieje setka kłopotów związanych z bucami, ale to samo dotyczy każdego dojrzewania społecznego.
„Pominęłaś tę brzydką, czyli ryzyko że oczytany gość z którym tak fajnie się flirtuje jest obleśnym bucem po poradniku „google-fu 201: jak wyrywać nerdówy w internecie.”
Na żywo bywa podobnie. Świetny znawca egzystencjalizmu okazuje się bucowatym maminsynkiem, mającym problemy ze zmywaniem naczyń. Dojrzewanie komunikacyjne / społeczne polega właśnie na tworzeniu mechanizmów selekcji / obrony prywatności przed bucami.