11

W krainie wykluczonego europejczyka

Królowa napisała 2 lip, 2011 w kategoriach internetowe, szczuję

Niby mamy XXI wiek, inżynierię genetyczną, technologię, żywność GMO i cywilizację śmierci, a wciąż trzeba ręcznie odcinać końcówki z fasolki szparagowej przed jej gotowaniem.

A propos XXI wieku. Przetoczyła się przez internet dyskusja o #cyfrowewykluczenie zainspirowana tekstem w Wyborczej. Tekst jest krótki, ale mało zrozumiały, bo wynika z niego, że wykluczenie to nieczekingowanie się na Foursqare albo nieużywanie Twittera. No dobrze, bzdura, pośmialiśmy się, poflejmowaliśmy w piątkowy wieczór, do tego w końcu jest piątek, żeby mieć fun fun fun. Tymczasem opowiem wam coś o cyfrowym wykluczeniu. Mamy oto podręcznik do pierwszych klas szkoły podstawowej. Podręcznik „opracowany na podstawie programu nauczania Informatyka Europejczyka.” Podręcznik wydany w 2009 roku.
A w nim Miś Fredzio, Jaś Cytrynka i parę innych barwnych postaci chce ucznia oprowadzić po „krainie Informatyki Europejczyka”. Ok, ja się na uczeniu dzieci nie znam, ale generalnie mi się wydaje, że sześcio lub siedmiolatek zrozumie stwierdzenie, że będzie się uczył informatyki i robienie z nauki przedmiotu wycieczki po jakiejś krainie jest dość śmieszne. No ale. Pomińmy to. W krainie informatyki mamy komputer zestaw komputerowy, który składa się z jednostki centralnej, monitora, drukarki, myszy, klawiatury i głośników. Aha. Laptopy w tej krainie nigdzie nie występują. Nie występują też rzecz jasna inne systemy poza Windows, no ale tego już się nie czepiajmy, choć wzmianka o tym, że Windows XP to nie jest JEDYNY istniejący system w komputerach by chyba nie zaszkodziła. Wycieczka trwa, poprzez rozdziały o tytułach „Myszka lubi się bawić”, czy „Przygoda z klawiaturą” docieramy do nauki gry w sapera, pisania w notatniku (tu informatyka jest jakże sprytnie połączona z nauką patriotyzmu, bowiem zdania do przepisania to „Jestem Polakiem”, „Polska jest naszą ojczyzną”, „Orzeł w koronie jest naszym godłem” i tak dalej) oraz rysowania w programie Tux Paint. Już w 22 rozdziale uczymy się o internecie („to wielka sieć połączonych ze sobą komputerów, która obejmuje cały świat”) i wchodzimy na stronę z grami. Po grach przychodzi kolej na bezpieczeństwo (no, zdecydowanie ważniejsza od bezpieczeństwa w sieci jest kwestia nauki znajdowania gry „tetris kolorowy”) a potem komunikację. Autor podręcznika zaczyna wyjaśnieniem, że listy to najstarszy sposób przekazywania wiadomości, do tej pory listy pisane były tylko na papierze, ale oto teraz możemy wysyłać je za pomocą komputera. Po tym wstępie następuje instrukcja… adresowania koperty do tradycyjnego listu. Wraz z ćwiczeniami. I tak przez dwie strony. Na samym końcu rozdziału są trzy linijki tekstu wyjaśniające, że aby wysłać „komputerowy list” (e-mail to widać za trudne słowo dla siedmiolatka), komputer musi być połączony z internetem i że adresy takich listów wyglądają inaczej, na przykład: jcytrynka@wp.pl. I tyle.
Ale nie zatrzymujmy  się, pędźmy dalej przez krainę nowoczesnego europejczyka. W niej uczymy się zapisywać pliki w innych miejscach niż dysk komputera. Pliki te możemy nawet przenosić. W tym celu posłużymy się dyskietką. I mamy rozdział z nauką zapisywania plików na dyskietce. Bardzo profesjonalnie porady („Gdy  zgaśnie światło obok stacji dyskietek, wyjmij dyskietkę”.)
I ja wiem. Ja mam wysoki poziom nerdyzmu. Ja jestem na google plus, czekinguję się na miso i na fousquare i tak dalej. Ale – srsly – DYSKIETKI? I to jako normalna rzecz, bez żadnej wzmianki o tym, że to już w zasadzie nieużywany nośnik? Że już się nie produkuje dyskietek? Ani komputerów z napędem na nie? Błagam. Gdzie tam mówić o cyfrowym wykluczeniu przez fakt nieużywania Twittera, jak w 2011 roku uczymy dzieci zapisywać na dyskietce.

Tagi: , , , , , , ,

 
5

Lubię, kiedy kobieta (omujborze, cojaczytam, japierdolę)

Królowa napisała 15 cze, 2011 w kategoriach ogólne, szczuję

Trafiłam na fejsie na zalajkowaną przez kogoś notkę Segritty o wzniosłym tytule „Lubię, kiedy mężczyzna”. I gdzieś to mam, że nawiązanie do Przerwa-Tetmajera, bloga Segritty czytałam kilka razy i zawsze miałam go za bloga Kobiety, Która Ma Poglądy i nie boi się ich wyrażać, nawet jeśli są kontrowersyjne albo niepasujące do ogólnie przyjętego wzorca. I nagle na tym blogu trafiam na słodkopierdzącą notkę, w której autorka wychwala zalety swojego chłopaka (partnera, męża, kochanka, samca, chujmnietoobchodzi kogo formalnie) w odniesieniu do swoich oczekiwań. Ależ proszę bardzo, jej samiec, jej upodobania, zajebiście, że się dogadują, acz rozczarowanie, że nagle trafiam na tym blogu na notkę Szczęśliwej Mężatki*

*Szczęśliwa Mężatka to określenie z książki „Dziennik Bridget Jones”, jest to zatem określenie nieco hermetyczne, jak ktoś czytał, to wie, jak nie czytał, to nie wie, kieruję swoje słowa do osób, które czytały, jak ktoś nie rozumie,  jego strata.

No ale cóż, to rozczarowanie do przebolenia, gorzej, że okazuje się, że notka wywołała reperkusje u Astragalizo i Szwedzkiego, którzy poczuli się zobowiązani do ironicznego skomentowania nociałki. No i po co, ja się pytam, po co? Na cóż tu zgryźliwe stwierdzenie, że wyjadanie komuś oliwek z pizzy to „okazjonalne zapamiętywanie upodobań”, toż Segritta pisze o swoim księciu na białym koniu i nie widzę w jej notce ambicji przenoszenia tego na ogólne zasady funkcjonowania związku. No tak, ona lubi jak się jej wyjada oliwki z pizzy i nie proponuje jej piwa, ja bym dostała piany za próbę kradzieży choćby jednej oliwki z mojego kawałka pizzy i próbę pozbawienia mnie piwa, noicoztego. Smutna nieco jest notka pierwotna, bo, jak pisałam, na tym blogu oczekiwałam błyskotliwych uwag o charakterze ogólnym, a nie wynurzeń „lubię jak on nosi koszule”, ale jeszcze smutniejsze jest, że ktoś uznał, że na takie pienia o Mężczyźnie Swojego Życia musi pierdolnąć kontrnotkę wykazującą, jak złe są te konkretne oczekiwania jakiejś laski, no bo przecież każdy powinien na blogasku pisać o ogólnych zasadach i broń boże o personalnych doświadczeniach. No ma taka Segritta tak, że nie lubi oliwek, jest to z mojego punktu widzenia smutne, ale czy aż tak, że należy się zapienić i wykazać jej, jak bardzo to jest złe? A niechże sobie każdy lubi to, co lubi, czemuż ja mam reagować na opowieści o czyichś gustach kulinarnych? Z czego tu w ogóle robić dramę? Z faktu, że ktoś docenia, że jej miś ją drapie po plecach? A niech sobie docenia, co mnie to? Podzielam – no spoko, ale nie oceniam swoich upodobań jako dobre, bo „ktoś ma tak samo, hurra”. Nie podzielam? Wzruszam ramionami i idę dalej, #comnietoobchodzi.

Tagi: , , , ,

 
4

Porno wyciąga macki po niewinne dzieci

Królowa napisała 8 cze, 2011 w kategoriach prasówka, szczuję

Jeden znajomy podlinkował na Facebooku artykuł o tytule „Porno za jeden SMS”. Kliknęłam, przeczytałam, zażenowałam się nieco. Tekst bowiem zaczyna się od pełnego patosu stwierdzenia, że jeśli rodzic myśli, że po założeniu filtra rodzinnego na laptopa jego „potomek” jest dobrze chroniony, to się myli, bo wystarczy, że kupi się gazetę z programem telewizyjnym, a dziecko ma dostęp do telefonu komórkowego i niebezpieczeństwo czyha. A dalej, jest jeszcze dramatyczniej – oto historia jak ze (złej) bajki, zaczyna tekst autorka. I dalej opisuje historię 9-letniego Krzysia, który po Pierwszej Komunii dostał wymarzony telefon komórkowy i 200 złotych do wykorzystania. Po czym „bawił się w najlepsze”.
[tu dygresja - zostałam nauczona, że telefon, obojętnie jaki, to przede wszystkim narzędzie do komunikacji, a nie zabawy. owszem, w dzisiejszych czasach telefony to również zabawki (są już nawet modele będące jednocześnie prawdziwą konsolą do gier i telefonem w jednym), ale mimo wszystko moim zdaniem ich podstawowa funkcja to umożliwianie kontaktu między ludźmi]
Zatem dziecko się bawiło, do czasu, gdy za sprawą „kolorowego pisma leżącego na komodzie” odkrył jeszcze jedną funkcję telefonu. Otóż na okładce, obok tapet z misiami i dziecięcych gier znajdowały się reklamy filmów „od 18-stu lat” do ściągnięcia na telefon za złotówkę. Dziecię zatem wysłało smsa z chęcią zakupu filmu, gdy w odpowiedzi przyszła „weryfikacja”, czyli pytanie: „czy masz osiemnaście lat?”, kliknął: „tak” no i dostał na komórkę ostre porno. Po czym kupił jeszcze kilka takich filmów.
Tu niestety opowieść (okraszona wypowiedziami zrozpaczonej matki, która nie zdawała sobie sprawy z tego, że w piśmie z programem telewizyjnym mogą być „takie rzeczy” i barwnymi śródtytułami w rodzaju: „filmik erotycznej grozy”) się urywa i nie wiadomo co nastąpiło dalej, za to mamy opis działań stowarzyszenia, prowadzącego akcję pod hasłem „Zanim porno porwie twoje dziecko”. Akcja dąży do „zakończenia tego skandalicznego procederu”, co na początku brzmi dość enigmatycznie, potem jednak wyjaśnia się, że chodzi o sposób dystrybucji treści pornograficznych w sposób umożliwiający zapoznanie się z nimi przez małoletnich. Dodatkowo, jak wyjaśnia przedstawiciel stowarzyszenia, powinni działać rodzice i obywatele. Działać rodzice. Świetnie. Jednak jak działać? Ano wysyłać „majle” do Prokuratora Generalnego z opisem „procederu”. Dalej następuje cytat z KK i wypowiedź adwokata o możliwościach prawnych.
Tak więc cały ten dramatyczny opis sprowadza się do tego, że biedne dzieci są narażone na ostre porno przez te okropne firmy, uprawiające proceder zamieszczania reklam w gazetach. Fakt, że dziecko przeczytało, że musi mieć 18 lat i że skwapliwie potwierdziło nieprawdę, jest podany, ale to jakoś nic takiego. Cała wina jest złożona na wstrętne firmy promujące porno.
Nie uważam, że to dobra rzecz, że reklamy filmów dla dorosłych są tuż obok reklam gier dla dzieci. Acz, z tego co pamiętam z czasów, kiedy ostatni raz miałam w ręku tego typu gazetkę (program telewizyjny sprawdzam od dawna w internecie), to reklamy tych filmów nie epatują gołymi cyckami, tylko właśnie głównie się składają z napisu typu „18 +”, który sam w sobie jest dość neutralny, jakkolwiek przekazuje pewną treść. Jest mnóstwo rzeczy, które są tylko dla dorosłych. Jednym z mnóstwa zadań rodzica, jest nauczyć dziecko, co jest właściwie i dobre dla niego, a czego powinno się wystrzegać, na co uważać i tak dalej. A także, jak korzystać z zabawek czy też narzędzi. Telefon, nawet jeśli uznamy go za zabawkę, nie jest czymś takim, jak samochodzik – jest to dość poważny „sprzęt”, jego używanie wiąże się z pieniędzmi. Dając dziecku telefon, trzeba je nauczyć jak z niego korzystać i że nie zawsze, jeśli gdzieś jest napisane „wyślij smsa”, to trzeba go wysłać. A wręcz przeważnie zupełnie nie jest to potrzebne. Dziecko też należy uczyć, że nie wolno kłamać – jeżeli ktokolwiek go pyta, czy ma skończone 18 lat, a dziecko w wieku lat 9 radośnie potwierdza – owszem, JEST TO KŁAMSTWO. Oczywiście – można powiedzieć – to tylko dziecko. Skuszone ciekawością, zakazanym owocem, któż z nas nie popełnił internetowego kłamstwa pod tytułem „zapoznałem się z regulaminem” i tak dalej i tak dalej. Jednakże przedstawianie całego problemu jako perfidne i podstępne (wszak cena filmiku była „zachęcająca”, bo była to tylko złotówka!) działanie firmy promującej porno, która dybie na nieświadome niczego dzieci, jest, delikatnie mówiąc, nadużyciem.
Dzieci nie chroni się odcinając od „zła”. Częściowo można jego wpływ zminimalizować, ale całkowicie się go zlikwidować nie da. Dzieci trzeba uczyć. Uczyć odróżniać dobro od zła, uczyć używać narzędzi, uczyć ufać rodzicom i kierować swoje pytania do nich, uczyć rozsądku. Uczyć nie dać się złu. Przez „zło” w tym momencie rozumiem nie tylko to nieszczęsne porno, ale wszystko co dla dzieci niedobre. Stawianie tezy, że dziecko zostało „porwane” przez porno, bo firmy są złe, a jedyne działania rodziców w tym momencie mają się sprowadzać do krzyczenia „zaorać pornobiznes”, jest śmieszne. Fajnie, że stowarzyszenie porusza problem dostępności takich treści. Niefajnie, że w swoich perorach nigdzie nikt nie wspomina o tym, że z dzieckiem trzeba rozmawiać i je edukować. Że to oczywistość taka, że nie trzeba pisać? Niestety, dla wielu nie, więc jak już się wkłada tyle energii w walkę, zawsze warto wspomnieć o tym najważniejszym aspekcie. Bo zło będzie istnieć zawsze, w tej czy w innej formie, będzie wyciągać macki po dzieci i nauczenie ich jak się nie dać, to podstawa. Inne działania to już dodatek.

I jeszcze dodatek – fragment rozmowy z pedagog Alicją Długołęcką:

Często rodzice po prostu zabraniają dziecku to oglądać.

I to jest tak jak z tym zakładaniem majtek, z zawstydzaniem. Nie chodzi o to, żeby dziecko zawstydzić i ukarać. Chodzi o uczenie dokonywania wyboru, odróżniania rzeczy wartościowych od śmieci. Nie polega to na wydawaniu sądów, ale na rzeczowej argumentacji. Byłam kilkakrotnie w takiej sytuacji i to był szok dla nastolatków, bo kiedy otwierali się i opowiadali o tym, co oglądają, siadałam z nimi i pytałam, co widzieli. Bywało, że pokazywali mi taki filmik w telefonie albo zdjęcia. I oglądałam z nimi, oczywiście nie za długo. Mówiłam o tym, że jest to pewna fantazja na temat życia seksualnego. Dawałam im odczuć, jaki jest mój stosunek do tego. Że warto szukać bardziej estetycznych, prawdziwych i piękniejszych obrazów. Byli zaskoczeni, że podaję im rzeczowe informacje, jak naprawdę wygląda praca takiego aktora, że nie uciekam od tematu. Młodzież jest wtedy szczera i poruszona i zaskakuje na korzyść. Każdy przecież tęskni za piękną miłością i seksem, ale nastolatkowi, który jeszcze nie ma takich doświadczeń, łatwo się pogubić na edukacyjnej pustyni. Wielu z nich przyjmuje, że w świecie dorosłych to właśnie tak wygląda. Jeśli jesteśmy rodzicami, którzy są w stanie to zrobić, to zróbmy. Gwarantuję, że taki młody człowiek nie będzie mieć potem tak ostrej ciekawości związanej z pornografią i nie będzie to go ‘niezdrowo podniecać’.

Całość rozmowy „Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie”.

Tagi: , , , ,

 
1

Flashbacki

Królowa napisała 4 cze, 2011 w kategoriach rozdrapywanie

Taki moment, kiedy jedziesz autobusem, czytasz. I nagle podnosisz wzrok znad książki, siedzisz, patrzysz się w przestrzeń i orientujesz, że nie wiesz, czy masz ochotę się rozpłakać czy śpiewać i tańczyć od przepełniających cię dobrych emocji. To jak on się nazywa, taki moment?

 

Tagi:

 
5

Kombinat pracuje, oddycha, buduje

Królowa napisała 30 maj, 2011 w kategoriach rozdrapywanie

Otóż nagle mi zmienili miejsce pracy. Mój dział i ten, który dzielił z nami newsroom, przeniesiono w błyskawicznym tempie do innego budynku. Dzisiaj pierwszy dzień w nowym biurze i niestety, jestem rozczarowana. Są plusy, pewnie: dużo większa przestrzeń i lepsza klima (no, to akurat subiektywne jest, ja sobie sprytnie zajęłam biureczko przy oknie i nawiewie klimatyzacji jednocześnie, więc mam chłodek, ale w innej części pokoju jest podobno duszno, toteż od razu znów zaczęło się majstrowanie przy ustawieniach oraz odwieczne dyskusje „otwieramy okna czy nie”). Ale jak na razie to są moim zdaniem jedyne plusy. Krzesła są dla mnie niewygodne. Budynek brzydki i pozbawiony pomieszczeń tyle praktycznych, co socjalizujących – atrium, kawiarni, stołówki, palarni. Niby jest bardzo blisko mojego domu w porównaniu z poprzednim, ale dojazd mam kiepski, większość ludzi pewnie też, a sytuację komplikuje fakt, że parking firmowy jest malutki, a ten przed budynkiem jest płatny. Żadnego sklepu blisko, nie ma bankomatu w banku na dole, nic. Wejście jest łatwiejsze, ale potem od razu są smutne, ciemne korytarze i za nimi tylko pokoje. A w pokoju biureczka otoczone z trzech stron półprzezroczystymi ściankami pleksi – niby coś widać, niby można pogadać, ale bariera, głównie psychiczna, jest. W starej lokalizacji mieliśmy zestawione ze sobą biurka i na nich komputery, keine grentzen. W nowej takie akwaria. Masz krzesło, biurko, komputer, pracuj i tyle. Nawet w poczucie estetyki mnie boli, poprzedni budynek był pięknie zaprojektowany, jasny, przestronny, przytulny. Staram się być dobrej myśli (w końcu stołówkę mają zrobić, a w nowej kuchni jest lodówka i mikrofala, czego mi brakowało w starej), ale… Smuteczek jest. Nawet fakt, że jest blisko domu, jest, jak się okazało, nie taki fajny, bo 20-25 minut dojazdu z poprzedniego biura wykorzystywałam na drzemkę, poczytanie książki czy choćby posiedzenie i posłuchanie muzyki – taki czas na reset, na przestawienie się z trybu pracy „ludzik korporacyjny”, na tryb „rodzic” – czas na odpoczynek między dwoma etatami. A teraz wsiadam w autobus i po siedmiu minutach odbieram dziecko ze szkoły, nie mam tego czasu na psychiczny odpoczynek. Ehhhh…

*edit: pan, który przynosi zestawy sushi zdecydowanie dopisuje się do listy plusów. pyszne, świeże, w bardzo atrakcyjnych cenach, a pan przemiły i dorzuca sos sojowy w dowolnych ilościach.

Tagi: ,

 
4

Tramwaj Filo – party hard

Królowa napisała 15 maj, 2011 w kategoriach impreza, miasto

To była epicka sobota. Najpierw odsypialiśmy. Później powędrowaliśmy na podwójne urodziny znajomych dzieci. Kinderbale są raczej dość straszną rzeczą, ale tu byli sami fajni (w większości) dorośli i dużo dobrego wina, więc było całkiem przyjemnie. Nawet składanie upiornego zestawu stajni Playmobile było zabawne. A potem ruszyliśmy do Centrum i całkiem przypadkiem, po prostu chcąc pojechać tramwajem, natknęliśmy się na pierwszy kurs Tramwaju Filozoficznego. Dzieciaki były zachwycone tramwajem z balonikami, serpentynami światłami i muzyką, spotkani znajomi byli radośnie zdziwieni tym, że udało nam się tak przypadkiem trafić na TEN tramwaj, dostałam koszulkę, po czym wysiedliśmy i poszliśmy zdobywać 30 piętro Pałacu Kultury w ramach Nocy Muzeów. To akurat nie wypaliło, bo okazało się, że ponieważ nie odebrałam wcześniej swojej wejściówki, musiałabym teraz galopować po nie dokładnie na drugą stronę PKiN, a potem wracać do wind, czyli byśmy musieli zrobić rundę wokół Pałacu, a trochę już na to było mało czasu i sił. Więc odpuściliśmy, pojechaliśmy do domu, złapaliśmy piżamy dzieci, ja zmieniłam częściowo ubranie, nakarmiłam kota i znów pognaliśmy do metra, a potem do domu Izu. Tam bardzo padnięte dzieci położyłam spać pod pieczą taty Izu, a my dwie poszłyśmy łapać tramwaj :]
Udało się nam to zrobić pod Centralnym i zaczęła się zabawa. Pomysł imprezy w tramwaju jest cudowny. Jedzie sobie tramwaj wyglądający jak normalny, ale nie ma numeru linii tylko W jak Wycieczkowy, w środku kolumny, kolorowe światła, dekoracje i mnóstwo wesołych, tańczących ludzi. Reakcje ludności na przystankach – bezcenne, zdumienie, radość, zdjęcia, śmiechy. Super. Fantastycznie się skacze w jadącym tramwaju do Guano Apes :)
Parę razy wylatywaliśmy na przystanku i tam parę sekund tańczenia i skakania, a potem lekko paniczny powrót – kilka osób tu i ówdzie zostało, ale potem czasami udawało się dogonić tramwaj Filo. Pan motorniczy był cudowny, dał nam jeden przejazd gratis a potem zawiózł do klubu na afterparty. Tam już nie było tak fajnie, raz, że kazali płacić za wejście jak ktoś nie miał znaczka imprezy (a tych zabrakło dość szybko), dwa, że jakoś mało miejsca o siedzenia było, ostatecznie ja spędziłam większość czasu stojąc na dworze przed klubem, paląc i gadając z ludźmi, którzy wybrali ten sam sposób spędzania tam czasu i okazało się to dobrym pomysłem na imprezę na Pradze. Potem powrót do domu taksówką i… no cóż, odsypianie :]
Bolą mnie wszystkie mięśnie od tańczenia przez półtorej godziny, wyluzowałam się niesamowicie, odstresowałam, wybawiłam . Studenci filozofii ( i okolic) to bardzo mili ludzie, niby nie znałam wszystkich uczestników imprezy (po prawdzie to większości nie znałam), ale i tak czułam się wśród „swoich”, bezpieczna, lubiana i tak dalej. Królowa jest zachwycona, wielkie dzięki dla organizatorów i wszystkich, z którymi odbyliśmy tą szaloną przejażdżkę. No i czekam na zdjęcia.
Do następnego roku!

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Mnogości

Królowa napisała 5 maj, 2011 w kategoriach Bez kategorii

- Więc, wybacz mi znowu ten zwrot, mogłabym mieć mężczyzn. Kobieta,
jeżeli nie jest szczególnie upośledzona przez los, a już jeżeli jest jako
tako ładna, może mieć bez większego trudu każdego mężczyznę…
/…/
- Ale nie chcę. Bo jeszcze więcej niż tej gry, wiesz, to brzydzę się
mnogości. Wielości. Brzydzę się. Fizycznie i nie tylko fizycznie. Ja nie
jestem wieloma kobietami. Jestem jedną kobietą i chcę być jedną. I nie
chcę wielu mężczyzn. Chcę jednego. Chciałabym. Rozmawiam nieraz z
koleżankami, tak ogólnie, ale trochę też o tym, i one mówią: „Trzeba
mieć zdrowy stosunek do tych spraw”. Zdrowy stosunek według nich to
spać z każdym mężczyzną, który się podoba, który jest przystojny albo
miły, ujmujący, albo który kobiecie czymś imponuje, szybką jazdą na
motorze, szampańskim wydawaniem pieniędzy albo grą na gitarze, albo
czymś w tym rodzaju. Jeżeli to jest zdrowy stosunek, to mój jest chory. Ale
ja nie myślę, że mój Jest chory. Nie mogę, a nawet gdybym mogła, nie
chcę spać z wieloma mężczyznami, z drugim, trzecim, piątym. Z jednym
chciałabym. I nawet tańczyć nie chcę z wieloma. Nic chcę się ocierać o wiele
męskich ciał. Nie wiem, co o tym pomyślisz, ale powiem ci, że ja nie widzę
dużej różnicy pomiędzy zatańczeniem z mężczyzną a położeniem się z
nim do łóżka. Na pewno można na to spojrzeć inaczej, nie tak drastycznie,
jak powiedziałaby moja koleżanka, ale ja tak to widzę i mówię ci to, bo
chcę ci powiedzieć. Żebyś wiedział o mnie. Choć ja o tobie to, tak
naprawdę, nie wiem nic. Widzę cię po raz drugi w życiu i wszystko, co
myślę o tobie, to sobie wyobraziłam.

Edward Stachura „Pokocham ją siłą woli”

Tagi: , ,

 
9

Bunkier! Prawdziwy bunkier!

Królowa napisała 15 kwi, 2011 w kategoriach miasto

Dwa tygodnie temu, w sobotę, o 7 rano obudził mnie hałas za oknem. Hałas dość znaczny, bo jak stwierdziłam naocznie, jego źródłem był jakiś wielki młot czy tam świder, którym rozwalano nawierzchnię ulicy pod moim blokiem. Tak oto zaczął się remont nawierzchni i torowiska na ulicy Nowowiejskiej. Uciążliwa impreza, nie powiem. Dzień i noc hałasy. Ale odkrycie, którego przy okazji dokonano, w moim odczuciu wynagrodziło niedogodności. Otóż przeczytałam najpierw w internecie, że pod Placem Zbawiciela znaleziono poniemiecki bunkier z czasów II wojny światowej. Jak twierdzą specjaliści – jest to Ringstand 58c, czyli tzw. Tobruk. Militariami nigdy się specjalnie nie interesowałam. Ale prawdziwy bunkier z 1945 roku, wykopany 50 metrów od mojego domu? Czad. Poleciałam oczywiście zobaczyć na własne oczy, często tamtędy chodzę również po prostu gdzieś idąc, i powiem wam, że bunkier jest lokalną sensacją. Ludzie stają, oglądają, robią zdjęcia, rozmawiają między sobą o nim. Staruszki zagadują robotników pracujących tam. Przyjeżdża TVN Warszawa i kręci migawki. Super impreza :)

Tagi: , , ,

 
2

Małe przyzwyczajenia

Królowa napisała 3 kwi, 2011 w kategoriach ogólne

Było kiedyś takie powiedzenie „starokawalerskie nawyki”. Panieńskich nawyków się nie uświadczało, bo w czasach gdy wyrażenie powstało, panienki nie mieszkały same. Teraz jednak czasy się zmieniły, toteż ja mam panieńskie nawyki. Mieszkam może i nie sama, ale nieletni się dostosowują. Nawyki są różne, ustawianie pozmywanych naczyń na suszarce według specjalnego, mi tylko znanego klucza, wyrównywanie słoiczków na półce i książek, żeby stały równo (że już nie powiem o kolejności książek na półkach, ale czy to można nazwać nawykiem? każdy normalny człowiek ma jakiś porządek w biblioteczce). O tym, jakie mam nawyki, moje, własne, zakorzenione, wstydliwe (?) dowiaduję się też, gdy mam gościa. Szczególnie, gdy gość nocuje, zostaje dłużej, jest gościem z innego miasta i śpi i spędza dzień i tak dalej. Nagle się wtedy orientuję ile rzeczy lubię robić sama, albo tylko z dzieciakami i jak mnie wtedy czyjaś obecność… krępuje to za duże słowo, ale jest jakaś niekomfortowa. Kiedy powstrzymuję się przed czymś, „bo ktoś”. Bo nawet nie tyle mnie obchodzi „co on sobie pomyśli”, to akurat mam w nosie, ale chodzi o to, że to jest moje. Nasze. Nie chcę się dzielić. Jak tańczę z córką po kuchni do piosenek Florence and the Machine, to niepotrzebny nam ktoś obcy do tego. Tomek może popatrzeć, może się dołączyć – ale Tomek to rodzina. Wszyscy inni – czemuż mieliby oglądać nasze wirujące sukienki, rozwiane włosy, słuchać mojego fałszywego śpiewu i radosnego śmiechu Majki, a potem widzieć jak padamy na podłogę, zaśmiewając się szaleńczo? To nasze. Takie małe radości, małe rytuały rodzinne. Nie wiem, czy kiedyś będę w stanie wpuścić do nich. Na pewno nie do wszystkich. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś usłyszał, jak śpiewam, to mogłoby wywołać uszkodzenia słuchu czy coś ;)
Czy wy też tak macie? Rzeczy, które robicie tylko sami, nie dlatego, że akurat kogoś z wami nie ma, tylko właśnie dlatego, że nie ma? Coś, co teoretycznie nie jest niczym wstydliwym, ale jakoś tak… jest wasze i nie chcecie się dzielić. Albo jednak wstydliwe, więc seanse w rodzaju popcorn/chipsy+cola+głupie filmy urządzacie tylko jak jesteście sami w domu.
W bonusie (albo jako rekompensatę za to, że ten wpis to takie pleple bez większego sensu) – piosenka przy której dziś z Mają tańczyłyśmy do upadłego. Dosłownie upadłego :)

Tagi: , , , , ,

 
22

To nie jest miasto dla nocnych ludzi

Królowa napisała 18 mar, 2011 w kategoriach miasto, szczuję

Jakiś czas temu wybrałam się ze znajomym do kina. Film był o dość wczesnej godzinie, o 20.30, więc jak się skończył przez 23.00, chcieliśmy iść gdzieś pogadać. W galerii handlowej już oczywiście wszystko pozamykane, wychodzimy więc i trafiamy na knajpę obok. Wchodzimy, chcemy usiąść – „ale o tej porze to zapraszamy na dół, proszę państwa”. No dobrze, idziemy na dół, chcemy usiąść – pojawia się jakieś stworzenie o nieokreślonej płci i wieku i mówi, że na tych miejscach usiąść nie możemy, bo tu jak się zamawia coś do jedzenia, no a o tej porze to i tak nie można. Siadamy gdzie indziej, podchodzimy do baru. – O tej porze, to mogą już państwo złożyć ostatnie zamówienie. Zamawiamy po piwie, siadamy, rozmawiamy, po około 20 minutach przychodzi jakaś pani i mówi:
- Zepsuła nam się muzyka, więc dzisiaj kończymy trochę wcześniej.
- Ale mogę dopić to piwo? – pytam zjadliwie nieco już poirytowana.
- Tak, tak, oczywiście, ja tylko chciałam powiedzieć…
- To świetnie, dziękuję.
Dopijamy oboje to piwo, ale jeszcze się nie nagadaliśmy, ledwo dochodzi północ, a my jeszcze nie na tym etapie znajomości, kiedy się jedzie pić dalej u kogoś w domu, zapada decyzja o udaniu się na Chmielną. Idziemy, natrafiamy na miejsce gdzie obok siebie dwie otwarte knajpy. Podchodzimy do jednej, przed drzwiami kelnerka lub barmanka i w ramach powitania mówi: o tej porze, to już tylko na takiego szybkiego, naprawdę szybkiego drinka. No to dziękujemy pani uprzejmie, podchodzimy do drzwi drugiej, tam również stoi barman – na papierosie – i mówi: proszę, proszę, ja wiem, że człowiek się musi napić. Fajnie, wchodzimy, barman dopala i udaje się za nami, po czym okazuje się, że nie jest tak różowo, bo informuje nas od razu, że jednak o tej porze, to już możemy złożyć tylko jedno zamówienie. Jezu. Zamawiamy zatem od razu po dwa drinki, siedzimy, pijemy, oprócz nas jeszcze jakieś dwie pary również pogrążone w rozmowie. Mija czas, obsługa coraz bardziej nerwowo zerka na klientów, na zegarki, na klientów, na zegarki… Upraszam barmana o jeszcze jedno tequila sunrise, posługując się mniej argumentem, że przecież na drzwiach jest napisane, że do ostatniego klienta, a bardziej trzepotaniem rzęsami, dopijamy tego trzeciego drinka i wtedy już obsługa grzecznie, ale bardzo stanowczo nas wszystkich wyrzuca. No i tak, koniec zabawy.

Jedziemy do domów, a ja w nocnym autobusie rozważam: dlaczego w tym mieście, „do ostatniego klienta” znaczy: „do momentu, aż obsługa chce iść do domu?” Dlaczego klient jest dla knajpy, a nie odwrotnie? Dlaczego jak ktoś w późnych godzinach nocnych chce coś zjeść, to w zasadzie ma wybór między Makdonaldem z okienka, a zamówieniem Pizzy Nocą do domu? A jak chce się spokojnie napić w takichże godzinach, to zostaje mu nabycie flaszki na stacji benzynowej (co też, czytałam, może zostać niedługo uniemożliwione, albowiem senat chce wprowadzić zakaz sprzedaży alkoholu tamże) i wypicie jej w mieszkaniu? Kurde, no. Jak tu mieszkać, jak tu żyć.

Tagi: , , , , , ,