Jak nie polubiłam Starbucksa

Królowa napisała 13 lut, 2011 w kategoriach Bez kategorii

Otworzyli mi niedaleko domu kawiarnię tej sieci. No to jak już tak blisko… a my akurat poszliśmy na spacer na Pola, gdzie był wiatr i śnieg i trochę zmarzliśmy… a córka akurat wyraziła potrzebę skorzystania z toalety, a my chcieliśmy na zakupy jeszcze… to poszliśmy się tam nieco ogrzać i odpocząć. Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy. Zostaliśmy poczęstowani jakimiś mini ciasteczkami – jedno dziecko zjadło, drugie nie, ja powąchałam i mnie odrzuciło, więc nie brałam. Usiedliśmy. Zawołali, że nasze kawy/gorące czekolady. Siedzimy, pijemy, rozmawiamy. Ciepło, przyjemnie, dzieci się rozgrzewają. Po czym idziemy z Majką szukać toalety. Lokal jest mały, więc obchodzimy go i nic. Nigdzie ani skrawka drzwi oznaczonych jak taki przybytek. No to pytam obsługi, okazuje się, że pierwsze drzwi za barem. Pierwsze drzwi za barem są oznaczone charakterystycznym napisem „wyjście ewakuacyjne”. Hm. No ale za nimi istotnie jest korytarz, z wielką ilością innych drzwi, w tym jedne opisane czarnym markerem jako WC. No dobrze. Toaleta jest jedna, koedukacyjna i dla niepełnosprawnych jednocześnie, co oznacza że sedes jest dość wysoki, z nietypową deską, a umywalka również jest wysoko, nawet wyżej niż w „normalnej” toalecie. Załatwiamy potrzebę Majki, po czym ona, dobrze wychowana dziewczynka, chce umyć ręce, więc muszę ją podnieść i przytrzymać przy umywalce, żeby mogła to zrobić – stojąc nawet nie sięga głową ponad brzeg. Trzymanie szczupłej, ale normalnie ważącej trzylatki jest taką trochę torturą dla kręgosłupa, no ale niech umyje te ręce, jak już ma dobre nawyki, to niech kultywuje.
Wracamy, siadamy jeszcze na chwilę, bo Lis – znajomy, który był z nami – jeszcze dopija kawę, mija pół minuty i zaczynamy się wszyscy zbierać. I tu następuje moment kulminacyjny – jakieś dziewczę ze szmatą, widząc stolik, przy którym wszyscy wstają, podchodzi, staje pół metra ode mnie i tak stoi. Ze szmatą. I tak sobie czeka aż wyjdziemy i będzie mogła zabrać kubki i sprzątnąć. A mnie natychmiast trafia szlag, bo nienawidzę takiego wyczekującego stania nade mną. Ani nie było tam tłoku takiego, żeby tłum wielbicieli kawy od Starbucksa stał i dyszał oczekiwaniem na wolny stolik. Ani nie byłam w niekrępującym barze mlecznym, gdzie takie zachowanie obsługi byłoby wciąż drażniące, ale zrozumiałe. Ale nie, ja byłam w kawiarni – w dodatku „markowej”, z historią, mitem, ą ę, fancy kawiarni i oczekuję od obsługi zachowania pewnego poziomu. Zapytałam zimno, czy pani musi tak stać mi nad głową, dziewczę się odsunęło o metr, ja skończyłam ubierać córkę i zgrzytając zębami wyszłam zdegustowana.
Przy okazji po drodze zobaczyliśmy „kącik dla dzieci” – tak sprytnie zakamuflowany w głębokiej wnęce w ścianie, że bardzo małe szanse, że ktoś zauważy, w dodatku zastawiony stołem – żeby przejść trzeba się przepychać między krzesłami a stolikiem, czyli przeszkadzać siedzącym tam ludziom. Plus potem bawiące się dzieci drą się komuś nad uchem – nawet jak to rodzice dzieci, to i tak nie o to chodzi w tych kącikach, żeby potomstwo przeszkadzało pić kawę, tylko żeby właśnie odeszły kawałek i dały posiedzieć spokojnie (ale dobrze przy tym móc je widzieć, a jak już mówiłam, lokalizacja kącika pozwala „mieć oko” na dzieci tylko jeśli się siedzi przy tym jednym stoliku obok). W dodatku uważam, że jeśli już taka ą ę kawiarnia mówi „a”, że jest otwarta na dzieci, to mogłaby być w tym konsekwentna i choćby dostawić w tej łazience podest z Ikei, kosztujący 10 złotych, żeby dzieci mogły na nim stanąć i wygodnie umyć ręce. Czy udostępnić krzesełka dla dzieci, dla mojej trzylatki stolik był z wysokości fotela trochę za wysoki.
No i cóż, może się czepiam. Może źle postrzegam Starbucksa, może to, że coś jest amerykańskie, nie znaczy, że przeniesione na grunt polski, zachowa swój charakter. Może tutaj mem baby ze ścierą burczący w barze mlecznym, że ma zwolnić stolik, bo inni czekają, jest tak żywy i tak zapisany w mentalności ludzkiej, że dotyka nawet młodego dziewczęcia z kawiarni otwartej w 2011 roku. Może ja mam zbyt wysokie wymagania. Może.
A może nie.
W każdym razie Starbucks mnie nie zachęcił, nie przekonał, nie zrobił wrażenia. A tak na marginesie kawa mi zupełnie nie smakowała, a gorąca czekolada dzieci była jakaś bardziej wodnista i mniej czekoladowa niż kakao, które robię dzieciom wieczorem, no ale tu już de gustibus non disputandum est, może Amerykanie tak lubią.

Tagi: , , , , ,

Odpowiedz