0

Kiedy koty chorują

Królowa napisała 31 lip, 2015 w kategoriach Bez kategorii

Generalnie ludzie są dla mnie ważniejsi niż zwierzęta. W razie pożaru w pierwszej kolejności wynosiłabym z domu dzieci, nie koty. Jednak po ostatnich doświadczeniach doszłam do wniosku, że o wiele gorzej znoszę chorobę kota niż dziecka. Z kilku powodów.
Po pierwsze każde dziecko wyraźnie sygnalizuje, że coś jest nie tak. Nawet jeśli nie umie tego jeszcze wyartykułować, to płacze przeraźliwie, co pozwala, po wyeliminowaniu innych przyczyn, założyć chorobę. Kot cierpi po cichu. Kot „tylko” przestaje siusiać. Albo „tylko” mniej je. Nawet wymioty nie zawsze oznaczają chorobę, choć to akurat dobry sygnał alarmujący.
Po drugie diagnostyka w przypadku ludzi w większości przypadków jest prosta. Szczególnie gdy dziecko jest już w stanie wyartykułować: „boli mnie brzuch/drapie mnie w gardle/kłuje coś w uchu/etc”. Nawet zaś jak nie jest – w przeciętnym przypadku jest pewna pula dolegliwości czy chorób, z których łatwo coś wyodrębnić. U kota możliwości jest mnóstwo. Nie działają nerki – może być to niewydolność nerek sama w sobie, ale może być to niewydolność nerek spowodowana czymś innym. Szmery w płucach – problem z płucami albo zbierający się w płucach płyn z powodu niewydolności nerek. Wymiotuje? Pełna paleta, kłaczek, zatrucie, sznurek, wirus, choroba taka, owaka.
Po trzecie: kooperacja. Człowiek rodzaju niemowlę może nie współpracuje przy badaniach tudzież podawaniu leków, ale też nie bardzo ma możliwości bronienia się. Człowiek rodzaju dziecko może współpracować, dobrowolnie lub po pewnych perswazjach. Kot – zapomnij. Być może istnieją koty, które u weterynarza spokojnie podają łapę do pobrania krwi, nie przeczę, że tak może być, ja jednak opieram się na osobistych doświaczeniach. A te są takie, że jeden z moich kotów, gruby, łagodny i nieprawdopodobnie spokojny Szczęściarz u weterynarza zamienia się w maszynkę do mięsa, która próbuje podziurawić wszystkie ludzkie kończyny i kadłuby. Drugi zaś, wyniosły i dostojny Lord, stresuje się tak bardzo, że zamienia w śliskiego węgorza, który bez problemu wyrwie się z jednej pary rąk, więc do zabiegów przy nim potrzebne są co najmniej dwie (nie liczę tu rąk wykonujących zabieg, a zatem łącznie z weterynarzem to już daje trzy osoby). Do tego Lord zaczyna pałać oburzeniem i nienawiścią, sika na buty, gryzie, drapie, ucieka. Pluje pigułkami na pół metra, a do zastrzyków potrzeba wspomnianych już kilku par rąk.

Wszystko to sprawiło, że ostre zapalenie trzustki, na które niedawno zapadł mój kot, zdiagnozowane dopiero w trzecim dniu choroby, kiedy kota był już praktycznie cień, gdyż nie jadł, nie pił, nie załatwiał się i tylko kroplówki go podtrzymywały przy życiu, bardzo mnie psychicznie zmęczyło. Nawet kiedy już wiadomo było, co mu jest i jak go leczyć, zaczął jeść i tylko kontynuowaliśmy leczenie antybiotykiem, wciąż każda wizyta u weterynarza była solidną porcją stresu dla nas, w związku z kocią niechęcią i wkurwem. Dobrze, że po tygodniu kot wrócił do pełni sił i jest znów niezależnym, dumnym Lordem, patrzącym z pogardą, ale korzystającym chętnie z rąk do głaskania i drapania pod brodą.11805838_10207483352383080_2007202417_n

 

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Bardzo długa i nudna playlista, czyli „Inni” Ewy Dragi

Królowa napisała 29 kwi, 2015 w kategoriach Bez kategorii

Mam pewną słabość do literatury młodzieżowej, szczególnie do popularnej ostatnio prozy typu young adults. Taka młodzież, ale już starsza, wkraczająca powoli w dorosłość i jej problemy. Na tegorocznym Pyrkonie miała miejsce wymiana książek – świetna rzecz, wchodzisz, oddajesz na wejściu swoje książki, dostajesz karteczkę z liczbą książek, jakie możesz wynieść (1 za 1 na ogół), wybierasz sobie nowe książki, twoje trafiają do kogoś innego, wszyscy są zadowoleni. No i właśnie na tej wymianie wpadła mi w ręce książka Ewy Dragi „Inni”, w której opisie było nawiązanie do Stephanie Meyer. Nie wprost, ale że książka z tego nurtu, bla, bla, bla, tym razem jednak polska czytelniczka poczuje się jak u siebie, gdyż akcja dzieje się w Polsce. Porównanie do Meyer jest, wbrew pozorom, dobrą rekomendacją. „Zmierzch” jest napisany pod określony target, tych, którzy nim nie są, może drażnić – ale to jest bardzo dobrze warsztatowo napisana książka.

„Inni”, niestety, nie. Na Pyrkonie byłam również na panelu o pisaniu opowiadań i powieści – padło tam wiele pozornie oczywistych rzeczy. Na przykład: jeśli pokój ma cztery ściany i sufit, nie trzeba tego opisywać – każdy wie, jak wygląda pokój. Dopiero gdy w pokoju jest coś niezwykłego, warto o tym wspomnieć. Ewa Draga najwyraźniej nie usłyszała nigdy takiej wskazówki i przez całą książkę opisuje czytelnikom zwyczajne, nudne, codzienne czynności, przedmioty, lokacje. Bohaterka wstaje z łóżka, je śniadanie, zakłada ubranie, wkłada słuchawki w uszy i włącza piosenkę na ipodzie, schodzi po schodach, idzie ulicą, siada w szkolnej ławce, wychodzi ze szkoły, idzie do Empiku, przegląda jedno pismo, przegląda drugie pismo, zastanawia się nad tatuażem, idzie do kawiarni z przyjaciółkami, zamawia latte, etc, etc. Mogłabym przymknąć na to oko, gdyby to jeden dzień był tak opisany – ot, żeby można było wczuć się w życie nastolatki. Ale nawet jak już od dawna wiemy na czym polega inność bohaterki i znacznie ciekawsze są kwestie jej drugiej natury, wciąż co chwilę dostajemy frapujące informacje w rodzaju: bohaterowie wsiedli do pociągu, gdzie siedzenia były obite czerwoną dermą. Nawet zapalanie papierosa jest opisane szczegółowo: „Stanęłam w oknie, przytknęłam koniec papierosa do płomienia zapalniczki, zaciągnęłam się dymem.” Nudne, zbędne, męczące.

No właśnie, inność bohaterki. Wiemy i z tytułu i z opisu na okładce, że będziemy mieć do czynienia z niezwykłą dziewczyną. Już zaczynając czytanie, spodziewamy się tego. Zatem nie trzeba czytelnika przewlekać przez 200 stron, gdzie nic się nie dzieje i tylko padają jakieś mętne aluzje. Za to jak już wreszcie autorka decyduje się bohaterce wyjawić Wielką Tajemnicę Jej Inności, znienacka akcja nabiera tempa lawiny. Zanim jeszcze czytelnik i bohaterka oswoi się nieco z koncepcją przynależenia do innej rasy, dostajemy nagle mordobicia, pościgi, porwanie, latanie, w myślach czytanie, ucieczki, strzelanie, pełne combo.

Gdy trochę się to uspokoi, znienacka autorka wydaje się przypomnieć sobie, że miało być jak w „Zmierzchu”, więc do bohaterki i jej chłopca dorzuca nagle drugiego chłopca i próbuje nam wmówić, że jest, tak, jest tu miłosny trójkąt, gdzie wszystkimi miotają silne uczucia. Um, nie wychodzi to jej. Zdecydowanie nie wychodzi, trójkąt się nie klei. Postępowanie różnych innych postaci drugo i trzecioplanowych też wzbudza wątpliwości, rzekomo jest to bardzo wiekowa i mądra rasa, jednak zachowują się jak nieogarnięte nastolatki.

No i jeszcze nieszczęsna muzyka. Draga potraktowała swoją debiutancką książkę jak serwis, na którym może pokazać swój gust muzyczny, toteż główna bohaterka co chwilę na swoim ipodzie włącza a to Joy Division, a to Radiohead, a to Emilianę Torrini, informacja o tym, czego słucha jest często wzbogacona o uwagi o poszczególnych piosenkach czy albumach. Może jakbym była nastolatką, to by mnie cieszyło, że jakiś zespół jest wspomniany na kartach książki, nawet jeśli, to zdecydowanie tego za dużo. Przy czym o ile Ewa Draga, rocznik 85 (książka wyszła w 2010), ma prawo do takich błędów, to redaktor już nie. Redaktor powinien powykreślać opisy dermy w pociągu, czy procesu robienia sobie kanapki. Redaktor wreszcie, mógłby zwrócić uwagę autorki na to, że nie bardzo prawdopodobnym jest, że bohaterka wie, co to jest brzytwa Ockhama, a za to nie ma pojęcia co to jest altówka czy jak wygląda dygnięcie. Niestety, w tym przypadku redaktorka nie przyłożyła się do roboty. Korektorka zresztą też nie, ale literówki to w sumie najmniejszy problem tej książki.

Tagi: , , , , , , , , ,

 
0

Jakiego języka używamy, tacy jesteśmy

Królowa napisała 20 paź, 2014 w kategoriach Bez kategorii

„- Sekretarz brzmi poważnie, a sekretarka jakoś podrzędnie.

– Niestety. Należy zmieniać język, bo to on jest medium, w którym rozstrzyga się kształt naszego społeczeństwa. Oczywiście rozpowszechnienie form żeńskich nie jest w stanie znieść strukturalnej nierówności między płciami, ale może okazać się pierwszym krokiem w tym kierunku. Jeżeli chcemy równouprawnienia, walczmy też o słowa. Jaki mamy język, takie społeczeństwo. Jakiego języka używamy, tacy jesteśmy. Amerykańscy językoznawcy ze szkoły kognitywnej, których lubię czytać, uważają, że świat człowieka składa się z metafor, które w jakiejś mierze wyznaczają nasze sposoby działania. Myślimy słowami, obrazami, metaforami.

Świat ulepiony jest ze słów?

– Ludwig Wittgenstein, geniusz filozofii, mówił, że granice mojego języka są granicami mojego świata. Martin Heidegger, wielki mędrzec, pisał, że to nie ja władam językiem, ale język włada mną Można ciągnąć tę listę. Jeśli chcemy zrozumieć swoją sytuację we współczesnym świecie, musimy zacząć od języka – i to nie tylko tego właściwego tzw. kulturze wyższej, lecz także tego używanego na co dzień

To jest doskonały moim zdaniem cytat z rozmowy z Janem Burzyńskim,  jednym z pomysłodawców i założycieli Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego. Cała rozmowa jest bardzo ciekawa, a te słowa szczególnie mnie zachwyciły. Bo też uważam, że tak jest. I dlatego tak zdecydowanie reaguję, gdy ktoś używa pewnych słów w pewnym kontekście, nawet jako żart. Przeczytanie tego wywiadu splotło mi się w czasie z przeczytaniem na Facebooku postu: „Kobiety mojego życia zawsze były obok, wspierały. Mówi się, że facet jest głową rodziny, kobieta zaś szyją, która głowę trzyma w pionie i nią kręci. Faktycznie tak jest?”. Dalej we wpisie był link do postu, postu, w którym nie znalazłam bezpośredniego nawiązania do tego powiedzonka o głowie, nawet jeśli by było – to nieistotne. Istotne jest samo stwierdzenie, które ostro skrytykowałam i krytykować będę. Gdyż, jak widać jasno w przytoczonych cytatach z wywiadu z panem Burzyńskim, nie jestem odosobniona w mojej opinii, że język kształtuje nasz świat. Mamy XXI wiek, wypowiadam się z perspektywy kobiety żyjącej w demokratycznym, europejskim kraju – nie ma „głów rodziny”. Nie ma „szyj”. Są równorzędni ludzie, tworzący związki, będący partnerami, będący w równej pozycji. Tak, żyję w bańce, tak, chciałabym, żeby ta bańka rozprzestrzeniła się na wszystkich ludzi. To nie jest „takie sobie powiedzonko”. To jest szkodliwe powiedzonko, tak samo szkodliwe jak „żarciki” o miejscu kobiety w kuchni. Tak samo szkodliwe jak powiedzonka: „prawdziwy facet nie płacze” albo „prawdziwy facet umie dać komuś w mordę”. Tak, mamy XXI wiek, wiemy już, że mężczyźni mogą być wrażliwi, a kobiety mieć większe aspiracje niż wychowywanie dzieci i gotowanie obiadów. Tak, nie tolerujemy „głów rodziny”, które rządzą, dominują i decydują. Nie tolerujemy ułudy władzy wynikającej z rzekomego bycia „szyją rodziny”. Bo to, w samej swojej istocie, zakłada jakieś podstępne sterowanie Mężczyzną, Który Ma Władzę. Zakłada, że nie ma dwóch głów, tylko jest głowa, Pan i Władca oraz słaba kobieta, która jakimiś sztuczkami manipuluje i kieruje nim. Żadna z tych sytuacji nie jest komfortowa. Ani dla kobiet ani dla mężczyzn. Bo zarówno kobiety, jak i mężczyźni uczą się, pracują, zakładają rodziny – i są odpowiedzialni za swoje życie. I mogą tworzyć normalną rodzinę, w której wspólnie podejmuje się decyzje. W której rządą oboje – i w której nik nie jest władcą absolutnym. Nie ma głów ani szyj. Jest dwójka dorosłych, pełnoletnich ludzi, która potrafi ze sobą rozmawiać, dyskutować, ustalać. I obyśmy wszyscy mieli takie związki. Bo mamy do tego prawo, mamy możliwości. Nie wpychajmy się sami w przestarzałe, stereotypowe idiotyzmy. Twórzmy razem lepszą rzeczywistość.

Tagi: , , , , ,

 
0

Zabijcie ich wszystkich – coraz nierówniej pod kopułą

Królowa napisała 26 wrz, 2014 w kategoriach Bez kategorii

W zeszłym roku, zachęcona prelekcją Lesliego o serialach s-f na Polconie, zaczęłam oglądać „Under the Dome”. Leslie co prawda nie mówił, że to arcydzieło, ale pomysł mnie zaintrygował, no a spróbować zawsze można. Spróbowałam, zobaczyłam że na postawie książki Kinga, nadrobiłam przeoczenie i przeczytałam książkę. Książka bardzo sympatyczna, nic wstrząsającego, ale uczciwa, dobrze zrobiona rozrywka. Serial… No cóż. Coraz to większe i większe rozbieżności między tym, co działo się w książce a w serialu – wybaczałam. Drętwe dialogi jakoś dawały się przełknąć, był to serial typowo do oglądania jednym okiem, podczas robienia czegośinnego, niewymagający pełnego skupienia uwagi. Za to była Ruda (Rachelle Lefevre), na którą się po prostu z przyjemnością patrzyło. I tak skończył się sezon, minęło trochę czasu i nastał drugi. Początek całkiem dynamiczny, kilka dobrych odcinków – wciąż niektórzy bohaterowie płascy i nudni, wciąż aktorzy wygładaszjący drewnianym głosem ckliwe banały, jednak fantazja scenarzystów w wymyślaniu coraz to nowych harców kopuły i dynamika akcji nadrabiały. Później troszkę mnie drażnił nowy główny bohater, czyli tablet od Microsoftu i system Windows 8, no ale też przełknęłam, wiadomo, hajs się musi zgadzać. Natomiast trzy ostatnie odcinki były jakimś koszmarem. Pauline i jej wizje oraz adoratorzy, ojciec Barbiego, nagłe ciśnięcie w widzów jakimś stosem tajemnic, spisków i dziwnych zależności. Absurdalne zachowania bohaterów, jak Norrie, która znienacka oświadcza, że ona nie chce opuszczać uroczego wszakże miasteczka Chester’s Mill, gdyż tutaj.. umarła jej matka. (Ręka do góry kto w ogóle jeszcze pamiętał o jej matce, poległej na samym początku pierwszego sezonu). Równie znienacka pojawia się w kadrze druga matka Norrie- jakoś przez cały sezon nie wykazywała córką zzainteresowania, teraz potrzebna jest tylko po to, żeby wypowiedzieć parę zdań i zrobić zdumioną minę razem z resztą statystów. Liczne śmierci i zmartwychwstania, motyle latają, krew się leje strumieniami, Ruda po ciężkiej ranie uda skacze jak sarenka parę godzin później, jeden wielki chaos. I kiedy w finale już, już wydaje się, że wszyscy zginą pod tą kopułą, że nareszcie wszyscy będą mieli święty spokój – mieszkańcy miasteczka, scenarzyści i widzowie – BUM, Barbie zostaje Mesjaszem, skały się przed min rozstępują, a Melanie w białym gieźle pojawia się niczym Jezus i wiedzie lud za sobą. Oczywiście z wyjątkiem Juniora i Rudej, ktoś musi zostać (nad) wiszącym klifem.

under11

Tagi: , ,

 
0

„Przecież ty nie cierpisz rowerów”

Królowa napisała 8 lip, 2014 w kategoriach Bez kategorii

Zaczęło się niewinnie od wspólnego biegania razem. Niczym para w stylu rodzinki Stockowskich, ona, on, park, endomondo. Nic szokującego, bieganie było i przedtem, solo, toż to żaden tam sport, ot, bieganie. Później jednak przydarzyła się hulajnoga. Ot, dzieck znajomy miał, zabrał, zostawił w samochodzie, godzina czekania, może spróbować. Ojej, jak tu utrzymać równowa…o, daje się. O jak fajnie. O, z górki, boję się, piiiiiisk, jej, adrenalina, chcę więcej. No i bum, zachorowałam. Wizyta w Decathlonie, bo poszukiwania roweru dla dziecka, dobrze, niech oni się rowerami, gdzie hulajnogi. Zdjęłam z półki pierwszą lepszą – i ziuuuuu. W tę, w tamtą, po alejkach. Potem research, zaczepianie ludzi z hulajnogami na ulicy, wreszcie gorące uczucie do Oxelo Town 7 XL.  Jeszcze niekupiona, ale na półce z marzeniami. Gdzieś w między czasie spacery, granie w tenisa stołowego, wreszcie jednak dzień kupowania roweru dla syna. I oto okazuje się, że sprzęt dla Młodego jest również na mnie pasujący. Podobno.

Gdzie tam ja na rower, po moim trupie. Dwadzieścia lat nie jeździłam i nie będę tego zmieniać. Prowadziliśmy rower od samochodu do domu. Tak tylko. Sprawdzić czy dobrze jedzie. Dla dobra dziecka oczywiście. Mhm. Ziuuuuu, po ścieżce sto metrów. Och, jak fajnie.
I tak, dziecko się uczy jeździć na swoim rowerze, a gdy śpi albo jest na zajęciach lata w mieście, matka podwyższa siodełko na swoją wysokość i fru. Albo portale pohackować, albo myknąć do Powsina. Po dwudziestu latach niejeżdżenia wystarczyło 5 dni, żeby dojść do formy, w której 23 kilometry to żadne wyzwanie i mogłabym dłużej, tylko czasu zabrakło. I już wiem, że w końcu ja też będę chciała swój rower. A nawet dwa, jeden jakiś porządny góral na wycieczki, a drugi jakiś miejski, śliczny, czerwony, z tymi osłonkami na koło z tyłu, żeby można w sukieneczce bezpiecznie jechać. I z koszyczkiem na pudelka zakupy z przodu.

I tak o. Bieganie, rower, stepper. Cudowne poczucie zmęczonych mięśni – na tyle mocno, żeby czuć, na tyle słabo, żeby nie zniechęcało. Jedynym zmartwieniem jest to, że w czasie/po jeździe na rowerze mam takie napady głodu, że jem i jem. #Aduparośnie – od kiedy więcej się ruszam, to i zwiększyła mi się oponka na brzuchu i objętość ud. Halp?

krolowanarowerze

Tagi: , , , , , , , ,

 
0

Maybe you go fuck yourself

Królowa napisała 20 maj, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Maybe she blushes – what are we, in 19th century?
Maybe she will be washing dishes because you haven’t even bought a dishwasher
Maybe she cooks for me and wouldn’t expect even single „thank you” – yep, nothing is as good as free cook
Maybe I’ll be leaving home to go to work and she stays at home to wash the dishes and do the laundry and to cook, because women shouldn’t work outside home, it’s obvious. If they’re outside the kitchen it means that chain is too long
Maybe she’s someone elses – ow shit, another buyer offered more camels!

Tagi: , ,

 
0

Iron Man 3 – dużo smutku, mało seksu

Królowa napisała 9 maj, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Oczywiście, ja wiem, Robert Downey Jr. – już to jest chodzący seks, nikt się nie będzie o to spierał. Ale film, w którym nie ma ani jednej sceny porządnego, namiętnego pocałunku Tony’ego i Pepper? I cycków nie było, z wyjątkiem jednej scenki z konkursem piękności, ale to tak przy okazji, powierzchownie, nienachalnie. Ten film jest smutny. Tony jest smutny. To film, w którym Iron Man jest słaby, cierpiący na ataki paniki, samotny. Samotny jest też mały chłopiec, który tęskni za swoim ojcem, który poszedł po zdrapkę i chyba wygrał, bo nie ma go od 6 lat”. Srsly, nie żebym płakała, ale to było okropnie smutne i nawet to, co zrobił dla chłopca Tony na samym końcu nie było żadnym, ale to żadnym lekarstwem. No dobrze, nie musiało być, nie o tym był ten film, ale są jakieś granice. To jest bardzo dobry film, ale tak zupełnie odmienny od pierwszej i drugiej części, że nie ma sensu pójście na maraton Iron Man, Iron Man 2 i Iron Man 3. Serio, nie ma. Zwłaszcza że mnóstwo wątków i dialogów dotyczy rzeczy, które działy się w Avengersach, więc trudno by było zrozumieć wiele rzeczy, gdyby się nie widziało tamtej części opowieści. To jest film o Tonym Starku walczącym ze swoimi demonami – i to jest pokazane w bardzo, bardzo wyrazisty sposób. Nie ma niedomówień. Nie ma superbohatera. Jest facet, który ciągle ponosi klęskę i który czuje się tak okropnie przerażony. Oczywiście się nie poddaje, nie płacze po nocach, znajduje ukojenie w pracy, w walce, w planowaniu. Ale jest ciągle słaby, jest ciągle na granicy upadku – nie upada, nie może upaść, nie może się poddać. I się nie poddaje, wygrywa. Wygrywa tylko dzięki sobie, tylko dzięki sile umysłu i to jest niesamowite w tej części – to nie jest film o Iron Manie, który ma swoją zbroję i w niej ratuje świat. To jest film o Tonym Starku, który nie ma nic, oprócz swojego mózgu. I który tylko używając tego organu jest w stanie wygrać. Nie ma zbroi. Nie ma samochodu, nie ma telefonu, komputera, INTERNETU (gasp). Nie ma nic, jest smutny, samotny, przerażony i ciągnie niedziałającą zbroję na sznurku (skąd on wziął ten sznurek, btw, hę?). A jednak wygrywa, wygrywa walkę ze swoimi ograniczeniami, wygrywa walkę z lękiem, wygrywa z samym sobą. Tylko ta walka go bardzo dużo kosztuje. I to wyraźnie widać, scena z sennym koszmarem, kiedy Pepper, która tak bardzo chce mu pomóc, jeszcze obrywa – WHOAH. Brilliant. Ale przecież nie odchodzi, przecież kocha, wspiera, pomaga tylko tym, że jest. Ale Tony i tak walczy głównie o siebie. Dla siebie. I dobrze.

Ten „bad guy” w sumie jest nieważny. Terroryzm, zagrożenie dla prezydenta, dla kraju – to jakby poboczny wątek w tym filmie. Nieistotny. Największym zagrożeniem dla człowieka jest on sam, jego lęki, jego demony, jego poczucie bezsilności. Ale można je pokonać i o tym właśnie jest Iron Man 3. I to jest absolutnie doskonałe.

Iron-Man-3-snow

Tagi: , , , ,

 
0

Kapitalizm srapitalizm

Królowa napisała 27 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Zaczytuję się ostatnio w powieściach milicyjnych, których całą torbę znalazłam pozostawioną koło śmietnika miejskiego przy przystanku autobusowym. Niesamowita sprawa zresztą, wysiadam z autobusu, żeby się przesiąść na tym samym przystanku, a tam stoi sobie worek na śmieci. Taki półprzezroczysty, niebieskawy, widzę wyraźnie, że w nim czyste i w dobrym stanie książki. Przykucnęłam, popatrzyłam, rozszarpałam worek, chcąc zobaczyć co dokładnie, zobaczyłam jedną książkę mojej ulubionej autorki powieści milicyjnej, drugą, potem jeszcze jakiś Chandler, Edigey, zrezygnowałam z grzebania, rozszarpany worek nie nadawał się już, więc skoczyłam do kiosku obok, wydałam złotówkę na wielką reklamówkę, wróciłam, akurat nadjechał mój autobus. Zgarnęłam cały majdan w objęcia, wparowałam do autobusu, gdzie spokojnie rozłożyłam się na podłodze i poprzekładałam wszystko do torby. I tylko powstrzymywałam się od wydawania okrzyków zachwytu, gdy odkrywałam coraz to kolejne książki ulubionej autorki. W domu, do którego ledwo dotachałam to torbiszcze (tak na oko ze 12 kilogramów), odkryłam że weszłam w posiadanie 60 książek, prawie wszystkie całe, oprócz powieści milicyjnej znalazł się tam nawet Bursa – i wszystko to by było zmielone przez śmieciarę, gdybym nie capnęła z chodnika.

No i tak sobie czytam te książki, których akcja się dzieje w PRL, gdzie dobra z Zachodu są luksusem, nieosiągalnym marzeniem, gdzie prywatne inicjatywy są likwidowane przez dzielną milicję, gdzie Państwo jest cudowne i trzeba je kochać, a nie marzyć o dzikim i złym kapitalizmie. Czytam je w 2013 roku, kiedy już niby od dawna w Polsce jest ten drapieżny kapitalizm, a dobra z zachodu są dostępne, ale tak sobie ostatnio myślę, że mentalnie to wciąż mnóstwo ludzi tkwi w tym PRL, gdzie wszyscy mieli wszystko gdzieś, bo „państwowe”. Nie moje. Nie moje, czyli niczyje, nie warto, nie trzeba.

Niby mam wybór – mogę sobie zamówić internet i telewizję od kilku firm. W praktyce, jeśli chcę obie usługi w pakiecie, mam wybór między dwoma firmami – TPSA i UPC. Nie mam łącza telefonicznego, więc wybrałam UPC (właściwie to wybrałam Aster, ale w tak zwanym międzyczasie zostałam „zmigrowana” do UPC z powodu fuzji). I cierpię. Cierpię, bo po tygodniu pracy mam wreszcie weekend. Chcę odpocząć, zrelaksować się, po koniec dnia sprawdzam co takiego jest w telewizji. Widzę „Avengers” na HBO, wspaniale, dobry film, dzieci też lubią, sięgam po pilota i… nic. Okazuje się, że nie działa. Resetuję dekoder, sprawdzam kable – nic się nie zmienia, HBO oraz kilka innych kanałów nie działa, inne działają, sięgam po telefon. I zaczyna się długie oczekiwanie na połączenie z konsultantem. Jest tak długie, że mnie rozłącza. Dzwonię ponownie. Wreszcie się udaje, rozmawiam z człowiekiem, mówię mu jaki jest problem, człowiek słucha, po czym mówi beznamiętnie, że może umówić wizytę technika. Na poniedziałek wieczór. – No ale co teraz – pytam zirytowana – mam przez cały weekend zostać bez HBO i Cinemax? Konsultant beznamiętnie tłumaczy, że nic nie jest w stanie zrobić, że technik przyjdzie i naprawi, że problem może być w tym albo tym albo tym. I tyle. I nic więcej.
I jestem zła. Bo płacę sporą kwotę miesięcznie za to, żeby mieć ileś kanałów. I chcę je móc oglądać wtedy, kiedy mam ochotę. Teraz mam ochotę pooglądać HBO, teraz jest zepsute i to firma, której płacę za możliwość oglądania telewizji powinna czuć się źle, że ich klient ma dyskomfort. Tymczasem od konsultanta na infolinii nie usłyszę nawet że mu przykro, że nie działa, że przeprasza w imieniu firmy za mój dyskomfort, że postarają się jak najszybciej rozwiązać problem. Nic. I tak, wiem, „na słuchawkach” zarabia się mało. Ale czemu mnie, jako klienta firmy ma to obchodzić? Czemu firma nie zaleca pracownikom, żeby w takiej sytuacji wyrazili ubolewanie? Czemu technik może przyjść dopiero za dwa dni, skoro ja w weekend, w czasie odpoczynku po ciężkiej pracy chciałabym pooglądać telewizję? Czemu firma nie zatrudni tylu techników, żeby niektórzy mieli też zmiany w weekendy? Czemu płacę, a dostaję byle co – dostaję firmę, która ma w nosie, że mi nie działa, czemu jestem traktowana jak dojna krowa, która ma tylko regularnie wpłacać pieniądze na konto?

Niby mamy ten kapitalizm, ale nie widzę w nim szacunku dla płacącego. Nie widzę w ogóle starania się. W tych wszystkich regulaminach, tabelkach, excelach zagubił się człowiek, który chciałby sobie ze swoimi dziećmi obejrzeć w sobotę wieczorem Avengersów. Nie kradnąc ten film z torrentów, nie podłączając laptopa do telewizora, tylko sięgając po pilota i włączając kanał. I tylko: „może Pani złożyć reklamację, podając datę, kiedy usługa nie działa”. A skąd ja mam wiedzieć, od kiedy nie działa, skoro wcześniej nie włączałam tego kanału? Nie siedzę codziennie wieczorem przed telewizorem sprawdzając, czy aby wszystkie usługi, za które płacę, działają prawidłowo. Może nie działa od dziś, może od wczoraj, może już od tygodnia nie mam kilku lub kilkunastu kanałów, do których nieograniczony dostęp wykupiłam.

Jak nie zapłacę rachunku, to od razu dział windykacji wysyła przypomnienia, listy, smsy, z żądaniem pieniędzy. A może by też jakiś inny dział się interesował, czy wszyscy klienci mają usługi, które firma oferuje? Czy kiedykolwiek ktoś zadzwoni zapytać, czy wszystko działa, czy jestem zadowolona z usług? Ależ skąd. Tylko płać i siedź cicho. My mamy gdzieś. Dla nas się liczą tabelki, a jak jest Pani niezadowolona, to nas nie obchodzi, mamy innych abonentów, nie ma obowiązku być naszym klientem, w regulaminie jest że to się może zdarzyć, bla bla bla.

A z innej beczki – wysłałam parę dni temu maila do amerykańskiego oddziału HBO. W zupełnie innej sprawie, zupełnie dobrowolnie, zwróciłam firmie uwagę na naruszenie ich praw autorskich. Nikt ode mnie tego nie wymagał, nikt mi za to nie płacił, firma HBO nawet nie wie, czy ja, jakaś osoba z Polski, płacę komuś za możliwość oglądania ich kanału. Ale na tę wiadomość dostałam bardzo szybko odpowiedź mailową – nie wiem czy napisaną przez człowieka czy wysłaną automatycznie – podejrzewam to drugie, ale i tak ucieszył mnie ten mail. Bo w nim było bardzo miłe i uprzejme podziękowanie na kontakt, za moje zainteresowanie, za zwrócenie uwagi oraz zapewnienie, że sprawie przyjrzą się odpowiednie osoby. I jeszcze raz podziękowanie. I taki wielki kontrast. Tu w Polsce płacę za coś i nawet zwykłego „przepraszamy” nie dostaję. W USA, na tym Zachodzie, firma jest wdzięczna, że napisałam do nich list.

Doczekam się czasów, że będę miała we własnym kraju szacunek i troskę firmy czy nie? Czy już zawsze będzie lekceważące „to nie nasza wina, może pani złożyć reklamację”?

Tagi: , , , , , , , , , ,

 
0

Dwa kółka, sto ileś koni mechanicznych i wiatr w kask

Królowa napisała 23 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kiedy dzień zaczyna się od:
– konstatacji, że zapomniało się do pracy pojemniczka z lunchem
– na nowym komputerze w nowym biurze nie działa dźwięk i trzeba zaczynać dzień pracy od dzwonienia do helpdesku z tak banalnym problemem
A potem jest jeszcze gorzej, bo różne zwyczajne problemy urastają do rangi Okropnych Zdarzeń, a na koniec jeszcze wybucha Gowingate.

To jak po pracy ktoś cię zabiera z niej na motocyklu i trasę, którą zbiorkomem przemierzasz w godzinę, w korku, tłoku i z przesiadką, teraz pokonujesz w jakieś 20 minut, a potem jeszcze robisz wrażenie na przedszkolakach („a moja mama przyjechała po mnie NA MOTORZE”).

To jest jakoś o wiele lepiej.

A potem jeszcze się okazuje, że dwa doskonałe seriale, które oglądasz, mają nowe odcinki, a kurier z tesco przyniósł górę dobrego jedzenia i jakoś dzień się kończy całkiem miło.

(zdjęcie z innego dnia, ale nie szkodzi)

901317_10201104013423593_195863817_o

Tagi: , , , ,

 
0

Matki rzucające słoikami są po prostu spontaniczne

Królowa napisała 13 kwi, 2013 w kategoriach Bez kategorii

Kiedyś lubiłam Jeżycjadę. Bardzo. Miałam naście lat, czytałam mnóstwo książek, też byłam wychowywana na erudytkę, z Jeżycjady płynęło ciepło, miłość, zrozumienie, etc. Rodzina Borejków i te zaprzyjaźnione wspierały się i kochały, a przemoc była domeną prymitywnych osiłków ludzi spoza rodziny. Miły świat, dający jasne sygnały – bicie czy agresja nie jest ok, w rodzinie problemy się rozwiązuje rozmową, miłością, zrozumieniem.
A teraz? Najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz, „McDusia” jest pełna przemocy i agresji. I jasno postawione granice się kompletnie zatarły, agresywne zachowania prezentują wszyscy. Również ci, uczeni przez antenatów, że uczciwy człowiek brzydzi się przemocą i jej nie stosuje. Zwłaszcza wobec bliskich. Spójrzmy na kilka fragmentów. Scenka pierwsza – Gabriela wchodzi w podziemne przejście i pada ofiarą przemocy:

„I od razu wpadła w grupę półprzytomnych, agresywnych wyrostków; bili się! Została popchnięta na ścianę tak mocno, że aż dźwięcznie łupnęła głową w te marmury, a od uderzenia na dłuższą chwilę straciła dech. Ale to nie znaczy, że ktokolwiek ją zaatakował – po prostu usunęli człowieka z drogi, jak zawadzający przedmiot. Byli wściekli, szczelnie zamknięci w swoim świecie, i tak obcy, jak stworzenia z innej planety.”

 

Bijące się wyrostki – stworzenia z innego świata, innej planety. Zapamiętajmy to.

Scenka druga – Magda, siedemnastolatka z zaprzyjaźnionej rodziny oraz Józef – syn Idy, czyli członek rodu Borejków:
„Co…? – powiedział i już nie zdążył wyrzec nic więcej, bo wtem ona wspięła się na palce i znienacka lepko pocałowała go w same usta.
– Dobranoc! – rzuciła tonem zwycięskim. – I dziękuję!
Bezczelna!!!…
Miał ochotę odskoczyć, ale to by też kiepsko wyglądało. Jakby się jej bał.
A wcale się nie bał, tylko jej nie lubił.
Niewiele myśląc, capnął ją mocno za cienki kark i przyciągnął blisko, tak blisko, że
poczuł, jak pachnie jej skóra. Jakimiś kremami czy wazeliną, czy innym tłuszczem.
– Wstydu nie masz? – rzekł jej prosto w twarz, przez zaciśnięte zęby, i potrząsnął nią jak
szczurem. – Więcej nie próbuj, bo cię walnę!”
Czy jednak dziwi taka reakcja Józefa, skoro jego własna matka, zła na syna, zachowuje się tak:

„- Co?! – Ida nie zdzierżyła. W porywie ognistej furii złapała pierwszy lepszy przedmiot (słoik z musztardą sarepską) i cisnęła nim w nędznego osobnika, którego – o święta naiwności! – uważała dotychczas za kochanego, dobrego, godnego szacunku chłopca bez skazy. Słoik świsnął w powietrzu koło głowy Józefa i roztrzaskał się na ścianie tuż obok.”
Później jeszcze wciąga dziecko pod prysznic i oblewa lodowatą woda, w wyniku czego nastolatek oczywiście się ciężko przeziębia, zaś potem, poproszony przez matkę o rodzinną przysługę myśli:
Może kiedy indziej by zwlekał i przeciągał sprawę, ale w okresie napięć, spowodowanych aferą „Choco”, wolał się wykazać wzorową subordynacją. Mama była spontaniczna. Bardziej spontaniczna, niż sądził.
Oto agresywne wyrostki to obce stworzenia z innej planety. Matka ciskająca w furii bardzo niebezpiecznymi przedmiotami – spontaniczna. Tymczasem w innym wątku okazuje się, że dorosła córka Gabrieli tuż przed ślubem ma takie wątpliwości i lęki, że znienacka wybucha i czyni wyrzuty ojcu, który przed laty porzucił jej matkę. Ten nagły wybuch powoduje u ojca udar – potem próbuje on, po dojściu do siebie, porozmawiać ze swoją byłą żoną o przeszłości i okazuje się, że jednak nie, że Gabriela: „Pamiętała doskonale, jak to bolało. Ale nie miała zamiaru mu o tym opowiadać. Po pierwsze, duma jej nie pozwalała. Po drugie – cóż, gdyby wiedział! – pewnie jeszcze gorzej by się poczuł niż teraz. Pożałowała go. Niech nie wie.”
Duma i żal – i wszystkie problemy, ból i lęki się tłumi w sobie, nie rozmawia o nich, udaje, że herbata i poezja rozwiążą wszelkie złę sytuacje. A jednak potem dochodzi do wybuchów gniewu, rzucania słoikami w dzieci – co w dodatku nazywane jest nie przemocą, a spontanicznością. Czemu więc bijące się osiłki nie są po prostu „spontanicznymi chłopcami”? Jaka różnica? Najwyraźniej nie w wykształceniu i wychowaniu, skoro inteligentka z Jeżyc zachowuje się nie lepiej niż byle człowiek z ulicy. Jakie ciepło i miłość i zrozumienie, skoro przez ćwierć wieku matka nie jest w stanie porozmawiać z córką o nieudanym małżeństwie z jej ojcem? Strach przed porzuceniem to bardzo silny lęk, a to, że wybranek Laury tak mocno ją kocha i patrzy jej czule w oczy wcale nie oznacza, że lęk automatycznie zniknie, to są rzeczy do przepracowania albo w długich i poważnych rozmowach rodzinnych albo na terapii.
Coraz więcej gniewu, agresji i zamiatania problemów pod kołderkę z poezji i cytatów z łaciny. Coraz gorzej, coraz koślawiej, coraz chaotyczniej i niekonsekwentniej. Szkoda.

Tagi: , , , , ,