2

Główny błąd Rusinka

Królowa napisała 23 kwi, 2012 w kategoriach internetowe, kultura, powiedzono, szczuję

Michał Rusinek w wywiadzie dla Gazety oburza się na słowo „witam” w mailach. Zobaczmy, cóż tak go bulwersuje i czemu niesłusznie.

Dlaczego „witam” ci się nie podoba?

- Uważam, że używanie tego słowa jest zasadne tylko w jednej sytuacji. Tak może do nas powiedzieć gospodarz lub gospodyni, kiedy do niego/niej przychodzimy. Jest wtedy powitaniem, a nie przywitaniem. Gospodarze witają mnie w swojej przestrzeni, więc powiedzenie „witam” jest jak najbardziej na miejscu. Kiedy studenci piszą do mniej mejle, które zaczynają się od „witam”, to jak mam to odebrać? Że internet jest ich przestrzenią, że są jego gospodarzami?

No tak. Właśnie tak, internet jest naszą wspólną przestrzenią, w której wszyscy jesteśmy gospodarzami. Dlatego używanie „witam [w mojej przestrzeni]” jest jak najbardziej uprawnione. CBDU.

Tagi: , , , , ,

 
0

驚かせて驚いて笑顔になろう

Królowa napisała 22 lut, 2012 w kategoriach Bez kategorii

Jakaś tam zmiana statusu związku (lol) na fejsie (lol)
taka niby głupia rzecz, a ile do motywacji

 
32

Wybieram świat bez masochizmu

Królowa napisała 24 sty, 2012 w kategoriach ogólne, prasówka, szczuję

Zaczęło się od artykułu brytyjskiej bioetyk Anny Smajdor z University of East England w naukowym piśmie „Cambridge Quarterly of Healthcare Ethic”. W tym tekście, pozwolę sobie zacytować kluczowe kwestie za Frondą:

Bioetyczka przekonuje, że choć sztuczna ciąża to na razie przestrzeń raczej science fiction niż rzeczywistość, to niebawem może być inaczej. Jej zdaniem w prawdziwie liberalnym społeczeństwie ciąża i rodzenie dzieci nie będą tolerowane. Dlaczego? Bowiem niedopuszczalne jest podporządkowywanie interesów matki interesom dziecka, z biegiem lat zaś „uznamy, że nasze wartości społeczne i poziom wiedzy medycznej jest nie do pogodzenia z «naturalną» reprodukcją”.
„Ciąża jest barbarzyńska” – oznajmia dr Smajdor. „Jest ona chorobą tak poważną, że można ją zestawić z odrą, która także może mieć fatalne skutki, ale nie trwa dziewięciu miesięcy” – pisze bioetyczka. I kończy swój wywód stwierdzeniem, że każdy musi sobie zadać pytanie, czy chciałby żyć w społeczeństwie A, w którym kobiety ponoszą wszystkie koszty i groźby związane z ciążą, czy w B, w której sztuczne macice będą za nas rodzić dzieci?

Tekst oczywiście został poważnie skrytykowany, a na fejsbukowym profilu prawicowego publicysty Frondy rozpoczęła się dyskusja na temat. W dyskusji o ciąży i jej wpływie na organizm kobiety padły stwierdzenia:
„to jest ten trud który musi podjąć kobieta”,
„szczęście doświadczać [bólu] bo to tylko ku uświęceniu”,
„ciąża nie jest ani chorobą, ani żadnym obciążeniem – jest natomiast niezwykłym czasem w którym kobieta doświadcza rozwoju nowego życia, /…/ tylko ktoś niespełna rozumu mógłby chcieć pozbawić się takiego doświadczenia”,
„ból i cierpienie pozwalają łączyć się z Krzyżem Chrystusa i stawać się lepszym /…/ miłość daje siłę do tego aby znosić niedogodności”,
„jeśli ktoś nie dojrzał do znoszenia trudu ciąży to tym bardziej nie jest gotów do roli bycia matką”,
i jeszcze o ciąży że to:
„jako dar zostało złożone w sercu i łonie kobiety przez Boga!”
i dalej, o bólu porodu:
„macierzyństwo to MIŁOŚĆ a miłość to poświęcenie, gotowość do oddania życia dla dziecka, czymże jest więc zniesienie takiego bólu jakim jest poród. O tym bólu zapomina się natychmiast po przytuleniu tej cudownej istoty jaką jest dziecko /…/. Znoszenie bólu to nieodłączna część naszego życia.”

Oczywiście nie odbieram każdemu możliwości własnego przeżywania ciąży i porodu. Jeśli ból porodu bez znieczulenia to dla kogoś ból, który się ”znosi radośnie, bo nagroda jest wyjątkowa”, to niechże sobie tak znosi, droga wolna. Natomiast jestem bardzo zdecydowanie przeciwko wygłaszaniu tego rodzaju stwierdzeń, uznając je za obowiązujące dla każdej kobiety i określające kogoś, kto nie lubi bycia w ciąży, jako „niespełna rozumu”. To jest obraźliwe. To jest krzywdzące. To jest podła próba utworzenia z własnego porno obowiązującej normy. Środki przeciwbólowe, zarówno takie łagodne jak paracetamol na ból głowy, jak i te mocniejsze, dawane w przypadku bólu złamanej nogi, wyrywania zęba czy porodu powstały po to, aby nie cierpieć bólu, skoro nie ma takiej potrzeby. Każdy człowiek ma inną odporność na ból, to jego decyzja, czy decyduje się znosić go w milczeniu w imię wyższych celów, czy nie chce go odczuwać. I ma do tego prawo.
Co najbardziej mnie przeraziło, to fakt, że osoba będąca autorką większości z powyższych stwierdzeń jest położną. Za nic w świecie nie chciałabym w momencie porodu oddać się w ręce osoby, która publicznie głosi, że ból porodowy jest czymś, co służy uświęceniu i stawaniu się lepszym człowiekiem. Bo dla mnie tak nie jest. Bo ja nie uważam niepotrzebnego bólu za coś, co pomaga się stać lepszym człowiekiem. Jeśli dla kogoś człowieczeństwo musi się łączyć z bólem to dla mnie ma nierówno pod sufitem.
A niestety wciąż bardzo popularne jest słuchanie na porodówce „poród musi boleć”. „trzeba swoje odcierpieć”.”pani tak nie krzyczy, przecież to aż tak nie boli”. I nie tylko na porodówce, powszechne jest ignorowanie, bagatelizowanie czy wręcz wyśmiewanie bólu odczuwanego przez pacjenta. Bo w subiektywnej opinii lekarza czy pielęgniarki „nie ma co tak histeryzować”, a w subiektywnej opinii pacjenta „ratunku, jak boli”. A ból jest subiektywny. Jedni wchodzą do dentysty i poddają się wszelkim zabiegom bez znieczulenia, inni do tych samych zabiegów od razu proszą o podanie znieczulenia. Bo ból jest przykry. Pozostawia złe wspomnienia. Traumy. Blizny na psychice. Nie zapomina się go łatwo. Bycie lepszym człowiekiem to właśnie pamiętanie o tym i nienarażanie ludzi na ból, którego nie chcą znosić.

Tagi: , , , , , , , ,

 
2

Wnioski po odpaleniu czytnika rss po dwóch tygodniach tudzież inne

Królowa napisała 12 lis, 2011 w kategoriach rozdrapywanie

Feszyn men mi się znudził.
Wciąż nie lubię lasek z dużymi cyckami.
A. pisze zachwycająco i uświadomiłam sobie, że nigdy nie będę miała takiego życia, jak ona (ściereczki z lawendy i czerwone paznokcie, that’s it)
Oraz 98% blogów w czytniku jest mi zbędne, bo albo mają strony na fejsie i stamtąd mi wpadają nowe posty albo klikam „mark all as read” po 2 pierwszych zdaniach.

Tymczasem walczę ze swoimi uprzedzeniami, ranami, kompleksami. Próbuję choćby zacząć chcieć ufać, bo przecież może warto, może jak nie zaufam stracę coś dobrego, cennego, wartościowego, bo zabiją nas wzajemne oskarżenia się o brak zaangażowania, o bawienie się sobą, zabije nas strach przed zranieniem.
Kupuję lalki i bawię się, czesząc ich włosy.
Oglądam seriale, płaczę i śmieję się na nich.
Zaczynam przyznawać się do słabości, zaczynam prosić o pomoc. Powoli, z oporami, najciemniejsze sekrety wydobywa ze mnie alkohol i wiele lat znajomości, ale w końcu i ja pokazuję swoich mrocznych pasażerów, w końcu zaczynam chcieć ich się pozbyć.
Proszenie o pomoc wciąż jest dla mnie staniem i miętoleniem rożka sukienki, kiedy nieśmiało dukam, że nie daję sobie rady, że mam potrzeby, prośby, że coś mnie przerasta i chcę wsparcia. Ale za każdym razem, kiedy się okazuje, że to nie był problem, że nie przeszkadzam, że mam prawo, że jest ok, za każdym razem trochę bardziej wierzę w to, że tak rzeczywiście jest.
Cieszę się nieustannie jednym z prezentów na urodziny, dzięki któremu mogę odpalić jednocześnie iTunes, przeglądarkę, picasę, adium, vlc, czytnik rss, kalendarz, pocztę, cośtam cośtam i wszystko chodzi płynnie, zamyka się płynnie i widok tęczowego kółeczka stał się rzadki. Trochę więcej RAM-u, dużo mniej wkurwu.
Cieszę się swoim nowym telefonem, który ma wszystko, czego mi potrzeba i ciągle mnie jeszcze pozytywnie zaskakuje, współpracuje ze mną idealnie, a że bateria pada po jednym dniu, oh, well, i tak spędzam jakąś część każdego dnia przy komputerach, a z nich się pięknie go ładuje.
Martwię się o dzieci, permanentnie. Głównie o to jedno, wrażliwsze, delikatniejsze, bardziej zamknięte w sobie. To drugie, przecież. Trudniej się martwić o osobę, która staje na środku ulicy i z wysokości swoich 110 centymetrów krzyczy: chcę, żeby było kolorowo, ma tak być, bo tego chcę! I jest bardzo oburzona, że nagle wszystko nie robi się kolorowe, że ulice miasta nie wybuchają tęczą, że słońce się nie pojawia, ale nie uznaje tego za porażkę. Ot, świat jest głupi, że się nie słucha, ona jest wciąż awesome, wzruszy ramionami i pomaszeruje dalej, prychając lekceważąco.
Trzymaj tak dalej, córko.

Tagi: , , , , , , , ,

 
45

XXI wiek, a dziecko nie może dostać banana

Królowa napisała 6 paź, 2011 w kategoriach ogólne, prasówka, szczuję

Pisałam, że „projekt PRL” będzie smutny i biedny. Minęły dwa miesiące i oto mamy pierwszy reportaż z „małego, rodzinnego PRL-u”.
Jest i żenująco:

/…/ bez kolejek nasz mały PRL nie będzie prawdziwy. Postanawiamy poudawać, że wcale nie znikły. Aby zrobić pierwsze zakupy, staję na półtorej godziny przed Uniwersamem na Grochowie. Ze stoperem w ręku przesuwam się co dwie minuty o dwa metry – tak ze znajomymi obliczyliśmy tempo przeciętnej kolejki po mięso.

Jest i przerażająco smutno:

Ludzie stołowali się głównie w domu, Iza zaczyna więc gotować. – Nie jest to łatwe – narzeka. – Wcześniej, jak do Marianny przychodziła opiekunka, miałam dzień dla siebie. Dziś trzy czwarte tego czasu spędzam przy garach. /../ Aby przygotować wszystkie te dania, Iza praktycznie nie wychodzi z kuchni. Znów się kłócimy. – Dlaczego w kapitalizmie zmywałeś, a teraz nawet talerza nie odstawisz do zlewu? – pyta. - Nie znam ani jednego faceta, który by się w latach 80. krzątał po kuchni! – odpowiadam.

(Ups, to mało ich znasz i jakichś strasznych smutnych buców.)
Zdrowo i estetycznie też nie jest:

W PRL-u jednak królowały patelnia, smalec i ziemniaki. Po tygodniu Iza ma obsesję, że całkiem przesiąkła tłuszczem, a mnie zaczyna pobolewać wątroba. Po dwóch miesiącach w PRL-u ja mam trzy kilo więcej, a Iza – dwa.
/…/
Iza przestaje więc golić nogi i robi trwałą. Na tzw. trudne dni kupuje paczkę waty. – Straszne – żali się po pierwszym wyjściu na miasto. – Prowadziłam szkolenie i w ogóle nie mogłam się skupić. Cały czas tylko: nie przesiąkło? Nie wylazło nogawką? I co chwila – do ubikacji.

No i clou wszystkiego, jakby było mało. Ubolewałam, że dziecko będzie w tetrowych pieluchach trzymane, sądziłam, że to na tyle małe dziecko, że w zasadzie tylko to zauważy. Ale nie, jest jeszcze gorzej:

Marianna, nasza dwuletnia córka, płacze, bo nie może znaleźć ukochanych, kapitalistycznych zabawek. – Chcę do Warszawy! – krzyczy i ciągnie nas do drzwi. /…/ Tylko Marianna nie tyje, ale wzdycha na widok dzieci zajadających banany. – W Pelelelu nie mamy bananów – zauważa smutno.

Tagi: , , , , ,

 
2

Zakochałam się

Królowa napisała 16 sie, 2011 w kategoriach kultura

Jak to zwykle ja, w muzyce albo w filmie czy książce. Tym razem padło na film, a konkretniej serial, a jeszcze konkretniej na postać z serialu, Gwen Cooper z Torchwood. Serial jest  połączeniem The X-Files z The Fringe, znaczy jest świetnie zrobionym sensacyjnym serialem o specjalnej komórce do tropienia i walczenia z siłami pozaziemskimi (takie uogólnienie, wybaczcie). Ale właściwie mam wrażenie, że o czym by nie był i tak bym się zakochała w Gwen, bo jest genialnie napisaną postacią, przecudownie graną przez Eve Myles. Aktorka jest Walijką, jej postać tak samo, to mój pierwszy odnotowany przypadek totalnego zauroczenia akcentem. Acz Gwen ma i inne zalety, jest twardą laską, silną, inteligentną, nieustraszoną wojowniczką, ma niebanalną urodę i niesamowitą siłę przekonywania. Zaczęłam ten Torchwood od czwartego sezonu, po pierwszym odcinku byłam mocno zaintrygowana, po drugim wsiąkłam totalnie, bo jest w nim scena, która przyprawiła mnie o stan bezdechu, co naprawdę rzadko się zdarza. Uwielbiam poddać się emocjom, szczególnie tym, które niesie ze sobą film, bo przecież gdzieś w głębi umysłu wiem doskonale, że #totylkofikcja, tym większy szacun dla twórców, jeśli to jest w stanie mnie poruszyć tak, że siedzę znieruchomiała, z zapartym tchem, a po wszystkim robię wielkie WOW. I taka była jedna długa scena w drugim odcinku Miracle Day, a potem było wiele innych, nie aż tak, ale porównywalnie dobrych. Pewnie dlatego, że brała w nich udział Gwen, bez której cały ten serial byłby tylko kolejnym „serialem o kosmitach”. Wielbię tego, kto ją napisał, wielbię Eve Myles za takie jej zagranie, jestem bezkrytycznie zakochana.

Tagi: ,

 
29

Przez internet można flirtować

Królowa napisała 8 sie, 2011 w kategoriach internetowe

Od dziecka jestem nieśmiała. Kiedyś do tego stopnia, że miałam problem z wyjściem do toalety podczas długiej szkolnej akademii, bo musiałabym wyjść z klasowej grupki i przejść PRZEZ ŚRODEK SALI, przed tymi wszystkimi innymi dziećmi. Skończyło się to w wiadomy sposób, który był oczywiście jeszcze większym powodem do wstydu. Szkolne akademie to w ogóle rzecz, której nie lubiłam jako uczeń, a jako rodzic ucznia hejterzę jeszcze bardziej, ale to już temat na osobną notkę.
Nieśmiałość i to, że wcześnie się nauczyłam czytać, w połączeniu jeszcze z faktem, że nie chodziłam do przedszkola i nie bardzo też bawiłam się z innymi dziećmi „na podwórku”, sprawiły, że od samego początku w szkole byłam odludkiem. Mała, chuda dziewczynka w okularach, która na przerwach siedziała z nosem w książce albo przemykała pod ścianami korytarzy, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego okropnego chłopaka z którejś ze starszych klas. Tego, który wołał na nią przeinaczeniem jej nazwiska, sprawiając, że wszyscy dookoła się odwracali i PATRZYLI. Potem, w liceum było ciut lepiej – wciąż siedziałam na ogół z nosem w książce, nie przeszkadzało już tak, że patrzą, ale skille w zdobywaniu przyjaciół miałam wciąż słabe, na imprezy nie chodziłam, bo nie miałam zbyt wielu znajomych, a nawiązywanie kontaktów w innych miejscach było dla mnie w ogóle prawie niemożliwe.
Ale oto pojawił się internet. Znaczy, wiadomo, był już wcześniej, ale mój kontakt z nim był słaby, w domu rodzinnym komputer pojawił się bardzo późno, internet się nie pojawił, pierwsze stałe łącze  miałam dopiero w wieku 20-21 lat. Usenet mnie ominął, irc też, bloga bardzo długo nie miałam, Facebook od razu nie wciągnął, poruszałam się po wirtualnym świecie jak dziecko we mgle, po omacku. Nie wgłębiając się się jednak w temat „moje odkrywanie internetu” – znalazłam w końcu jakieś swoje miejsca. Nagle okazało się, że pisać jest łatwo, pisać jest fajnie, przez internet można rozmawiać, kłócić się, flirtować, że z tych słów i obrazków wyłaniają się jacyś ludzie, że ja z nimi bardzo łatwo wchodzę w interakcje, bo odpadają problemy „jestem niska i cicho mówię, nikt mnie nie słyszy w grupie” albo „nie umiem się przebić ze swoim zdaniem w grupie nowych ludzi” tudzież „ojej, patrzą się na mnie i się wstydzę”. Odkryłam, że mogę mieć znajomych, nawet jeśli Mądrzy Ludzie z Mediów mówią, że w sieci wszyscy są 12-letnimi Wojtkami. Dla mnie nie byli. Większość fajnych znajomości zaczęła się online. Pójście na imprezę z ludźmi poznanymi w internecie nie było takie straszne, bo jednak to już nie byli kompletnie obcy. Spotykanie się w realu było tylko pogłębieniem relacji, nie nową relacją. Niedawno poszłam na imprezę, na której teoretycznie miałam znać tylko gospodarza, ale od razu po wejściu rzuciły się na mnie trzy osoby z radosnym „o, cześć Królowa!”. Lekko oszołomiona przywitałam się i okazało się, że te trzy osoby mnie znają z internetu. I poznali nawet nie po moich uszkach Hello Kitty, ale po twarzy. A ja, choć w niektórych przypadkach widziałam ich twarze po raz pierwszy (ludzie miewają jakąś dziwną tendencję do nieprzypominania na żywo swoich awatarów, szczególnie tych, będącymi rysunkami, oh well), ale przecież też ich już ZNAŁAM. Wiedziałam, kto jak się nazywa, kto o czym pisze, jakie ma poglądy, czego słucha, nie trzeba być szczególnym stalkerem, wystarczy mieć ich w jakimkolwiek streamie. I nikt nie jest strasznym obcym, bo przecież znamy się z blipa/facebooka/gieplusa/blogów, etc, etc.
Po raz pierwszy pomyślałam wtedy, że internet uratował moje życie towarzyskie, że gdyby nie poznawanie ludzi w sieci byłabym smutnym samotnikiem w swoim świecie nieśmiałości. A relacje, o charakterze, powiedzmy, romansowym? Spotkałam się niedawno z opinią, że przez internet nie można flirtować. Bo, prawda, nie słyszy się tembru ludzkiego głosu, nie widać dokładnie jak ktoś wygląda, bo zdjęcia to nie to samo, nie widać emocji i reakcji. Otóż nie, wygląd nie jest tak istotny, tembr głosu – och, doprawdy, po cóż ktoś, z nawet najpiękniejszym głosem, jeśli by mówił nim głupie rzeczy? A reakcje na napisane słowa oddają, oczywiście że oddają czyjeś poglądy, emocje, podejście do wielu kwestii. Podrzucisz komuś tubkę z muzyką i wiesz, czy ona się podobała, czy nie. Obserwujesz flejm o bicie dzieci i wiesz, kto ma na tę kwestię poglądy nieakceptowalne przez ciebie, a kto nie. Widzisz po stylu wypowiedzi, czy szanuje rozmówców, czy się ciągle wygłupia, czy ma co powiedzieć, czy tylko udaje mądralę. Wiesz, co go śmieszy, co zachwyca, co obrzydza. Oczywiście, oczywiście, zdarzają się kłamcy, trolle, zdarza się, że możesz z kimś przegadać całą noc na jabberze, ale jak się spotykacie w realu, to stosowanie komunikacji paszczą jest bardzo trudne (jakkolwiek znam i takich ludzi, którzy w necie mnie niemożebnie denerwują, a w realu możemy iść na obiad/spacer/do łóżka/gdziekolwiek i nam się świetnie rozmawia i miło spędza czas). Ale, hej, to jest mały procent i tak samo mogą rozczarować ludzie, z którymi się zaczęło znajomość od kontaktu face to face, nigdy na samym początku nie ma pewności, że znajomość będzie  fajna.
Przez internet można wszystko. Poznać największego przyjaciela, kochanka, partnera, kumpla – nie ma formy znajomości, która nie może się zacząć przez sieć. A jest o tyle łatwiej, o tyle bezpieczniej, spokojniej i pewniej.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
11

Zdrowa pupa z PRL-u

Królowa napisała 27 lip, 2011 w kategoriach ogólne, szczuję

Mam w przeglądarce otwarte obok siebie dwie karty. Jedna nazywa się Reportaż z PRL, a druga Kampania „Zdrowa Pupa”. Pozornie to dwie różne rzeczy. Pozory mylą. W projekcie PRL „redaktor S. na pół roku spróbuje się cofnąć do PRL, razem z żoną i maleńką córeczką. Znaleźli sobie mieszkanie na Ursynowie, w którym nikt niczego nie udoskonalił od ćwierć wieku, i spróbują żyć jak dobrze sytuowani inteligenci w PRL.” Kampania pupowa próbuje pokazać świat ekorodziców którzy „z wypiekami na twarzy wybierają materiałowe pieluszki” (Pierwszym krokiem jest współtworzenie kalendarza na 2012 rok, którego twarzą będą wielorazowo zapieluszkowane pupy dzieci – cóż za innowacja, pupa twarzą kalendarza).

Oto więc redaktor S. z żoną będą wybierać materiałowe pieluszki, by przy ich pomocy „odbyć wyprawę nie w przestrzeni, a w czasie”. Jak twierdzi Wojtek Orliński w komentarzach do notki redaktora MRW, bohaterowie naszej podróży sentymentalnej mają odpał na bycie „eko rodzicami”, więc zapewne też zrobią to z radosnymi wypiekami podniecenia na inteligenckich twarzach.

(I want to live like common people,
I want to do whatever common people do)

Only not. Regres nie jest normalny. Życie w skansenie nie jest życiem normalnych ludzi. Nie jest normalny powrót do warunków, w których w zasadzie nie było tamponów ani sensownych podpasek (hm, jakoś nikt się nie zająknął o entuzjazmie żony redaktora S. może jednak jest fanką wielorazowych podpasek czy też wielorazowych tamponów i dorzuci je do gara z pieluchami). Nie jest normalne ślęczenie nad praniem tetry i przecieraniem zupek, kiedy można kupić Pampersy i Gerbery. Also: nie da się mieć takiej telewizji, gazet czy kolejek jak w latach 80. Ten skansen będzie biednie urządzony, tym bardziej że nasi bohaterowie jednak wybrali prywatne ubezpieczenie zdrowotne oraz wożenie dziecka w foteliku.

(But still you’ll never get it right,
cos when you’re laid in bed at night,
watching roaches climb the wall,
if you call your Dad he could stop it all)

Ale co tam, odstawi się internet, pomieszka na Ursynowie, potem napisze książkę i będzie się czuło spełnionym. Chuj z tym, że w kwestii wiarygodności ta „podróż w czasie” będzie porównywalna z kupieniem na ebayu repliki wehikułu czasu z filmu The Time Machine, siedzeniu w nim i robieniu brum, brum.  Dodatkowym profitem będzie możliwość uczynienia pupy tego nieszczęsnego dziecka twarzą kalendarza ekorodziców.

(Sing along with the common people,
sing along and it might just get you through,
laugh along with the common people,
laugh along even though they’re laughing at you,
and the stupid things that you do.
Because you think that poor is cool.)

Skansen w filmie „Good Bye Lenin” był zabawny. Skansen w projekcie PRL będzie smutną i biedną karykaturą. Niby każdemu jego porno, ale trochę mi szkoda pupy tego dziecka, wciskanej w tetrowe pieluchy, bo jego tacie się zachciało pobawić. Naprawdę nie było innych pomysłów na ubarwienie sobie życia?

Tagi: , , , , ,

 
3

Mycie rąk nie dla dzieci

Królowa napisała 16 lip, 2011 w kategoriach miasto, szczuję

W poniedziałek media podekscytowały się faktem, że na Dworcu Centralnym w Warszawie otworzono piękną, nowoczesną, czystą toaletę. Ze zdjęciami dogów de Bordeux nad pisuarami, z fototapetami, bramkami, sklepikiem, bezdotykowymi kranami i tak dalej, ąę. Przechodziłam dzisiaj przez dworzec, to postanowiłam zajrzeć. Wchodzimy. Ja, dzieci, znajomy. Dwuosobowa obsługa wita i częstuje cukierkami. Miło, choć strasznie duszno i gorąco, jakby tam klimy nie było albo się zepsuła. No ale. Syn postanawia skorzystać, wysupłuję dwa złote w złotówkach, bo automat przyjmuje różne nominały, cudownie. Idzie, w międzyczasie córce też się zachciewa, a jako że ma tylko 3 lata, to sama nie może, pani proponuje toaletę dla niepełnosprawnych i rodzica z dzieckiem., mówiąc zachęcająco, że tam jest niski sedes dla dzieci. No to idziemy… a raczej chcemy iść. I pierwszy zonk. Tu też jest na dwa złote, ale trzeba mieć odliczone i wrzucić do klamki. Wrzucam, ciągnę za klamkę – nie działa. Pan z obsługi kiwa głową i mówi, wzdychająć: no tak, ona już się psuje. wie pani, to polska firma robiła i nawet nam nie dali możliwości awaryjnego otwierania. Po czym przynosi kluczyk, otwiera nim kasetkę z dwuzłotówkami i jeszcze raz wrzuca tą moją. Tym razem pokoik się otwiera. W środku fototapeta z lasem, miarka wzrostu na ścianie, ładnie, czysto. Ale. Kibelek faktycznie jest jeden dla niepełnosprawnych, a drugi w rozmiarze dziecięcym. Jeden minus – automatyczne spuszczanie wody, córka się tylko lekko pochyliła do przodu i woda poleciała, mocząc jej całą pupę i nieco wystraszając. Tego się nie czepiam, cóż, miało być wszędzie automatyczne i bezdotykowe, to jest. Ale dlaczego, do jasnej cholery, jak już się umożliwia małemu dziecku komfortowe załatwianie się, nie daje mu się możliwości umycia rąk? Bo umywalka oczywiście wysoko i tak duża, że taka metrowa trzylatka jest w stanie jedynie położyć ręce na jej brzegu, nie dosięgnie do kranu, nie sięgnie rękami do strumienia lecącej wody, no nic nie zrobi bez podniesienia jej przez rodzica. A to ciężko. Niewygodnie. Znowu ktoś niby pomyślał o dzieciach, ale tak tylko trochę. Spokojnie dałoby się tam zamontować drugą małą umywalkę, nisko. Albo chociażby kupić stołeczek, jezu jezu, to nie jest żaden problem. Tylko trzeba pomyśleć. Ale nie wiem, może w kraju, w którym według badań co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta nie myje rąk po wyjściu z toalety, nikt o tym nie myśli.

Tagi: , , ,

 
7

Dark Of The Moon jest mega

Królowa napisała 4 lip, 2011 w kategoriach Bez kategorii, kultura, recenzje

Ach, jakie te nowe Transformersy są dobre. Efekty 3D wymiatają, ujęcia w zwolnionym tempie urywają dupę, a filmowanie wybuchów w kosmosie z perspektywy patrzenia na Ziemię z pierdyliarda metrów to coś cudownego. Muzyka jest świetna, Decepticony są piękne, potężne (Shockwave z tymi mackami wynurzający się z ziemi jak czerw z Diuny, ach, och), jest ich dużo i jeszcze więcej i naprawdę można w pewnym momencie odnieść wrażenie, że są niepokonane, co daje nawet moment niepokoju, czy aby nie wygrają.
Pocieszna wielce jest też nowa dziewczyna Sama – niezbyt ładna IMO, ale za to obserwowanie jak laska popyla po zrujnowanym mieście w szpilkach i śnieżnobiałej bluzeczce i żakieciku daje dużo funu. Bieganie – ok, ja też potrafię biegać w szpilkach, ale skok z okna budynku na statek Decepticonów – HI HI. A ubranie oczywiście cały czas bielusieńskie, już nawet wszystkich innych bohaterów trochę umazali pod koniec, a Carly wciąż w charakterze nieskazitelnie czystego aniołka. Poza tym, jeśli chodzi o aktorów-ludzi, to mi absolutnie film robi Derek z Grey’s Anatomy, który pojawia się bardzo szybko i jest go dużo. (tak, wiem, że to aktor, że ma imię i nazwisko i że to tylko rola, ale cóż poradzić, dla mnie ten gość zawsze będzie tym przystojnym chirurgiem). John Turturro jako Simmons też tym razem daje czadu. W warstwie fabularnej – no cóż, nie oszukujmy się, tego typu filmy nie muszą mieć wielce wyrafinowanego scenariusza, ale tu sam motyw zawiązujący akcję jest z pomysłem, w dodatku bardzo zgrabnie są na początku powklejane fragmenty z filmów dokumentalnych pokazujących przemówienia Kennedy’ego czy start Apollo 11. Lubię takie zabiegi. Trochę zbędny jest wątek rodziców Sama, niby epizodycznie się pojawiają, ale nic nie wnoszą, ok, skoro to ma być ostatnia część cyklu, to rozumiem, że nie chcieli ich pomijać, ale można by jeszcze bardziej obciąć te momenty z nimi. Ale to drobne czepianie się. Bardziej mnie bolało, że ginie jeden z moich ulubionych Autobotów, chlip, chlip.
No i piękne samochody. I nie mówię tu tylko o Transformersach. Ładna architektura gdzieniegdzie (ten budynek, gdzie pracuje Dylan, mrau). Bardzo, bardzo dobry film.

I tylko mam takie dwie uwagi do Multikina. Pierwsza: już byście wsadzili „koszt wypożyczenia okularów 3D” w cenę biletu. Będzie tak samo drogo, a nie będzie tak widać, że się dało dwa złote, za wypożyczenie tych niewygodnych okularów, co odgniatają bolesne wgłębienia na nosie. I druga: pomysł wyłączania klimy pod koniec seansu kończącego się późno wieczorem obsysa. Serio, w tej sali robi się DUSZNO, to nie jest przyjemne.

Tagi: , , ,