Powietrze pachnie wermutem

Królowa napisała 10 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo mi się rzeczy od nowego roku zaczęły układać. Niby nie wierzę w magiczną odmianę losu dzięki zmianie cyferek w datowniku, a jednak końcówkę – a właściwie drugą połowę 2010 roku uznaję za jedno wielkie pasmo nieszczęść, problemów, chorób, strasznych stresów, trosk i tak dalej. A od nowego roku – nie tak od razu, ale coraz i coraz śmielej przychodzi szczęście i fart. Co chwilę się przydarza coś dobrego, problem się okazuje łatwy do rozwiązania, spotykają mnie mniejsze i większe sukcesy – ciekawa propozycja zawodowa, odrzucona ostatecznie przeze mnie, po rozważeniu plusów i minusów, ale świadomość, że jestem dobra mile łechce ego. Rzeczy w domu mi się ciągle psują, coraz więcej, ale też naprawa okazuje się łatwa i tania, jak w przypadku macbooka. No dobra, przymusowe włamywanie się do mieszkania i wymiana zamka nie była tanią imprezą, ale za to zyskałam sprawny, porządny zamek, z gwarancją dobrego działania przez następne 10 lat i posiadłam wiedzę o sensownej firmie ślusarskiej, taniej (najdroższy w imprezie był koszt zamka, nie robocizna) i uczciwej. Także jakby ktoś miał jakiś problem z zamkiem, to chętnie dam namiary. Mam wokół siebie życzliwych ludzi, dobrych przyjaciół, którzy mi pomagają – zarówno bardzo konkretnie, latając po mieście ze strojem Lorda Vadera, żebym nie musiała się zwalniać z pracy, by odebrać strój karnawałowy dla dziecka, czy też wsparciem niewymierzalnym, rozmawiając, lubiąc mnie, będąc.
Dzieciaki są fajne i mądre, jak w sumie zawsze, ale teraz Tomek nauczył się czytać, a Maja się rozgadała – bywa to czasem męczące (jedno ciągle literuje namiętnie wszelkie napisy, drugie zadaje niekończące się serie pytań), ale ja jednak uwielbiam jak moje potomstwo zyskuje nowe skille, dumna jestem z tego i czuję się dobrze w roli matki. I do tego jakieś przyjemne imprezy towarzyskie. I goście. I plany wyjazdowe przyjemne. I ogólnie, ogólnie mniej dramatów, mniej stresów, jak na razie zero jakichś ciągów beznadziejności. Może nie mam wizji i planu na najbliższe pięć lat, ale mam na najbliższe pięć dni… na następny weekend i następny, plany bliskoterminowe, ustalenia, wyliczenia dobrze mi robią.
Tak jakbym powoli pozwalała sobie na odrobinę optymizmu – pomału, pomalutku staram się unikać swojego tradycyjnego myślenia: „jest za dobrze, zaraz się coś spierdoli z hukiem”. Nie zakładam że wszystko będzie dobrze, ale też nie widzę wszystkiego w czarnych barwach, a to już sukces.
I tak jeszcze taka prywata i herma, bo mam taką potrzebę (icomizrobicie). Chcę publicznie podziękować paru osobom za kilka rzeczy z ostatniego miesiąca.
Izu – za wiele dobrych rozmów, za wszelką pomoc przy dzieciakach, za pilnowanie Tomka przy lekcjach i epicką imprezę
Zubilowi – za ganianie po mieście z moim maczkiem, z lordem Vaderem, ze słoikami po smalcu, ze żwirkiem dla kota, za rozśmieszanie mnie i za podnoszące ciśnienie flejmiki :]
Tacie Izu – za kredki, za cierpliwość podczas naszego najazdu w ramach akcji „zepsuty zamek”, za żwirek i za faks do Orange
Datriowi – za niezmienne bycie Moim Ulubionym Adminem i cierpliwą walkę z moimi kaprysami dotyczącymi wyglądu blogaska
Lisowi – za namówienie mnie na parę rzeczy, za nowy przepis na drinka, za różne inne rzeczy co sam wie
Luce – za rozmowę, która mnie wiele nauczyła i nieco ulżyła moim uczuciom
Pewnie kilka jeszcze osób by się znalazło, ale to już nie publicznie. Mam nadzieję, że kto wie, komu jestem wdzięczna i za co, ten wie ;)

A tytuł jest pretensjonalny i dziwny, ale tak mi się narodziła ta fraza któregoś uroczego wieczoru, kiedy powietrze pachniało wermutem, kardamonem i cytrynowymi muffinami i chciałam wykorzystać.

Tagi: , , , , , , , ,

Odpowiedz