0

Brzydkie słowa, brzydki świat

Królowa napisała 4 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Wiele jest rzeczy, które nas denerwują w tak zwanym „dzisiejszym świecie”. Narzekamy, ustnie, pisemnie, jednak niewiele zmieniamy. A są rzeczy, które dość łatwo zmienić. Przeczytałam ostatnio opowieść polskiego pisarza, który wzburzony pewną sytuacją na jego osiedlowym podwórku zwrócił się do obcego dziecka wulgarnymi słowami. Na słowa zareagował ojciec rzeczonego dziecka, konflikt eskalował do tego stopnia, że w sprawę była zamieszana policja. Ostatecznie sprawa skończyła się pokojowo, ale zastanowiło mnie to, że w toczonej publicznie dyskusji na temat tego zdarzenia mało kto zwracał uwagę na sam początek – czyli na niekulturalne zwrócenie uwagi dziecku. Dzieci mają do siebie to, że się uczą świata. To, jakimi dorosłymi zostają, to, jakimi wartościami się kierują w dorosłym życiu, to jakiego języka używają, zależy od nas – dorosłych. Kształtowanie się człowieka zaczyna się w domu rodzinnym. Potem dochodzą oczywiście rówieśnicy – jednak oni też początkowe wzorce czerpią od rodziców. Otoczenie – media, kultura, sztuka – to już wszystko tworzone przez dorosłych, to oni mają wpływ na to, jaki z tych źródeł płynie przekaz.

A ten przekaz wydaje mi się być coraz bardziej wulgarny i spłycony. Dziecko obserwuje świat dorosłych i widzi, że użycie „kurwy”, „chuja” czy „pierdolenia” jest na porządku dziennym. Takich słów używa rodzic, takich słów używają ludzie z różnych środowisk, takie słowa są coraz silniej obecne w życiu codziennym. Również w internecie, który przecież staje się bardzo bliskim coraz to młodszym dzieciom medium. Nieistotne jest już to, że są filtry wulgaryzmów czy możliwość blokowania stron – to po pierwsze nie zawsze skuteczne mechanizmy, po drugie jednak nie żyjemy w internecie, a na ulicy nie można dziecku włączyć filtra na określone słowa.

Jeszcze kilkanaście lat temu, może kilkadziesiąt funkcjonowało przekonanie o tym, że to „niziny społeczne” używają wulgaryzmów często i bez ograniczeń. Teraz zaczepiający mnie na ulicy bezdomni pytają mnie uprzejmie „Księżniczko, czy poczęstuje pani papierosem?”, a to u ludzi uważanych za elity kraju słyszę kurwy i chuje. Idę po ulicy – mijają mnie dobrze ubrani ludzie wykrzykujący do telefonów potoki wulgaryzmów. Zaglądam do prasy, a tam historia dyrektorki teatru, która papieża nazywa chujem oraz Katarzyna W., która „wychujała” organy ścigania. Blog technologiczny – „bądź kurwa ostry jak brzytwa”. Portale społecznościowe – „zimo wypierdalaj”. I tak dalej i tak dalej, artyści, dziennikarze, ludzie kultury, biznesmeni, politycy – „Taka, kurwa, konwencja”, dowiaduję się z tygodnika uważającego się za opiniotwórczy.

Gdy byłam dzieckiem poznałam oczywiście w pewnym momencie wulgarne słowa. Poznałam je i dowiadywałam się, że owszem, takie słowa istnieją, ale człowiek kulturalny, wykształcony, szanujący innych i chciany być szanowany nie powinien ich używać. A jeśli już, to w wyjątkowych sytuacjach i jeśli miał świadków – powinien przeprosić. Dziś sama jestem rodzicem i takie same wartości próbuję przekazywać moim dzieciom. Ale czuję się coraz bardziej bezradna, bo choć wciąż to ja jestem dla moich dzieci największym autorytetem, to jednak dostają one coraz więcej bodźców ze świata zewnętrznego, gdzie bynajmniej te zasady nie są stosowane. Dorośli coraz śmielej dają sobie przyzwolenie na to by rzucać kurwami w każdych okolicznościach, bo przecież „wszyscy tak robią”.

Otóż sprzeciwiam się. Nie chcę, by moje dzieci dorastały w takim świecie. Nie chcę, by te wulgarne, brzydkie słowa otaczały je na każdym kroku. Sama oczywiście nie jestem bez winy, sama zaczęłam wpadać w trend zastępowania wielu słów kurwami. Toteż pracuję nad sobą. To nie jest łatwe, nigdy nie było i nie będzie, ale gryzę się w język. Zastępuję kurwę kurczęciem albo innym słowem lub milczę w ogóle. Gwiazdkuję kawałek słowa albo w ogóle go nie używam. Staram się kulturalnie przekonywać do używania kulturalnych słów. Nie przeklinam w rozmowie z Tobą – ty też nie mów do mnie przekleństwami. To takie proste, podstawowa zasada „traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany”.

Wracając do sprawy pisarza, który zwyzywał dziecko – gdy już opisał on zakończenie historii, kiedy to finałem było wspólne budowanie w zgodzie i sympatii, spytałam na koniec dyskusji, czy nie uważa w takim razie, że na przyszłość lepiej wyjaśnianie konfliktów zaczynać od spokojnej rozmowy bez wyzwisk. Odpowiedział, że nie wydaje mu się. I zrobiło mi się smutno. Bo jeśli pisarz – w świecie moich wartości wciąż jeszcze człowiek, który w pewien sposób wyznacza szlaki, kształtuje postawy – nie sprzeciwia się wulgaryzacji języka, to jak ma powstawać więcej wartościowej literatury? Skoro wszyscy przeklinają, skoro tyle słów można zastąpić kurwami i chujami, to po co się wysilać, po co używać innych słów. I ludzie zapominają o innych słowach. Im więcej przeklinają, tym rzadziej podejmują umysłowy wysiłek dobierania słów do sytuacji. Tym uboższy więc staje się język i tym większe społeczne przyzwolenie na to, by nawet językoznawcy beztrosko i radośnie rzucali mięsem pod pozorem żartu czy konwencji. Nie można wszystkiego obracać w żart czy konwencję.

Świat jest taki, jakim go tworzymy, próbujmy tworzyć lepszy świat, zamiast pogrążać się w bezproduktywnym narzekaniu. Ograniczajmy wulgaryzmy. W mowie, w piśmie. Chociaż jednego dnia na początek. Chociaż w obecności dzieci. Potem z jednego dnia może się zrobić tydzień. Miesiąc. Potem to się staje nasze życie.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
0

House of Cards – serial o udawaniu

Królowa napisała 13 mar, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Jakoś nie mam czasu ostatnio na seriale, ale dałam się w końcu namówić na House of Cards i niestety jestem rozczarowana po pierwszym odcinku. Plakat sugerował opowieść o człowieku posiadającym Władzę, tymczasem od razu widać, że główny bohater to przegrany, który w tych wstawkach gdzie mówi „do widza” próbuje sugerować, że wcale tak nie jest. Przykro mi Francis, ale kompletnie mnie nie przekonujesz, od razu prezentujesz się jako bardzo słaby człowieczek, który próbuje rozpaczliwie dryfować w łodzi bez wioseł. Zoe Barnes jest urocza i pocieszna, ze dwa lata temu pewnie bym ją pokochała całym sercem, teraz patrzę na nią z pobłażaniem – takie to młode i naiwne. Claire niewątpliwie wydaje się silniejsza od swojego męża, ale też szyderczo prychnęłam śmiechem przy scenie, w której próbuje przekonać – nie wiem kogo: siebie, męża, widzów? – że push-up i bluzka z dekoltem nie są skutecznymi narzędziami dla młodej ładnej laski, która próbuje się wybić. Wszystkie te postacie trochę nijakie, przewidywalne, jedyna, która mnie nieco zaciekawiła to Peter Russo – ładnie napisane i zagrane, taki konsekwentnie zimny skurwysyn, który kłamie zawsze i wszędzie. On akurat na razie wydaje się mieć najwięcej władzy, mimo tej groteskowej i smutnej sceny, w której Francis próbuje go przekonać, że jej nie ma. Jego nie przekonał, mnie też nie, pooglądam dalej i może zmienię zdanie, na razie trochę mnie ten serial znudził, a trochę zasmucił. Nic nowego w sumie, Spacey wydaje się permanentnie być/grać nieprzystających do twardego świata rozbitków-marzycieli. Ale przynajmniej parę obrazków ładnych można znaleźć w Sieci.

zoe barnes

Tagi: , , , , , ,

 
0

Dyrektorzy i dyrektorki melanżu

Królowa napisała 2 mar, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kilka lat temu się śmialiśmy z YouTube party. A teraz nie widzimy nic dziwnego i zdrożnego w tym, że jest domówka i jest cały czas jakiś laptop, tablet, telefon i ktoś puszcza tubki. Ważne tylko żeby była to osoba, która umie dobre tubki. Jak na przykład

Tagi: , , , , , ,

 
0

Miłość odgania lęk

Królowa napisała 29 sty, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Rozmawiałam dzisiaj z moją piecioletnią córką o lęku i potworach. Córka powiedziała, że nie lubi się bać. Odpowiedziałam:
– zdradzę ci pewien sekret
– tak? (dzieci uwielbiają sekrety)
– nikt nie lubi się bać
– to czemu ktoś napisał książkę, której się boję?
– bo jego nie przerażała

A potem rozmawiałyśmy jeszcze o kilku różnych rzeczach, a gdy zostałam sama i pomyślałam przez chwilę, uświadomiłam sobie, jak bardzo to jest prawdziwe i adekwatne nawet do kwestii, w której do tej pory nie zabrałam w ogóle głosu, czyli odrzucenia przez Sejm projektów ustaw o związkach partnerskich. Związki miały dotyczyć wszystkich, w trakcie prac zrobiła się z tego awantura dotycząca homoseksualistów i ostatecznie ustawy odrzucono pod hasłem „nie chcemy legalizacji związków pedałów”. Nie chcemy zmian, bo każda zmiana niesie za sobą lęk. Córka odczuwa lęk, gdy znienacka ma iść do innej sali w przedszkolu. Każdy odczuwa lęk przy nowych sytuacjach. Większy, mniejszy, bardziej świadomy lub nie. Wszyscy w różnym stopniu boimy się zmian, bo to co znane kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, a tego każdy pragnie.

To nieprawda, że uchwalenie ustawy o związkach partnerskich możliwych do zawarcia również przez osoby homoseksualne nic nie zmieni w życiach osób heteroseksualnych, zwłaszcza tych, które już żyją w małżeństwach. W ich życiach też się coś zmieni, każda zmiana, nawet drobna, pociąga za sobą inne. Posłowie tłumaczą, że nie chcą zmiany prawa, gdyż pociągnie ona za sobą lawinę innych zmian. W pewnym sensie pociągnie, oczywiście. Skoro dwie osoby tej samej płci będą mogły zawrzeć związek w świetle prawa, zaczną być bardziej widoczne dla wszystkich. Dziecko odwiedzające rodzica w szpitalu zobaczy lesbijkę odwiedzającą swoją żonę i zacznie się pytać, dlaczego u nas to tata całuje mamę w usta, a tu dwie panie się całują w usta. I trzeba będzie powiedzieć, bo dziecku trzeba tłumaczyć świat, taka rola rodziców. Ale takie rzeczy się dzieją już teraz i nie da się wiecznie okłamywać dziecka, a gdy ono dorośnie w końcu samo się dowie. Chronimy swoje dzieci przed szkodliwą – jak nam się zdaje – wiedzą, bo nie chcemy, żeby się bały.

Jednak potwory zawsze wychodzą z szafy. Geje są, byli i będą. Nie da się milczeć, nie da się zamykać swoich dzieci w enklawach świata, w którym tylko mężczyźni całują kobiety w usta i się z nimi żenią. A rolą Sejmu, rolą posłów jest nie tylko utrzymywać zastany porządek, ale również zmieniać świat – w obrębie kraju, tak, aby inni się nie bali. Będąc kimś, kto wpływa na życie milionów, nie można się bać zmian. Należy zrozumieć, że potrzeby ludzi wynikają z lęku. Lesbijka się boi, że gdy najbliższa jej osoba, osoba którą kocha znajdzie się w szpitalu, nie będzie mogła jej odwiedzać. Nie będzie mogła wejść i po prostu powiedzieć „Jestem partnerką/żoną pani X” i być zaprowadzona do łóżka, gdzie potrzyma za rękę tę najbliższą osobę. Żeby ukoić z kolei jej strach. Każdy strach jest o wiele łatwiej zwalczyć, gdy się ma przy sobie kogoś, kto kocha. Rolą organów ustawodawczych jest sprawianie, by ludzie się nie bali. Mamy policję, aby się nie bać napadu na ulicy. I tak się boimy, ale świadomość, że policjanci są na ulicach daje nam poczucie bezpieczeństwa.

Owszem, zmiana prawa w zakresie związków jednopłciowych zburzy nasz znajomy porządek świata, świata, w któym małżeństwa są tylko dla kobiety i mężczyzny. Ale to będzie dobra zmiana, gdyż z milionów osób zdejmie lęk. Gdyż pozwoli kochać jawnie. A z miłości płynie poczucie bezpieczeńśtwa i siła do przełamywania lęku przed zmianami. Jest mi łatwo zrozumieć, że to właśnie samotni posłowie się najbardziej boją, gdyż nie mają kogoś, kto potrzyma ich za rękę i powie im „spokojnie, może się zmieni coś w całym kraju, ale ja Cię kocham i będę przy Tobie”. Ale tak samo jestem w stanie zrozumieć lęk tych, którzy mają dzieci i wiedzą, że żeby w procesie wychowania być uczciwym, trzeba dzieciom mówić prawdę. Ale prawda jest taka, że miłość osób homoseksualnych nie zniknie nigdy. Dlatego Barack Obama przełamał strach i pozwolił w kraju, którym rządzi, na to, żeby miłość gejów i lesbijek była legalna, jawna, by oni nie musieli się bać o najbliższe im osoby. I dlatego posłowie w Polsce też powinni przełamać strach. Rewolucja? Oczywiście, to jest rewolucja. Ale rewolucja ta popiera miłość, dlatego jest dobra.

Tagi: , , , , , , , , , , ,

 
0

Rosół idealny – dzieło zbiorowe

Królowa napisała 19 sty, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Gotowałam rosół. Pierwszy raz w życiu, więc oczywiście potrzebowałam Zbiorowej Mądrości Internetu. Na fejsbuku dostałam porady konkretne.
Krzysztof:
Wrzucasz miecho do gara, zalewasz woda, dodajesz jakis lisc laurowy, ziele angielskie pare ziarenek pieprzu, troche soli, gotujesz na wolnym ogniu 2 godzinki, potem wrzucasz warzywa i gotujesz tak jeszcze godzinke.
Przecedzasz i włala… gotowe.
Tak z grubsza ofkors.
Jak przestygnie ladujesz do plastikowych pojemniczkow i mrozisz porcjami.
Aleksandra:
ja wrzucam jarzyny, jak tylko zagotuje sie woda z miesem, nie dodaje liscia ani ziela angielskiego. Oraz najlepszy rosol imo jest kiedy sie da kure i wolowine razem. Aha, ja daje malutki suszony grzybek i odrobine kapusty – czasem sa zestawy wloszczyzny z taka kapusta.
Szponder jest dobry, prega, jakis kawalek z koscia. Nie musi byc duzo, im wiecej, tym rosol tlustszy. Nie wiem, 20, 30 deka bedzie ok. I kawalek kurczaka. Rosol powinien dochodzic (przprszm) na malutkim ogniu, tak mrugac.
jezeli nie mrozisz rosolu to zaraz po zakonczeniu gotowania cebule z niego wyjmij – zostawiona może sprawic, ze rosol skwaśnieje.

Oraz Alquana podesłała instrukcję for dummies. Ja miałam to co miałam, czyli włoszczyznę bez kapustki (głupie Tesco Online nie dowiozło i musiałam ratować się czymkolwiek spod domu), pierś z kurczaka, szponder i grzybka. Gotowałam to godzinę, potem wyłączyłam i poszłam hackować portale, a potem dogotowałam jeszcze, o szumowinach nie wiedziałam, ale potem zebrałam, jak już wiedziałam. I jeszcze trochę podgotowałam, uznając, że na pewno nie zaszkodzi. Nie zaszkodziło, rosół wyszedł tłusty, całkiem smaczny i wyszlo go dużo, jadliśmy przez dwa dni, a potem jeszcze zamroziłam. Także nie należy się przejmować, najważniejsze to mięso, warzywa, duży garnek, a reszta się jakoś ułoży :)

 

Na zdjęciu wersja sprzed wybrania szumowin, więc dość egzotycznie wyglądająca, ale potem zebrałam to szare i pod spodem się objawił żółciutki płyn ^^

rosół bez zebranych szumowin

Tagi: , ,

 
0

Nerdy i gonady

Królowa napisała 19 sty, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kya popełniła kiedyś bardzo dobrą notkę o tym, jak zarywać nerdów/nerdki. Poradnik był świetny, sporo samotnych nerdów znalazło sobie kogoś, ale czas mijał, mijał i jak zawsze utworzyły się kolejne problemy sercowe. Poczułam potrzebę rozszerzenia poradnika – o to, co robić, gdy już się kogoś ma, ale gonady wciąż pracują i zdarzają się niesnaski towarzyskie. Z nerdami podstawowy kłopot jest taki, że dużo czują, ale mało mówią. No i tak są z kimś, ale na scenę wkracza Rutyna i Nuda oraz Inne Nerdy.
Fajnie się kumplować czy przyjaźnić z innymi osobnikami, zwłaszcza tymi, którzy myślą i działają podobnie, problem jest, gdy do tego dochodzi Pożądanie.
Życie jest zbyt stresujące, żeby sobie dokładać problemów, więc w tak delikatnych sprawach jak związki, zdrady i seksy warto się dogadać. Czy jesteśmy ze sobą, mieszkamy/pomieszkujemy, bywamy, mamy wspólne zwierzęta/dzieci i przy tym sypiamy tylko ze sobą, czy sypianie jest odrębną sprawą. I czym jest sypianie, zdrada, seks dla tej drugiej osoby. Czy seks to tylko kontakt fizyczny i wszystko przez internet to nie zdrada, czy może jednak ktoś poczuje się urażony, jeśli się dowie, że nerd spędził wieczór czatując z kimś i fapiąc wspólnie przez monitorami. Oczywiście nie mówię tu o fapaniu do zdjęć Scarlett Johansson, bo kto tego nie robi, to nie jest żadna zdrada, ale już jeśli to koleżanka/kolega, to może osobie partnera/partnerki będzie smutno.

Nerdzie, Nerdko!
Jesteś w związku, chcesz w nim być i chcesz, żeby było fajnie i bezstresowo – pogadaj. Ustal.
– jestesmy ze sobą, sypiamy tylko ze sobą, a seks to dla mnie:
a) kontakt fizyczny
b) każda sytuacja, kiedy mam orgazm
c) inne, opisać
– jesteśmy ze sobą, ale seks to tylko zabawne wygibasy, nie przeszkadzają mi, tylko powiedz mi wcześniej gdzie i z kim, żeby mi potem nikt nie donosił „a wiesz, że twoj(a) to sypia z tym i tamtą”

Jesteś w związku, chcesz żeby ci było fajnie i bezstresowo, ale nie jesteś pewien, czy to aby ten związek? Zastanów się, czego ci brakuje, co przeszkadza i pogadaj tak samo. Czym się druga osoba poczuje urażona, a co możesz spokojnie z innymi ludźmi robić, żeby było przyjemnie i wesoło. Albo co zrobić, żeby w obrębie tego jednego związku było znowu weselej. Brzmi to strasznie, ale przykro mi, komunikacja i szczerość to ważne rzeczy, oszczędzają dramatów. Można przecież napisać, często tak łatwiej niż przeprowadzać poważne rozmowy paszczą. Można nawet sobie usiąść przy stoliczku z dwoma laptopami, pisać do siebie i zerkać znad monitorów.

Byle pogadać, byle się skupić na tym, żeby w pierwszej kolejności samemu być szczęśliwym, a w następnej żeby nie unieszczęśliwiać najbliższej osoby/osób. I wtedy wiadomo czy można sobie pozwolić na to, żeby iść za głosem gonad czy jednak popracować nad tym, żeby nie krzywdzić. Ja już nawet teraz nie mówię o uczuciach, nie miłość, a zwykłe pożądanie.
No i kolejna ważna rzecz, o której trzeba pamiętać:

 

(wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń – niezamierzone)

Tagi: , , , ,

 
0

Sztuka odpuszczania

Królowa napisała 20 gru, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Uwielbiam się uczyć. Chcę, MUSZĘ wiedzieć. Zawsze więcej, dalej wzwyż i dalej w głąb. Ostatnio jednak uczę się odpuszczać i ustawiać priorytety. Ciągle muszę się mentalnie walić po głowie i przypominać sobie, że nie starczy mi życia na poznanie, doświadczenie, stworzenie WSZYSTKIEGO. A to są na ogół drobiazgi życia codziennego, jak choćby teraz. Zaczęłam pisać tę notkę, po dwóch zdaniach poszłam coś sprawdzić w Google’u, jakiś drobiazg, ale potrzebny do tej notki… po kwadransie czytania tekstów o poznaniu noetycznym w filozofii Platona ocknęłam się nagle: „zaraz, miałam teraz pisać, a nie czytać”. To nie prokrastynacja, bo ja chciałam pisać, miałam cel – ale umysł mi zbłądził na manowce. I tak permanentnie, odczuwam żal na myśl o tych ilościach dobrych książek, których nie przeczytam, muzyki, której nie posłucham, filmów, których nie obejrzę, miast, których nie zwiedzę. Ale skoro mam tego świadomość, to coraz częściej robię selekcję, rezygnuję, celowo nie chcę wiedzieć. Stosuję „blondynka mode”. Zepsuł mi się ruter – potrzebuję nowego, nie znam się i nie wiem jaki nabyć, dla mnie to pudełeczko, dzięki któremu mam internet w mieszkaniu, chcę żeby pasował do mojego modemu, chcę wifi w łazience – wybierz mi, kup, zainstaluj, skonfiguruj. Nie chcę wiedzieć jak i czemu działa, chcę tylko mieć połączenie ze światem.
Muszę z niektórymi rzeczami tak robić, muszę się takiego podejścia uczyć, bo inaczej rozpraszam się ciągle na łapanie małych kawałeczków wiedzy, a potem chcę tej wiedzy jeszcze więcej, a że nie jestem polimatyczką, to nie mogę się znać na wszystkim.

A z drugiej strony jednak czasem się tłukę po głowie myślą: „przecież to takie proste, czemu ja tego nie robiłam sama?!”. Tak jak dzisiaj, gdy wgłębiłam się w temat wtyczek do WordPressa i zamiast jak zwykle jęczeć Mojemu Osobistemu Adminowi: „zrób mi na tym blogu takie coś z takim czymś”, po prostu przeczytałam i poklikałam trochę. Okazało się, że bez problemów ogarniam temat, nie idealnie jeszcze, ale wystarczająco. Choć początki były trudne.

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Kolory planszy gry

Królowa napisała 1 gru, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Ja się zachwycam nową grą, zaś Michał długo się na Ingress dąsał, dąsał, wreszcie wysilił się na wyjaśnienie powodów swojej niechęci. Nie mam czasu na rozbijanie całej jego notki na kawałki i odnoszenie się do całości, ale chcę już teraz zbić argument „Nikt nie będzie już wiedział, jaki kolor ma niebo nad portem, bo wszyscy będą je oglądać przefiltrowane przez ekran telefonu.” No to bach.

Oczywiście to tylko zdjęcie i to nie najlepszej jakości. Ale przecież sam dobrze wiesz, Michale, że to tylko przypominajka WSPOMNIENIA. Że tylko ja wiem, jak niesamowity był ten księżyc dzień po pełni oglądany spod gałęzi drzewa. Jak ten księżyc się komponował ze starą willą na Langiewicza. Jak klimatycznie było tam w środku nocy po deszczu. Jak pachniało – nieopisywalnym zapachem Ochoty po deszczu. I tak stałam, zerkałam chwilami na ułamek sekundy na ekran telefonu i jednym dotknięciem wyświetlacza stawiałam kolejny rezonator, po czym znów podnosiłam wzrok do góry i chłonęłam, napawałam się byciem tam.
Mogłabym Ci też opowiedzieć jak innej nocy stałam z Virinnem idealnie na północ od Pałacu Kultury, jak robiliśmy portale zachwycając się widokiem iglicy pałacu ukrytej wysoko we mgle, a idealnie dobrze widocznym dołem Pałacu przed nami. I symetrią. I jak mi opowiadał o tym, jak czasami widuje PKiN z tej samej długości geograficznej, ale parę kilometrów dalej, a ja mu o tym, jak Pałac potrafi wyglądać z moich okien. Ale to ci i tak nie da tego, co my odczuwaliśmy, a przecież już wiesz dobrze, jak bardzo missnąłeś pointa. Jak ktoś nie lubi patrzeć na niego, to będzie się gapił na fejsa idąc, jak lubi – żadna aplikacja mu nie zasłoni księżyca.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

 
0

Igress, czyli jak wyciągnąć nerda z piwnicy

Królowa napisała 1 gru, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Uwielbiam się czymś jarać, uwielbiam mieć tak zwaną zajawkę. Najnowsza to Igress, gra od Google’a, w której chodzi, najprościej mówiąc, o „dotlenienie nerdów”. Gra jest bowiem outdoorowa i polega na bieganiu po mieście i hackowaniu portali wroga tudzież tworzeniu swoich. Oczywiście do tego jest cała historia, która można przeczytać przed komputerem, historia bardzo tajemnicza, zagmatwana i dawkowana po kawałeczku. Żeby jednak grać, trzeba wyjść z domu i ja już po pierwszym dniu zabawy widzę, że wieczorna rundka po portalach znakomicie zastąpi mi bieganie, które porzuciłam ostatnio, gdyż przy temperaturach poniżej 5 stopni zupełnie nie mogłam się zebrać żeby założyć dresik i adidasy. Spacer jednak jest równie dobry, a mniejsze ryzyko uszkodzenia sobie kolan. Spacerować dla samego chodzenia nigdy nie lubiłam, za to spacer połączony ze zbieraniem energii i hackowaniem czy też uzbrajaniem portali to nie nudny obowiązek, a ekscytująca misja.
Chciałam napisać konkretniej o samej grze, ale jako że całkiem nieźle zrobił to mój nowy znajomy z gry, odeślę do jego bloga :)
Ja natomiast dodam tylko, że wsiąkłam niesamowicie, grać można niemal w każdej chwili, gdziekolwiek idę zawsze jest na mojej trasie jakiś portal (hackować je można z odległości ok 40 metrów, więc nawet nie trzeba przystawać, można w biegu). Ingress po 3 dniach grania dał mi:
– bardzo dużo dobrych emocji
– kilka nowych znajomości
– apetyt, którego mi bardzo brakowało ostatnio
– dużo fizycznego zmęczenia, które świetnie zdejmuje stres
– dużo zen
– specjalną rękawiczkę do obsługiwania telefonu, którą sobie sama zrobiłam odcinając czubki dwóch palców i je obszywając (tak, szyłam! ja! brzydząca się braniem do ręki igły)
– prawdopodobnie już teraz lepszą kondycję, nie bardzo mam jak zmierzyć ile kilometrów przemierzam w czasie wędrówek po mieście, ale wiem, że DUŻO.
– przełamanie wewnętrznej blokady w głowie – zaczęłam pisać po angielsku, do tej pory myślałam że zupełnie nie umiem
W dodatku póki gra jest w opcji beta trudno się do niej dostać, a to oznacza, że grają się ludzie, którzy naprawdę chcą, też się jarają, toteż i współgraczy i wrogów póki co mam bardzo inteligentnych, a to wielka przyjemność, walczyć przeciwko inteligentnemu przeciwnikowi.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

 
0

My Precious, my Precious

Królowa napisała 20 lis, 2012 w kategoriach Bez kategorii

To będzie tekst o tym, jak ważne jest słuchanie siebie i spełnianie swoich marzeń. SWOICH. Nie cudzych. Bo ludzie mają tendencje do mówienia Ci o czym marzysz. Ludzie wiedzą lepiej, co dla Ciebie dobre. Wiedzą lepiej, czego ty chcesz. Mówisz, że chcesz iPada, że o nim marzysz, że go pragniesz. Ludzie mówią: A po co ci? Tyle kasy na tablet? Do książek to lepszy Kindle! No weź, toż to słabe jest. Kindle, Kindle, totalnie kup Kindle, ja mam i jestem zachwycona! Nie kupuj iPada, nie warto. Kup, iPady są świetne. Ależ wszystko byle nie iPad. Nie kupuj, szkoda pieniędzy. Nie kupuj, to nie jest tyle warte.
Marzyłam. Kupiłam. Gdy go odbierałam od przemiłego Tomka, który mi go sprzedał, miałam na twarzy taki uśmiech i byłam tak podekscytowana, że patrzyli się na mnie absolutnie wszyscy w tym Coffee Heaven na drugim piętrze w Złotych Tarasach. Co oczywiście zauważyłam dopiero jak wychodziliśmy, bo przedtem patrzyłam tylko na MÓJ SKARB. Gdy wyszłam z kawiarni zatupałam nóżkami i wydałam z siebie tak głośny pisk radości, że znów na mnie popatrzyło ze 20 osób. Gdy go w domu rozpakowałam i podłączyłam do Macbooka, patrzyłam z zachwytem jak się wszystko ślicznie synchronizuje – łatwo, szybko, bezproblemowo. A gdy po synchronizacji i ustawieniu najważniejszych rzeczy, typu hasło i tryb nocny miałam już tablet gotowy do korzystania – długą chwilę się nim nie bawiłam, tylko wzięłam w ramiona i przytuliłam do siebie. Absolutnie magiczny był też moment, gdy jeszcze w trakcie zawierania transakcji wpisałam swoje AppleID i w ustawieniach wyświetliło mi się”Anna’s iPad”. On już wtedy był mój, nie mogłabym z niego zrezygnować (tak, tak, wiem, to samo by się zdarzyło na każdym innym iPadzie z dziewiczym systemem, ale co z tego).
W dodatku ten konkretny iPad został kupiony w Nowym Jorku na Fitfh Avenue, w tym właśnie słynnym salonie Apple i też mnie to rozczula, bo myślę sobie, że skoro mój tablet był w NY to i mi się kiedyś wreszcie uda tam pojechać. Zabiorę moje maleństwo do ojczyzny.
Kilka dni, a ja jestem coraz bardziej zachwycona. Pisanie jest zaskakująco łatwe, autokorekta się szybko uczy jakich słów używam i uzupełnia jak trzeba, wszystko chodzi płynnie, szybko, nie ma tego irytującego oczekiwania aż się aplikacja otworzy czy też zamknie, o wiele wygodniejsze stało się robienie wszelkich notatek i list to do, a ja bardzo tego potrzebuję. Wyświetlacz jest fantastyczny, ta ostrość, kolory, oglądanie zdjęć jest wielką estetyczną przyjemnością. O aplikacjach to nawet nie będę się rozpisywać, kto używa jabłek wie, jakie są możliwości. No i książki, książki, kiedyś wzdrygałam się na myśl o ebookach i sądziłam że to coś zupełnie nie dla mnie, nie mogłam się skupić przy książce w postaci PDF na laptopie, bo ciągle mi zgrzytało coś w głowie, że książka to książka, a komputer to co innego i nie do czytania książek służy. A potem najpierw podpatrywałam jak znajoma czyta książkę na iPadzie – siedziałam koło niej i czytałam dokładnie to samo, ale z papieru – czytałyśmy tak samo szybko, może nawet ja szybciej, ale jej było o wiele łatwiej podzielić się jakimś wyjątkowo bulwersującym fragmentem z internetem, a w dodatku jak zgasło znienacka światło w pociągu, którym jechałyśmy, to ja byłam jedyną osobą, dla której to był problem. I to było pierwsze takie zdarzenie, które mnie mocno popchnęło w stronę czytania wersji elektronicznych. Drugim było robienie małych porządków w biblioteczce. Niby nie skomplikowane – powyjmować książki, których nie czytam i już nie przeczytam i je naszykować do oddania/sprzedania, inne poukładać w odpowiedniej kolejności i dorzucić te, które przywiozłam z wyprawy na Polcon. Ale zajęło mi to cały dzień, pod koniec którego bolały mnie mięśnie od noszenia tych niby to małych, acz znaczących cieżarków, nos miałam zapchany, oczy piekły mnie od kurzu, w dodatku nowe książki zajęły miejsce wyrzucanych całkowicie i właściwie stan nie uległ zmianie. Zirytowałam się, tyle roboty, tyle miejsca zajmuje – postanowiłam: przerzucam się na czytnik. No i teraz już mam w docku swojego iPada aplikację iBooks – wchodzę, otwieram, każda książka oczywiście otwiera mi się na tym miejscu, gdzie skończyłam czytać, koniec z zakładkami albo traceniem czasu na wertowanie kartek, jeżeli czytam w obcym języku i jakiegoś słowa nie rozumiem zaznaczam je dotknięciem palca i błyskawicznie sprawdzam w internetowym słowniku co znaczy, jeśli jakiś fragment chcę komuś pokazać robię screena i wysylam go w 3 sekundy mailem i tak dalej. W sklepie mogę pobrać próbki książek i po przeczytaniu fragmentu skasować je albo kupić pełne wersje. Kartki przewracają się jak w „tradycyjnej książce”, pewnie nawet mogłabym sobie dodać szelest (a może nawet już mam, ale ostatnio wyciszam coraz więcej urządzeń, więc iPad też bez dźwięku jest używany).
No i nie gubię już książek – często zdarzało mi się, że czytam, nagle muszę przerwać, idę gdzieś z książką w ręku, po drodze ją porzucam gdzieś, potem nie pamiętam gdzie – z biblioteczką na tablecie tego problemu nie ma, owszem, mogę gdzieś posiać całego iPada, ale wtedy mogę go zlokalizować z komputera, komputera nie gubię, bo jest stacjonarny.
Także słuchajcie swoich pragnień i podążąjcie za nimi, że tak polecę Coelho-style. Bo warto przeżywać taki haj endorfinowy, na jakim ja byłam i jestem po tym, jak spełniłam jedno ze swoich wielkich marzeń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,