18

Obiad w 10 minut

Królowa napisała 1 mar, 2011 w kategoriach historie kuchenne

Dosłownie. W 10. Prosty, banalny, częściowo z półproduktów, ale kolorowe, smaczne i w sumie w miarę zdrowe.
Otworzyłam zamrażarkę. Wyjęłam opakowanie mrożonych frytek, wysypałam trochę na blachę, nastawiłam w piekarniku. Wyjęłam z lodówki główkę sałaty lodowej, pomidora i kawałki piersi z kurczaka, które kupiłam wracając do domu. Trzy takie kawałki mięsa umyłam, osuszyłam, posypałam z młynka mieszanką soli i pieprzu, oraz trochę chili. Odstawiłam. Urwałam kilka liści sałaty, pokroiłam. Pokroiłam pomidora, wrzuciłam z sałatą do miski, polałam oliwą, posypałam przyprawą do sałatek Kamisa, dałam dzieciom do przemieszania. Zagrałam kilka razy w Zuma Blitz, odbyłam rozmowę telefoniczną. Na patelni rozgrzałam olej i usmażyłam mięso. Wyjęłam frytki z piekarnika. Nałożyłam na talerze. Koniec. Tak naprawdę realnej pracy były ze 4 minuty, reszta to czekanie aż frytki dojdą. Wiem, mało to wyrafinowane i mało ambitne. Ale za to zrobione błyskawicznie, między robieniem prania, a sprzątaniem w pokoju.

Tagi:

 
0

Muffiny krówkowe

Królowa napisała 29 sty, 2011 w kategoriach blip, historie kuchenne

Miałam w domu od dawna stare, skamieniałe krówki i żadnego pomysłu na to, co z nimi zrobić. Natchnęła mnie Felinity, napisawszy na blipie o muffinach toffi. Wzięłam krówki, wsadziłam do kąpieli wodnej, zrobiłam ciasto na muffiny (takie banalne, 2 szklanki mąki, łyżeczka proszku do pieczenia, cukier  - w przepisie było pół szklanki, ale zredukowałam tą ilość, myśląc o słodyczy krówek, wzięłam tak na oko, między 1/4 a 1/2 szklanki, łyżka kakao, szklanka mleka, około pół szklanki oleju – też lałam na oko, jajko). Zajrzałam do krówek w kąpieli wodnej. Wyglądały identycznie, jak na początku. Pogadałam chwilę na gadu, sprawdziłam nowości na Facebooku. Zajrzałam do krówek. Hm. (Tak, wciąż bez zmian). Zrobiłam eksperyment z mikrofalówką i jedną krówką. Wyglądało zabawnie – krówka przez 56 sekund miała kształt kostki, a potem w ułamku sekundy rozpłynęła się po dnie miseczki, powodując moje nerwowe otworzenie drzwiczek. Okazało się, że się nie stopiła, a jedynie zmieniła na sekundę stan skupienia, a potem zastygła w innym kształcie. Zajrzałam do tych w kąpieli wodnej. Wciąż były idealnymi kostkami, ale odrobinę zmiękły, dzięki czemu udało mi się je pokroić na kawałeczki nożem (wcześniej musiałabym zdecydowanie użyć siekiery). Zmieszałam składniki ciasta suche z mokrymi, dorzuciłam krówkową krajankę, wsadziłam do formy i do piekarnika. Muffiny się teoretycznie piecze 15 minut w temperaturze 200 stopni, ja piekłam w około 200, około 15 minut, czyli znów czynnik „na oko”, a w moim przypadku konkretniej „na jednego papierosa i jeszcze chwilkę”. I tak oto. Słodkie wyszły, bardzo słodkie, dobre do czarnej, gorzkiej herbaty. A skubane krówki wcale się tak bardzo nie rozpuściły, przynajmniej nie wszystkie, te na wierzchu owszem, ale te ze środka często do rozgryzania. Ale całość bdb, więc nie narzekam. Mam już sposób na stare krówki :)

Tagi: ,

 
2

Piernikzilla

Królowa napisała 27 lis, 2010 w kategoriach historie kuchenne, świątecznie

Mam lekko oparzone opuszki kilku palców, ręce zmęczone od zagniatania ciasta, jestem zmęczona, spocona i….niesamowicie zadowolona. Dostałam przepis, kupiłam miód i inne ingrediencje, wczoraj zrobiłam ciasto, a dzisiaj zrobiliśmy Wielkie Pieczenie. I oto mam furę cienkich, korzennych pierniczków, smakujących prawie tak, jak moje ulubione pierniczki z Ikei (w tamtych jest chyba więcej… czegoś. jakiejś jednej przyprawy, jak rozkminię czego, to być może uda mi się odtworzyć tamten smak wiernie). Ja wałkowałam, dzieci wycinały misie, serduszka, kwiatki, gwiazdki i motyle, kot leżał na parapecie i najpierw patrzył uważnie – nieco zdziwiony tym nietypowym widokiem, a potem spokojnie poszedł spać. W kuchni gorąco, wszystko w mące, wszędzie porozkładane pierniczki. Szaleństwo. Teraz pierniczki ostygną, jutro je ozdobimy, potem powędrują do puszki i będą sobie czekać na Święta. A za tydzień, mam nadzieję,  kolejne pieczenie – muszę kupić większe foremki i zrobić takie z landrynkowymi szybkami, wygląda to bardzo efektownie :)
I choć na ogół jak gotuję czy piekę wyganiam z kuchni wszystkich domowników, to dzisiaj odkryłam że kucharzenie z dziećmi może być fajne… Inna rzecz, że  im Majka starsza, tym łatwiej jej wytłumaczyć co ma robić i jak i te jej umiejętności są większe. Także w tygodniu poluję na inne wykrawaczki do ciastek, a potem znów pieczenie, może ktoś chciałby wspólnie w którąś sobotę lub niedzielę zrobić piernikzillę? Oferuję kuchnię, piekarnik, blachy i dobre towarzystwo.
Dzieci mile widziane, a wręcz niezbędne, ale w razie czego wystarczą moje ;)

Tagi: , , , , ,

 
5

Eksperyment kulinarny nr 6 czyli dyniowe szaleństwo

Królowa napisała 11 lis, 2010 w kategoriach historie kuchenne

Eksperyment, a jakże. Nigdy w moim domu rodzinnym nie robiło się nic z dyni, a w każdym razie nie w czasach, które pamiętam. Także zaczęłam bez żadnego doświadczenia. Kupiłam 2,5 kilogramową pomarańczową kulę, przydźwigałam do domu, przekopałam internet i zaczęłam obróbkę. Na raty, bo okazało się że samo pokrojenie tego w kawałki jest ciężkie. Wydłubanie niejadalnego miękkiego miąższu łyżeczką było lajtowe, tak samo jak wydłubanie z niego pestek, ale za to obieranie. Ugh. Zrozumiałam skąd, być może, niechęć do dyń w mojej rodzinie.
W końcu miałam poranione, posiniaczone tu i ówdzie dłonie oraz niezerową ilość gotowej dyni w kawałkach/kostce. Pierwszego dnia sporą część kostki użyłam do zrobienia placków z dyni, z przepisu dostanego od „znajomej” na Facebooku, zaczęło się od rozmowy przez komentarze pod statusem TVN24.pl dotyczącym Halloween, a skończyło się na zaproszeniu do znajomych i przesyłaniu przepisów. Bardzo łatwe, a sycące jak cholera, po dwóch takich małych, ale grubych plackach poczułam się najedzona (choć oczywiście z łakomstwa pochłonęłam jeszcze kilka). Do tego jeszcze mocno miodowe skrzydełka z kurczaka – nie planowałam , ale córka zobaczywszy 3 kilo skrzydełek przywiezionych ze sklepu zażądała kategorycznie „kulciaka” i w końcu kilku sztuk nie zamroziłam, a upiekłam. I jeszcze jabłkowo-goździkowy kompot (zrobiony z konieczności, bo jabłka się psuły, trzeba było przerobić). A następnego dnia zrobiłam zupę dyniową z przepisu Evvy – fenomenalna, choć ja nie dodałam chilli, ale za to więcej czosnku i curry. I znów najgorsza część to pokrojenie dyni w małe kawałki, potem robienie tej zupy to czysta przyjemność. No i wiedziałam że chcę zrobić ciasto dyniowe, choćby dlatego, że jeden z kolegów ze szkoły syna przyniósł kiedyś i częstował, więc dla syna ciasto dyniowe było czymś przypisanym do mamy Kaleba (a co to, ja gorsza? :>) Szukając przepisu na ciasto znalazłam przepis na chlebek dyniowo-imbirowy, a ponieważ w tym przypadku to jednak bardziej ciasto, to zrobiłam. Została mi resztka utartej dyni, tak mało, że szkoda zamrozić, a tak dużo że… akurat na muffinki. Zatem jak tylko z piekarnika wyjechał chlebek, wjechała tam blacha z muffinami. Bosko.
Chlebek wyszedł dość lekki, jak na ciasto z dyni, bynajmniej nie zakalcowaty, miękki, mocno imbirowy, cudny. Muffinki bardzo przyjemne, pachnące cynamonem, idealne do herbaty. Jesteśmy wszyscy najedzeni po dziurki w nosie, a jeszcze czeka na mnie około 1/4 część dyni, żeby pokroić w kostkę i zamrozić. Bardzo wydajne warzywo. Sycące, smaczne i tanie. To zdecydowanie jest początek pięknej przyjaźni.

P.S. Zapomniałam dodać, że z kupna dyni jest jeszcze jeden bonus: pestki! Wystarczy je wydłubać z miąższu, opłukać i zostawić do wysuszenia (na przykład na papierze do pieczenia). Niektórzy mówią, żeby suszyć w piekarniku, mi wystarczyło po prostu jak poleżały w kuchni, w której cały dzień się coś piekło i gotowało. Smakują zupełnie jak te z Bakallandu. Albo i lepiej, bo dochodzi do tego takie milutkie poczucia zrobienia tego samemu. Od podstaw.

Tagi: , , , ,

 
0

Przepis na placuszki z kaszy gryczanej

Królowa napisała 31 sie, 2010 w kategoriach historie kuchenne

Nie eksperymenty, bo placuszki są czymś robionym w moim domu od lat, jako danie proste, smaczne i pożywne. Przepis nie mój, natomiast chcę go tu zapisać, uznając że serwery, na których stoi ten blogasek, są być może bardziej trwałe niż wymiętolona, nieco naddarta kartka z  nieistniejącego już pisma „City Magazine”. Konkretnie z numeru styczniowego z roku 2003. W owym piśmie była sobie przez pewien czas rubryczka Michała Kaczyńskiego pt „Kuchnia partyzancka”, z której poznałam kilka ciekawych przepisów. Autor opisywał wszystko krok po kroku, używając „normalnych” miar (tzn łyżka, szklanka, itp), podając koszt składników, wskazówki i przestrogi doskonale znane obytej w kuchni osobie, więc to było zdecydowanie „gotowanie dla początkujących”, co było bardzo cenne dla mnie wtedy, gdyż sama się do takich zaliczałam. I chyba wciąż zaliczam. Wracając do przepisu, miałam ambitny plan przepisania tutaj większości tekstu z tej wymiędlonej karteczki, ale wpadłam na pomysł sprawdzenia strony, którą Kaczyński wtedy podawał i voila, okazało się, że strona jak najbardziej żyje, ma się dobrze i jest na niej ów przepis. Dokładnego linku dać nie mogę, ale łatwo znaleźć frazę „placki gryczane” na liście pozycji. Co prawda na stronie nie ma opowieści o stosunku starożytnych Słowian do kasz (szkoda, szkoda, te opowieści o głównym składniku przepisu były jednym ze smaczków „Partyzanckiej kuchni”), ale meritum jest.

Także ten. Polecam. Ja na ogół z przypraw dodaję dużo słodkiej papryki i pieprz biały, ale można dużo różnych rzeczy i też jest dobre. Jadamy na ogół polane ketchupem (dzieci) i z ogórkiem kiszonym (ja). A tak wygląda przepis na stronie pesto.art.pl

Tagi: , ,

 
0

Eksperyment kulinarny nr 5 czyli zapiekane faszerowane bakłażany

Królowa napisała 22 sie, 2010 w kategoriach historie kuchenne

Wreszcie nastał sezon na tanie bakłażany, więc radośnie kupiłam ich kilogram, a potem zaczęłam się zastanawiać co dalej. Jak często w takich sytuacjach użyłam wspaniałego wynalazku - foodle.pl, wklepałam bakłażany i trafiłam na ten przepis. Zastanowiliśmy się z Harrym, czy damy radę, nie mieliśmy co prawda mięsa wołowego, ale za to dorodną pierś z kurczaka. No to zrobiliśmy. Zrezygnowaliśmy z beszamelu, bo nikomu się nie chciało go robić, oraz skróciliśmy czas smażenia farszu, bo kurczak oczywiście się szybciej smaży niż wołowina. Białego wina (które było zresztą zwykłą, tanią Sophią Sakar, kupioną w a.pl za około 8 złotych) również Harry wlał „na oko”, zapewne sporo więcej niż w przepisie i farsz był duszony po prostu do momentu odparowania większości płynu. Czasu zapiekania również nie rejestrowaliśmy, zajmując się piciem pozostałego wina. Dodatkowo do farszu poszła połówka zielonej papryki, którą znaleźliśmy w lodówce. Ogólnie była to bazująca na przepisie z sieci potrawa „na winie” – bierzesz to, co się nawinie i przetwarzasz ;)
Wyszło świetne, zdjęć nie ma, bo natychmiast zjedliśmy. Danie sycące, z mocno wyczuwalnym smakiem wina, cieplutkie pod kołderką z żółtego sera. Zdecydowanie do powtórzenia w innych konfiguracjach, tzn z innym farszem, fajna baza do eksperymentów.

Tagi: ,

 
2

Otwieram wino ze swoją dziewczyną

Królowa napisała 27 lip, 2010 w kategoriach historie kuchenne, powiedzono

Harry i ja. Leniwy dzień w domu. Robimy obiad.
Ja: To ja otworzę wino
H: Dobrze, otwórz
Zdejmuję wino, biorę nóż, korkociąg, siadam i zaczynam odcinać banderolę. Harry odwraca się, wyrywa mi butelkę i nóż z ręki i zaczyna to robić sam.
Ja: A-lle….
H: Wino powinien otwierać facet, jeśli jest w domu. A akurat jakiś jest.
Ja: Przecież sam mi kazałeś otworzyć!
H: Bo zapomniałem
Ja: Err…. Zapomniałeś, że jesteś facetem?
H: Nie, zapomniałem o savoir-vivre

Tagi: , , ,

 
1

Eksperyment kulinarny nr 4 czyli placuszki bananowe

Królowa napisała 13 lip, 2010 w kategoriach historie kuchenne

Jest straszny upał, w związku z czym banany leżące na wierzchu nadmiernie mi dojrzały zanim zostały zjedzone. Przeszukałam internet pod kątem „co można zrobić z przejrzałych bananów” i niestety powtarzał się głównie chlebek bananowy oraz placuszki, ale jakieś skomplikowane, wymagające bicia piany z białek, albo ubijania mleka, odstawiania masy i nakrywania ściereczką, więc postanowiłam eksperymentalnie zrobić swoje placuszki z jabłkami, tylko dać banana zamiast jabłka. Placuszki owe, obecne w mojej rodzinie od pokoleń, robi się tak:

- jajko
- kefir
- mąkę

Zmieszać/zmiksować ze sobą. I do tego jabłko utarte na tarce o dużych oczkach albo pokrojone. Moja mama kroi, ja ścieram na tarce – różnica jest taka, że krojone kawałki są większe. Ale to jak kto lubi, ja wolę użyć tarki, bo tak jest szybciej. Można też zamiast jabłek użyć żółtego sera – raczej bardziej ostrego/słonego. No i tak jak ja teraz – bananów. Co do proporcji ciasta, to ja biorę 2 jajka, jeden kefir 400 ml (używam Bakomy i chyba jest najlepszy do tych placuszków, ale robiłam i z innymi i też dobrze wychodzi), natomiast mąki dodaję tyle, żeby ciasto miało konsystencję gęstej śmietany. Trzeba pamiętać o tym, że jak się doda jabłka, to ciasto trochę zrzednie od soku z jabłek, więc może trzeba będzie dodać trochę mąki.  Przy bananach nie miałam tego problemu, zrobiłam ciasto, dodałam dwa banany pokrojone w cienkie plasterki, wymieszałam i już. I smażyć na oleju/oliwie, na dość dużym ogniu, aż się ładnie przybrązowią. Z podanych przeze mnie proporcji wychodzi tyle placków, że najadam się ja i dzieci, czyli 2-3 osoby. Te z jabłkami można polać kefirem (jeśli jeszcze jakiś mamy) przed podaniem, te z bananami posypać cynamonem, można też jeść bez niczego :)

Tagi:

 
3

Lato! Słońce! Warzywa! Owoce!

Królowa napisała 17 cze, 2010 w kategoriach historie kuchenne, miasto, ogólne, rozdrapywanie

Rzecz w tym, że można założyć bieliznę , sukienkę, sandałki i wyjść z domu. I że czereśnie. Truskawki.
Uwielbiam lato. Jestem tak ciepłoluba, że nie istnieje dla mnie pojęcie „za ciepło”. 36 stopni? Proszę bardzo! Więcej? Jasne, tylko jestem na stałe przyssana do płynów, najlepiej ice tea z lodem. Mogę wyjść z domu w przeciągu 20 sekund, bo tyle mi zajmie ubranie się i założenie sandałów. Jest mnóstwo owoców i warzyw, w tym takie, które tylko wtedy. Całodzienne jedzenie można załatwić samymi sałatkami. Dzisiaj tak zrobiłam… prawie cały dzień na samych sałatkach. Chciałam sobie wczoraj wieczorem zrobić taką sałatkę, jak przynosi do korpo Pan Kanapka, ale z różnych powodów wyszło mi zupełnie inaczej, a bardzo dobrze. Tamta zawiera ser żółty, kukurydzę, ananasa i majonez. Ja wrzuciłam do pojemniczka:
- kurczaka curry pozostałego po obiedzie (którego wcześniej pokroiłam w kostkę ok 1×1 cm, posypałam solą, pieprzem, curry, zostawiłam na pół godziny w przyprawach, usmażyłam)
- ser żółty starty na grubej tarce
- ananasa (też małe kawałeczki, lepsze jest z małymi)
- no i chciałam dorzucić kukurydzę, ale okazało się, że nie mam, to bez namysłu dodałam resztkę żółtej fasolki szparagowej pozostałej po obiedzie (tylko pokrojonej na kawałki max 2 m długości)
- i majonez. niedużo, bardzo niedużo.
Zmieszałam, przykryłam, zamknęłam na noc w lodówce, rano złapałam wybiegając z domu do pracy. Podjadałam ją przez godzinę i obyłam się bez obiadu w pracy :-) Sycące i smaczne.

A po pracy zamiast obiadu kolejna sałatka – tym razem proste caprese. Też powód do kochania lata, pomidory z mozarellą mogę jeść wtedy codziennie i często tak jest… przez miesiąc to stała część jadłospisu. Mam w domu doniczki z bazylią, urywam parę listków, odurzam się zapachem, posypuję pomidory świeżo zmielonym pieprzem i gruboziarnistą solą morską, mniam. I tylko muszę robić więcej, niż chcę, albo kryć się przed córką, bo też uwielbia mozarellę.

I fasolka szparagowa… Wczoraj była gorąca, dzisiaj rano w sałatce, dzisiaj chciałam jej nie kupować, poszłam do warzywniaka kupić tylko puszkę kukurydzy, podchodzę i mówię: dzień dobry, poproszę pół kilo żółtej fasolki… (orientuję się, co mówię)… yyyy, to znaczy nie, nie, fasolki… a zresztą… no tak, tak, niech pani nasypie. I ugotowane pół kilo fasolki wyłożyłam na wielki talerz, polałam bułką tartą z masełkiem i wrąbaliśmy razem z dziećmi. Zajęło nam to równe 8 minut., a i to dlatego, że na początku była gorąca i trzeba było powoli jeść. I to niesprawiedliwe, że gotuje się 3 albo i 4 razy dłużej :D

Tanieje bób, już bym ugotowała dzisiaj, gdyby nie złe ludzie, co mi z warzywniaka wykupiły. Kupiłam za to cukinię na pocieszenie.
I tak chodzę po słonecznych ulicach, ciesząc się latem, wystawiam pyszczek do słońca, objadam się sezonowymi warzywami, mam w domu na stałe otwarte okna… więc wpada mi przez nie hałas z ulicy, ale to nic, po stokroć to wolę, niż kulenie się z zimna przy kaloryferze. A teraz jeszcze wieczorami Desperadosik, meczyk, mundial trwa i jest coraz dziwniej i zdziwniej chwilami (Meksyk?? Z Francją? Żabojady już do domu???). Łapię te miłe chwile, zbieram wspomnienia, zamykam w słoiczkach. Półeczka podpisana „nostalgia” jest długa i pojemna. Będzie na potem.

Tagi: , , , , , , ,

 
0

Eksperyment kulinarny nr 3 czyli wieprzowina curry

Królowa napisała 13 maj, 2010 w kategoriach historie kuchenne

Przepis ten dostałam od swojego eks i po drobnej modyfikacji używam bardzo często. Dobre, dość proste, bardzo sycące i można jeść przez dwa, trzy dni. Podane proporcje są w założeniu na 4 dorosłe osoby:

Zaczynamy od mięsa, najlepszy jest schab, pół kilo kroimy na kawałki 1x1cm. Na patelnię nalewamy łyżkę oleju/oliwy i podgrzewamy na maxa, po czym obsmażamy wieprzowinkę, i natychmiast po podsmażeniu przesypujemy do rondla. Sztuka polega, aby odsmażyć, nie udusić. Następnie kroimy 2 cebule na drobną kostkę, smażymy do zeszklenia i dorzucamy do mięska. Do tego dodajemy opakowanie czosnku w proszku (50g). Dolewamy wody, tak, aby płyn wypełniał rondel do poziomu mięsa (by było przykryte) i dodajemy 100g curry łagodnego w proszku. Mieszamy i dusimy 30 minut. Po tym czasie dodajemy puszkę kukurydzy, mieszamy, po pięciu minutach dodajemy 1 puszkę fasoli białej i 1 puszkę czerwonej w zalewie. Po następnych 5-10 minutach danie jest gotowe.

W oryginalnym przepisie zamiast dolewania samej wody, wlewało się gorącą wodę z rozpuszczonymi dwoma kostkami rosołowymi, ale po pierwsze ja tego nie używam, po drugie z tym było bardzo słone, stąd mówię, że przepis jest z drobnymi modyfikacjami. Ważne też, jeśli nie lubimy zbyt słonych potraw, żeby fasolka była firmy Bonduelle – zalewa jest najmniej słona i najlepsza w smaku. Co do curry, to kto jakie lubi (i oczywiście nie trzeba koniecznie dodawać aż tyle, ja daję trochę mniej), dobrze się sprawdza Kotanyi albo Prymat, Kamis jest trochę za mocny moim zdaniem. Najtrudniejsza część to oczywiście obsmażenie wieprzowiny, oraz uważanie, żeby w czasie tych 30 minut gotowania nic nie przywarło.

Tagi: ,